Codziennik Zadumanej #45

Dzisiaj odwaliłam numer sezonu. I nawet nie mogę powiedzieć, że zawinił budzik, autobus, pogoda czy niesprzyjający układ planet, bo wszystko wiedziałam. Do pracy na 7.10, terapia. Autobus o 6.28. Sprawdzone, zapamiętane, sytuacja pod kontrolą. O piątej rano deszcz walił w szyby sypialni tak, że najrozsądniejszym pomysłem wydawało się nakrycie kołdrą po czubek głowy i ogłoszenie dnia wolnego z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. Niestety szkoła nie przewiduje takiego rozwiązania, więc wstałam i rozpoczęłam poranek. I gdzieś pomiędzy piątą a szóstą dwadzieścia sześć mój mózg postanowił wyjść bez uprzedzenia. Nie wiem dokąd. Nie wiem po co. Wiem tylko, że w pewnym momencie spojrzałam na zegarek.

6.26.
Autobus 6.28.
I wtedy przypomniał mi się sen. Śniło mi się tej nocy, że muszę zadzwonić do szkoły i powiedzieć, że nie zdążę na pierwszą lekcję. No przecież! Mój mózg dostał informację z wyprzedzeniem. Miał ostrzeżenie, znał scenariusz, przeprowadził nawet nocną próbę generalną, tylko zamiast po przebudzeniu powiedzieć mi: „Kobieto, pilnuj autobusu o 6.28”, postanowił urządzić mi mgłę mózgową. Prorok we własnym domu, tylko komunikacja między działami zdecydowanie leży.


Przez chwilę patrzyłam na te cyfry, jakby przy odpowiednio intensywnym wpatrywaniu miały się zmienić na 6.16. Nie zmieniły się. Następne minuty wyglądały więc jak konkurencja olimpijska dla nauczycieli. Torba w rękę, wypad z mieszkania, buty ubierane w windzie i jeszcze ta absurdalna nadzieja, że może jednak zdążę.

Nie zdążyłam.

Wypadłam z klatki dokładnie w odpowiednim momencie, żeby pomachać mojemu autobusikowi na pożegnanie. Odjechał sobie spokojnie, a ja zostałam w ulewie z miną człowieka, który jeszcze dwie minuty wcześniej miał całkiem sensowny plan na życie.

Następny autobus za pół godziny. Do szkoły około dwudziestu minut jazdy. Matematyka na poziomie szkoły podstawowej nie pozostawiała złudzeń – terapia o 7.10 odbyłaby się najwyżej beze mnie.

Ruszyłam więc pieszo.
Trzy kilometry.
W ulewie.
O poranku.
Do pracy.
Bez śniadania i, co znacznie poważniejsze, bez mleka do kawy.

Nie szłam. Ja pędziłam. Deszcz lał, włosy miały własną koncepcję fryzury, buty stopniowo traciły właściwości obuwia i przechodziły w kategorię małych prywatnych akwariów, a ja przemierzałam kolejne ulice z jedną myślą: mam zdążyć. Gdyby ktoś mnie rano zobaczył, mógłby pomyśleć, że trenuję do jakiegoś miejskiego survivalu. Tymczasem ja po prostu próbowałam dotrzeć na własne zajęcia po tym, jak mózg urządził mi pięćdziesiąt minut niekontrolowanej przerwy technicznej.

Zdążyłam. I to jest chyba najważniejsze. W jakim stanie dotarłam, pozostawmy już bez szczegółowej analizy.

Potem dzień ruszył swoim rytmem, a kiedy wreszcie wróciłam do domu, nie marzyłam o żadnym wyszukanym obiedzie. Nie potrzebowałam restauracyjnych cudów, pięknego talerza ani dania z siedemnastu składników. Naszła mnie taka ochota na zwyczajne gotowane ziemniaki rozgniecione z masłem i solą, że nie było żadnej dyskusji. Gorące, miękkie, maślane, porządnie posolone. I niech sobie cały kulinarny świat wymyśla pianki, emulsje i redukcje. Po trzech kilometrach w ulewie ziemniak z masłem osiąga rangę dania degustacyjnego.

Mogłabym właściwie na tym zakończyć dzień, ale przecież jestem nauczycielką, więc gdzieś w tle czai się jeszcze papierologia. Na chwilę obecną mam osiemnaścioro uczniów na terapii, a dla każdego trzeba przygotować indywidualny program terapeutyczny. Osiemnaście osób, osiemnaście różnych potrzeb, osiemnaście programów. Dokumenty patrzą na mnie. Ja patrzę na dokumenty. Na razie jesteśmy na etapie wzajemnego rozpoznania przeciwnika.

