Codziennik Zadumanej #60
Są takie dni, kiedy człowiek od rana ma ambitne plany, a są i takie, kiedy wystarczy postawić na kuchence wielki gar rosołu, żeby poczuć, że życie jednak ma sens. Dzisiaj postanowiłam połączyć jedno z drugim, chociaż przyznaję, że gdybym wcześniej wiedziała, ile mnie czeka, być może poprzestałabym na rosole i ogłosiła resztę dnia świętem narodowym.
Rosół nastawiłam porządny, taki, który nie uznaje pośpiechu, kostek rosołowych ani żadnych nowoczesnych wynalazków mających skrócić drogę do szczęścia. Mięso, warzywa, przyprawy i kilka godzin spokojnego pyrkania. Od rana w całym mieszkaniu unosił się zapach, który natychmiast przenosi człowieka do czasów, kiedy niedzielny obiad był wydarzeniem, a babcie doskonale wiedziały, że dobrego rosołu nie da się poganiać. Mój garnek pracował więc cierpliwie przez niemal cały dzień, a ja w tym czasie postanowiłam rozprawić się z tym, co przez ostatni tydzień działo się w mieszkaniu.
A działo się, oj działo. Po pięciu dniach pracy dom wyglądał tak, jakby wszystkie przedmioty postanowiły urządzić sobie imprezę integracyjną, tylko nikt nie poczuwał się do obowiązku posprzątania po zakończeniu zabawy. Tu coś odłożone na chwilę, tam coś zostawione na później, a owo „później” najwyraźniej wyjechało na urlop i nie zamierzało wracać. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że zwykły odkurzacz może nie wystarczyć. Potrzebny byłby spychacz, ekipa remontowa i człowiek z doświadczeniem w usuwaniu skutków klęsk żywiołowych. Ostatecznie jednak, jako kobieta przyzwyczajona do radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych, zakasałam rękawy i przystąpiłam do akcji.
Najbardziej fascynuje mnie to, jak szybko mieszkanie potrafi stracić porządek, nad którym człowiek wcześniej pracował z takim poświęceniem. Przecież nikt tutaj nie urządza codziennie balów, nie przyjmuje wycieczek szkolnych ani nie prowadzi zakładu produkcyjnego. A jednak wystarczy kilka intensywnych dni, żeby rzeczy zaczęły żyć własnym życiem. Podejrzewam nawet, że kiedy wychodzę do pracy, część z nich przemieszcza się samodzielnie. Nie mam jeszcze dowodów, ale śledztwo trwa. W domu pełnym kotów i jednego psa możliwości jest zresztą wiele, chociaż wszyscy zainteresowani konsekwentnie odmawiają składania zeznań.
I tak krążyłam między kuchnią a kolejnymi pomieszczeniami, raz po raz zaglądając do garnka. Rosół pyrkał sobie dostojnie, kompletnie niewzruszony moją aktywnością. Trochę mu zazdrościłam. On przez kilka godzin robił właściwie jedną rzecz i wszyscy będą go za to podziwiać. Ja w tym samym czasie wykonałam kilkanaście różnych czynności, a jutro najprawdopodobniej nikt nawet nie zauważy, że jeszcze dzisiaj trwała tu operacja przywracania ładu i porządku. Taka już niesprawiedliwość dziejowa. Rosół zbiera pochwały, a człowiek zbiera okruszki spod stołu.
Ale przyznaję, że lubię ten moment, kiedy po całym zamieszaniu wreszcie można rozejrzeć się dookoła i zobaczyć efekty. Wszystko wraca na swoje miejsce, w kuchni pachnie domowym obiadem, a człowiek ma przyjemne poczucie, że odzyskał kontrolę przynajmniej nad własnym mieszkaniem. Nad resztą życia nie zamierzam nawet próbować. Mam już swoje lata, trochę doświadczenia i wystarczająco dużo rozsądku, żeby wiedzieć, że niektóre sprawy lepiej pozostawić losowi. Zwłaszcza jeśli dotyczą planów na kolejny tydzień, bo te lubią się zmieniać szybciej niż pogoda w październiku.
I właśnie dochodzi siedemnasta. Garnek wykonał swoje zadanie, dom odzyskał przyzwoity wygląd, a ja oficjalnie zamykam dzisiejszy zakład usług porządkowych. Za chwilę zaparzę cały dzbanuszek jesiennej herbaty, wezmę książkę i przeniosę się do mojego ukochanego czytelniczego kącika. Nie zamierzam już niczego poprawiać, przekładać ani sprawdzać, czy przypadkiem gdzieś nie został jeden zbłąkany okruszek. Niech sobie leży. Przynajmniej do jutra będzie miał jakieś zajęcie.
Wiecie, co sobie dzisiaj pomyślałam? Że z życiem jest trochę jak z dobrym rosołem. Nie wszystko da się przyspieszyć, nie każda chwila musi być wypełniona działaniem, a najlepsze rzeczy często powstają wtedy, kiedy pozwalamy im spokojnie dojrzewać. Tylko my, w przeciwieństwie do garnka stojącego na kuchence, mamy dziwną skłonność do ciągłego dokładania sobie kolejnych obowiązków. Jakby odpoczynek trzeba było najpierw uczciwie odpracować, najlepiej na trzy zmiany.
A przecież czasami warto zwyczajnie uznać, że na dzisiaj wystarczy. Nawet jeśli nie wszystko jest idealne, nawet jeśli gdzieś czeka jeszcze jakaś sprawa, a lista rzeczy do zrobienia nie została wykreślona do ostatniego punktu. Dom ma być miejscem, w którym dobrze się żyje, a nie muzeum, w którym człowiek boi się oddychać, żeby nie naruszyć ekspozycji.
Dlatego na dzisiejszy wieczór mam bardzo prosty plan: pachnąca herbata, dobra książka, wygodny fotel i absolutny zakaz wymyślania sobie dodatkowej roboty. A gdyby przypadkiem przyszło mi do głowy, że mogłabym jeszcze coś zrobić, przypomnę sobie mój rosół. On przez cały dzień spokojnie pyrkał, nigdzie się nie spieszył i wyszedł wspaniale.
Może więc czasami naprawdę warto brać przykład z garnka.
Chociaż mam nadzieję, że nie dosłownie, bo po dzisiejszym sprzątaniu zamierzam już tylko siedzieć, a nie bulgotać.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)