Codziennik Zadumanej #34

No i stało się. Wakacje oficjalnie zostały zamknięte, sandały mogą jeszcze wprawdzie protestować, kawa na balkonie nadal ma pełne prawo bytu, ale dzisiaj rozpoczęliśmy nowy rok szkolny i nie było już żadnego „jeszcze chwileczkę”. Uroczysta Msza Święta, rozpoczęcie, spotkania, znajome twarze, trochę organizacyjnego zamieszania i przede wszystkim moje dzieciaki, które jeszcze niedawno żegnałam jako pierwszaki, a dzisiaj wróciły już do mnie jako druga klasa. Większe, rozgadane, uśmiechnięte i najwyraźniej naprawdę stęsknione, bo usłyszałam nawet, że tęsknili i chcieli już przyjść do szkoły. Zamierzam zachować te słowa bardzo głęboko w pamięci, najlepiej w jakimś pancernym sejfie, żeby móc je sobie przypomnieć mniej więcej w listopadzie, kiedy na hasło „wyjmujemy zeszyty” ktoś zacznie patrzeć na mnie tak, jakbym właśnie zaproponowała trzygodzinny marsz przez pustynię.

Było dziś jednak dużo zwyczajnej radości. Dobrze było zobaczyć dzieci, porozmawiać z rodzicami, poczuć ich sympatię i tę atmosferę początku, kiedy wszyscy jeszcze mają świeże pokłady energii, nowe piórniki wyglądają jak nowe, gumki do mazania istnieją, kleje mają zakrętki, a kredki występują w pełnych kompletach. Przed nami cały rok, o którym dzisiaj właściwie nic jeszcze nie wiemy, i chyba właśnie to lubię w pierwszym września najbardziej. Można mieć plany, kalendarze, projekty, pomysły i pięknie poukładane dokumenty, ale prawdziwa historia tej klasy zacznie się dopiero jutro.

Po powrocie do domu rozsądny człowiek zapewne uczciłby rozpoczęcie roku odpoczynkiem. Na szczęście nikt nigdy nie oskarżał mnie o przesadny rozsądek w sprawach szkolnych, więc całe popołudnie spędzam na przygotowaniach do jutra. Układam, sprawdzam, drukuję, przekładam i dokładam kolejne rzeczy do zabrania, a sterta rośnie w tempie, które zaczyna budzić moje uzasadnione obawy, czy rano powinnam pojechać do szkoły autobusem, czy zamówić transport paletowy. Teoretycznie idę prowadzić lekcje w drugiej klasie, praktycznie wyglądam, jakbym planowała przeprowadzkę wraz z wyposażeniem niewielkiej placówki edukacyjnej. Jutro ruszę więc objuczona jak wielbłąd, z torbami, pomocami i całym tym nauczycielskim dobytkiem, który wieczorem wydaje się absolutnie niezbędny, a rano człowiek zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę potrzebował wszystkiego naraz.

Na początek czekają mnie dwa tygodnie samych lekcji, więc można powiedzieć, że szkoła łaskawie przewidziała dla mnie wersję rozgrzewkową. Dopiero później dojdzie terapia i wtedy mój kalendarz pokaże swoje prawdziwe oblicze, a ja zapewne zacznę rozwijać umiejętność przemieszczania się pomiędzy salami z prędkością dotąd niespotykaną u przedstawicieli mojego gatunku. Na razie jednak nie będę wybiegać za daleko. Dzisiaj wystarczy mi świadomość, że wróciłam do tego mojego szkolnego szaleństwa i – co chyba najlepiej świadczy o tym, że wybrałam sobie właściwy zawód – naprawdę się z tego cieszę.

Bo można narzekać na dokumenty, rady, szkolenia, tabelki, terminy i tysiąc rzeczy dziejących się wokół samego uczenia, ale potem przychodzi pierwszego września dziecko, patrzy na człowieka z uśmiechem i mówi, że tęskniło. I nagle wszystko wraca na właściwe miejsce. Przypomina się, po co właściwie robimy całą tę resztę.

A teraz wracam do pakowania, bo sterta nadal rośnie. Jutro rano będę wyglądała jak wielbłąd wyruszający na miesięczną wyprawę przez pustynię, z tą drobną różnicą, że moja karawana zmierza do drugiej klasy. I pomyśleć, że idę tam tylko na kilka godzin.

