"Narzeczona" - Marcel Moss o tym, jak jeden sekret potrafi zniszczyć dziesięć lat zaufania

Moja lista ulubionych autorów właśnie się powiększyła. I pomyśleć, że jeszcze niedawno byłam przekonana, że Freida McFadden i Agnieszka Peszek skutecznie zagospodarowały już całą moją czytelniczą uwagę. Tymczasem pojawił się Marcel Moss ze swoją „Narzeczoną” i zrobił mi niezłe zamieszanie w głowie. Znowu przepadłam w historii, przy której trudno spokojnie odłożyć książkę, bo przecież jeszcze jeden rozdział, jeszcze kilka stron, jeszcze tylko sprawdzę, co wydarzy się dalej. A później człowiek zerka na zegarek i dochodzi do wniosku, że chyba ktoś przestawił wskazówki. Oczywiście nie mam sobie nic do zarzucenia. To wyłącznie wina autora, który najwyraźniej doskonale wie, jak skutecznie odciągnąć czytelnika od codziennych obowiązków.

„Narzeczona” zaczyna się od sytuacji, która mogłaby wydarzyć się w niejednym małżeństwie, gdyby nie pewien wyjątkowo niepokojący szczegół. Odeta i Hubert świętują dziesiątą rocznicę ślubu w eleganckiej restauracji. Powinien to być miły wieczór, okazja do wspomnień i rozmów o wspólnie spędzonych latach. Nagle pojawia się obca kobieta, robi awanturę, a na odchodne wyznaje Hubertowi miłość. Trudno wyobrazić sobie bardziej niezręczną sytuację podczas rocznicowej kolacji. Szybko okazuje się jednak, że to dopiero początek problemów. Tajemnicza kobieta to Adrianna, była narzeczona Huberta, która dwanaście lat wcześniej zniknęła bez śladu w dniu ich planowanego ślubu. Najbardziej zdumiewające jest to, że Odeta nigdy wcześniej o niej nie słyszała. Dziesięć lat małżeństwa, wspólne życie, codzienne rozmowy, a tak ważna część przeszłości męża pozostała przed nią całkowicie ukryta.

Na tym autor oczywiście nie poprzestaje. Następnego dnia Adrianna zostaje znaleziona martwa, a nagranie awantury z restauracji trafia do internetu. Odeta i Hubert nagle stają się bohaterami historii, którą komentują zupełnie obcy ludzie. Pojawiają się podejrzenia, oskarżenia i fala hejtu. Odeta, nie mogąc pogodzić się z tym, czego dowiedziała się o mężu, zaczyna na własną rękę szukać odpowiedzi. Nie zamierzam zdradzać więcej, bo właśnie stopniowe odkrywanie prawdy stanowi największą przyjemność z czytania tej książki.

Najbardziej zainteresowało mnie jednak nie samo śledztwo, lecz to, co dzieje się z zaufaniem, kiedy nagle okazuje się, że bliski człowiek przez lata coś przed nami ukrywał. Zastanawiałam się, czy po dziesięciu latach wspólnego życia można naprawdę znać drugą osobę. Przecież każdy z nas ma jakąś przeszłość, wspomnienia, o których niechętnie opowiada, i wydarzenia, do których nie chce wracać. Nie wszystko trzeba wyjawiać partnerowi ze szczegółami. Tylko gdzie kończy się prawo do prywatności, a zaczyna świadome ukrywanie prawdy, która mogłaby zmienić czyjąś decyzję o wspólnym życiu? I czy milczenie rzeczywiście jest czymś innym niż kłamstwo, jeśli przez lata pozwalamy drugiej osobie wierzyć w nieprawdziwy obraz naszej przeszłości?

Próbowałam wyobrazić sobie siebie na miejscu Odety. Czy potrafiłabym spokojnie wysłuchać wyjaśnień? Czy uwierzyłabym, że tak ważną historię można było przemilczeć bez żadnego powodu? Podejrzewam, że moja wyobraźnia natychmiast zaczęłaby podsuwać najgorsze scenariusze. Właśnie w tym tkwi siła powieści Mossa. Punktem wyjścia jest sytuacja, która początkowo wygląda jak małżeński skandal, ale bardzo szybko zamienia się w opowieść o strachu, podejrzeniach i niepewności. Najgorsze jest przecież to, że kiedy raz zaczynamy wątpić w czyjąś szczerość, nawet zupełnie zwyczajne zachowania nabierają podejrzanego znaczenia. Każde spóźnienie, przemilczana rozmowa czy nerwowa reakcja mogą wydawać się kolejnym dowodem na to, że coś jest nie tak.

Bardzo ciekawy jest również wątek internetowego hejtu. Wystarczy krótkie nagranie, wyrwany z kontekstu fragment czyjegoś życia i już setki ludzi czują się uprawnione do wydawania wyroków. Nikt nie zna całej historii, niewiele osób zastanawia się nad konsekwencjami swoich słów, za to niemal każdy ma gotową opinię. Marcel Moss pokazuje, jak łatwo prywatny dramat może zamienić się w publiczne widowisko, a ludzie, którzy jeszcze chwilę wcześniej prowadzili zwyczajne życie, stają się obiektem zbiorowej ciekawości i niechęci. Ten element powieści szczególnie do mnie przemówił, bo wystarczy przeczytać komentarze pod niektórymi internetowymi wiadomościami, żeby przekonać się, jak szybko potrafimy osądzać innych, nie mając pojęcia, co naprawdę się wydarzyło.

Podczas lektury wielokrotnie zmieniałam zdanie o bohaterach. Kiedy już wydawało mi się, że rozumiem ich motywacje, pojawiały się kolejne informacje i musiałam wszystko przemyśleć od początku. Oczywiście próbowałam rozwikłać zagadkę wcześniej, bo trudno mi czytać thriller i nie prowadzić przy okazji własnego śledztwa. Mam tylko jeden problem: moja wyobraźnia produkuje tyle teorii, że gdybym rzeczywiście pracowała w policji, podejrzanych zabrakłoby miejsca w komisariacie. Marcel Moss umiejętnie wykorzystuje tę czytelniczą skłonność do doszukiwania się drugiego dna. Podsuwa tropy, budzi wątpliwości i sprawia, że coraz trudniej zdecydować, komu właściwie można zaufać.

Nie chcę jednak przedstawiać „Narzeczonej” wyłącznie jako książki pełnej niespodzianek. Dla mnie to przede wszystkim opowieść o konsekwencjach dawnych decyzji. Często wydaje nam się, że wystarczy odciąć się od przeszłości, nie wracać do niewygodnych wspomnień i rozpocząć nowe życie. Tyle że niewyjaśnione sprawy nie zawsze pozostają tam, gdzie chcielibyśmy je zostawić. Czasem wracają po wielu latach, w najmniej odpowiednim momencie, a ich skutki dotykają również ludzi, którzy nie mieli z nimi nic wspólnego. W tej historii szczególnie mocno wybrzmiewa pytanie o to, czy można zbudować trwałe szczęście na przemilczeniach i czy miłość jest w stanie przetrwać odkrycie prawdy, która podważa fundamenty wspólnego życia.

Podoba mi się również sposób, w jaki Moss buduje napięcie. Nie potrzebuje na każdej stronie pościgów i kolejnych zbrodni. Potrafi sprawić, że zwyczajna rozmowa między małżonkami staje się bardziej niepokojąca niż niejedna scena rodem z kryminału. Czytelnik obserwuje narastającą nieufność i razem z Odetą próbuje oddzielić fakty od domysłów. Historia rozwija się sprawnie, a krótkie rozdziały skutecznie zachęcają do dalszego czytania. Przyznaję, że właśnie taki rodzaj thrillera lubię najbardziej: kiedy największe zagrożenie niekoniecznie czai się w ciemnej uliczce, ale może siedzieć naprzeciwko nas przy kuchennym stole.

Czy wszystko w tej powieści jest równie prawdopodobne? Niektóre sytuacje wymagają od czytelnika odrobiny wyrozumiałości, ale przy thrillerach nauczyłam się już nie analizować każdego szczegółu z dokładnością godną komisji śledczej. Zdecydowanie bardziej zależy mi na dobrej historii, ciekawych bohaterach i napięciu, które nie znika po kilkudziesięciu stronach. „Narzeczona” spełniła te oczekiwania, a przy okazji zostawiła mnie z kilkoma refleksjami, które wykraczają daleko poza samą kryminalną zagadkę.

Marcel Moss dołącza więc do grona moich ulubionych autorów. Lubię pisarzy, którzy potrafią mnie zaskoczyć, ale jeszcze bardziej cenię tych, którzy pod sensacyjną fabułą ukrywają pytania dotyczące zwyczajnego ludzkiego życia. „Narzeczona” przypomniała mi, że zaufanie buduje się latami, a podważyć je można jednym odkryciem. Nie zawsze da się później naprawić to, co zostało zniszczone, nawet jeśli prawda okaże się bardziej skomplikowana, niż początkowo sądziliśmy.

Jeśli lubicie thrillery psychologiczne, rodzinne tajemnice i historie, w których do końca trudno rozstrzygnąć, kto mówi prawdę, warto sięgnąć po „Narzeczoną”. Ja już wiem, że na jednej książce Marcela Mossa się nie skończy. A moja lista autorów, których nowości będę wypatrywać, właśnie zrobiła się dłuższa. Półki mogą mieć na ten temat inne zdanie, ale na szczęście jeszcze nie nauczyły się protestować.

"Je2bnik" - Agnieszka Peszek o tym, jak łatwo pomylić sprawiedliwość z zemstą

No i stało się. Dotarłam do trzeciego tomu serii „Ona” Agnieszki Peszek, chociaż jeszcze niedawno zarzekałam się, że powinnam trochę zwolnić z czytaniem kryminałów i zająć się czymś bardziej pożytecznym. Na przykład porządkami, które jakoś dziwnie nie chcą zrobić się same. Tyle że po „40. Raków” i „3kącie” trudno było zostawić tę historię niedokończoną. Zresztą znam już siebie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że kiedy jakaś seria mnie wciągnie, rozsądne postanowienia można spokojnie odłożyć na później. Tym sposobem na mój czytelniczy stolik trafił „Je2bnik”, a ja ponownie znalazłam się w świecie, w którym ludzie mają zdecydowanie więcej sekretów niż powodów do spokojnego snu.

