"40 Raków" - Agnieszka Peszek o tym, czy krzywda może kiedykolwiek usprawiedliwić zło

Po pięciu tomach z Dorotą Czerwińską nie miałam jeszcze najmniejszej ochoty żegnać się z Agnieszką Peszek. Skoro już nazwałam ją swoją polską Freidą McFadden, to wiadomo było, że będę szukała kolejnych jej książek. I tak trafiłam na „40. Raków”, czyli początek serii „Ona”. Już sama okładka zapowiadała, że tym razem raczej nie będzie lekko, łatwo i przyjemnie, a po kilku rozdziałach wiedziałam, że autorka rzeczywiście zabiera mnie w znacznie mroczniejsze rejony. Peszek ma zdecydowanie zbyt bujną wyobraźnię, żebym chciała spotkać ją samotnie w ciemnej uliczce, ale do czytania kryminałów jest to akurat ogromna zaleta.

Warszawą wstrząsa seria wyjątkowo brutalnych morderstw kobiet. Sprawca, nazwany przez media Brzytwą, nie ogranicza się do pozbawienia swoich ofiar życia, a szczegóły jego zbrodni są naprawdę makabryczne. Śledztwo prowadzi komisarz Maksymilian Obrębski, któremu towarzyszą policjanci wciągnięci w sprawę znacznie większą i bardziej skomplikowaną, niż początkowo mogliby przypuszczać. Nie chcę opowiadać więcej, bo w przypadku takiego kryminału odbieranie komuś możliwości samodzielnego odkrywania kolejnych elementów układanki powinno być karalne. Powiem tylko, że Peszek prowadzi historię z kilku perspektyw, pozwala zajrzeć nie tylko do świata śledczych i bardzo umiejętnie podrzuca informacje, z których człowiek natychmiast zaczyna budować własne teorie. A ja przecież uwielbiam budować teorie. Potem autorka może je sobie spokojnie burzyć.

Najbardziej zainteresowało mnie jednak to, co znajduje się pod całą kryminalną warstwą tej historii. Przeszłość bohaterów nie jest tutaj jedynie wygodnym dodatkiem tłumaczącym ich zachowanie. Ona właściwie cały czas idzie za nimi i pokazuje, że dzieciństwo może się skończyć, ale to, czego człowiek w nim doświadczył, wcale nie musi zniknąć wraz z dorastaniem. Krzywda, strach, przemoc czy upokorzenie potrafią zostać na lata i wpływać na późniejsze wybory. Czytając, coraz częściej zastanawiałam się więc nie tylko nad tym, kto zabija, ale przede wszystkim nad granicą pomiędzy zrozumieniem czyjegoś postępowania a jego usprawiedliwieniem.

Bo można wiedzieć, skąd w człowieku wzięły się gniew, nienawiść i potrzeba zemsty. Można współczuć dziecku, które kiedyś zostało skrzywdzone, i jednocześnie nie akceptować tego, co robi ono jako dorosły człowiek. Właśnie to wydało mi się w „40. Raków” najciekawsze. O wiele łatwiej potępić potwora, kiedy znamy wyłącznie jego czyny. Trudniej, gdy autor najpierw pozwala zobaczyć człowieka i pokazuje drogę, która doprowadziła go do miejsca, w którym się znalazł. Współczucie dla dawnej ofiary zaczyna wtedy nieprzyjemnie mieszać się z odrazą wobec sprawcy. Dla mnie odpowiedź pozostaje jednak prosta: własna krzywda może wiele wyjaśnić, ale nigdy nie daje prawa do krzywdzenia kolejnych osób.

Oczywiście nie zamieniłam się przy tym w filozofa z książką na kolanach, bo „40. Raków” przede wszystkim dobrze spełnia swoje kryminalne zadanie. Są ofiary, śledztwo, kolejne tropy i moje nieustanne podejrzewanie niemal każdego, kto pojawił się na stronie. Czy wszystko jest tutaj stuprocentowo prawdopodobne? Nie. W kilku miejscach rzeczywistość chyba musiała trochę ustąpić miejsca potrzebom fabuły, a pewne rozwiązania śledztwa przyjęłam z lekkim uniesieniem brwi. Tyle że podczas czytania nie miałam szczególnej ochoty odkładać książki, a to dla mnie przy kryminale znaczy więcej niż idealna zgodność z policyjnymi procedurami.

Po zamknięciu książki zostałam więc nie tylko z odpowiedzią na pytanie, kto i dlaczego, ale również z myślą o tym, jak długo potrafimy nosić w sobie rzeczy, które wydarzyły się wiele lat wcześniej. I dopiero wtedy naprawdę doceniłam również tytuł. Nie będę wyjaśniała, co oznacza „40. Raków”, bo to jedna z tych rzeczy, które zdecydowanie lepiej odkryć podczas czytania.

Czy było warto? Dla mnie tak. Agnieszka Peszek po raz kolejny dała mi dokładnie to, czego od niej oczekiwałam: mroczną historię, sporo kombinowania, bohaterów, których nie da się łatwo podzielić na dobrych i złych, oraz coś więcej niż samo pytanie „kto zabił?”. „40. Raków” rozpoczyna serię „Ona”, więc oczywiście już patrzę w stronę kolejnej części. Przecież nie po to znalazłam swoją polską Freidę McFadden, żeby teraz zachowywać umiar.

Komentarze