Codziennik Zadumanej #33

Ostatni dzień sierpnia postanowił bardzo uprzejmie przypomnieć mi, że wakacje właśnie pakują walizki, a szkoła stoi już pod drzwiami i nawet nie zamierza udawać, że przyszła tylko na chwilę. O dziesiątej rada pedagogiczna, potem plan zajęć, uzupełnianie szkolnego kalendarza, drukowanie dokumentów do podpisu dla rodziców i cała ta przedwrześniowa układanka, w której człowiek próbuje przewidzieć najbliższe miesiące, chociaż doskonale wie, że szkoła ma wyjątkowy talent do produkowania rzeczy, których w żadnym kalendarzu przewidzieć się nie da. Patrzyłam na kolejne daty, wpisywałam, zaznaczałam, drukarka pracowała dzielnie, a mój mózg powoli przestawiał się z trybu wakacyjnego na nauczycielski, czyli taki, w którym jednocześnie pamięta się o piętnastu sprawach, szesnastą zapisuje na kartce, a siedemnasta przypomina się człowiekowi dokładnie wtedy, kiedy kładzie się spać.

Po powrocie przyszła pora na zadanie zdecydowanie poważniejsze niż cała dzisiejsza dokumentacja – outfit na rozpoczęcie roku. Jutro przecież trzeba wyglądać jak człowiek, który jest wypoczęty, przygotowany, doskonale zorganizowany i od tygodni z niecierpliwością czeka na pierwszy dzwonek. To, że jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, czy naprawdę muszę już mentalnie opuszczać wakacje, pozostanie między mną a tym Codziennikiem. Ubranie zostało więc wybrane, przymiarki zakończone sukcesem, a ja mogłam uznać, że przynajmniej w jednej dziedzinie jutrzejszy dzień mam pod kontrolą. Cała reszta niech się dzieje zgodnie z planem albo przynajmniej w jego ogólnych okolicach.

A potem poszłam na spacer i sierpień zrobił mi na pożegnanie prezent idealnie dopasowany do mojej natury – deszcz. Zamiast ostatniego wakacyjnego słońca dostałam mokre chodniki, szare niebo i powietrze, które pachniało tak, że moja wewnętrzna jesieniara natychmiast wyszła z ukrycia, poprawiła sobie niewidzialny szalik i oznajmiła, że właściwie to ona jest już gotowa. Jeszcze niedawno broniłam się przed zamykaniem okna w sierpniu, a dziś maszerowałam w deszczu całkiem zadowolona i pomyślałam, że moja lojalność wobec lata ma jednak bardzo krótką datę ważności. Wystarczy trochę chłodu, mokre liście pod nogami i odpowiednio ponure niebo, żebym zaczęła mentalnie ustawiać świece, wyciągać koce i zastanawiać się, kiedy picie gorącej kawy pod kocem przestaje być przesadą, a zaczyna oficjalnym sezonem.

Teraz natomiast leżę i pachnę. To bardzo ważny etap przygotowania pedagogicznego, o którym zdecydowanie za mało mówi się na szkoleniach. Wszystko, co mogłam zrobić na jutro, jest zrobione, dokumenty wydrukowane, outfit czeka, ja jestem wykąpana, wypielęgnowana i chwilowo nie zamierzam już niczego ulepszać, dopisywać ani sprawdzać. Jutro rano wstanę, ogarnę się, założę przygotowane ubranie i pójdę rozpocząć kolejny rok z moimi dzieciakami, które jeszcze chwilę temu były pierwszakami, a teraz wracają już jako pełnoprawna druga klasa.

I chyba właśnie dziś najmocniej poczułam ten moment pomiędzy. Wakacje jeszcze formalnie trwają, ale myślami jestem już trochę po drugiej stronie. Lubię swoją pracę i cieszę się na powrót do dzieci, choć wiem, że za chwilę zacznie się tempo, w którym dni potrafią przelatywać jeden za drugim, zanim człowiek zdąży się im dobrze przyjrzeć. Dlatego w tym roku chciałabym pilnować nie tylko szkolnego kalendarza, terminów, dokumentów i wszystkiego, co „trzeba”, ale również tych zwyczajnych chwil poza szkołą. Spaceru w deszczu, książki wieczorem, kawy wypitej bez pośpiechu, mojego pisania i czasu, w którym nie muszę być panią od niczego.

A dzisiaj już naprawdę niczego nie muszę. Leżę, pachnę i wyglądam na osobę całkowicie przygotowaną do rozpoczęcia roku szkolnego. Przynajmniej dopóki się nie podniosę i nie przypomnę sobie o czymś, co „koniecznie trzeba jeszcze wydrukować”. Dlatego dla bezpieczeństwa postanowiłam się nie podnosić. 😁