Przyznam, że sam tytuł od początku mnie intrygował. „Je2bnik” brzmi osobliwie, trochę prowokacyjnie i właściwie nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Okładka z twarzą starszego mężczyzny również nie zapowiada przyjemnej, lekkiej historii. Agnieszka Peszek po raz kolejny sięga po mroczniejsze strony ludzkiej natury, a ja znów zaczęłam zastanawiać się, jak daleko można się posunąć, kiedy człowiek uwierzy, że ma prawo decydować o cudzym losie.

W poprzednich częściach szczególnie interesowało mnie to, w jaki sposób autorka pokazuje granicę między krzywdą, zemstą i sprawiedliwością. W „40. Raków” zastanawiałam się nad wpływem bolesnej przeszłości na dorosłe życie, a „3kąt” skłonił mnie do rozmyślań o lojalności i przyjaźni, która potrafi zamienić się w niebezpieczne zobowiązanie. Teraz wraca pytanie o odpowiedzialność za własne decyzje. Bo przecież niemal każdy człowiek potrafi znaleźć uzasadnienie dla swojego postępowania, nawet kiedy z boku widać wyraźnie, że przekroczył granicę, której przekraczać nie powinien.

Starszy aspirant Bartosz Bogucki ma tym razem naprawdę pełne ręce roboty. Kolejne sprawy, które trafiają na jego biurko, są coraz bardziej makabryczne. Ciało ułożone w przerażający sposób, książka wykorzystana jako element zbrodni, pusty basen zamieniony w miejsce, w którym rozgrywa się coś potwornego. Do tego dochodzi nowy partner, z którym współpraca nie układa się najlepiej, oraz zaginięcie komisarza Maksymiliana Obrębskiego. Bogucki próbuje więc rozwiązywać kolejne zagadki, a jednocześnie nie potrafi przestać myśleć o losie kolegi. Trudno się dziwić, że w pewnym momencie jego życie zawodowe zaczyna coraz mocniej odbijać się na prywatnym. Ja natomiast, zamiast spokojnie śledzić dochodzenie, tradycyjnie zaczęłam podejrzewać, że za wszystkim musi kryć się coś znacznie bardziej skomplikowanego.

Agnieszka Peszek po raz kolejny prowadzi historię kilkoma ścieżkami. Obok policyjnego śledztwa poznajemy Baśkę, kobietę zmagającą się z fibromialgią, oraz Alka, młodego człowieka naznaczonego trudnymi doświadczeniami. Dzięki temu kryminalna zagadka zyskuje psychologiczne tło, a czytelnik może przyjrzeć się ludziom, których życie dalekie jest od uporządkowanego i spokojnego. Szczególnie zainteresowało mnie to, jak różnie człowiek reaguje na cierpienie. Jednych trudne doświadczenia uczą wrażliwości na cudzą krzywdę, innych zamykają w świecie własnego bólu, a jeszcze inni zaczynają szukać winnych wszystkiego, co ich spotkało. Nie da się przecież przewidzieć ludzkich wyborów wyłącznie na podstawie przeszłości, choć czasem bardzo chcielibyśmy znaleźć takie proste wyjaśnienie.

Właśnie dlatego coraz bardziej lubię psychologiczną stronę książek Peszek. Oczywiście brutalne morderstwa, nieoczekiwane zwroty akcji i kolejne tajemnice skutecznie przyciągają uwagę, ale mnie interesuje przede wszystkim to, co dzieje się w głowach bohaterów. Skąd bierze się potrzeba kontrolowania innych? Dlaczego ktoś zaczyna wierzyć, że jego cierpienie jest większe i ważniejsze od cierpienia wszystkich dookoła? W którym momencie chęć naprawienia wyrządzonej krzywdy zamienia się w pragnienie zadawania bólu? Autorka nie daje łatwych odpowiedzi, za to pokazuje ludzi, których nie sposób oceniać wyłącznie na podstawie pierwszego wrażenia.

Przyznam jednak, że „Je2bnik” momentami wystawiał moją wyobraźnię na ciężką próbę. Peszek zdecydowanie nie należy do autorek, które oszczędzają czytelnikom drastycznych szczegółów. Niektóre sceny są naprawdę mocne i nawet ja, przyzwyczajona przecież do kryminałów, zastanawiałam się, skąd ona bierze takie pomysły. Mam nadzieję, że wyłącznie z wyobraźni, bo inaczej zacznę się trochę obawiać tej mojej polskiej Freidy. Na szczęście brutalność nie jest jedynym sposobem budowania napięcia. Dużą rolę odgrywają niedopowiedzenia, zmieniające się perspektywy i informacje, które początkowo wydają się mało istotne, a później nabierają zupełnie innego znaczenia.

Podobało mi się również to, że losy Boguckiego nie zostały sprowadzone wyłącznie do kolejnych policyjnych czynności. Zaginięcie Obrębskiego jest dla niego czymś osobistym, a nie tylko następną sprawą do rozwiązania. Widać, jak niepewność, bezsilność i brak odpowiedzi potrafią stopniowo odbierać człowiekowi spokój. Czasami przecież najtrudniejsze nie jest poznanie bolesnej prawdy, ale życie w ciągłym zawieszeniu, kiedy nie wiadomo, czy jeszcze można mieć nadzieję. Ten wątek sprawił, że znacznie mocniej zaangażowałam się w losy bohaterów i naprawdę chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej.

Nie będę udawała, że wszystkie wydarzenia przyjęłam bez mrugnięcia okiem. Przy tak rozbudowanej i momentami bardzo brutalnej fabule zdarzają się rozwiązania, które wymagają od czytelnika sporej wyrozumiałości. Bywało też, że miałam ochotę szybciej poznać odpowiedzi, zamiast śledzić kolejny poboczny wątek. Tyle że ostatecznie najważniejsze było dla mnie to, że książka nie pozwalała mi o sobie zapomnieć. Kiedy już wydawało mi się, że zaczynam rozumieć, dokąd zmierza historia, pojawiały się nowe informacje i całą układankę trzeba było przemyśleć jeszcze raz. A zakończenie zdecydowanie wynagradza cierpliwość.

Po trzech tomach serii „Ona” widzę, że Agnieszka Peszek coraz śmielej łączy klasyczny kryminał z thrillerem psychologicznym. Nie ogranicza się do samego poszukiwania mordercy, lecz pokazuje, jak skomplikowane bywają ludzkie motywacje i jak trudno czasami oddzielić ofiarę od sprawcy, szczególnie kiedy w grę wchodzą dawne krzywdy, samotność i potrzeba odzyskania kontroli nad własnym życiem. To nie znaczy, że każdą decyzję bohaterów można usprawiedliwić. Wręcz przeciwnie. Im więcej o nich wiemy, tym wyraźniej widać, że nawet najbardziej bolesna przeszłość nie zwalnia człowieka z odpowiedzialności za to, co robi innym.

Czy warto przeczytać „Je2bnik”? Moim zdaniem zdecydowanie tak, pod warunkiem że nie przeszkadzają Wam brutalne sceny i naprawdę mroczna tematyka. To mocna, wielowątkowa historia, w której kryminalne zagadki przeplatają się z problemami bohaterów, a napięcie utrzymuje się niemal do samego końca. Chociaż każda część serii opowiada odrębną historię, nadal uważam, że najlepiej czytać je po kolei. Dzięki temu znacznie łatwiej zrozumieć relacje między postaciami i emocje towarzyszące wydarzeniom.

A ja? Po zamknięciu „Je2bnika” uświadomiłam sobie, że mam już za sobą wszystkie cztery tomy serii „Ona”. Co ciekawe, „Numer 1” przeczytałam kilka miesięcy temu, zanim jeszcze poznałam wcześniejsze części. Teraz, kiedy znam już całą historię, mam ochotę wrócić do tamtej książki i sprawdzić, czy spojrzałabym na nią inaczej. Jedno jest pewne: Agnieszka Peszek na dobre zadomowiła się na mojej liście ulubionych autorek, a ja z przyjemnością będę wypatrywać jej kolejnych książek. I pomyśleć, że kiedyś obiecywałam sobie ograniczyć liczbę kryminałów na półkach. Na szczęście nigdzie nie zapisałam tej obietnicy, więc mogę spokojnie udawać, że nigdy jej nie było.

"3kąt" - Agnieszka Peszek o tym, jak daleko można się posunąć w imię przyjaźni

Miałam już przecież wiedzieć, czego spodziewać się po Agnieszce Peszek. Kilka jej książek za mną, znajomość z Dorotą Czerwińską zakończona, pierwszy tom nowej serii przeczytany, więc wydawałoby się, że autorka nie powinna mieć większych szans na zaskoczenie mnie. A jednak! Po „40. Raków” sięgnęłam po „3kąt”, czyli drugą część cyklu „Ona”, i znowu przekonałam się, że moja polska Freida McFadden nie zamierza ułatwiać mi życia. Zresztą sama jestem sobie winna, bo kiedy widzę nazwisko Peszek na okładce, rozsądek podpowiada, żeby najpierw skończyć wszystkie zaległe sprawy, a ja oczywiście zaczynam czytać. Potem pozostaje już tylko zastanawiać się, dlaczego znowu jest tak późno.

Tym razem historia rozpoczyna się od znalezienia ciała kobiety w domu znanego muzyka. Gospodarz twierdzi, że nie zna ofiary i nie pamięta żadnego spotkania z nią, co oczywiście nie ułatwia pracy policjantom. Sprawą zajmują się Bartosz Bogucki i Maksymilian Obrębski, których poznaliśmy już w poprzedniej części. Jakby jedno skomplikowane śledztwo było mało, pojawiają się kolejne zbrodnie, a gdzieś w pobliżu znów działa tajemnicza Ona, kobieta mająca własne wyobrażenie o sprawiedliwości. Agnieszka Peszek prowadzi kilka wątków równocześnie, stopniowo odsłaniając powiązania między ludźmi i wydarzeniami. I oczywiście robi wszystko, żebym nie mogła zbyt szybko poczuć się mądrzejsza od bohaterów.

Najbardziej zainteresował mnie jednak motyw przyjaźni trzech mężczyzn, sięgającej dzieciństwa, oraz lojalności, która dawno przekroczyła rozsądne granice. Przyjaźń kojarzy nam się przecież z czymś dobrym, z zaufaniem, wsparciem i pewnością, że w trudnej chwili ktoś stanie po naszej stronie. Tylko czy prawdziwy przyjaciel powinien bronić nas również wtedy, kiedy robimy coś złego? Czy dochowanie tajemnicy nadal jest dowodem lojalności, jeżeli oznacza milczące przyzwolenie na cudzą krzywdę? W „3kącie” słynne „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” nabiera naprawdę niepokojącego znaczenia.