Dzisiaj jednak nie wygrają.

Po porannym sprincie, całym dniu pracy, deszczu, autobusie, który bezczelnie nie poczekał na kobietę zakładającą buty w windzie, i ziemniaczanej uczcie zarządzam odpoczynek po mojemu. Reszta świata może przez chwilę funkcjonować beze mnie. Programy nie uciekną. Znam życie – jutro będą dokładnie tam, gdzie je zostawiłam, prawdopodobnie nawet się rozmnożą.

I może dobrze, że nie każdy dzień da się poukładać od początku do końca. Czasem coś przegapimy, gdzieś się spóźnimy, pobiegniemy trzy kilometry w deszczu i będziemy źli na siebie za własne roztargnienie. A potem docieramy tam, gdzie mieliśmy dotrzeć, robimy swoje, wracamy do domu i odkrywamy, że do pełni szczęścia wystarczą gorące ziemniaki z masłem.

Patrząc wieczorem na zdjęcie zalanych deszczem szyb, dochodzę do wniosku, że ostrzeżenia dostałam właściwie dwa. Najpierw sen o spóźnieniu, potem ulewa za oknem. Wszechświat naprawdę zrobił, co mógł. To ja najwyraźniej nie czytam komunikatów przed rozpoczęciem dnia.

Jutro więc nie będę już pisała godziny autobusu na dłoni. Po prostu po przebudzeniu najpierw sprawdzę, co mi się śniło. Wygląda na to, że mam własny system wczesnego ostrzegania. Szkoda tylko, że instrukcja obsługi gdzieś zaginęła.

Codziennik Zadumanej #44

Wróciłam dzisiaj z pracy i już przy drzwiach poczułam, że coś jest nie tak. Czekała na mnie cała czwórka. Sisi i trzy koty. Razem. Zgodnie. W jednym miejscu. Kto zna moje towarzystwo, ten wie, że taki komitet powitalny nie zbiera się bez powodu. Normalnie każdy ma własne sprawy, własne miejsce i własny pomysł na życie, a człowiek wracający z pracy jest interesujący głównie dlatego, że posiada ręce zdolne do otwierania saszetek. Tymczasem oni stali jak delegacja mieszkańców oczekująca na przybycie administracji. Od razu nabrałam podejrzeń. Popatrzyłam na nich, oni popatrzyli na mnie i przez moment miałam wrażenie, że zaraz ktoś wystąpi krok do przodu i powie: „Dobrze, że jesteś. Tylko spokojnie”.

Weszłam do salonu.
I zrozumiałam.
Fikus zemdlał.


Nie przechylił się delikatnie. Nie oparł dyskretnie o ścianę. Nie dał żadnego ostrzeżenia, że coś mu słabo. Ten wielki chłop po prostu runął razem z donicą na środek salonu i urządził mi w kąciku czytelniczym prywatną rekonstrukcję katastrofy ekologicznej. Donica leżała na boku, fikus rozciągnięty na podłodze, ziemia rozsypana wszędzie, kamienie rozsiane po panelach, a mój ślicznie przygotowany jesienny kącik, którym jeszcze niedawno tak się zachwycałam, wyglądał jak miejsce zabezpieczone do oględzin.
I wtedy jeszcze raz spojrzałam na komitet powitalny.

Cztery niewinne oblicza.
Oczywiście nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Nikt nie znajdował się w pobliżu. Zapewne fikus sam podjął decyzję, że ma dość stania przy oknie. Po kilku latach spokojnego życia spojrzał na fotel, dynie, jesienne dekoracje i pomyślał: „A co tam, poleżę”.

W domu z trzema kotami i psem prowadzenie dochodzenia nie ma zresztą większego sensu. Podejrzani nie zeznają, monitoring nie istnieje, a ślady łap na miejscu zdarzenia można uznać za dowód mniej więcej tak samo wartościowy jak stwierdzenie, że w mieszkaniu przebywały zwierzęta. Każde z nich ma też żelazne alibi: było w domu. Gdzie dokładnie? Nie pamięta.

Stałam więc po pracy pośrodku salonu, patrzyłam na tę glebę, kamienie i fikusa wielkości niewielkiego drzewa i próbowałam sobie przypomnieć, czy rano wychodziłam z mieszkania, czy może przypadkiem z centrum ogrodniczego po przejściu huraganu. Szczególnie że jeszcze kilka dni temu z dumą obudziłam swoją jesieniarską duszę, udekorowałam kącik czytelniczy i uznałam, że na resztę mieszkania przyjdzie czas.
No i przyszło.
Tylko nie do końca o taki rodzaj dekoracji podłogi mi chodziło.

