Codziennik Zadumanej #56
Niedziela. Dzień odpoczynku, spokoju i ładowania akumulatorów przed kolejnym tygodniem. Przynajmniej takie jest założenie, bo mój mózg najwyraźniej nie otrzymał informacji, że w niedzielę również przysługuje mu wolne. Co prawda pralka odpoczywa, odkurzacz stoi grzecznie w kącie, a wszelkie porządki mają zakaz wstępu do niedzielnego harmonogramu, ale za to w głowie trwa prawdziwa burza mózgów. Pomysły na lekcje, karty pracy, kartkówki, materiały na terapię, wpisy na blogi i jeszcze kilka koncepcji, które pojawiają się zupełnie niespodziewanie, najczęściej wtedy, gdy właśnie postanawiam o niczym nie myśleć.
Na szczęście mam w domu dwóch wybitnych specjalistów od niedzielnego wypoczynku, których uwieczniłam dzisiaj na zdjęciu. Hektor i Sisi zajęli mój zielony fotel i najwyraźniej uznali, że ich obecność stanowi wystarczający wkład w funkcjonowanie gospodarstwa domowego. Hektor zajął się pielęgnacją futra, Sisi przyjęła pozycję obserwatora, a ja zostałam oddelegowana do dokumentowania tego niezwykle pracowitego popołudnia.
Patrząc na nich, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełniłam jakiegoś błędu w organizacji własnego życia. Hektor nie przygotowuje scenariuszy zajęć, nie zastanawia się, jak uatrakcyjnić naukę ortografii, nie wymyśla kolejnych ćwiczeń rozwijających koncentrację. Jego największym dylematem jest wybór miejsca do spania, chociaż i tutaj wykazuje się niezwykłą konsekwencją. Najlepsze miejsce to zawsze to, które wcześniej upatrzyłam sobie ja.
Sisi również nie zaprząta sobie głowy przyszłością. Spacer, jedzenie, wygodny fotel i bliskość domowników w zupełności jej wystarczają. Żadnego planowania na zapas, żadnych rozważań, czy jutro wszystko pójdzie zgodnie z harmonogramem. A ja tymczasem potrafię podczas jednej kawy zaplanować trzy lekcje, wymyślić tematy na bloga, przygotować w głowie kartkówkę i jeszcze dojść do wniosku, że przydałaby się nowa pomoc dydaktyczna.
Najzabawniejsze jest to, że ja naprawdę lubię te swoje niedzielne zajęcia. Lubię wymyślać, tworzyć, szukać nowych rozwiązań i cieszyć się, kiedy z luźnego pomysłu powstaje coś, co później wykorzystam z dziećmi albo opublikuję na blogu. To zupełnie inny rodzaj pracy niż codzienny szkolny pośpiech. Mogę usiąść z kawą, działać we własnym tempie, zrobić przerwę, popatrzeć przez okno i wrócić do tego, co właśnie mnie zainteresowało. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy pomysł goni pomysł, a ja zapominam, że niedziela nie musi być kolejnym dniem udowadniania sobie własnej produktywności.
I właśnie tego uczą mnie dzisiaj moi futrzaści współlokatorzy. Że można być zadowolonym z dnia, w którym nie wydarzyło się nic wielkiego. Że przyjemność nie zawsze musi mieć praktyczne zastosowanie, a chwila spędzona bez konkretnego celu wcale nie jest chwilą zmarnowaną. Czasami najlepsze pomysły przychodzą właśnie wtedy, kiedy przestajemy ich na siłę szukać.
Dlatego zamykam dzisiaj swoje niedzielne biuro kreatywne. Lekcje są przygotowane, pomysły zapisane, a reszta może spokojnie poczekać. Przede mną jeszcze kawałek wieczoru, książka i ta przyjemna świadomość, że nie muszę już niczego wymyślać ani dopracowywać.
Pozostaje jedynie odzyskać fotel.
Z Hektorem negocjacje są jednak trudniejsze niż z najbardziej wymagającym rodzicem, a Sisi najwyraźniej podpisała z nim umowę o wspólnym użytkowaniu nieruchomości. Patrzą na mnie tak, jakbym była intruzem we własnym mieszkaniu.
I wiecie, do jakiego wniosku doszłam? Człowiek przez całe życie uczy się organizacji czasu, planowania i wyznaczania priorytetów, a potem przychodzi kot, kładzie się na fotelu i pokazuje, że najważniejszą umiejętnością jest wiedzieć, kiedy już wystarczy.
Tylko dlaczego ten mój nauczyciel życiowej mądrości musi rozpoczynać zajęcia praktyczne o trzeciej trzydzieści nad ranem?

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)