Podczas czytania pomyślałam o tym, jak łatwo pomylić lojalność z uzależnieniem od drugiego człowieka. Czasami znajomość trwa tak długo, że ludzie przestają zastanawiać się, czy nadal łączy ich coś dobrego. Wspólne wspomnienia, dawne obietnice i sekrety potrafią stać się więzieniem, z którego trudno się wydostać, zwłaszcza kiedy każdy wie o pozostałych zbyt wiele. Przecież nie każda relacja, która przetrwała wiele lat, musi być wartościowa. Bywa, że trzyma nas przy kimś już tylko przyzwyczajenie, poczucie obowiązku albo strach przed konsekwencjami odejścia. Peszek pokazuje tę ciemniejszą stronę bliskości i robi to w sposób, który skłania do zastanowienia się nad granicami przyjaźni.

Ciekawie wypada również powracający wątek Onej. To bohaterka, wobec której trudno zachować jednoznaczne uczucia. Jej sposób rozumienia sprawiedliwości budzi sprzeciw, a jednocześnie autorka potrafi tak poprowadzić historię, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad motywami jej postępowania. Właśnie ten moralny niepokój lubię w kryminałach najbardziej. Łatwo potępić kogoś, kto robi rzeczy straszne, dopóki nie poznamy okoliczności, które doprowadziły go do określonych decyzji. Zrozumienie przyczyn nie oznacza jednak usprawiedliwienia czynów. I chociaż towarzyszyło mi już podczas lektury „40. Raków”, tutaj wróciło w nieco innym kontekście.

Podoba mi się również to, że Bogucki i Obrębski stopniowo stają się kimś więcej niż policjantami rozwiązującymi kolejną zagadkę. Poznajemy ich prywatne sprawy, obserwujemy relacje i widzimy, jak wydarzenia zawodowe wpływają na codzienne życie. Nie wszystkie fragmenty mają jednakowe tempo i przyznam, że momentami miałam ochotę delikatnie popędzić bohaterów, żeby wrócili do tego, co najbardziej mnie interesowało. Na szczęście Agnieszka Peszek potrafi skutecznie podtrzymywać ciekawość. Co jakiś czas podrzuca kolejny szczegół, zmienia perspektywę albo pokazuje wydarzenie w takim świetle, że wcześniejsze przypuszczenia trzeba zweryfikować. A ja, jak zwykle, z ogromnym zapałem próbowałam wszystko poukładać. Z różnym skutkiem, ale przecież nie będę się tym publicznie chwalić.

Największą zaletą „3kąta” pozostaje dla mnie połączenie kryminalnej zagadki z historią o ludzkich wyborach. Można potraktować tę książkę jako rozrywkę pełną morderstw, tajemnic i policyjnych dochodzeń, ale pod spodem kryje się coś znacznie bardziej niewygodnego. Przekonanie, że robimy coś dla przyjaciela, dla dobra innych albo w imię sprawiedliwości, bywa bardzo wygodnym usprawiedliwieniem własnego postępowania. Człowiek potrafi przecież znaleźć całkiem rozsądne wyjaśnienie nawet dla rzeczy, których nigdy nie zaakceptowałby u kogoś obcego. I chyba właśnie ta umiejętność oszukiwania samego siebie jest bardziej przerażająca niż niejeden morderca z kryminału.

Czy polecam „3kąt”? Tak, szczególnie osobom, którym spodobało się „40. Raków”. Drugi tom rozwija losy znanych bohaterów, wprowadza nową zagadkę i pozostawia wystarczająco dużo niedopowiedzeń, żeby trudno było zakończyć znajomość z tą serią. Sama radziłabym czytać książki po kolei, bo choć śledztwo stanowi odrębną historię, wcześniejsze wydarzenia mają znaczenie dla zrozumienia postaci. Nie wszystkie rozwiązania wydały mi się równie przekonujące, ale czytałam z przyjemnością i z zainteresowaniem śledziłam, dokąd autorka prowadzi swoich bohaterów.

A teraz czeka na mnie „Je2bnik”, trzeci tom serii „Ona”. Nazwa brzmi tak, że człowiek od razu zastanawia się, co też Agnieszka Peszek znowu wymyśliła. Po dwóch częściach powinnam już chyba wiedzieć, że lepiej niczego nie zakładać. Moja polska Freida McFadden najwyraźniej dobrze się bawi, a ja razem z nią.

"Zabiłaś mnie pierwsza" - John Marrs o tym, jak niewiele wiemy o ludziach mieszkających tuż obok

Lubię książki, które od pierwszych stron dają mi powód, żeby odłożyć wszystko inne i zostać z nimi trochę dłużej. Jeszcze bardziej lubię te, przy których szybko zaczynam kombinować, podejrzewać bohaterów i układać własną wersję wydarzeń. „Zabiłaś mnie pierwsza” Johna Marrsa zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Zaczęłam właściwie niewinnie, a po chwili już nikomu nie ufałam. Czyli wszystko było tak, jak powinno być w dobrym thrillerze.

Początek jest mocny. Podczas Nocy Ognisk związana i zakneblowana kobieta znajduje się wewnątrz stosu przygotowanego do podpalenia. Nie wiemy, kim jest, kto ją tam umieścił ani dlaczego ktoś tak bardzo chce jej śmierci. Autor zostawia nas z tym obrazem i cofa historię o jedenaście miesięcy. Dopiero wtedy poznajemy trzy kobiety, których życie będzie prowadziło nas z powrotem do tej pierwszej sceny.

Margot była kiedyś gwiazdą, Anna jest jej wieloletnią przyjaciółką, a Liv właśnie wprowadziła się wraz z rodziną do sąsiedztwa. Z pozoru nic szczególnego: domy stojące obok siebie, codzienne spotkania, rozmowy, przyjaźnie i zwyczajne życie. Szybko okazuje się jednak, że każda z tych kobiet ma coś, czego nie zamierza pokazywać innym. Sekrety zaczynają się nawarstwiać, relacje robią się coraz bardziej skomplikowane, a ja bardzo szybko przestałam się zastanawiać, która z nich mówi prawdę. Bardziej interesowało mnie już, która kłamie najlepiej.

Marrs prowadzi historię z różnych perspektyw i świetnie wykorzystuje fakt, że tę samą sytuację można zobaczyć zupełnie inaczej w zależności od tego, kto o niej opowiada. Kilka razy zdążyłam już wyrobić sobie opinię o jednej z bohaterek, żeby chwilę później dostać informacje, które kazały mi wszystko przemyśleć od początku. W takich thrillerach właśnie to lubię najbardziej. Autor nie musi co kilkanaście stron wyciągać królika z kapelusza. Wystarczy, że sprawi, iż zacznę wątpić w to, co jeszcze przed chwilą wydawało mi się oczywiste.

Przy tej książce została mi też w głowie myśl o tym, jak niewiele tak naprawdę wiemy o ludziach, których spotykamy niemal codziennie. Sąsiadów mijamy na klatce schodowej, w windzie, przed domem czy przy samochodzie. Mówimy „dzień dobry”, czasem chwilę porozmawiamy, znamy kilka szczegółów z ich życia i zaczyna nam się wydawać, że wiemy, jacy są. Tymczasem znamy przede wszystkim tę część, którą pozwalają nam zobaczyć. Za zamkniętymi drzwiami każdego domu istnieje osobny świat, a „Zabiłaś mnie pierwsza” bardzo dobrze wykorzystuje właśnie tę zwyczajną bliskość połączoną z całkowitą niewiedzą.

Bohaterki nie są tutaj grzecznie podzielone na dobre i złe. Każda ma swoje tajemnice, popełnia błędy i potrafi porządnie zirytować. Sympatia podczas czytania kilka razy zmieniała mi adres, podobnie jak podejrzenia. Oczywiście prowadziłam własne śledztwo i w pewnym momencie byłam nawet bardzo zadowolona ze swojej teorii. Już prawie mogłam Johnowi Marrsowi powiedzieć, że mnie nie nabierze. Na szczęście nie powiedziałam tego głośno, bo później musiałabym udawać, że nic takiego nie miało miejsca.

I właśnie za to lubię thrillery psychologiczne. Nie potrzebuję wyłącznie odpowiedzi na pytanie, kto zrobił coś strasznego. Chcę obserwować ludzi, ich relacje, małe kłamstwa, urazy i decyzje, które początkowo wydają się niewinne, a później zaczynają ciągnąć za sobą coraz poważniejsze konsekwencje. Tutaj właśnie relacje pomiędzy trzema kobietami są dla mnie ciekawsze niż sama kryminalna zagadka.

„Zabiłaś mnie pierwsza” nie jest książką, po której przez tydzień siedziałam i rozmyślałam nad sensem życia, ale też zupełnie tego od niej nie oczekiwałam. Miała mnie wciągnąć, pozwolić mi trochę pokombinować, kilka razy wyprowadzić w pole i sprawić, żebym zamiast kończyć czytanie po jednym rozdziale, zaglądała do następnego. I dokładnie to zrobiła. Jeśli lubicie thrillery o sekretach, toksycznych relacjach, pozorach i ludziach, których zdecydowanie lepiej nie oceniać po pierwszym wrażeniu, warto po nią sięgnąć.

A ja po tej lekturze nadal będę grzecznie mówiła sąsiadom „dzień dobry”. Tylko może już bez przesadnej ciekawości, co właściwie dzieje się za ich drzwiami. Czasami naprawdę bezpieczniej jest nie wiedzieć wszystkiego. 

"40 Raków" - Agnieszka Peszek o tym, czy krzywda może kiedykolwiek usprawiedliwić zło

Po pięciu tomach z Dorotą Czerwińską nie miałam jeszcze najmniejszej ochoty żegnać się z Agnieszką Peszek. Skoro już nazwałam ją swoją polską Freidą McFadden, to wiadomo było, że będę szukała kolejnych jej książek. I tak trafiłam na „40. Raków”, czyli początek serii „Ona”. Już sama okładka zapowiadała, że tym razem raczej nie będzie lekko, łatwo i przyjemnie, a po kilku rozdziałach wiedziałam, że autorka rzeczywiście zabiera mnie w znacznie mroczniejsze rejony. Peszek ma zdecydowanie zbyt bujną wyobraźnię, żebym chciała spotkać ją samotnie w ciemnej uliczce, ale do czytania kryminałów jest to akurat ogromna zaleta.