Najbardziej rozczuliła mnie jednak ta czwórka przy drzwiach. Mogli przecież spokojnie rozejść się po kątach i udawać, że nic się nie wydarzyło. Oni najwyraźniej uznali jednak, że skala problemu wymaga osobistego powitania właścicielki lokalu. Być może chcieli mi przekazać, że podczas mojej nieobecności doszło do nieszczęśliwego wypadku. Być może oczekiwali szybkiej interwencji. A być może sprawca chciał wmieszać się w tłum i liczył, że przy czterech podejrzanych materiał dowodowy okaże się niewystarczający.
Nie zamierzam wskazywać winnego. Nie mam dowodów.
Mam natomiast fikusa na podłodze.

I tak sobie pomyślałam, że życie ma wyjątkowe poczucie humoru. Człowiek może rano wyjść z domu przekonany, że mniej więcej wie, jak będzie wyglądał jego dzień. Pójdzie do pracy, zrobi swoje, wróci, może wypije kawę, chwilę odpocznie. Tymczasem wraca, a jego drzewo leży nieprzytomne na środku salonu.

Może właśnie dlatego coraz mniej przywiązuję się do planów idealnych. W życiu naprawdę niewiele rzeczy stoi tak pewnie, jak nam się wydaje. Czasem wystarczy chwila, żeby wszystko się przewróciło, rozsypało i wymagało poskładania od nowa. Najczęściej jednak zbiera się ziemię, podnosi donicę, stawia fikusa z powrotem i życie toczy się dalej.

A jeżeli przy drzwiach powita mnie kiedyś zgodnie cała czwórka, od dzisiaj nie zdejmuję nawet butów.
Najpierw idę sprawdzić, co zemdlało.

"Zabawa w zabijanie" - Agnieszka Peszek o tym, jak wysoką cenę można zapłacić za popularność

No i stało się. Po „Przez pomyłkę”, „Dziewczynie z wnęki” i „Iluzji doskonałości” dotarłam do czwartego spotkania z Dorotą Czerwińską. Chyba już nawet nie ma sensu udawać, że robię sobie przerwę od Agnieszki Peszek, bo kiedy kończę jedną część, natychmiast jestem ciekawa następnej. Tym razem jednak już sam pomysł na historię sprawił, że pomyślałam: o, to może być naprawdę dobre. I było. „Zabawa w zabijanie” to czwarty tom serii, choć sama autorka zaznacza, że kryminalna historia jest zamknięta i można ją czytać niezależnie. Ja jednak zdecydowanie wolę po kolei, bo dzięki temu znam już Dorotę, jej życie i wszystko to, co dzieje się poza kolejnymi śledztwami.

Tym razem Peszek bierze na warsztat coś bardzo współczesnego: pragnienie popularności. Piątka młodych ludzi dostaje zaproszenie do udziału w niezwykłym programie. Jest szansa na rozpoznawalność, spełnienie marzeń i nagrodę, więc dlaczego nie spróbować? Problem w tym, że uczestnicy zostają wywiezieni w odludne miejsce, a kolejne zadania coraz mniej przypominają niewinną telewizyjną zabawę. I tutaj się zatrzymam, bo naprawdę szkoda odbierać sobie przyjemność odkrywania, dokąd autorka z tym pomysłem pójdzie.

Czytając, pomyślałam sobie, że kiedyś człowiek marzył o dobrej pracy, własnym mieszkaniu albo dalekiej podróży. Dzisiaj do listy marzeń doszło jeszcze jedno: być znanym. Nieważne czasem nawet z czego, byle nazwisko albo twarz zaczęły krążyć po sieci, przybywało obserwujących, a licznik polubień ruszył w górę. Oczywiście nie ma nic złego w prowadzeniu profilu, pokazywaniu swojej pasji czy budowaniu wokół niej społeczności. Sama przecież publikuję w internecie. Problem zaczyna się chyba dopiero wtedy, gdy cudza uwaga staje się tak potrzebna, że dla kolejnego zasięgu jesteśmy gotowi przesuwać własne granice.

