"Narzeczona" - Marcel Moss o tym, jak jeden sekret potrafi zniszczyć dziesięć lat zaufania
Moja lista ulubionych autorów właśnie się powiększyła. I pomyśleć, że jeszcze niedawno byłam przekonana, że Freida McFadden i Agnieszka Peszek skutecznie zagospodarowały już całą moją czytelniczą uwagę. Tymczasem pojawił się Marcel Moss ze swoją „Narzeczoną” i zrobił mi niezłe zamieszanie w głowie. Znowu przepadłam w historii, przy której trudno spokojnie odłożyć książkę, bo przecież jeszcze jeden rozdział, jeszcze kilka stron, jeszcze tylko sprawdzę, co wydarzy się dalej. A później człowiek zerka na zegarek i dochodzi do wniosku, że chyba ktoś przestawił wskazówki. Oczywiście nie mam sobie nic do zarzucenia. To wyłącznie wina autora, który najwyraźniej doskonale wie, jak skutecznie odciągnąć czytelnika od codziennych obowiązków.
„Narzeczona” zaczyna się od sytuacji, która mogłaby wydarzyć się w niejednym małżeństwie, gdyby nie pewien wyjątkowo niepokojący szczegół. Odeta i Hubert świętują dziesiątą rocznicę ślubu w eleganckiej restauracji. Powinien to być miły wieczór, okazja do wspomnień i rozmów o wspólnie spędzonych latach. Nagle pojawia się obca kobieta, robi awanturę, a na odchodne wyznaje Hubertowi miłość. Trudno wyobrazić sobie bardziej niezręczną sytuację podczas rocznicowej kolacji. Szybko okazuje się jednak, że to dopiero początek problemów. Tajemnicza kobieta to Adrianna, była narzeczona Huberta, która dwanaście lat wcześniej zniknęła bez śladu w dniu ich planowanego ślubu. Najbardziej zdumiewające jest to, że Odeta nigdy wcześniej o niej nie słyszała. Dziesięć lat małżeństwa, wspólne życie, codzienne rozmowy, a tak ważna część przeszłości męża pozostała przed nią całkowicie ukryta.
Na tym autor oczywiście nie poprzestaje. Następnego dnia Adrianna zostaje znaleziona martwa, a nagranie awantury z restauracji trafia do internetu. Odeta i Hubert nagle stają się bohaterami historii, którą komentują zupełnie obcy ludzie. Pojawiają się podejrzenia, oskarżenia i fala hejtu. Odeta, nie mogąc pogodzić się z tym, czego dowiedziała się o mężu, zaczyna na własną rękę szukać odpowiedzi. Nie zamierzam zdradzać więcej, bo właśnie stopniowe odkrywanie prawdy stanowi największą przyjemność z czytania tej książki.
Najbardziej zainteresowało mnie jednak nie samo śledztwo, lecz to, co dzieje się z zaufaniem, kiedy nagle okazuje się, że bliski człowiek przez lata coś przed nami ukrywał. Zastanawiałam się, czy po dziesięciu latach wspólnego życia można naprawdę znać drugą osobę. Przecież każdy z nas ma jakąś przeszłość, wspomnienia, o których niechętnie opowiada, i wydarzenia, do których nie chce wracać. Nie wszystko trzeba wyjawiać partnerowi ze szczegółami. Tylko gdzie kończy się prawo do prywatności, a zaczyna świadome ukrywanie prawdy, która mogłaby zmienić czyjąś decyzję o wspólnym życiu? I czy milczenie rzeczywiście jest czymś innym niż kłamstwo, jeśli przez lata pozwalamy drugiej osobie wierzyć w nieprawdziwy obraz naszej przeszłości?
Próbowałam wyobrazić sobie siebie na miejscu Odety. Czy potrafiłabym spokojnie wysłuchać wyjaśnień? Czy uwierzyłabym, że tak ważną historię można było przemilczeć bez żadnego powodu? Podejrzewam, że moja wyobraźnia natychmiast zaczęłaby podsuwać najgorsze scenariusze. Właśnie w tym tkwi siła powieści Mossa. Punktem wyjścia jest sytuacja, która początkowo wygląda jak małżeński skandal, ale bardzo szybko zamienia się w opowieść o strachu, podejrzeniach i niepewności. Najgorsze jest przecież to, że kiedy raz zaczynamy wątpić w czyjąś szczerość, nawet zupełnie zwyczajne zachowania nabierają podejrzanego znaczenia. Każde spóźnienie, przemilczana rozmowa czy nerwowa reakcja mogą wydawać się kolejnym dowodem na to, że coś jest nie tak.