Warszawą wstrząsa seria wyjątkowo brutalnych morderstw kobiet. Sprawca, nazwany przez media Brzytwą, nie ogranicza się do pozbawienia swoich ofiar życia, a szczegóły jego zbrodni są naprawdę makabryczne. Śledztwo prowadzi komisarz Maksymilian Obrębski, któremu towarzyszą policjanci wciągnięci w sprawę znacznie większą i bardziej skomplikowaną, niż początkowo mogliby przypuszczać. Nie chcę opowiadać więcej, bo w przypadku takiego kryminału odbieranie komuś możliwości samodzielnego odkrywania kolejnych elementów układanki powinno być karalne. Powiem tylko, że Peszek prowadzi historię z kilku perspektyw, pozwala zajrzeć nie tylko do świata śledczych i bardzo umiejętnie podrzuca informacje, z których człowiek natychmiast zaczyna budować własne teorie. A ja przecież uwielbiam budować teorie. Potem autorka może je sobie spokojnie burzyć.

Najbardziej zainteresowało mnie jednak to, co znajduje się pod całą kryminalną warstwą tej historii. Przeszłość bohaterów nie jest tutaj jedynie wygodnym dodatkiem tłumaczącym ich zachowanie. Ona właściwie cały czas idzie za nimi i pokazuje, że dzieciństwo może się skończyć, ale to, czego człowiek w nim doświadczył, wcale nie musi zniknąć wraz z dorastaniem. Krzywda, strach, przemoc czy upokorzenie potrafią zostać na lata i wpływać na późniejsze wybory. Czytając, coraz częściej zastanawiałam się więc nie tylko nad tym, kto zabija, ale przede wszystkim nad granicą pomiędzy zrozumieniem czyjegoś postępowania a jego usprawiedliwieniem.

Bo można wiedzieć, skąd w człowieku wzięły się gniew, nienawiść i potrzeba zemsty. Można współczuć dziecku, które kiedyś zostało skrzywdzone, i jednocześnie nie akceptować tego, co robi ono jako dorosły człowiek. Właśnie to wydało mi się w „40. Raków” najciekawsze. O wiele łatwiej potępić potwora, kiedy znamy wyłącznie jego czyny. Trudniej, gdy autor najpierw pozwala zobaczyć człowieka i pokazuje drogę, która doprowadziła go do miejsca, w którym się znalazł. Współczucie dla dawnej ofiary zaczyna wtedy nieprzyjemnie mieszać się z odrazą wobec sprawcy. Dla mnie odpowiedź pozostaje jednak prosta: własna krzywda może wiele wyjaśnić, ale nigdy nie daje prawa do krzywdzenia kolejnych osób.

Oczywiście nie zamieniłam się przy tym w filozofa z książką na kolanach, bo „40. Raków” przede wszystkim dobrze spełnia swoje kryminalne zadanie. Są ofiary, śledztwo, kolejne tropy i moje nieustanne podejrzewanie niemal każdego, kto pojawił się na stronie. Czy wszystko jest tutaj stuprocentowo prawdopodobne? Nie. W kilku miejscach rzeczywistość chyba musiała trochę ustąpić miejsca potrzebom fabuły, a pewne rozwiązania śledztwa przyjęłam z lekkim uniesieniem brwi. Tyle że podczas czytania nie miałam szczególnej ochoty odkładać książki, a to dla mnie przy kryminale znaczy więcej niż idealna zgodność z policyjnymi procedurami.

Po zamknięciu książki zostałam więc nie tylko z odpowiedzią na pytanie, kto i dlaczego, ale również z myślą o tym, jak długo potrafimy nosić w sobie rzeczy, które wydarzyły się wiele lat wcześniej. I dopiero wtedy naprawdę doceniłam również tytuł. Nie będę wyjaśniała, co oznacza „40. Raków”, bo to jedna z tych rzeczy, które zdecydowanie lepiej odkryć podczas czytania.

Czy było warto? Dla mnie tak. Agnieszka Peszek po raz kolejny dała mi dokładnie to, czego od niej oczekiwałam: mroczną historię, sporo kombinowania, bohaterów, których nie da się łatwo podzielić na dobrych i złych, oraz coś więcej niż samo pytanie „kto zabił?”. „40. Raków” rozpoczyna serię „Ona”, więc oczywiście już patrzę w stronę kolejnej części. Przecież nie po to znalazłam swoją polską Freidę McFadden, żeby teraz zachowywać umiar.

"Nauczyciele" - Freida McFadden o tym, że najgroźniejsze lekcje nie zawsze odbywają się przy tablicy

No i mam ją. Kolejną Freidę. Właściwie mogłabym już przestać udawać, że przed rozpoczęciem jej książki zastanawiam się, czy warto. Nie zastanawiam się. Jeśli na okładce widzę nazwisko McFadden, książka prędzej czy później będzie moja. Tym razem dodatkowo dostałam tytuł „Nauczyciele”, więc jako nauczycielka naprawdę nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Tylko od razu uprzedzam — moja szkolna codzienność wygląda jednak trochę inaczej. I całe szczęście.

„Nauczyciele” to polskie wydanie „The Teacher”, thrillera Freidy McFadden z 2024 roku. U nas książka ukazała się 27 sierpnia 2025 roku nakładem Czwartej Strony, w tłumaczeniu Elżbiety Pawlik. Ma 440 stron i miękką oprawę ze skrzydełkami.

Eve jest nauczycielką matematyki w liceum w Caseham. W tej samej szkole pracuje jej mąż Nate, nauczyciel angielskiego. Z pozoru zwyczajne małżeństwo, zwyczajna szkoła i kolejny rok nauki. Tyle że rok wcześniej wydarzył się tam skandal. Jednego z nauczycieli podejrzewano o romans z uczennicą, a w samym środku całej historii znalazła się Addie. Dziewczyna została z łatką kłamczuchy i manipulatorki, której lepiej nie ufać. Teraz trafia między innymi na lekcje Eve i Nate’a.

I tutaj naprawdę przestaję opowiadać fabułę. Przy Freidzie im mniej się wie, tym lepiej, a w „Nauczycielach” szczególnie łatwo powiedzieć o jedno zdanie za dużo.

Od początku patrzyłam na tę historię trochę inaczej niż zapewne ktoś, kto ze szkołą nie ma nic wspólnego. Bo za thrillerem jest tutaj temat bardzo poważny: relacja nauczyciela i ucznia, granice, odpowiedzialność dorosłego i ogromna przewaga, jaką nauczyciel ma nad młodym człowiekiem. Nastolatek może być zakochany, zafascynowany, może uważać, że właśnie przeżywa największą miłość swojego życia. Dorosły powinien wiedzieć, gdzie jest granica. I kropka. To nie jest relacja dwóch osób stojących na równych pozycjach.

Freida bardzo sprytnie wykorzystuje też coś, co w szkolnej rzeczywistości jest aż nazbyt znajome: opinię, która zaczyna żyć własnym życiem. Wystarczy, że o uczniu zostanie raz powiedziane „ona kłamie”, „on sprawia problemy”, „z nią zawsze coś jest”, a później każde zachowanie zaczynamy oglądać właśnie przez ten filtr. Addie ma już swoją etykietkę. Pytanie tylko, czy to, co mówią o niej inni, rzeczywiście mówi nam, kim ona jest.

Historia prowadzona jest przede wszystkim z perspektywy Eve i Addie, więc tę samą rzeczywistość oglądamy oczami dorosłej kobiety i nastolatki. I oczywiście Freida robi to, co lubi najbardziej — pozwala nam coś sobie poukładać, a potem zaczyna wyciągać kolejne elementy z tej układanki.

Przyznam jednak, że „Nauczyciele” rozwijają się spokojniej niż niektóre inne jej thrillery. Przez sporą część książki jest więcej psychologii, relacji i szkolno-małżeńskiej codzienności niż kryminalnej jazdy bez trzymanki. Nie jestem jedyna, która to zauważyła — w opiniach czytelników właśnie wolniejsze tempo pierwszych części książki pojawia się zarówno jako zarzut, jak i element budujący późniejsze zaskoczenia.

Mnie to jednak nie zniechęciło. Znam już Freidę na tyle, żeby wiedzieć, że kiedy robi się podejrzanie spokojnie, należy zacząć się martwić.

Oczywiście miałam swoje teorie. Oczywiście obserwowałam bohaterów i myślałam: dobra, już wiem, kto tutaj kłamie. Później zmieniałam zdanie. Następnie wracałam do pierwszej wersji. A gdzieś pod koniec pojawiło się moje tradycyjne: „Ha! Freida, tym razem cię mam”.

Nie miałam.

I właśnie dlatego nadal tak bardzo lubię jej książki. Nie potrzebuję po nich wielkich filozoficznych odkryć. Chcę usiąść z kawą, otworzyć książkę i nagle zorientować się, że zamiast zaplanowanych dwudziestu stron przeczytałam sto. Chcę podejrzewać, kombinować, denerwować się na bohaterów i koniecznie przeczytać jeszcze jeden rozdział, bo przecież teraz już naprawdę muszę wiedzieć.

„Nauczyciele” zostawili mnie jednak również z czymś poważniejszym. Z myślą o tym, jak łatwo dorosły może wykorzystać zaufanie młodego człowieka i jak bardzo odpowiedzialność za granice zawsze spoczywa na dorosłym. Ale też o tym, jak szybko potrafimy wydać wyrok na kogoś, o kim właściwie niewiele wiemy. Czasem wystarczy jedna historia powtarzana wystarczająco wiele razy, żebyśmy przestali pytać, czy na pewno była prawdziwa.

Czy to moja ulubiona Freida? Nie. Pierwsze miejsce nadal zajmują u mnie inne jej książki. Ale czy żałuję tych 440 stron? Ani trochę. Szczególnie że końcówka przypomniała mi dokładnie, dlaczego McFadden wciąż siedzi na samym szczycie mojej prywatnej listy autorek thrillerów.

A po przeczytaniu „Nauczycieli” mam jeszcze jedną refleksję zawodową.

Jutro wchodzę do swojej klasy, patrzę na dzieci, zeszyty, piórniki, rozsypane kredki i pytanie po raz siedemnasty: „Proszę pani, a która strona?”. I chyba jeszcze bardziej docenię, że największy thriller mojego dnia polega czasem na ustaleniu, kto znowu nie podpisał karty pracy.

Freida zdecydowanie może zatrzymać swoją szkołę.

Ja zostaję przy swojej.

"Pościg" - Linwood Barclay o tym, że czasem najlepszym bohaterem okazuje się pies

Do „Pościgu” trafiłam trochę inaczej niż do większości książek Linwooda Barclaya. Kojarzę go przecież przede wszystkim z thrillerami dla dorosłych, a tutaj nagle dostałam książkę młodzieżową. I jeszcze z psem w roli jednego z najważniejszych bohaterów. No dobrze, przyznaję — w moim przypadku pies na okładce od razu dostaje kilka punktów na starcie. Tylko że po przeczytaniu mam jeden problem. Bardzo chętnie sięgnęłabym po dalszy ciąg, a tego po polsku po prostu nie ma.

