Codziennik Zadumanej #62
Poniedziałek. Dzień, który powinien mieć dołączoną instrukcję obsługi, pakiet regeneracyjny i ustawowo zagwarantowaną drzemkę po powrocie do domu. Zwłaszcza w moim przypadku, bo właśnie w poniedziałki mam najwięcej lekcji z całego tygodnia. Ktoś, kto układał mój plan, najwyraźniej uznał, że po dwóch dniach weekendu jestem tak wypoczęta, że spokojnie można wykorzystać wszystkie moje zasoby energetyczne już pierwszego dnia. Przyznaję, że jest to bardzo optymistyczne podejście do możliwości ludzkiego organizmu.
Od rana więc pełna mobilizacja. Szkoła, dzieci, lekcje, pytania, odpowiedzi, zeszyty, ćwiczenia i wszystkie te drobne wydarzenia, które sprawiają, że w pracy nauczyciela nie istnieje coś takiego jak przewidywalny dzień. Można mieć najpiękniej przygotowany scenariusz zajęć, a i tak w pewnym momencie okazuje się, że ktoś zgubił gumkę, ktoś inny znalazł cudzą temperówkę, a jeszcze ktoś ma do przekazania wiadomość tak ważną, że absolutnie nie może poczekać do przerwy. Najczęściej dotyczy ona czegoś, co wydarzyło się trzy dni wcześniej albo faktu, że babcia kupiła nowego kota. I spróbuj tu człowieku zachować powagę, kiedy właśnie tłumaczysz coś niezwykle istotnego, a naprzeciwko siedzi mały człowiek przekonany, że informacja o kocie babci jest sprawą najwyższej wagi państwowej.
Ale ja naprawdę lubię ten szkolny rozgardiasz. Nawet w poniedziałki, kiedy pod koniec dnia mam wrażenie, że moje struny głosowe złożyły wypowiedzenie, a mózg zaczyna pracować na zasilaniu awaryjnym. Dzieci potrafią zmęczyć człowieka do granic możliwości, a chwilę później powiedzieć coś tak rozbrajającego, że całe zmęczenie na moment znika. Oczywiście wraca zaraz po wyjściu ze szkoły, zazwyczaj ze zdwojoną siłą, ale przynajmniej człowiek ma się z czego pośmiać.
Po powrocie do domu czekała mnie jeszcze tradycyjna kontrola ze strony czworonożnego kierownictwa. Koty sprawdzają, czy przypadkiem nie zapomniałam o swoich obowiązkach wobec personelu futrzastego, Sisi ma własny harmonogram spacerowy, a ja coraz częściej odnoszę wrażenie, że jestem jedynym mieszkańcem tego domu, który musi regularnie wychodzić do pracy, żeby utrzymać pozostałych. Co ciekawe, żadne z nich nie wykazuje szczególnego zainteresowania moim zmęczeniem. Ich zdaniem człowiek po powrocie powinien być gotowy do natychmiastowej obsługi. Najlepiej całodobowej, z możliwością zgłaszania reklamacji.
I kiedy już wydawało mi się, że mogę spokojnie zakończyć poniedziałkową działalność zawodową, przypomniałam sobie o wtorku. A dokładniej o lekturze, którą będziemy omawiać z moją 2C. No i cóż, przyszło mi zasiąść do książki dla dzieci. Tak, tak, dobrze widzicie. Ja również czytam literaturę dziecięcą, chociaż przyznaję, że moja przygoda z tym gatunkiem ogranicza się obecnie głównie do lektur szkolnych. Nie dlatego, że mam coś przeciwko książkom dla najmłodszych, ale przy moich własnych stosach czytelniczych trudno byłoby mi jeszcze wygospodarować czas na dodatkowy repertuar.