Bardzo ciekawy jest również wątek internetowego hejtu. Wystarczy krótkie nagranie, wyrwany z kontekstu fragment czyjegoś życia i już setki ludzi czują się uprawnione do wydawania wyroków. Nikt nie zna całej historii, niewiele osób zastanawia się nad konsekwencjami swoich słów, za to niemal każdy ma gotową opinię. Marcel Moss pokazuje, jak łatwo prywatny dramat może zamienić się w publiczne widowisko, a ludzie, którzy jeszcze chwilę wcześniej prowadzili zwyczajne życie, stają się obiektem zbiorowej ciekawości i niechęci. Ten element powieści szczególnie do mnie przemówił, bo wystarczy przeczytać komentarze pod niektórymi internetowymi wiadomościami, żeby przekonać się, jak szybko potrafimy osądzać innych, nie mając pojęcia, co naprawdę się wydarzyło.
Podczas lektury wielokrotnie zmieniałam zdanie o bohaterach. Kiedy już wydawało mi się, że rozumiem ich motywacje, pojawiały się kolejne informacje i musiałam wszystko przemyśleć od początku. Oczywiście próbowałam rozwikłać zagadkę wcześniej, bo trudno mi czytać thriller i nie prowadzić przy okazji własnego śledztwa. Mam tylko jeden problem: moja wyobraźnia produkuje tyle teorii, że gdybym rzeczywiście pracowała w policji, podejrzanych zabrakłoby miejsca w komisariacie. Marcel Moss umiejętnie wykorzystuje tę czytelniczą skłonność do doszukiwania się drugiego dna. Podsuwa tropy, budzi wątpliwości i sprawia, że coraz trudniej zdecydować, komu właściwie można zaufać.
Nie chcę jednak przedstawiać „Narzeczonej” wyłącznie jako książki pełnej niespodzianek. Dla mnie to przede wszystkim opowieść o konsekwencjach dawnych decyzji. Często wydaje nam się, że wystarczy odciąć się od przeszłości, nie wracać do niewygodnych wspomnień i rozpocząć nowe życie. Tyle że niewyjaśnione sprawy nie zawsze pozostają tam, gdzie chcielibyśmy je zostawić. Czasem wracają po wielu latach, w najmniej odpowiednim momencie, a ich skutki dotykają również ludzi, którzy nie mieli z nimi nic wspólnego. W tej historii szczególnie mocno wybrzmiewa pytanie o to, czy można zbudować trwałe szczęście na przemilczeniach i czy miłość jest w stanie przetrwać odkrycie prawdy, która podważa fundamenty wspólnego życia.
Podoba mi się również sposób, w jaki Moss buduje napięcie. Nie potrzebuje na każdej stronie pościgów i kolejnych zbrodni. Potrafi sprawić, że zwyczajna rozmowa między małżonkami staje się bardziej niepokojąca niż niejedna scena rodem z kryminału. Czytelnik obserwuje narastającą nieufność i razem z Odetą próbuje oddzielić fakty od domysłów. Historia rozwija się sprawnie, a krótkie rozdziały skutecznie zachęcają do dalszego czytania. Przyznaję, że właśnie taki rodzaj thrillera lubię najbardziej: kiedy największe zagrożenie niekoniecznie czai się w ciemnej uliczce, ale może siedzieć naprzeciwko nas przy kuchennym stole.
Czy wszystko w tej powieści jest równie prawdopodobne? Niektóre sytuacje wymagają od czytelnika odrobiny wyrozumiałości, ale przy thrillerach nauczyłam się już nie analizować każdego szczegółu z dokładnością godną komisji śledczej. Zdecydowanie bardziej zależy mi na dobrej historii, ciekawych bohaterach i napięciu, które nie znika po kilkudziesięciu stronach. „Narzeczona” spełniła te oczekiwania, a przy okazji zostawiła mnie z kilkoma refleksjami, które wykraczają daleko poza samą kryminalną zagadkę.
Marcel Moss dołącza więc do grona moich ulubionych autorów. Lubię pisarzy, którzy potrafią mnie zaskoczyć, ale jeszcze bardziej cenię tych, którzy pod sensacyjną fabułą ukrywają pytania dotyczące zwyczajnego ludzkiego życia. „Narzeczona” przypomniała mi, że zaufanie buduje się latami, a podważyć je można jednym odkryciem. Nie zawsze da się później naprawić to, co zostało zniszczone, nawet jeśli prawda okaże się bardziej skomplikowana, niż początkowo sądziliśmy.
Jeśli lubicie thrillery psychologiczne, rodzinne tajemnice i historie, w których do końca trudno rozstrzygnąć, kto mówi prawdę, warto sięgnąć po „Narzeczoną”. Ja już wiem, że na jednej książce Marcela Mossa się nie skończy. A moja lista autorów, których nowości będę wypatrywać, właśnie zrobiła się dłuższa. Półki mogą mieć na ten temat inne zdanie, ale na szczęście jeszcze nie nauczyły się protestować.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)