„Pościg” to wydana w Polsce w 2017 roku powieść, której oryginalny tytuł brzmi „Chase”. Polskie wydanie Znaku liczy 250 stron i ukazało się w twardej oprawie. To książka skierowana do młodszych czytelników, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Zresztą sam Barclay określa tę serię jako thrillery dla młodych czytelników, a przy drugiej części podawał orientacyjny wiek od około 8–9 lat wzwyż. To „wzwyż” jest tutaj ważne, bo dorosły naprawdę może się przy niej dobrze bawić.

Głównym bohaterem jest Czip, i od razu uprzedzam — nie jest to zwyczajny pies. Powstał w ramach tajnego, kosztownego eksperymentu prowadzonego przez organizację nazywaną Instytutem. Ma w sobie technologię, zapisane dane, niezwykłe możliwości i właściwie powinien działać trochę bardziej jak maszyna niż zwierzę. Problem w tym, że natura nadal daje o sobie znać. Można psa naszpikować elektroniką, ale spróbujcie mu wytłumaczyć, że ma nie interesować się wiewiórką. W Instytucie uznają, że eksperyment nie przebiega zgodnie z planem i Czip ma zostać zlikwidowany. Pies jednak ucieka. I ma bardzo konkretny cel — odnaleźć dwunastoletniego Jeffa, któremu również grozi niebezpieczeństwo.

Więcej nie będę opowiadać, bo „Pościg” ma zaledwie 250 stron i przy takiej objętości bardzo łatwo powiedzieć o kilka zdań za dużo. Powiem tylko, że dzieje się sporo. Jest ucieczka, tajemnicza organizacja, niebezpieczeństwo, trochę technologii, przygoda i przede wszystkim bardzo sympatyczna relacja chłopca z niezwykłym psem.

Oczywiście trzeba przyjąć pewną umowę z autorem. To nie jest realistyczny thriller, w którym wszystko będziemy sprawdzać z aktualnym stanem nauki i technologii. Czip jest psem poddanym eksperymentom, potrafi rzeczy, których żaden Hektor, Riko czy Sisi raczej jutro rano nie zacznie robić. I całe szczęście, bo gdyby moje zwierzęta dostały jeszcze dostęp do zaawansowanej technologii, prawdopodobnie to ja musiałabym się wyprowadzić.

A jednak pod tą całą przygodową otoczką znalazłam coś, co bardzo lubię w książkach ze zwierzętami. Czip nie jest po prostu urządzeniem na czterech łapach. Technologia technologią, ale zostają instynkt, przywiązanie, lojalność i potrzeba ochrony człowieka. I nagle zaczynamy się zastanawiać, gdzie właściwie przebiega granica między tym, co zostało w nim zaprogramowane, a tym, co naprawdę jest jego.

Czytało mi się „Pościg” bardzo dobrze. Szybko, lekko i z przyjemnością. Nie oczekiwałam po nim mroku znanego z thrillerów Barclaya dla dorosłych, bo to po prostu inny rodzaj książki. Za to dostałam historię przygodową z kryminalnym napięciem i bohaterem, któremu kibicowałam od samego początku. Czasami naprawdę dobrze zrobić sobie taką czytelniczą wycieczkę poza własną półkę wiekową. Literatura młodzieżowa nie przestaje być ciekawa w dniu osiemnastych urodzin.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zakończenie.

Bo „Pościg” nie jest całą historią. Barclay napisał drugą część zatytułowaną „Escape”, wydaną w 2018 roku. Autor sam przyznawał, że „Chase” kończy się cliffhangerem, a w kontynuacji Jeff i Czip nadal uciekają przed Instytutem, który za wszelką cenę chce odzyskać psa. Co więcej, oficjalna strona Barclaya nadal wymienia „Escape” jako drugi tom tej historii.

I teraz moje wielkie: dlaczego?

Dlaczego wydano w Polsce pierwszą część historii zakończoną w taki sposób, a drugiej już nie? Szukałam. Niestety nie znalazłam polskiego wydania „Escape”. W dostępnych katalogach polskie „Pościg” figuruje jako przekład Adriany Sokołowskiej-Ostapko, natomiast „Escape” znajduję wyłącznie w wydaniach obcojęzycznych. Nawet w opiniach polskich czytelników powtarza się dokładnie moje rozczarowanie: podobało się, a dalszego ciągu po polsku brak.

A szkoda, bo przeczytałabym od razu. Szczególnie że autor twierdził, iż druga przygoda Jeffa i Czipa podoba mu się jeszcze bardziej niż pierwsza. I tutaj mam chyba największy żal do wydawcy — jeśli już zostawiacie mnie z takim zakończeniem, to dajcie mi przynajmniej możliwość dowiedzenia się, co było dalej.

Czy warto przeczytać „Pościg”? Tak, tylko trzeba wiedzieć, w co się wchodzi. To młodzieżowa, lekka i chwilami mocno fantastyczna przygoda, a nie kolejny dorosły thriller Barclaya. Jeśli zaakceptujemy tę konwencję, dostajemy sympatyczną i bardzo sprawnie napisaną historię, którą naprawdę szybko się pochłania.

Tylko ostrzegam: możecie skończyć dokładnie tak jak ja — z ochotą na drugą część, której po polsku nie ma.

A Czipa chętnie zabrałabym do domu. Chociaż po namyśle… cztery zwierzaki już mam. Superpies podłączony do komputera mógłby być tym jednym krokiem za daleko.

"Pomoc domowa. Z ukrycia" - Freida McFadden o tym, że czasem najbardziej niebezpieczne jest to, co dzieje się tuż obok

No i przyszła pora na moją ukochaną Freidę. Mogę czytać inne thrillery, zachwycać się nowymi autorami, znajdować kolejne nazwiska, które lądują na mojej liście „koniecznie przeczytać”, ale kiedy biorę do ręki McFadden, mam zupełnie inne nastawienie. To trochę jak spotkanie ze starą znajomą, której absolutnie nie należy ufać. Wiem, że będzie mnie okłamywać, podrzucać fałszywe tropy i robić wszystko, żebym uwierzyła w swoją genialną teorię. A ja za każdym razem grzecznie w to wchodzę. I jeszcze jestem z siebie zadowolona, kiedy po stu stronach myślę: dobra, Freida, tym razem już wiem. Nie wiem.

„Pomoc domowa. Z ukrycia” to trzecia część historii Millie Calloway. Tym razem spotykamy ją w zupełnie innym momencie życia. Millie ma Enza, dzieci i wreszcie własny dom. Po latach sprzątania cudzych posiadłości sama przekracza próg miejsca, które ma być jej bezpieczną przystanią. Brzmi niemal sielankowo, prawda? Tylko że u Freidy McFadden spokojna podmiejska ulica i ładne domy powinny natychmiast zapalić człowiekowi wszystkie lampki ostrzegawcze.

Zaczyna się od sąsiadów. Pani Lowell zaprasza Millie i Enza na kolację, jej pomoc domowa zachowuje się co najmniej dziwnie, ktoś najwyraźniej interesuje się nowymi mieszkańcami trochę bardziej, niż powinien, a Enzo zaczyna wychodzić z domu późnymi wieczorami. Do tego dochodzą ostrzeżenia sąsiadki z naprzeciwka. Niby nic, co od razu kazałoby pakować walizki, ale drobne rzeczy zaczynają się układać w bardzo nieprzyjemne poczucie, że coś tutaj zdecydowanie nie gra.

I właśnie ta zmiana najbardziej mnie zainteresowała. W pierwszych dwóch częściach Millie wchodziła do cudzych domów i odkrywała to, co ich właściciele próbowali ukryć. Teraz role trochę się odwracają. To ona ma dom, rodzinę i życie, którego chce bronić. A niebezpieczeństwo nie czeka już za drzwiami miejsca, w którym podjęła pracę. Zamieszkało po sąsiedzku. Albo jeszcze bliżej.

Nie będę zdradzać więcej, bo przy Freidzie naprawdę nie ma większego sensu opowiadać fabuły. Cała przyjemność polega przecież na podejrzewaniu wszystkich po kolei. Ja oczywiście miałam swoje typy. Potem je zmieniłam. Później wróciłam do pierwszej wersji. Następnie uznałam, że przecież to byłoby zbyt oczywiste. Krótko mówiąc, przeprowadziłam śledztwo na poziomie najwyższej klasy specjalisty i jak zwykle Freida zrobiła ze mną, co chciała.

Muszę jednak przyznać, że „Z ukrycia” jest trochę inne niż dwie poprzednie części. Początek rozwija się spokojniej, jest w nim więcej codzienności Millie i życia rodzinnego. Nie jestem zresztą jedyna, która to zauważyła — w opiniach czytelników powtarza się spostrzeżenie, że pierwsza część książki jest bardziej obyczajowa, a napięcie wyraźnie rośnie później. Dla części osób właśnie dlatego jest to najsłabszy tom serii, inni doceniają zmianę i finał.

Mnie ten spokojniejszy początek nie przeszkadzał. Może dlatego, że Millie już znam i chciałam zobaczyć, co z nią dalej. Po dwóch poprzednich książkach nie jest dla mnie anonimową bohaterką wrzuconą w kolejną zagadkę. Chciałam zobaczyć ją jako żonę, matkę, właścicielkę własnego domu. I chyba właśnie dzięki temu późniejsze wydarzenia działają mocniej. Bo tym razem zagrożone jest nie tylko jej życie. Jest coś, co Millie ma do stracenia.

Została mi też po tej książce myśl o sąsiadach. O tym, jak niewiele właściwie wiemy o ludziach mieszkających kilka metrów od nas. Mówimy sobie „dzień dobry”, widzimy, jak wynoszą śmieci, koszą trawnik, odbierają dzieci, wnoszą zakupy. Czasami wiemy, jaki mają samochód i kiedy wyjeżdżają na wakacje. I na tej podstawie układamy sobie w głowie całe ich życie. Spokojni. Sympatyczni. Dziwni. Idealne małżeństwo. Porządna rodzina. Tymczasem drzwi się zamykają i tak naprawdę nie mamy pojęcia, co dzieje się po drugiej stronie.

Freida właśnie na tym potrafi budować swoje historie najlepiej. Nie potrzebuje opuszczonego zamczyska ani mordercy czającego się w lesie. Wystarczy piękny dom, spokojna ulica, uprzejma sąsiadka i człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego właściwie ta kobieta tak dziwnie patrzy.