I właśnie dlatego „Zabawa w zabijanie” spodobała mi się bardziej, niż początkowo przypuszczałam. Kryminał kryminałem, ale Peszek zadaje przy okazji całkiem niewygodne pytanie: ile jesteśmy gotowi zrobić, jeśli po drugiej stronie czeka popularność? Trochę się ośmieszyć? Dać sobą manipulować? Zrobić coś, czego normalnie nigdy byśmy nie zrobili? A jeśli ktoś będzie tę granicę przesuwał powoli, krok po kroku? Jeszcze jedno zadanie, jeszcze jeden kompromis, przecież zaszliśmy już tak daleko…

W tym tomie jest też coś z programów typu reality show, tylko przepuszczonych przez bardzo mroczny filtr. Uczestnicy są obserwowani, poddawani presji, mają reagować, rywalizować i dostarczać emocji. Tyle że tutaj zabawa przestaje być zabawą. I chyba właśnie ta część historii działa najlepiej, bo wcale nie wydaje się całkowicie oderwana od rzeczywistości. W opiniach czytelników często pojawia się właśnie pochwała oryginalnego pomysłu i aktualnego tematu mediów społecznościowych; zwracana jest też uwaga na pokazany w książce hejt i jego możliwe konsekwencje.

Dorota natomiast przenosi się zawodowo do Warszawy, a razem z nową pracą dostaje również sporą porcję zmian w życiu prywatnym. Jest macierzyństwo, są uczucia i mężczyźni, którzy najwyraźniej nie zamierzają ułatwiać jej życia. Przyznam, że po czterech tomach te prywatne wątki już mnie obchodzą, dlatego cieszę się, że czytam serię po kolei. Można zacząć tutaj, ale wtedy traci się tę znajomość z bohaterką, która powstaje gdzieś pomiędzy kolejnymi zbrodniami.

A sama zagadka? Peszek znowu robi swoje. Dużo się dzieje, historia ma tempo i szybko pojawia się potrzeba przeczytania jeszcze jednego rozdziału. Potem oczywiście następnego, bo przecież po takim zakończeniu nie można odłożyć książki. Na Lubimyczytać „Zabawa w zabijanie” ma obecnie 6,9/10 przy 477 ocenach, a w recenzjach powtarza się zarówno pochwała pomysłu, jak i uwaga, którą pamiętam już z wcześniejszych części: rozwiązanie przychodzi dość gwałtownie i niektórzy czytelnicy chętnie dostaliby kilka stron więcej na finał.

Mnie również można byłoby jeszcze chwilę potrzymać przy zakończeniu, ale tym razem zdecydowanie więcej zostało mi po drodze niż na samym końcu. Bo „Zabawa w zabijanie” jest trochę o nas. O świecie, w którym patrzymy, kto nas obserwuje, kto polubił, kto skomentował i ilu ludzi zobaczyło to, co wrzuciliśmy do internetu. Łatwo się z tego śmiać, dopóki nie zauważymy, jak bardzo te małe cyferki potrafią wpływać na samopoczucie całkiem dorosłych i rozsądnych ludzi.

Czy warto przeczytać?

Tak. I mam wrażenie, że spośród dotychczasowych części ta ma jeden z ciekawszych pomysłów wyjściowych. Jest kryminalna zabawa, jest Dorota, jest napięcie, ale przede wszystkim jest temat, który spokojnie można zabrać ze sobą po zamknięciu książki.

Bo popularność sama w sobie nie jest niczym złym. Gorzej, kiedy przestajemy pytać, dlaczego właściwie tak bardzo jej potrzebujemy i ile jesteśmy gotowi za nią zapłacić.

A ja? Oczywiście już wiem, co będzie dalej. „Gen zabójcy” jest piątym tomem serii. I naprawdę nie będę Was oszukiwać, że po czterech częściach nagle odzyskam silną wolę. 

Codziennik Zadumanej #43

Dzisiaj rano ktoś najwyraźniej wylał za oknem kilka cystern mleka. Spojrzałam przez szybę i przez chwilę zastanawiałam się, czy świat jeszcze tam jest. Bloki zniknęły, drzewa rozpłynęły się gdzieś po drodze, dalszy plan został oficjalnie odwołany. Mgła była taka, że człowiek patrzył przez okno i właściwie mógł sobie sam zdecydować, co znajduje się kilkaset metrów dalej. Warszawa? Góry? Morze? Niczego nie dało się wykluczyć.

Wrześniowe poranki coraz wyraźniej pokazują, że lato powoli pakuje walizki. Jeszcze niedawno o tej porze słońce zaglądało mi do mieszkania bez pytania, a dzisiaj świat postanowił zacząć dzień w wersji „proszę poczekać, obraz zostanie za chwilę załadowany”. Lubię jednak takie poranki. Jest w nich coś spokojnego, trochę tajemniczego i bardzo jesiennego. Nawet zwykłe wyjście z domu wygląda wtedy jak początek jakiejś historii. Człowiek wchodzi w mleko i ma nadzieję, że po drugiej stronie znajdzie przystanek autobusowy, a nie Narnię.

