Codziennik Zadumanej #53
Dziś zmieniam swoją tradycję. Nie jutro, nie od poniedziałku, tylko właśnie dzisiaj, bo życie najwyraźniej uznało, że potrzebuję małego jesiennego dramatu już przy porannej kawie.
Sięgnęłam po mój dyniowy kubek, ten z kategorii „jesień bez niego się nie liczy”, i wtedy zobaczyłam, że jest pęknięty. Nie jedno niewinne pęknięcie, które można jeszcze przez kilka tygodni ignorować i udawać, że nic się nie dzieje. Dwa. Kubek wyraźnie zakomunikował, że jego sezon jesienny dobiegł końca, choć mój dopiero się rozpoczął. Pożegnałam go ze smutkiem, bo wiadomo – to tylko kubek, ale spróbujcie powiedzieć jesieniarze, że dyniowy kubek to tylko naczynie. Równie dobrze można powiedzieć, że koc to kawałek materiału, a świeczki służą wyłącznie do oświetlania pomieszczeń.
Po pracy podjęłam więc jedyną rozsądną decyzję: jadę do mojego MParku po następcę. Przecież nie będę przeżywała października z kawą w jakimś zwyczajnym kubku. Są granice.
Weszłam do sklepu nastawiona na dynie, liście, pomarańcze, brązy i cały ten jesienny arsenał, a tam… Boże Narodzenie.
Choinki. Bombki. Mikołaje. Świąteczne dekoracje.
Halo! Ja dopiero co rozłożyłam koc!
Ostatnie jesienne kubki stały sobie gdzieś z boku niczym niedobitki sezonu, który handel najwyraźniej uznał już za zakończony. A ja naprawdę protestuję. Dajcie mi się jeszcze trochę podelektować jesienią. Dopiero zaczęła pachnieć, dopiero światło zrobiło się takie piękne, dopiero wyciągnęłam dynie, zapaliłam jesienne światełka i poczułam, że oto nadszedł mój czas. Do pierników, reniferów i „Last Christmas” dojdziemy. Spokojnie. Co prawda jestem Adwenciarą jeszcze większą niż jesieniarą, ale nawet ja mam swoje granice. Wrzesień to zdecydowanie za wcześnie, żeby Rudolf zaglądał mi do koszyka.
Kubek oczywiście kupiłam. Misja zakończona powodzeniem. Przy okazji uzupełniłam zapas moich bezcukrowych ciasteczek, bo skoro już człowiek jedzie ratować jesień, dobrze mieć do niej coś chrupiącego.
Po powrocie poszłyśmy z Sisi na spacer i pogoda wynagrodziła mi poranne straty. Słońce, ciepło, piękna jesień w swojej najlepszej odsłonie. Bez bombek, bez choinek, bez sztucznego śniegu. Zwyczajny spacer, pies obok i to cudowne światło, które o tej porze roku potrafi zrobić coś pięknego nawet z najbardziej zwyczajnym kawałkiem trawnika.
Głos też powoli wraca do właścicielki. Jeszcze nie jest to pełna wersja koncertowa, ale przynajmniej przestałam brzmieć jak nastolatek przechodzący mutację, więc uznaję to za sukces.
Potem jeszcze sprzątnęłam balkon, uzupełniłam Librusa i odpowiedziałam na wiadomości od rodziców. Czyli zrobiłam wszystko, co trzeba, żeby móc teraz z czystym sumieniem zamknąć działalność na dziś. Nowy dyniowy kubek jest, ciasteczka są, balkon ogarnięty, szkoła załatwiona, Sisi wyspacerowana. Idę czytać.
I tak sobie myślę, że może z tym pękniętym kubkiem i świątecznymi półkami jest całkiem niezła lekcja na koniec dnia. Świat ma okropną tendencję do wyprzedzania czasu. Jeszcze nie zdążymy nacieszyć się jednym, a już ktoś pokazuje nam następne. Sklepy robią Boże Narodzenie we wrześniu, kalendarz zapełniamy na kilka tygodni naprzód, a sami czasami żyjemy tak, jakby dzisiejszy dzień był tylko poczekalnią przed tym, co będzie później.
A przecież nie trzeba.
Jesień dopiero się zaczęła i zamierzam ją przeżyć po kolei. Z dyniowym kubkiem, książką, spacerami z Sisi, kocem i słońcem, kiedy łaskawie się pojawi. Na choinki przyjdzie czas.
Nie przyspieszajmy sobie życia. Ono i bez naszej pomocy pędzi zdecydowanie za szybko.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)