Polskie wydanie ukazało się 26 lutego 2025 roku nakładem Czwartej Strony, w tłumaczeniu Elżbiety Pawlik. To trzeci tom cyklu o Millie Calloway. Katalogi podają różną paginację wydania — Empik i Lubimyczytać 400 stron, natomiast katalog biblioteczny 447 stron — zgodne są natomiast ISBN 9788368370058 i miękka oprawa.

Czy jest to moja ulubiona część „Pomocy domowej”? Chyba nadal największy sentyment mam do pierwszej, bo właśnie tam zaczęła się moja przygoda z Millie. Ale „Z ukrycia” przeczytałam dokładnie tak, jak czytam Freidę: jeszcze rozdział, jeszcze kilka stron, jeszcze tylko sprawdzę, czy mam rację...

Nie miałam. I właśnie za to ją uwielbiam.

Moja ukochana Freida McFadden po raz kolejny przypomniała mi, dlaczego kupuję jej książki właściwie w ciemno. Nie oczekuję od niej wielkiej literatury ani zdań, które będę przepisywać do zeszytu. Chcę, żeby mnie wciągnęła, namieszała mi w głowie, pozwoliła przez chwilę poczuć się bardzo mądrą, a potem pokazała, że znowu dałam się nabrać.

I dokładnie to dostałam.

"Gen zabójcy" - Agnieszka Peszek o tym, czy zło można dostać w spadku

Piąty tom. Sama nie wiem, kiedy to się stało. Dopiero zaczynałam „Przez pomyłkę”, później była „Dziewczyna z wnęki”, „Iluzja doskonałości” i „Zabawa w zabijanie”, a teraz zamknęłam „Gen zabójcy”. I chyba mogę już oficjalnie powiedzieć, że z Dorotą Czerwińską spędziłam całkiem sporo czasu. Zresztą Agnieszka Peszek sama podpowiada, że choć każda z tych historii kryminalnych jest zamknięta, wątek Doroty i jej bliskich najlepiej poznawać właśnie po kolei.

Tym razem już sam tytuł daje do myślenia. Czy można odziedziczyć skłonność do zła? Po mamie oczy, po tacie nos, po babci charakter, a po kimś jeszcze coś znacznie gorszego? Oczywiście życie i ludzka psychika nie są aż tak proste, żeby odpowiedzieć jednym „tak” albo „nie”, i właśnie dlatego ten pomysł tak mi się spodobał. Bo za kryminalną zagadką kryje się pytanie dużo ciekawsze: co właściwie sprawia, że człowiek przekracza granicę, której większość z nas nigdy nie przekroczy?

Dorota Czerwińska pracuje już w Warszawie i dostaje nowego partnera, Marka Kamińskiego. Razem trafiają na serię bardzo dziwnych zabójstw. Dziwnych przede wszystkim dlatego, że sprawca wcale nie szuka ciemnej uliczki ani pustego domu. Ludzie giną podczas spektaklu teatralnego, eventu w centrum handlowym, relacji na YouTube czy nielegalnych wyścigów motocyklowych. Wokół są świadkowie, a mimo to ktoś zabija i pozostaje nieuchwytny.

I więcej o samej fabule nie napiszę. Przy kryminałach mam coraz większe przekonanie, że im mniej człowiek wie przed rozpoczęciem lektury, tym lepiej. Zwłaszcza kiedy autor zaczyna rozrzucać kilka pozornie niepasujących do siebie elementów i pozwala czytelnikowi kombinować. A tutaj wątków jest sporo i przez pewien czas można się zastanawiać, co właściwie ma wspólnego jedno z drugim.

Mnie jednak najbardziej zainteresowało to, co siedzi pod warstwą kryminalną. Lubimy przecież proste wyjaśnienia. On taki jest, bo miał takiego ojca. Ona zachowuje się w ten sposób, bo pochodzi z takiej rodziny. Czasem nawet sami tłumaczymy siebie podobnie: „u nas wszyscy tacy są”. Geny niewątpliwie mają znaczenie, wychowanie również, doświadczenia także. Ale pomiędzy tym wszystkim nadal pozostaje człowiek i jego decyzje. I chyba właśnie to pytanie chodziło za mną podczas czytania: ile w nas jest tego, co dostaliśmy, a ile tego, kim zdecydowaliśmy się zostać?

Peszek nie zapomina przy tym o prywatnym życiu Doroty. I tutaj bardzo się cieszę, że nie zaczęłam serii od piątego tomu. Kryminalnie można byłoby to zrobić, bo zagadka stanowi osobną całość, ale Dorota nie jest już dla mnie po prostu policjantką prowadzącą kolejne śledztwo. Znam jej wcześniejsze wybory, relacje i życiowe zamieszanie, a teraz obserwuję ją również w roli matki i partnerki. Ta warstwa obyczajowa jest w „Genie zabójcy” mocno obecna i nie każdemu czytelnikowi przypadła do gustu, ale przy czytaniu całej serii ma dla mnie sens.

Sama książka ma ponad 400 stron, a mimo to czyta się ją szybko. Rozdziały prowadzą przez kolejne wątki, układanka stopniowo zaczyna się składać, a im bliżej końca, tym trudniej ją odłożyć. Opinie o tej części są zresztą dość różne. Jedni chwalą pomysł, wielowątkowość i psychologiczne pytanie stojące za całą historią, inni narzekają na zbyt dużą liczbę wątków czy rozbudowaną część obyczajową. Na Lubimy czytać książka ma obecnie ocenę 7,0/10 przy 445 ocenach. Papierowe wydanie liczy 402 strony i jest piątym tomem cyklu.

Ja należę do tych pierwszych. „Gen zabójcy” podobał mi się, a przede wszystkim dobrze zamknął moje pięciotomowe spotkanie z Dorotą Czerwińską. Lubię kryminały, które poza odpowiedzią na pytanie „kto zabił?” zostawiają jeszcze coś do przemyślenia. Tutaj zostało mi właśnie to nieszczęsne dziedziczenie. Bo bardzo łatwo powiedzieć, że ktoś miał zło „we krwi”. Znacznie trudniej przyjąć, że człowiek jest mieszaniną tego, co dostał, tego, czego doświadczył, i tego, co sam z tym wszystkim zrobił.

Czy warto przeczytać? Moim zdaniem tak, ale jeśli macie ochotę poznać Dorotę Czerwińską, zaczęłabym od „Przez pomyłkę”. Nie dlatego, że bez wcześniejszych części nie zrozumiecie zagadki. Zrozumiecie. Tylko trochę szkoda wchodzić na ostatni odcinek drogi, kiedy można przejść ją od początku.

A ja po pięciu tomach mogę już powiedzieć jedno: określenie „moja polska Freida McFadden” Agnieszka Peszek nadal u mnie zachowuje. I coś mi mówi, że na tych pięciu książkach naszej znajomości nie skończę.

"Zabawa w zabijanie" - Agnieszka Peszek o tym, jak wysoką cenę można zapłacić za popularność

No i stało się. Po „Przez pomyłkę”, „Dziewczynie z wnęki” i „Iluzji doskonałości” dotarłam do czwartego spotkania z Dorotą Czerwińską. Chyba już nawet nie ma sensu udawać, że robię sobie przerwę od Agnieszki Peszek, bo kiedy kończę jedną część, natychmiast jestem ciekawa następnej. Tym razem jednak już sam pomysł na historię sprawił, że pomyślałam: o, to może być naprawdę dobre. I było. „Zabawa w zabijanie” to czwarty tom serii, choć sama autorka zaznacza, że kryminalna historia jest zamknięta i można ją czytać niezależnie. Ja jednak zdecydowanie wolę po kolei, bo dzięki temu znam już Dorotę, jej życie i wszystko to, co dzieje się poza kolejnymi śledztwami.

Tym razem Peszek bierze na warsztat coś bardzo współczesnego: pragnienie popularności. Piątka młodych ludzi dostaje zaproszenie do udziału w niezwykłym programie. Jest szansa na rozpoznawalność, spełnienie marzeń i nagrodę, więc dlaczego nie spróbować? Problem w tym, że uczestnicy zostają wywiezieni w odludne miejsce, a kolejne zadania coraz mniej przypominają niewinną telewizyjną zabawę. I tutaj się zatrzymam, bo naprawdę szkoda odbierać sobie przyjemność odkrywania, dokąd autorka z tym pomysłem pójdzie.

Czytając, pomyślałam sobie, że kiedyś człowiek marzył o dobrej pracy, własnym mieszkaniu albo dalekiej podróży. Dzisiaj do listy marzeń doszło jeszcze jedno: być znanym. Nieważne czasem nawet z czego, byle nazwisko albo twarz zaczęły krążyć po sieci, przybywało obserwujących, a licznik polubień ruszył w górę. Oczywiście nie ma nic złego w prowadzeniu profilu, pokazywaniu swojej pasji czy budowaniu wokół niej społeczności. Sama przecież publikuję w internecie. Problem zaczyna się chyba dopiero wtedy, gdy cudza uwaga staje się tak potrzebna, że dla kolejnego zasięgu jesteśmy gotowi przesuwać własne granice.

I właśnie dlatego „Zabawa w zabijanie” spodobała mi się bardziej, niż początkowo przypuszczałam. Kryminał kryminałem, ale Peszek zadaje przy okazji całkiem niewygodne pytanie: ile jesteśmy gotowi zrobić, jeśli po drugiej stronie czeka popularność? Trochę się ośmieszyć? Dać sobą manipulować? Zrobić coś, czego normalnie nigdy byśmy nie zrobili? A jeśli ktoś będzie tę granicę przesuwał powoli, krok po kroku? Jeszcze jedno zadanie, jeszcze jeden kompromis, przecież zaszliśmy już tak daleko…

W tym tomie jest też coś z programów typu reality show, tylko przepuszczonych przez bardzo mroczny filtr. Uczestnicy są obserwowani, poddawani presji, mają reagować, rywalizować i dostarczać emocji. Tyle że tutaj zabawa przestaje być zabawą. I chyba właśnie ta część historii działa najlepiej, bo wcale nie wydaje się całkowicie oderwana od rzeczywistości. W opiniach czytelników często pojawia się właśnie pochwała oryginalnego pomysłu i aktualnego tematu mediów społecznościowych; zwracana jest też uwaga na pokazany w książce hejt i jego możliwe konsekwencje.

