Codziennik Zadumanej #61

Niedziela. Dzień odpoczynku, błogiego lenistwa, spokojnej kawy i niespiesznego poranka. Przynajmniej taką wersję niedzieli przedstawiają kolorowe magazyny i ludzie, którzy nie mają psa z zaburzeniami stosunków międzynarodowych. Ja mam Sisi. Niewielkie stworzenie, które wygląda jak niewinny aniołek, waży tyle co porządny worek ziemniaków w wersji mini, ale charakterem mogłoby obdzielić całe stado rottweilerów. I jeszcze by zostało na dwa dobermany.

Moja Sisi jest bowiem psem wybitnie aspołecznym, a właściwie, nazywając rzeczy po imieniu, małym psim socjopatą. Nie życzy sobie kontaktów towarzyskich, nie uznaje psich znajomości i uważa, że każde zwierzę pojawiające się w promieniu jej wzroku stanowi osobistą obrazę majestatu. Wystarczy, że na horyzoncie zamajaczy pies prowadzony przez niczego nieświadomego właściciela, a moja kruszynka przechodzi natychmiastową przemianę. Jeszcze przed chwilą wąchała sobie listek, a sekundę później ogłasza stan wojenny, wydaje komunikaty ostrzegawcze i usiłuje przeprowadzić ofensywę, której nie powstydziłby się niejeden dowódca wojskowy. Oczywiście wszystko to odbywa się na smyczy, której drugi koniec trzymam ja, pełniąca jednocześnie funkcję negocjatora, ochroniarza i oddziału prewencji.

Dlatego właśnie mój budzik dzwoni o 4.45. Tak, dobrze przeczytaliście. Za piętnaście piąta rano. O godzinie, o której większość normalnych ludzi przewraca się na drugi bok, a nawet ptaki zastanawiają się, czy już warto zaczynać koncert, ja wychodzę z domu na spacer z psem, który nie toleruje konkurencji na osiedlu. Mamy bowiem bardzo wąskie okno czasowe. O piątej piętnaście, najpóźniej dwadzieścia, zaczyna się wielki poranny exodus. Psy wyprowadzają swoich właścicieli, chodniki zapełniają się czworonożnymi spacerowiczami, a Sisi uznaje, że oto rozpoczęła się inwazja obcych wojsk.

Przez te kilkanaście minut przed świtem świat należy do nas. Ulice są puste, powietrze chłodne, latarnie jeszcze świecą, a ja maszeruję zaspana, zastanawiając się, w którym momencie swojego życia podpisałam umowę na takie warunki zatrudnienia. Co ciekawe, Sisi o tej porze jest wzorowym psem. Idzie sobie grzecznie, węszy, załatwia swoje sprawy i sprawia wrażenie istoty niezwykle zrównoważonej emocjonalnie. Gdyby ktoś zobaczył nas tylko wtedy, mógłby pomyśleć, że przesadzam z opowieściami o jej charakterze. Wystarczyłoby jednak zaprosić na spacer przypadkowego jamnika i cała ta piękna legenda rozsypałaby się szybciej niż moje postanowienia dotyczące ograniczenia liczby kupowanych książek.

Na zdjęciu zresztą widać ją w pełnej krasie. Stoi sobie pośród złotych liści, uśmiechnięta, niewinna, niemal reklamowa. Jesienny krajobraz, słoneczko, maleńki piesek i pełna harmonia. Gdybym nie znała tej artystki osobiście, sama dałabym się nabrać. To zdjęcie jest najlepszym dowodem na to, że pozory mylą, a niektóre stworzenia powinny mieć dołączoną instrukcję obsługi. Najlepiej wielostronicową, z rozdziałem dotyczącym sytuacji kryzysowych.

Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Że ja tę małą awanturnicę uwielbiam. Nawet kiedy o świcie stoję z jednym okiem otwartym, drugim jeszcze śniącym o poduszce, a ona z wielkim zaangażowaniem analizuje zapach trzeciego z kolei krzaczka. Czasami mam ochotę powiedzieć jej, że mogłybyśmy przecież żyć jak cywilizowane istoty, spacerować o normalnej porze, wymieniać uprzejmości z sąsiadami i ich psami. Ale Sisi najwyraźniej nie jest zainteresowana integracją społeczną, a ja po tylu latach pracy z dziećmi doskonale wiem, że nie każda propozycja współpracy spotyka się z entuzjazmem drugiej strony.

Zresztą te nasze poranne wyprawy mają też swoje dobre strony. Miasto o piątej rano wygląda zupełnie inaczej. Nie ma pośpiechu, samochodów jest niewiele, nikt nie przepycha się na chodniku, a jesienią nawet zwyczajny trawnik zasypany liśćmi potrafi wyglądać pięknie w świetle latarni. Jest w tej ciszy coś kojącego, chociaż przyznaję, że odkrywanie jej uroków byłoby znacznie przyjemniejsze po siódmej i z kawą w ręku.

A dzisiaj, w niedzielę, patrząc na moją małą rozrabiakę, pomyślałam sobie, że życie z innymi istotami, czy to ludźmi, czy zwierzętami, rzadko wygląda tak, jak sobie wymarzyliśmy. Każdy ma swoje dziwactwa, przyzwyczajenia, lęki i granice. Jedni potrzebują towarzystwa, inni świętego spokoju, a jeszcze inni najchętniej przegoniliby z osiedla całą konkurencję. I choć nad trudnymi zachowaniami trzeba pracować, nie wszystko da się zmienić jednym poleceniem, a miłość nie polega przecież na tym, że ktoś zawsze zachowuje się dokładnie tak, jak byśmy chcieli.

Może więc warto czasami zamiast denerwować się, że coś nie wygląda po naszej myśli, poszukać sposobu, żeby wspólnie jakoś to życie urządzić. Z odrobiną cierpliwości, poczucia humoru i świadomością, że nie każdy problem wymaga natychmiastowego rozwiązania. Niektóre wymagają po prostu czasu, konsekwencji i dobrego planu.

Mój plan na razie zakłada pobudkę o 4.45, omijanie innych psów i regularne negocjacje z niewielką istotą o bardzo zdecydowanych poglądach. Czy to idealny układ? Absolutnie nie. Czy zamieniłabym Sisi na spokojnego pieska, który grzecznie wita wszystkich sąsiadów? Za żadne skarby.

Chociaż gdyby ktoś wynalazł sposób na przesunięcie psich konfliktów dyplomatycznych na godzinę ósmą, chętnie zapisałabym się na listę oczekujących.

A teraz życzę wszystkim spokojnej niedzieli. Szczególnie właścicielom psów, którzy mogą spać do siódmej. Nie wiecie, jakie macie luksusowe życie.

Sisi też pozdrawia. Oczywiście wyłącznie ludzi. Pozostałym gatunkom radzi zachować bezpieczny dystans.

Komentarze