Jesienna herbata po mojemu

Jesienią moja kuchnia zaczyna pachnieć trochę inaczej. Cynamon nagle przestaje być przyprawą, która przez pół roku stoi grzecznie w szafce, pomarańcze pojawiają się częściej, a wieczorna herbata zaczyna mieć zdecydowanie większe wymagania. Zwykła czarna herbata nadal jest dobra, ale skoro za oknem ciemno robi się zdecydowanie za wcześnie, można jej trochę pomóc i przygotować własną jesienną mieszankę.

Bazą jest dobra czarna herbata liściasta. Do niej dodaję drobno pokrojone suszone jabłko, dobrze wysuszoną skórkę pomarańczy, kawałki cynamonu i kilka goździków. Z goździkami zachowuję umiar, bo mają wyjątkowy talent do przejmowania dowodzenia nad wszystkim, co znajdzie się w ich pobliżu. Podobnie z cynamonem, ma być wyczuwalny, ale herbata nadal powinna smakować herbatą.

Na około 100 gramów czarnej herbaty daję garść suszonego jabłka, skórkę z połowy dobrze umytej pomarańczy, jedną lub dwie laski cynamonu połamane na mniejsze kawałki i kilka goździków. Proporcje można spokojnie zmieniać. Jeśli ktoś kocha pomarańczę, może dać jej więcej, jeśli cynamon, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby był mocniej wyczuwalny.

Skórkę pomarańczową najlepiej wcześniej dobrze wysuszyć. Ścinam ją cienko, starając się zostawić jak najmniej białej części, kroję na drobne kawałki i suszę do momentu, aż będzie zupełnie sucha. Jabłko również musi być porządnie wysuszone. W gotowej mieszance nie powinno być wilgotnych składników, bo chcę mieć pachnącą herbatę, a nie mały eksperyment biologiczny w słoiku.

Wszystko mieszam w dużej misce i przesypuję do szklanego słoika. Potem daję mieszance kilka dni spokoju. Aromaty mają wtedy czas, żeby się ze sobą zaprzyjaźnić i po otwarciu słoika naprawdę czuć pomarańczę, jabłko i przyprawy. Przechowuję ją szczelnie zamkniętą, w suchym miejscu, z dala od wilgoci i intensywnych kuchennych zapachów.

Do kubka wsypuję mniej więcej tyle mieszanki, ile zwykle używam czarnej herbaty, zalewam gorącą wodą i zostawiam na kilka minut. Czasami dodaję jeszcze plaster świeżej pomarańczy, czasami odrobinę mojego jesiennego słodzidła, a czasami nic więcej, bo sama mieszanka ma już wystarczająco dużo charakteru.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że jesienna herbata może od razu stać się prezentem. Mały słoiczek albo papierowa torebka, trochę sznurka i gotowe. Nie trzeba wielkiego pudełka, folii, kokard i pięciu warstw opakowania. W środku jest coś zrobionego własnoręcznie, co naprawdę można wykorzystać i co pewnego chłodnego wieczoru prawdopodobnie komuś poprawi humor.

Ja oczywiście przygotowuję od razu większą porcję. Oficjalnie dlatego, że wygodniej zrobić wszystko za jednym razem. Nieoficjalnie dlatego, że oddawanie całego słoiczka komuś w prezencie byłoby już pewną przesadą. 

Komentarze