Dorota natomiast przenosi się zawodowo do Warszawy, a razem z nową pracą dostaje również sporą porcję zmian w życiu prywatnym. Jest macierzyństwo, są uczucia i mężczyźni, którzy najwyraźniej nie zamierzają ułatwiać jej życia. Przyznam, że po czterech tomach te prywatne wątki już mnie obchodzą, dlatego cieszę się, że czytam serię po kolei. Można zacząć tutaj, ale wtedy traci się tę znajomość z bohaterką, która powstaje gdzieś pomiędzy kolejnymi zbrodniami.

A sama zagadka? Peszek znowu robi swoje. Dużo się dzieje, historia ma tempo i szybko pojawia się potrzeba przeczytania jeszcze jednego rozdziału. Potem oczywiście następnego, bo przecież po takim zakończeniu nie można odłożyć książki. Na Lubimyczytać „Zabawa w zabijanie” ma obecnie 6,9/10 przy 477 ocenach, a w recenzjach powtarza się zarówno pochwała pomysłu, jak i uwaga, którą pamiętam już z wcześniejszych części: rozwiązanie przychodzi dość gwałtownie i niektórzy czytelnicy chętnie dostaliby kilka stron więcej na finał.

Mnie również można byłoby jeszcze chwilę potrzymać przy zakończeniu, ale tym razem zdecydowanie więcej zostało mi po drodze niż na samym końcu. Bo „Zabawa w zabijanie” jest trochę o nas. O świecie, w którym patrzymy, kto nas obserwuje, kto polubił, kto skomentował i ilu ludzi zobaczyło to, co wrzuciliśmy do internetu. Łatwo się z tego śmiać, dopóki nie zauważymy, jak bardzo te małe cyferki potrafią wpływać na samopoczucie całkiem dorosłych i rozsądnych ludzi.

Czy warto przeczytać?

Tak. I mam wrażenie, że spośród dotychczasowych części ta ma jeden z ciekawszych pomysłów wyjściowych. Jest kryminalna zabawa, jest Dorota, jest napięcie, ale przede wszystkim jest temat, który spokojnie można zabrać ze sobą po zamknięciu książki.

Bo popularność sama w sobie nie jest niczym złym. Gorzej, kiedy przestajemy pytać, dlaczego właściwie tak bardzo jej potrzebujemy i ile jesteśmy gotowi za nią zapłacić.

A ja? Oczywiście już wiem, co będzie dalej. „Gen zabójcy” jest piątym tomem serii. I naprawdę nie będę Was oszukiwać, że po czterech częściach nagle odzyskam silną wolę. 

"Zamknięte drzwi" - Freida McFadden o tym, czy można uciec od tego, co mamy we krwi

Z Freidą McFadden mam już taki układ, choć ona oczywiście nic o nim nie wie. Ja otwieram książkę, zaczynam czytać, po kilkudziesięciu stronach jestem przekonana, że wiem, co się wydarzyło, a ona cierpliwie czeka, aż poczuję się wystarczająco pewnie. Potem robi swoje. Przy „Zamkniętych drzwiach” było dokładnie tak samo. I wiecie co? Wcale nie mam do niej pretensji. Wręcz przeciwnie. Właśnie za to ją uwielbiam.

Tym razem McFadden zaczyna naprawdę mocno. Jedenastoletnia Nora nie ma pojęcia, że kiedy odrabia lekcje w swoim pokoju, jej ojciec w piwnicy morduje kobiety. Prawda wychodzi na jaw dopiero wraz z pojawieniem się policji. Dwadzieścia sześć lat później Nora żyje już pod innym nazwiskiem, jest cenioną chirurg i zrobiła wszystko, żeby odciąć się od człowieka, którego była córką. Tyle że pewnego dnia zostaje zamordowana jedna z jej pacjentek. W sposób bardzo przypominający zbrodnie jej ojca.

I tutaj właściwie mogłabym przestać opowiadać o fabule, bo „Zamknięte drzwi” są jedną z tych książek, którym nadmiar informacji przed czytaniem zwyczajnie szkodzi. Freida znowu podrzuca tropy, odwraca uwagę i sprawia, że podejrzani zaczynają wyrastać niemal za każdym rogiem. Historia prowadzona jest również poprzez powroty do dzieciństwa Nory, więc stopniowo poznajemy nie tylko to, co wydarzyło się kiedyś, ale przede wszystkim to, co zrobiło z nią dorastanie w takim domu. To zresztą właśnie psychologiczny aspekt historii, tempo i trudne do przewidzenia rozwiązanie często pojawiają się w opiniach czytelników. Książka ma obecnie 7,3/10 przy ponad 4400 ocenach na Lubimyczytać.

Ale wiecie, co mnie tym razem zainteresowało najbardziej? Pytanie, czy człowiek może naprawdę odciąć się od własnego pochodzenia.

Nora zmieniła nazwisko, zbudowała sobie nowe życie, zdobyła zawód, w którym zamiast odbierać życie, je ratuje. Mogłoby się wydawać, że zrobiła wszystko, co możliwe, żeby udowodnić przede wszystkim sobie, że nie jest swoim ojcem. A jednak przeszłość cały czas idzie kilka kroków za nią. Nie dlatego, że Nora zrobiła coś złego, lecz dlatego, że jest jego córką. I pomyślałam sobie podczas czytania, jak potwornie niesprawiedliwe potrafi być obciążenie człowieka cudzą winą.

Bo przecież nie wybieramy rodziców. Nie wybieramy domu, w którym dorastamy, ani tego, co wydarzyło się w nim, kiedy byliśmy dziećmi. Możemy natomiast zdecydować, kim będziemy później. Tylko czy sami zawsze w to wierzymy? I czy inni pozwolą nam zapomnieć, skąd przyszliśmy?

Freida bardzo sprytnie wykorzystuje ten niepokój. Nora jest narratorką, ale jednocześnie trudno całkowicie jej zaufać. Im więcej dowiadywałam się o jej przeszłości, tym częściej zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem czegoś przede mną nie ukrywa. I tu właśnie zaczęła się moja ulubiona zabawa: „Dobra, Freida, tym razem już wiem”.

Nie wiedziałam.

Oczywiście, że nie wiedziałam.

A najgorsze jest to, że byłam z siebie naprawdę zadowolona.

„Zamknięte drzwi” mają 344 strony, ale zdecydowanie nie są książką, którą czyta się przez tydzień, odkładając grzecznie po jednym rozdziale. Krótkie rozdziały, dwa plany czasowe i kolejne drobne odkrycia robią swoje. Czytelnicy również bardzo często piszą o tym, że książkę trudno odłożyć, choć część z nich uważa finał za trochę naciągany. Mnie to nie przeszkodziło. Ja od Freidy chcę przede wszystkim tego momentu, kiedy wszystko, co sobie pracowicie poukładałam, nagle rozsypuje się po podłodze.

I dostałam go.

Czy warto przeczytać?

No cóż… świetna. Nie będę nawet udawała powściągliwości. To dokładnie taka Freida McFadden, jaką lubię: szybko, niepokojąco, z tajemnicą, bohaterką, której nie jestem pewna, i zakończeniem, przy którym muszę przyznać autorce, że znowu wygrała.

Ale poza thrillerową zabawą została mi po tej książce jeszcze jedna myśl. Nie jesteśmy odpowiedzialni za to, od kogo pochodzimy. Jesteśmy odpowiedzialni za to, kim sami postanowimy zostać. I chyba właśnie dlatego historia Nory podobała mi się tak bardzo.

A Freida? Nadal bezpiecznie siedzi na pierwszym miejscu mojej listy. Chociaż po tylu jej książkach naprawdę powinnam już wiedzieć, że kiedy podczas czytania myślę: „mam cię”, to najprawdopodobniej właśnie ona ma mnie.

"Iluzja doskonałości" - Agnieszka Peszek o tym, jak łatwo zgubić siebie w pogoni za doskonałością

Przy trzeciej książce Agnieszki Peszek zaczynam już zauważać pewien problem. Siadam tylko na chwilę, przeczytam rozdział, może dwa, przecież mam jeszcze mnóstwo innych rzeczy do zrobienia… i nagle okazuje się, że tych rozdziałów było zdecydowanie więcej. Po „Przez pomyłkę” i „Dziewczynie z wnęki” przyszła kolej na „Iluzję doskonałości”, trzeci tom serii z Dorotą Czerwińską. I chyba mogę już oficjalnie powiedzieć, że moja polska Freida McFadden zadomowiła się na mojej półce na dobre. Sama autorka potwierdza zresztą, że właśnie taka jest kolejność pierwszych trzech części, choć każda opowiada osobną historię kryminalną.

Tym razem punktem wyjścia jest zaginięcie czteroosobowej rodziny. Znikają nagle, pozostawiając w domu swoje rzeczy, a nawet ukochanego psa. Nie ma żadnej oczywistej odpowiedzi na pytanie, co się wydarzyło, a sprawa, która trafia do Doroty Czerwińskiej, z każdą kolejną stroną robi się coraz bardziej zagmatwana. Równocześnie Dorota mierzy się z inną sprawą i coraz mocniej przekonuje się, że policyjna praca nie kończy się w chwili wyjścia z komisariatu. Zaczyna wchodzić także w jej życie prywatne.

Ale tym razem sama zagadka kryminalna wcale nie była dla mnie najciekawsza. Już tytuł „Iluzja doskonałości” świetnie podpowiada, gdzie warto spojrzeć trochę głębiej. Bo właściwie skąd wzięło się nasze przekonanie, że wszystko powinno być idealne? Idealny dom, idealna rodzina, idealny związek, idealna praca, idealne dzieci, idealne zdjęcia, idealne życie. I jeszcze koniecznie trzeba sprawiać wrażenie, że osiągamy to wszystko bez większego wysiłku. U Peszek ta fasada zaczyna pękać i właśnie to podobało mi się najbardziej. Oficjalny opis książki stawia zresztą bardzo podobne pytanie: czy w dążeniu do doskonałości można zabrnąć tak daleko, że przestaje mieć znaczenie nawet to, czy jest się dobrym człowiekiem.

Pomyślałam przy tej książce, jak łatwo oceniamy cudze życie po tym, co widać z zewnątrz. Patrzymy na rodzinę, małżeństwo, dom i mówimy: oni to mają dobrze. Tymczasem nie mamy najmniejszego pojęcia, co dzieje się po zamknięciu drzwi. Ile kosztuje utrzymywanie tego pięknego obrazka, co zostało pod niego zamiecione i kto płaci za to najwyższą cenę. Doskonałość bywa przecież bardzo efektowna z daleka. Dopiero z bliska widać wszystkie rysy.