Po ostatnich dniach, kiedy szkoła potrafiła mnie wchłonąć razem z butami, dzisiejszy dzień okazał się zaskakująco łaskawy. Wszystko układało się tak, jak powinno, bez większych pożarów, bez konieczności bycia jednocześnie w trzech miejscach i bez sytuacji, w których człowiek zaczyna podejrzewać, że gdzieś w podstawie programowej zapisano obowiązek posiadania dodatkowych dwóch rąk. Zwyczajny, dobry dzień. I chyba właśnie takie zaczynam doceniać najbardziej.

Bo przez długi czas wydawało mi się, że udany dzień musi mieć coś szczególnego do zaoferowania. Jakieś wydarzenie, sukces, spotkanie, wyjście, coś, co można wieczorem wskazać palcem i powiedzieć: o, właśnie dlatego było fajnie. A przecież ogromna część naszego życia składa się z dni, podczas których po prostu wstajemy, idziemy do pracy, robimy swoje, wracamy do domu i nic spektakularnego się nie wydarza. I całe szczęście.

Dzisiaj nie potrzebowałam fajerwerków. Wystarczyło, że rano świat zniknął we mgle, a potem powoli się z niej wyłonił. Trochę jak życie, kiedy się nad tym zastanowić. Nie zawsze widzimy daleko. Czasami mamy przed sobą tylko kilka metrów i kompletnie nie wiemy, co będzie dalej. A jednak idziemy, robimy następny krok, potem kolejny i po jakimś czasie okazuje się, że droga cały czas tam była. To tylko my nie mogliśmy jej jeszcze zobaczyć.

Może więc nie zawsze trzeba wiedzieć, co jest za mgłą. Wystarczy wiedzieć, gdzie postawić następny krok.

Chociaż przy tej dzisiejszej dobrze było również wiedzieć, gdzie jest przystanek.

Domowy zapach jesieni

Jesień ma jedną bardzo wygodną cechę - można ją wpuścić do domu, zanim jeszcze pogoda oficjalnie zdecyduje, że przyszła. Nie potrzeba do tego kolejnej dyni, nowej świecy o zapachu „jesienny wieczór pod kocem” ani wyprawy do sklepu po dekoracje, które za dwa miesiące będę próbowała gdzieś upchnąć. Wystarczy zajrzeć do kuchennej szafki, bo cynamon, goździki, pomarańcza i kawa potrafią zrobić dla domowej atmosfery więcej niż niejeden dział z sezonowymi ozdobami.

Najprostsza wersja to pachnący słoik albo niewielka miseczka z suchą mieszanką. Wkładam do niej suszone plastry pomarańczy, dwie lub trzy laski cynamonu, kilka goździków, gwiazdki anyżu i odrobinę ziaren kawy. Z kawą warto zachować umiar, bo ma mocny aromat i bardzo szybko potrafi przejąć dowodzenie nad całą kompozycją. Jeśli lubimy bardziej cytrusowy zapach, można dodać więcej pomarańczy, a jeżeli wolimy korzenny, zwiększyć ilość cynamonu i goździków.

Plastry pomarańczy można oczywiście kupić gotowe, ale można też ususzyć je samodzielnie. Kroję pomarańczę na cienkie plasterki, osuszam papierowym ręcznikiem i suszę w piekarniku w niskiej temperaturze, mniej więcej 70–90 stopni, przez kilka godzin, co jakiś czas je obracając. Drzwiczki można lekko uchylić, żeby wilgoć miała gdzie uciekać. Trzeba tylko pilnować, żeby owoce rzeczywiście dobrze wyschły, ponieważ wilgotne plastry zamknięte później w słoiku mogą spleśnieć, a tego rodzaju jesiennego aromatu zdecydowanie nie planujemy.

Gotową mieszankę trzymam w otwartym słoiku albo naczyniu i od czasu do czasu lekko poruszam składnikami. Zapach jest delikatny i naturalny, nie rozchodzi się po całym mieszkaniu jak perfumeria po eksplozji, ale właśnie to mi się w nim podoba. Kiedy zaczyna słabnąć, można pokruszyć kawałek cynamonu, dorzucić kilka świeżych goździków albo wymienić część pomarańczy. Jeśli mieszanka ma czekać na później, najlepiej przechowywać ją w suchym, szczelnie zamkniętym pojemniku.

Jest też wersja dla tych dni, kiedy chcę, żeby jesień pachniała naprawdę konkretnie. Garnek zapachowy robi się jeszcze prościej. Do niewielkiego garnka wlewam wodę, dodaję kilka plasterków pomarańczy, laskę cynamonu, parę goździków i jedną lub dwie gwiazdki anyżu, a potem podgrzewam wszystko na bardzo małym ogniu. Woda nie musi mocno wrzeć, wystarczy spokojne podgrzewanie, podczas którego aromat zaczyna rozchodzić się po mieszkaniu. Można wykorzystać również skórkę z jabłka, kawałek wanilii albo kilka ziaren kawy, ale tutaj również obowiązuje moja zasada: wszystkiego po trochu, bo nie przygotowujemy przyprawy do grzanego wina dla całego osiedla.

