Codziennik Zadumanej #58
Niedziela ma swoje prawa, a w moim domu obowiązuje jeszcze jeden, bardzo ważny przepis: człowiek może mieć plany, ale ostateczną decyzję o ich realizacji podejmują koty. Szczególnie jeden, najmłodszy, szary jegomość o imieniu Bubu, który wprawdzie nie widzi świata, ale doskonale wie, jak nim zarządzać. A przynajmniej tą jego częścią, w której mieszkam ja.
Dzisiaj postanowiłam poświęcić niedzielę temu, co lubię. Bez sprzątania, prania i domowej krzątaniny, za to z kawą, książką, przygotowaniem materiałów do pracy i kilkoma pomysłami na blogi. Wszystko pięknie zaplanowane, spokojne tempo, żadnego pośpiechu. I wtedy do akcji wkroczył Bubu. Nie musiał nawet niczego widzieć, żeby wiedzieć, że madka właśnie usiadła i zamierza zająć się czymś innym niż jego królewską osobą.
Bubu ma bowiem własny harmonogram, w którym najważniejszym punktem jest codzienny rytuał noszenia synusia na rękach. Nie ma znaczenia, czy akurat piszę, czytam, piję kawę, czy może próbuję przypomnieć sobie genialny pomysł, który przed chwilą przyszedł mi do głowy. Kiedy Bubu uzna, że nadeszła pora na czułości, rozpoczyna procedurę zgłoszeniową. A ja, jako jedyny etatowy pracownik działu obsługi Bubu, mam obowiązek niezwłocznie przystąpić do realizacji zamówienia.
I proszę mi wierzyć, reklamacji nie przyjmuje.
Najpierw trzeba go odpowiednio wziąć na ręce, potem przytulić, pogłaskać i zapewnić, że jest najwspanialszym synusiem na świecie. Następnie należy kontynuować przytulanie, ponieważ pierwsza porcja była jedynie wersją demonstracyjną. Dopiero kiedy jaśnie pan uzna, że poziom czułości osiągnął wymagane normy, mogę wrócić do swoich zajęć. Oczywiście do czasu kolejnej kontroli jakości świadczonych usług.
Patrzę na niego, kiedy tak spokojnie śpi na moim zielonym fotelu, z łapką wyciągniętą przed siebie, jakby właśnie zakończył wyjątkowo ciężki dzień pracy. I uśmiecham się pod nosem, bo gdyby ktoś nie znał jego historii, pomyślałby, że to po prostu kolejny rozpieszczony kot, który urządził sobie życie lepiej niż niejeden człowiek. Zresztą trudno byłoby się z tym nie zgodzić. Bubu ma własne zwyczaje, swoje ulubione miejsca, prywatną obsługę i absolutną pewność, że wszystko mu się należy. A najzabawniejsze jest to, że prawdopodobnie ma rację.
Tyle że za tym spokojnym, szarym futerkiem kryje się historia, która mogła skończyć się zupełnie inaczej.
Bubu jest najmłodszy z moich kotów. Uratowałam go, kiedy los zdążył już bardzo boleśnie go doświadczyć. Ciężki koci katar doprowadził do utraty oczu, przeszedł trzy operacje i musiał zmierzyć się z czymś, czego nie powinno doświadczać żadne zwierzę, a już szczególnie takie maleństwo. Pamiętam, ile było wtedy troski, niepewności i zwyczajnego strachu o to, czy wszystko dobrze się skończy. Dzisiaj, kiedy widzę go bezpiecznego, spokojnego i tak bezgranicznie ufającego, mam poczucie, że dostałam od życia jeden z najpiękniejszych prezentów. Chociaż formalnie to ja go uratowałam, czasami myślę, że on również zrobił coś bardzo ważnego dla mnie.
Bubu nie widzi mojej twarzy, ale doskonale zna mój głos, dotyk i zapach. Nie musi sprawdzać, gdzie jestem, żeby wiedzieć, że jestem blisko. W naszym domu porusza się po swojemu, a ja nauczyłam się szanować jego mały, uporządkowany świat. Dla niego ważne są znajome miejsca, przewidywalność i poczucie bezpieczeństwa. Dla mnie świadomość, że pomimo wszystkiego, co przeszedł, potrafi tak bardzo ufać człowiekowi.