I właśnie dlatego ten tom podobał mi się nie tylko jako kryminał. Jest tu zagadka, są tropy, podejrzenia i moje tradycyjne już przekonanie, że tym razem przechytrzę Agnieszkę Peszek. Nie przechytrzyłam. Zaczynam podejrzewać, że powinnam po prostu pogodzić się z porażką i czerpać z niej przyjemność. Ale obok tego dostałam temat, który spokojnie mógłby istnieć bez całej kryminalnej otoczki: ile jesteśmy gotowi poświęcić, żeby inni nadal wierzyli, że nasze życie jest doskonałe?

Czytelnicy bardzo często chwalą tę część właśnie za tempo, krótkie rozdziały i trudne do przewidzenia rozwiązanie. Pojawia się natomiast zarzut, który znam już z wcześniejszych tomów — że po bardzo dobrze budowanym napięciu zakończenie przychodzi zbyt szybko. Takie głosy powtarzają się zarówno w Legimi, jak i Audiotece. I coś w tym jest. Ja również chętnie zostałabym przy finale trochę dłużej, zamiast tak szybko żegnać się z historią. Nie zmienia to jednak faktu, że przez większość książki po prostu chciałam wiedzieć, co będzie dalej.

Czy warto przeczytać?

Tak. I jeśli zaczęliście serię od „Przez pomyłkę”, zdecydowanie nie zatrzymujcie się po drugim tomie. Mam nawet wrażenie, że z każdą częścią coraz bardziej lubię Dorotę i coraz bardziej odpowiada mi sposób, w jaki Agnieszka Peszek łączy kryminalną zagadkę z czymś, nad czym można pomyśleć już po zamknięciu książki. „Iluzja doskonałości” zostawiła mnie właśnie z taką myślą.

Może wcale nie potrzebujemy idealnego życia. Może wystarczyłoby takie, w którym nie trzeba bez przerwy udowadniać światu, że wszystko jest w porządku.

A ja oczywiście idę dalej. „Zabawa w zabijanie” już czeka, a po trzech spotkaniach z moją polską Freidą McFadden naprawdę nie będę teraz udawała, że potrafię się powstrzymać. 

"Dziewczyna z wnęki" - Agnieszka Peszek o tym, że przeszłość potrafi wrócić wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewamy

Dzisiaj miałam taki zwyczajny moment: kawa już prawie wypita, coś jeszcze do zrobienia w domu, a ja zamiast się ruszyć siedziałam z książką i mówiłam sobie, że przeczytam tylko kilka stron. Przy Agnieszce Peszek to jest chyba wyjątkowo ryzykowne założenie, bo krótkie rozdziały robią swoje, a potem człowiek orientuje się, że znowu „jeszcze tylko jeden” zamienił się w dobre pół godziny. Po Przez pomyłkę wiedziałam już, że chcę iść dalej za Dorotą Czerwińską, a Dziewczyna z wnęki tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że moja polska Freida McFadden naprawdę potrafi mnie zatrzymać przy książce.

To drugi tom cyklu i tym razem Dorota jest zdecydowanie bardziej na pierwszym planie. Autorka prowadzi równolegle dwie sprawy – tę współczesną i nierozwiązaną historię sprzed dwudziestu pięciu lat, która dotyka również jej rodziny. Nie będę opowiadała Wam szczegółów, bo właśnie przy takich kryminałach im mniej się wie przed czytaniem, tym lepiej. Powiem tylko, że ten zabieg bardzo mi odpowiadał. Człowiek dostaje jeden trop, za chwilę drugi, zaczyna sobie wszystko układać, jest już prawie dumny ze swojej przenikliwości… i wtedy Peszek grzecznie zabiera mu tę satysfakcję. Recenzenci często podkreślają właśnie wielotorową intrygę, szybkie tempo i to, że finału trudno się domyślić, choć pojawiają się też głosy, że końcówka rozwiązuje część wątków trochę zbyt szybko.

Mnie najmocniej zostało jednak coś innego niż sama zagadka. Niewiedza. Ta książka bardzo dobrze pokazuje, jak potwornie męczące może być życie bez odpowiedzi. Kiedy ktoś znika, kiedy jakaś historia zostaje urwana, kiedy przez lata nie wiadomo, co naprawdę się wydarzyło, człowiek nie ma nawet czego domknąć. Może tworzyć własne wersje, wracać do dawnych rozmów, zastanawiać się, czy czegoś nie przeoczył. I chyba właśnie to jest czasem trudniejsze niż najgorsza prawda – bo prawda przynajmniej stawia kropkę. Sama książka wraca zresztą do tej myśli wprost: najgorsza może być właśnie niewiedza.

Podobało mi się też, że druga część jest mroczniejsza niż Przez pomyłkę. Więcej tu napięcia, mniej poczucia, że czytamy po prostu klasyczne policyjne dochodzenie. Dorota jest już bohaterką, którą znamy trochę lepiej, więc łatwiej wejść również w jej emocje i prywatne uwikłania. Nie wszystko jest idealne i nie każdy dialog brzmi tak naturalnie, jak bym chciała, ale tym razem kompletnie nie przeszkadzało mi to w czytaniu. Chciałam wiedzieć, co dalej. A dla kryminału to chyba najlepszy komplement.

Czy warto przeczytać?

Tak, zdecydowanie. Szczególnie jeśli po Przez pomyłkę polubiliście Dorotę Czerwińską i chcecie zobaczyć, jak ta seria się rozwija. Dla mnie Dziewczyna z wnęki jest nawet bardziej wciągająca od pierwszej części: mroczniejsza, bardziej wielowątkowa i mocniej bawiąca się z czytelnikiem. Zakończenie mogłoby dostać trochę więcej miejsca, ale nie zmienia to faktu, że książkę zamknęłam z bardzo przyjemnym poczuciem: znowu mnie zrobiła w konia.

A skoro przy Agnieszce Peszek zaczynam mieć dokładnie to samo, co przy Freidzie McFadden – pewność, że tym razem na pewno wszystko rozgryzę – to chyba już wiadomo, jak skończy się moje spotkanie z kolejnym tomem. 😄

"Przez pomyłkę" - Agnieszka Peszek o tym, że przeszłość zawsze wystawia rachunek

We wtorek wieczorem miałam plan idealny: poczytam chwilę przed snem. Naprawdę chwilę. Tylko że moje „jeszcze jeden rozdział” ma mniej więcej tyle samo wspólnego z rzeczywistością, co „wchodzę tylko po jedną rzecz” wypowiedziane przed wejściem do sklepu. Szczególnie kiedy trafiam na książkę z krótkimi rozdziałami, bo przecież następny zajmie tylko kilka minut. Potem kolejny też tylko kilka. I nagle robi się zdecydowanie później, niż rozsądek przewidywał. Tak właśnie czytało mi się „Przez pomyłkę” Agnieszki Peszek.  od razu muszę Wam coś powiedzieć: chyba znalazłam moją polską Freidę McFadden. A jeśli zaglądacie tu częściej, wiecie, że z moich ust to naprawdę duży komplement. Za Freidą szaleję przede wszystkim dlatego, że uwielbiam moment, w którym jestem już święcie przekonana, że wszystko rozgryzłam, po czym okazuje się, że autorka właśnie wyprowadziła mnie na spacer w zupełnie niewłaściwym kierunku. Agnieszka Peszek dała mi bardzo podobną przyjemność z czytania.

Nie będę opowiadała Wam fabuły, bo przy takich książkach najlepiej wiedzieć jak najmniej. Powiem tylko, że „Przez pomyłkę” jest historią, w której przeszłość bardzo mocno upomina się o swoje. Autorka prowadzi opowieść na kilku płaszczyznach czasowych i pokazuje wydarzenia z perspektywy różnych osób. Początkowo trzeba więc trochę uważniej czytać, ale bardzo szybko zaczęło mi się to podobać, bo z każdego fragmentu dostawałam kolejny kawałek układanki. I oczywiście układałam. Przesuwałam elementy, podejrzewałam jednego, potem drugiego, byłam coraz bardziej zadowolona ze swoich detektywistycznych zdolności… aż Agnieszka Peszek przypomniała mi, że może jednak nie powinnam jeszcze składać podania do wydziału kryminalnego.

Najbardziej została ze mną jednak nie sama zagadka, lecz przeszłość. To, jak wydarzenia sprzed wielu lat potrafią siedzieć w człowieku znacznie dłużej, niż chciałby przyznać. Można wyjechać, dorosnąć, urządzić sobie życie, udawać przed światem, a czasem nawet przed samym sobą, że pewne sprawy zostały zamknięte. Tylko że nie wszystko da się schować do szuflady i przekręcić klucz. Szczególnie jeśli po drodze zostały krzywda, poczucie winy, zazdrość czy niewypowiedziane pretensje. Właśnie ten motyw konsekwencji dawnych decyzji podkreślają również czytelnicy w swoich recenzjach.

Podobało mi się też, że bohaterowie nie są tutaj grzecznie podzieleni na dobrych i złych. Im dłużej ich poznajemy, tym trudniej wydawać proste wyroki. Każdy coś niesie, każdy ma swoją wersję wydarzeń, swoje słabości i rzeczy, o których najchętniej nigdy więcej by nie mówił. I chyba właśnie dlatego ta historia tak dobrze pokazuje, jak niebezpieczne potrafi być ocenianie człowieka na podstawie tego, co widzimy dzisiaj.

Czy wszystko było idealne? Nie. Momentami chciałabym trochę głębiej wejść w psychikę niektórych postaci, a przy kilku rozwiązaniach można się zastanawiać nad ich realizmem — podobne uwagi pojawiają się zresztą również w opiniach czytelników. Ale wiecie co? Przy tej książce kompletnie mi to nie przeszkodziło w dobrej zabawie. Czytałam szybko, chciałam wiedzieć, co będzie dalej, snułam własne teorie, zmieniałam je i przede wszystkim nie nudziłam się ani przez chwilę.

Czy warto przeczytać?

Tak. Szczególnie jeśli tak jak ja lubicie kryminały i thrillery, w których autor podrzuca kolejne elementy układanki i pozwala czytelnikowi uwierzyć, że już zna rozwiązanie. „Przez pomyłkę” nie jest ciężkim, brutalnym kryminałem. To raczej bardzo sprawnie opowiedziana historia o tajemnicach, konsekwencjach dawnych decyzji i przeszłości, która pewnego dnia może zapukać do drzwi.

A ja? Ja już wiem, że na jednym spotkaniu z Agnieszką Peszek się nie skończy.

Skoro nazwałam ją moją polską Freidą McFadden, to chyba właśnie wpisałam się na kolejne czytelnicze kłopoty. I bardzo dobrze.