Przy tej wersji jest tylko jedna bardzo ważna sprawa - garnka nie zostawiamy bez nadzoru. Woda podczas podgrzewania odparowuje, więc trzeba regularnie ją uzupełniać, a po zakończeniu wyłączyć kuchenkę. Taka mieszanka służy wyłącznie do nadawania zapachu pomieszczeniu, a nie do picia, nawet jeśli po kilkunastu minutach zaczyna pachnieć podejrzanie apetycznie.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że mogę ten zapach zmieniać razem z porą roku i własnym nastrojem. Dziś bardziej pomarańcza i cynamon, za tydzień może jabłko z goździkami, a kiedy przyjdą chłodniejsze wieczory, pewnie dołączy więcej kawy i wanilii. Niczego nie muszę przyklejać, malować ani przechowywać do następnego sezonu. Kilka składników z kuchni wystarczy, żeby dom zaczął pachnieć tak, jak dla mnie powinna pachnieć jesień - ciepło, trochę korzennie i zdecydowanie tak, że człowiek od razu zaczyna się zastanawiać, czy do tego wszystkiego nie przydałoby się jeszcze jakieś ciasto.

Codziennik Zadumanej #42

Wczorajsza niedziela minęła mi tak szybko, że właściwie nie jestem pewna, czy naprawdę była, czy tylko mignęła gdzieś pomiędzy sobotą a poniedziałkowym budzikiem. Niby cały dzień wolny, niby żadnego biegania do pracy, a wieczorem zostałam z poczuciem, że ktoś mi tę niedzielę po cichu zabrał i nawet nie zostawił pokwitowania. Oczywiście dzień rozpoczęłam zgodnie z obowiązującym w moim domu regulaminem. Piąta rano. Nie wiem już, po co ludzie kupują budziki, skoro można mieć zwierzęta. One działają bez baterii, nie mają funkcji drzemki i są absolutnie odporne na reklamację. Skoro już zostałam skutecznie poinformowana, że noc dobiegła końca, pozostało rozpocząć dzień.

Najprzyjemniejszy był spacer z Sisi. Wyszłyśmy, kiedy słońce dopiero zaczynało zaglądać na świat, było jeszcze cicho, powietrze miało ten charakterystyczny wrześniowy chłód, a wszystko wyglądało trochę inaczej niż za dnia. Sisi oczywiście nie interesowała się żadną magią wschodzącego słońca. Miała swoje sprawy, zapachy, trawki i niezwykle ważne punkty kontrolne, przy których należało zatrzymać się dokładnie wtedy, kiedy ja chciałam iść dalej. I dobrze. Przynajmniej jedna z nas od rana wiedziała, czym się zająć.

Bo ja miałam przed sobą niedzielę z czymś zaplanowanym na później.

I tutaj zaczyna się zjawisko, którego nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć. Jeśli mam o którejś godzinie spotkanie, wyjście albo cokolwiek, co wymaga ode mnie pojawienia się gdzieś po południu, mój mózg od rana przechodzi w tryb „OCZEKIWANIE”. Teoretycznie mam kilka godzin. Praktycznie nie mam ani jednej.

Mogłabym poczytać. Nie, bo przecież później wychodzę. Mogłabym coś zrobić w domu. Lepiej nie zaczynać, bo później wychodzę. Mogłabym obejrzeć film. Absolutnie nie, przecież później wychodzę. Mogłabym spokojnie usiąść i wypić kawę, ale nawet kawa ma wtedy atmosferę poczekalni na dworcu.

I tak człowiek od rana przygotowuje się psychicznie do wydarzenia, które nastąpi za kilka godzin, jakby o siedemnastej miał wystąpić na Stadionie Narodowym, a nie po prostu wyjść z domu.

Nie wiem, czy to rzeczywiście jeden z tych ADHD-owych mechanizmów, o których czasem się mówi, czy po prostu mój osobisty system operacyjny, ale efekt jest zawsze podobny. Niby nic nie robię, a jestem bardzo zajęta. Zajęta czekaniem. To niezwykle wyczerpująca czynność, zwłaszcza że kompletnie nie widać jej efektów.

