"Nauczyciele" - Freida McFadden o tym, że najgroźniejsze lekcje nie zawsze odbywają się przy tablicy
No i mam ją. Kolejną Freidę. Właściwie mogłabym już przestać udawać, że przed rozpoczęciem jej książki zastanawiam się, czy warto. Nie zastanawiam się. Jeśli na okładce widzę nazwisko McFadden, książka prędzej czy później będzie moja. Tym razem dodatkowo dostałam tytuł „Nauczyciele”, więc jako nauczycielka naprawdę nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Tylko od razu uprzedzam — moja szkolna codzienność wygląda jednak trochę inaczej. I całe szczęście.
„Nauczyciele” to polskie wydanie „The Teacher”, thrillera Freidy McFadden z 2024 roku. U nas książka ukazała się 27 sierpnia 2025 roku nakładem Czwartej Strony, w tłumaczeniu Elżbiety Pawlik. Ma 440 stron i miękką oprawę ze skrzydełkami.
Eve jest nauczycielką matematyki w liceum w Caseham. W tej samej szkole pracuje jej mąż Nate, nauczyciel angielskiego. Z pozoru zwyczajne małżeństwo, zwyczajna szkoła i kolejny rok nauki. Tyle że rok wcześniej wydarzył się tam skandal. Jednego z nauczycieli podejrzewano o romans z uczennicą, a w samym środku całej historii znalazła się Addie. Dziewczyna została z łatką kłamczuchy i manipulatorki, której lepiej nie ufać. Teraz trafia między innymi na lekcje Eve i Nate’a.
I tutaj naprawdę przestaję opowiadać fabułę. Przy Freidzie im mniej się wie, tym lepiej, a w „Nauczycielach” szczególnie łatwo powiedzieć o jedno zdanie za dużo.
Od początku patrzyłam na tę historię trochę inaczej niż zapewne ktoś, kto ze szkołą nie ma nic wspólnego. Bo za thrillerem jest tutaj temat bardzo poważny: relacja nauczyciela i ucznia, granice, odpowiedzialność dorosłego i ogromna przewaga, jaką nauczyciel ma nad młodym człowiekiem. Nastolatek może być zakochany, zafascynowany, może uważać, że właśnie przeżywa największą miłość swojego życia. Dorosły powinien wiedzieć, gdzie jest granica. I kropka. To nie jest relacja dwóch osób stojących na równych pozycjach.
Freida bardzo sprytnie wykorzystuje też coś, co w szkolnej rzeczywistości jest aż nazbyt znajome: opinię, która zaczyna żyć własnym życiem. Wystarczy, że o uczniu zostanie raz powiedziane „ona kłamie”, „on sprawia problemy”, „z nią zawsze coś jest”, a później każde zachowanie zaczynamy oglądać właśnie przez ten filtr. Addie ma już swoją etykietkę. Pytanie tylko, czy to, co mówią o niej inni, rzeczywiście mówi nam, kim ona jest.
Historia prowadzona jest przede wszystkim z perspektywy Eve i Addie, więc tę samą rzeczywistość oglądamy oczami dorosłej kobiety i nastolatki. I oczywiście Freida robi to, co lubi najbardziej — pozwala nam coś sobie poukładać, a potem zaczyna wyciągać kolejne elementy z tej układanki.
Przyznam jednak, że „Nauczyciele” rozwijają się spokojniej niż niektóre inne jej thrillery. Przez sporą część książki jest więcej psychologii, relacji i szkolno-małżeńskiej codzienności niż kryminalnej jazdy bez trzymanki. Nie jestem jedyna, która to zauważyła — w opiniach czytelników właśnie wolniejsze tempo pierwszych części książki pojawia się zarówno jako zarzut, jak i element budujący późniejsze zaskoczenia.
Mnie to jednak nie zniechęciło. Znam już Freidę na tyle, żeby wiedzieć, że kiedy robi się podejrzanie spokojnie, należy zacząć się martwić.
Oczywiście miałam swoje teorie. Oczywiście obserwowałam bohaterów i myślałam: dobra, już wiem, kto tutaj kłamie. Później zmieniałam zdanie. Następnie wracałam do pierwszej wersji. A gdzieś pod koniec pojawiło się moje tradycyjne: „Ha! Freida, tym razem cię mam”.
Nie miałam.
I właśnie dlatego nadal tak bardzo lubię jej książki. Nie potrzebuję po nich wielkich filozoficznych odkryć. Chcę usiąść z kawą, otworzyć książkę i nagle zorientować się, że zamiast zaplanowanych dwudziestu stron przeczytałam sto. Chcę podejrzewać, kombinować, denerwować się na bohaterów i koniecznie przeczytać jeszcze jeden rozdział, bo przecież teraz już naprawdę muszę wiedzieć.
„Nauczyciele” zostawili mnie jednak również z czymś poważniejszym. Z myślą o tym, jak łatwo dorosły może wykorzystać zaufanie młodego człowieka i jak bardzo odpowiedzialność za granice zawsze spoczywa na dorosłym. Ale też o tym, jak szybko potrafimy wydać wyrok na kogoś, o kim właściwie niewiele wiemy. Czasem wystarczy jedna historia powtarzana wystarczająco wiele razy, żebyśmy przestali pytać, czy na pewno była prawdziwa.
Czy to moja ulubiona Freida? Nie. Pierwsze miejsce nadal zajmują u mnie inne jej książki. Ale czy żałuję tych 440 stron? Ani trochę. Szczególnie że końcówka przypomniała mi dokładnie, dlaczego McFadden wciąż siedzi na samym szczycie mojej prywatnej listy autorek thrillerów.
A po przeczytaniu „Nauczycieli” mam jeszcze jedną refleksję zawodową.
Jutro wchodzę do swojej klasy, patrzę na dzieci, zeszyty, piórniki, rozsypane kredki i pytanie po raz siedemnasty: „Proszę pani, a która strona?”. I chyba jeszcze bardziej docenię, że największy thriller mojego dnia polega czasem na ustaleniu, kto znowu nie podpisał karty pracy.
Freida zdecydowanie może zatrzymać swoją szkołę.
Ja zostaję przy swojej.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)