A przy tym jest kotem z krwi i kości, ze wszystkimi kocimi fanaberiami. Nie żadnym biednym, nieszczęśliwym stworzonkiem, nad którym trzeba nieustannie ubolewać. O nie! Bubu nie potrzebuje litości. Potrzebuje miłości, pełnej miseczki, wygodnego miejsca do spania i madki dostępnej na każde zawołanie. Zwłaszcza tego ostatniego. Gdybym próbowała wyjaśnić mu, że właśnie przygotowuję kartę pracy na poniedziałkowe zajęcia, zapewne uznałby, że skoro potrafię pracować jedną ręką, druga może spokojnie zajmować się głaskaniem.
I tak sobie dzisiaj siedzę, popijam kawę, zerkam na mojego śpiącego synusia i dochodzę do wniosku, że zwierzęta mają niezwykły talent do uczenia nas rzeczy, których nie znajdziemy w żadnym poradniku. Bubu nauczył mnie przede wszystkim, żeby nie patrzeć na kogoś przez pryzmat tego, czego mu brakuje. Bo można nie mieć oczu, a mieć ogromną ciekawość świata, odwagę, charakter i niesamowitą zdolność do okazywania przywiązania. Można przejść przez bardzo trudne doświadczenia, a mimo to cieszyć się codziennością. I można być całkowicie zależnym od czyjejś pomocy w pewnych sprawach, a jednocześnie zachować własną niezależność i godność.
Myślę też, że my, ludzie, zbyt często koncentrujemy się na brakach. Na tym, czego nie mamy, czego nie potrafimy, co nam się nie udało i co jeszcze powinniśmy osiągnąć. Porównujemy się z innymi, odkładamy radość na później, czekamy na lepsze okoliczności. Tymczasem Bubu nie zastanawia się, czy jego życie mogłoby wyglądać inaczej. Korzysta z tego, co ma. Rozpoznaje znajome dźwięki, szuka bliskości, odpoczywa, kiedy jest zmęczony, i bez najmniejszych wyrzutów sumienia domaga się tego, czego potrzebuje.
Warto czasem wziąć z niego przykład. Nie wstydzić się prosić o pomoc, kiedy jest potrzebna. Nie traktować własnych ograniczeń jak życiowego wyroku. Doceniać tych, przy których czujemy się bezpiecznie, i nie odkładać czułości na jakiś bardziej odpowiedni moment. Bo ten odpowiedni moment najczęściej jest właśnie teraz, pomiędzy niedopitą kawą, otwartą książką i kolejnym punktem na naszej liście obowiązków.
A przede wszystkim nie trzeba być doskonałym, żeby zasługiwać na miłość. Bubu jest tego najlepszym dowodem. Dla kogoś mógłby być kotem wymagającym szczególnej troski, a dla mnie jest po prostu moim synusiem. Kochanym, rozpieszczonym, czasami upartym i absolutnie przekonanym o swojej wyjątkowości. I nie zamieniłabym go na żadnego innego.
Tymczasem niedziela powoli zmierza ku wieczorowi. Materiały do pracy przygotowane, kilka pomysłów zapisanych, książka czeka na swoją kolej, a Bubu nadal okupuje mój fotel. Patrzę na niego i zaczynam podejrzewać, że cała ta jego życiowa mądrość ma jeszcze jeden, bardzo praktyczny wymiar. Skoro można spokojnie przespać pół dnia, być noszonym na rękach, otrzymywać jedzenie pod nos i jeszcze wzbudzać powszechny zachwyt, to znaczy, że chłopak naprawdę nieźle urządził sobie życie.
Ja przez ponad trzydzieści lat pracy nie dorobiłam się takich warunków zatrudnienia.
I tylko jedno mnie zastanawia. Jak to możliwe, że kot, który nie ma oczu, zawsze bezbłędnie wyczuwa moment, w którym jego madka zamierza usiąść z gorącą kawą?
Bo jeśli to jest szósty zmysł, to mój Bubu ma go zdecydowanie w wersji premium.