Próbowałam oczywiście przygotować się do pracy, bo poniedziałek ma paskudny zwyczaj pojawiania się bez względu na to, czy człowiek jest na niego gotowy. Trochę zrobiłam, trochę poprzekładałam, trochę zaczęłam, trochę patrzyłam na zegarek. Niedziela tymczasem cierpliwie przesuwała się do przodu i chyba właśnie w ten sposób gdzieś mi zniknęła.

Wieczorem na szczęście wszystko już było za mną. Zniknęło oczekiwanie, ucichło wewnętrzne odliczanie i wreszcie mogłam zrobić coś, co przez cały dzień teoretycznie mogłam robić bez przeszkód – odpocząć. Tyle że dopiero wtedy mój mózg najwyraźniej dostał oficjalne zezwolenie na relaks.

I chyba właśnie to najbardziej rozbawiło mnie w tej niedzieli. Potrafię od piątej rano funkcjonować, wyjść z Sisi na spacer, przygotowywać się do pracy i mieć przed sobą mnóstwo wolnych godzin, a jedno popołudniowe wydarzenie potrafi mentalnie zarezerwować mi cały dzień. Bez pytania o zgodę i bez możliwości anulowania rezerwacji.

Następnym razem spróbuję nie oddawać mu niedzieli tak łatwo. Spróbuję coś zaplanować, poczytać, zrobić coś dla siebie i przestać sprawdzać godzinę co chwilę.

A przynajmniej taki mam plan.

Tylko najlepiej, żeby realizacja tego planu nie była zaplanowana na popołudnie.

Codziennik Zadumanej #41

Miałam plan. Była sobota, więc plan był prosty, piękny i – jak się okazało – kompletnie oderwany od rzeczywistości. Zamierzałam pospać. Tak zwyczajnie, bez budzika, bez myślenia o tym, która godzina, bez wstawania skoro świt. Najwyraźniej jednak zapomniałam, że w moim domu budzik nie stoi na szafce nocnej. Budzik ma cztery łapy, rude futro, nazywa się Hektor i jest zsynchronizowany wyłącznie z własnym żołądkiem.

O piątej rano Hektorowy budzik głodowy rozpoczął nadawanie. Próbowałam negocjować za pomocą metody „nie słyszę cię, bo śpię”, ale Hektor zna mnie zbyt długo i doskonale wie, że człowiek leżący nieruchomo nadal posiada sprawne ręce zdolne do otwierania saszetek. Nie było wyjścia. Wstałam, obsłużyłam jaśnie wielmożnego, wróciłam do sypialni i z ogromną przyjemnością wkulnęłam się z powrotem w ciepłe łóżko. Już prawie czułam, jak sobotni sen bierze mnie ponownie w objęcia, kiedy odezwał się telefon.

SMS.

Kawa.

I tutaj sytuacja zrobiła się bardziej skomplikowana, bo na kawę z przyjaciółką trudno się obrazić nawet o 5.16.

Od jakiegoś czasu mamy bowiem sobotni rytuał – pijemy poranną kawę przez telefon. Każda u siebie, każda ze swoim kubkiem, bez umawiania stolika, dojazdów, makijażu i całej logistyki potrzebnej czasem do spotkania dwóch dorosłych kobiet. Jeszcze kiedyś potrafiły minąć dwa czy trzy tygodnie, zanim któraś zadzwoniła. Nie dlatego, że nie chciałyśmy rozmawiać. Po prostu zawsze było coś. Praca, dom, obowiązki, „zadzwonię jutro”, a jutro jakimś cudem zamieniało się w następny tydzień. Teraz sobotnia kawa ma swoje stałe miejsce i bardzo pilnujemy, żeby życie nam go nie zabrało. Od dwóch tygodni dorobiłam się zresztą jeszcze jednej sobotniej kawy, więc dzisiaj pierwszą wypiłam o 5.16, a drugą o 7.30. W tym tempie za chwilę będę przyjmowała zapisy na kolejne godziny i otworzę telefoniczną kawiarnię czynną wyłącznie w sobotnie poranki.

I właściwie właśnie te dwie kawy przypomniały mi, że relacje też potrzebują swoich małych rytuałów. Wielkie spotkania można planować miesiącami, a potem ciągle coś wypada. Tymczasem zwykłe „robisz kawę?” potrafi sprawić, że jesteśmy w swoim życiu naprawdę, a nie tylko w kontaktach zapisanych w telefonie.

Po drugiej kawie mogłam oczywiście uznać, że skoro sobotnie spanie zostało oficjalnie odwołane, należy przynajmniej odpocząć. Mogłam. Tyle że najwyraźniej kofeina spotkała się gdzieś po drodze z moją potrzebą działania i wspólnie podjęły decyzję, o której mnie nie poinformowały. Umyłam okna, posprzątałam chatę, zrobiłam pranie i zanim zdążyłam się zorientować, sobota zaczęła wyglądać podejrzanie produktywnie.