Tym razem na warsztat trafiła „Dziewczynka z parku” Barbary Kosmowskiej. Książka czekała grzecznie na stoliku, a ja przez chwilę spoglądałam na nią z mieszaniną sympatii i lekkiego wyrzutu sumienia. Bo przecież nie wypada, żeby nauczyciel omawiał z dziećmi lekturę, której sam nie przeczytał. Wyobraziłam sobie, jak podczas zajęć ktoś zadaje mi szczegółowe pytanie, a ja próbuję ratować sytuację, mówiąc, że to bardzo ciekawe zagadnienie i warto wspólnie poszukać odpowiedzi. Owszem, rozwijanie samodzielnego myślenia jest ważne, ale niekoniecznie w charakterze zasłony dymnej dla nieprzygotowanej pani.
Usiadłam więc w moim czytelniczym kąciku, otworzyłam książkę i po kilku stronach przypomniałam sobie, że literatura dziecięca potrafi być znacznie mądrzejsza, niż sugeruje jej objętość czy wiek odbiorcy. Dorośli mają czasem dziwną skłonność do przekonania, że poważne sprawy wymagają grubych książek, skomplikowanych zdań i przynajmniej kilku słów, których znaczenie trzeba sprawdzić w słowniku. Tymczasem autorzy piszący dla dzieci potrafią opowiedzieć o trudnych emocjach, tęsknocie, przyjaźni i codziennym życiu w sposób prosty, ale niezwykle poruszający. Bez zbędnego komplikowania tego, co i tak bywa wystarczająco trudne.
I tak mój poniedziałkowy wieczór, który miał być już wyłącznie czasem odpoczynku, zamienił się w kolejne spotkanie z książką. Tyle że tym razem czytałam trochę jako nauczycielka, trochę jako dorosła kobieta, a trochę jak dziecko, które pamięta jeszcze, że świat potrafi być jednocześnie piękny, niesprawiedliwy, zabawny i bardzo skomplikowany.
Zresztą im dłużej pracuję z dziećmi, tym bardziej przekonuję się, że to my, dorośli, niepotrzebnie komplikujemy sobie wiele spraw. Potrafimy godzinami analizować drobiazgi, przejmować się opiniami innych, planować wszystko z ogromnym wyprzedzeniem i martwić się rzeczami, które jeszcze nawet się nie wydarzyły. Dzieci natomiast często potrafią cieszyć się czymś zupełnie zwyczajnym, szczerze powiedzieć, że jest im smutno, albo po prostu przyznać, że kogoś lubią. Oczywiście potrafią też pokłócić się o kolor kredki, ale umówmy się, że dorośli prowadzą nieraz znacznie poważniejsze konflikty o równie absurdalne sprawy.
Może więc od czasu do czasu warto sięgnąć po książkę przeznaczoną dla młodszych czytelników. Nie po to, żeby cofnąć się do dzieciństwa, ale żeby przypomnieć sobie o rzeczach, które gdzieś po drodze zaczęliśmy uważać za zbyt oczywiste. O tym, że warto być uważnym na drugiego człowieka, nie lekceważyć cudzych uczuć i nie oceniać nikogo wyłącznie po tym, co widać na pierwszy rzut oka.
A ja mam jeszcze jeden wniosek z dzisiejszego dnia. Człowiek może być nauczycielem przez wiele lat, mieć za sobą niezliczone lekcje, szkolenia i stosy dokumentów, a i tak wciąż pozostaje uczniem. Czasem uczy się od dzieci, czasem z książek, a czasem od własnych zwierząt, które codziennie przypominają mu, że cierpliwość jest cnotą wymagającą nieustannego doskonalenia.
Na dzisiaj jednak zamykam już wszystkie szkolne sprawy. Lektura przeczytana, wtorkowe zajęcia mogą spokojnie nadejść, a ja zamierzam jeszcze przez chwilę pobyć zwyczajną czytelniczką, która nie musi układać pytań do tekstu, wyszukiwać głównego bohatera ani zastanawiać się nad celami operacyjnymi.
Chociaż znając siebie, jutro podczas omawiania książki i tak wpadnę na kolejny pomysł, który będzie wymagał przygotowania pięciu dodatkowych materiałów.
I właśnie dlatego mój poniedziałek powinien mieć co najmniej trzydzieści godzin. Najlepiej z sześcioma przeznaczonymi wyłącznie na czytanie i odpoczynek.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)