Ostatni dzień sierpnia postanowił bardzo uprzejmie przypomnieć mi, że wakacje właśnie pakują walizki, a szkoła stoi już pod drzwiami i nawet nie zamierza udawać, że przyszła tylko na chwilę. O dziesiątej rada pedagogiczna, potem plan zajęć, uzupełnianie szkolnego kalendarza, drukowanie dokumentów do podpisu dla rodziców i cała ta przedwrześniowa układanka, w której człowiek próbuje przewidzieć najbliższe miesiące, chociaż doskonale wie, że szkoła ma wyjątkowy talent do produkowania rzeczy, których w żadnym kalendarzu przewidzieć się nie da. Patrzyłam na kolejne daty, wpisywałam, zaznaczałam, drukarka pracowała dzielnie, a mój mózg powoli przestawiał się z trybu wakacyjnego na nauczycielski, czyli taki, w którym jednocześnie pamięta się o piętnastu sprawach, szesnastą zapisuje na kartce, a siedemnasta przypomina się człowiekowi dokładnie wtedy, kiedy kładzie się spać.

Po powrocie przyszła pora na zadanie zdecydowanie poważniejsze niż cała dzisiejsza dokumentacja – outfit na rozpoczęcie roku. Jutro przecież trzeba wyglądać jak człowiek, który jest wypoczęty, przygotowany, doskonale zorganizowany i od tygodni z niecierpliwością czeka na pierwszy dzwonek. To, że jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, czy naprawdę muszę już mentalnie opuszczać wakacje, pozostanie między mną a tym Codziennikiem. Ubranie zostało więc wybrane, przymiarki zakończone sukcesem, a ja mogłam uznać, że przynajmniej w jednej dziedzinie jutrzejszy dzień mam pod kontrolą. Cała reszta niech się dzieje zgodnie z planem albo przynajmniej w jego ogólnych okolicach.
A potem poszłam na spacer i sierpień zrobił mi na pożegnanie prezent idealnie dopasowany do mojej natury – deszcz. Zamiast ostatniego wakacyjnego słońca dostałam mokre chodniki, szare niebo i powietrze, które pachniało tak, że moja wewnętrzna jesieniara natychmiast wyszła z ukrycia, poprawiła sobie niewidzialny szalik i oznajmiła, że właściwie to ona jest już gotowa. Jeszcze niedawno broniłam się przed zamykaniem okna w sierpniu, a dziś maszerowałam w deszczu całkiem zadowolona i pomyślałam, że moja lojalność wobec lata ma jednak bardzo krótką datę ważności. Wystarczy trochę chłodu, mokre liście pod nogami i odpowiednio ponure niebo, żebym zaczęła mentalnie ustawiać świece, wyciągać koce i zastanawiać się, kiedy picie gorącej kawy pod kocem przestaje być przesadą, a zaczyna oficjalnym sezonem.
Teraz natomiast leżę i pachnę. To bardzo ważny etap przygotowania pedagogicznego, o którym zdecydowanie za mało mówi się na szkoleniach. Wszystko, co mogłam zrobić na jutro, jest zrobione, dokumenty wydrukowane, outfit czeka, ja jestem wykąpana, wypielęgnowana i chwilowo nie zamierzam już niczego ulepszać, dopisywać ani sprawdzać. Jutro rano wstanę, ogarnę się, założę przygotowane ubranie i pójdę rozpocząć kolejny rok z moimi dzieciakami, które jeszcze chwilę temu były pierwszakami, a teraz wracają już jako pełnoprawna druga klasa.
I chyba właśnie dziś najmocniej poczułam ten moment pomiędzy. Wakacje jeszcze formalnie trwają, ale myślami jestem już trochę po drugiej stronie. Lubię swoją pracę i cieszę się na powrót do dzieci, choć wiem, że za chwilę zacznie się tempo, w którym dni potrafią przelatywać jeden za drugim, zanim człowiek zdąży się im dobrze przyjrzeć. Dlatego w tym roku chciałabym pilnować nie tylko szkolnego kalendarza, terminów, dokumentów i wszystkiego, co „trzeba”, ale również tych zwyczajnych chwil poza szkołą. Spaceru w deszczu, książki wieczorem, kawy wypitej bez pośpiechu, mojego pisania i czasu, w którym nie muszę być panią od niczego.
A dzisiaj już naprawdę niczego nie muszę. Leżę, pachnę i wyglądam na osobę całkowicie przygotowaną do rozpoczęcia roku szkolnego. Przynajmniej dopóki się nie podniosę i nie przypomnę sobie o czymś, co „koniecznie trzeba jeszcze wydrukować”. Dlatego dla bezpieczeństwa postanowiłam się nie podnosić. 😁