A potem obudziła się ona.

Moja jesieniarska dusza.

Jeszcze nawet nie zamierzam urządzać całego mieszkania na jesień, bo wszystko ma swój czas, ale kącik czytelniczy najwyraźniej nie chciał czekać. Wyciągnęłam więc światełka w kształcie liści, pojawiły się dynie, pomarańczowy koc, jesienne drobiazgi i nagle mój zielony fotel przestał być po prostu miejscem do czytania. Zrobiło się ciepło, przytulnie i dokładnie tak, jak lubię, kiedy za oknem dzień zaczyna się kończyć trochę wcześniej. Patrzę teraz na ten mój kawałek salonu i już wiem, że przez najbliższe tygodnie będzie mnie tam wyjątkowo łatwo znaleźć. Wystarczy szukać kobiety z książką, która miała tylko na chwilę usiąść, a dwie godziny później nadal twierdzi, że przeczyta jeszcze jeden rozdział.

Na resztę domu przyjdzie czas. Nie zamierzam przecież od razu wypuszczać jesieni na wszystkie pomieszczenia, bo jeszcze się rozbestwi i za tydzień będę siedziała wśród trzydziestu dyń, pięciu koców i zastanawiała się, kiedy właściwie straciłam kontrolę nad sytuacją.

Patrzę jednak na dzisiejszy dzień i dochodzę do wniosku, że rozpoczął się dokładnie odwrotnie, niż planowałam. Miało być długie spanie, a dostałam pobudkę o piątej, dwie kawy, dwie dobre rozmowy, umyte okna, czysty dom, zrobione pranie i pierwszy kawałek jesieni w salonie. I chyba wcale źle na tej zamianie nie wyszłam.

Bo rytuały nie muszą być wielkie, żeby trzymały nasze życie w ryzach. Czasem wystarczy sobotnia kawa wypita razem, choć każda siedzi we własnym domu. Czasem kilka świecących liści wokół regału sprawia, że zwykły kąt staje się miejscem, do którego chce się wracać. A czasem nawet pobudka o piątej może rozpocząć naprawdę dobry dzień.

Chociaż tego ostatniego nie zamierzam mówić Hektorowi. Jeszcze uzna, że jego budzik głodowy jest usługą, za którą powinnam być mu wdzięczna.

Pudełko, którego już nie trzeba chować w szafie

Mam w domu kilka takich miejsc, które z zewnątrz wyglądają całkiem niewinnie, ale wystarczy otworzyć szafkę albo szufladę i człowiek natychmiast przypomina sobie, dlaczego od dawna tego nie robił. Kable, ładowarki, tasiemki, kawałki materiału, kleje, nożyczki, drobiazgi „na później”, rzeczy „do wykorzystania” i oczywiście kilka przedmiotów, których przeznaczenia nie pamiętam, ale skoro leżą tam od trzech lat, to najwyraźniej są niezwykle potrzebne. Organizacja domu brzmi bardzo poważnie, dopóki nie okazuje się, że czasem całą rewolucję można zacząć od zwykłego pudełka po butach.

Takie pudełko zazwyczaj nie zachwyca urodą, ale za to ma jedną ogromną zaletę — już je mamy. Wystarczy więc trochę je odmienić, żeby zamiast chować je na najwyższej półce szafy, można było spokojnie postawić je na regale. Moje dostało nowe ubranie z kawałka materiału, który został mi po wcześniejszym projekcie. Równie dobrze można wykorzystać resztkę tapety, papier kraftowy albo grubszy papier dekoracyjny. Nie potrzeba niczego szczególnie wymyślnego, bo sama forma pudełka jest prosta i właśnie taka ma pozostać.

Najpierw dopasowałam materiał do boków i wieczka, potem wszystko przykleiłam, starając się nie stworzyć przy okazji nowego nurtu artystycznego pod tytułem „zmarszczki i pęcherzyki powietrza”. Jak zwykle największym wyzwaniem nie było samo wykonanie, tylko moje przekonanie, że skoro coś robię własnymi rękami, to efekt powinien od razu wyglądać jak produkt z drogiego sklepu wnętrzarskiego. Na szczęście szybko mi przeszło, bo przecież cały urok takich rzeczy polega właśnie na tym, że nie są produkowane seryjnie.

Do pudełka dodałam jeszcze prosty uchwyt. Można wykorzystać kawałek paska ze starej torebki, fragment skóry ekologicznej albo mocniejszą taśmę. Dwa małe otwory, kilka minut pracy i zwykłe kartonowe pudełko zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Przy okazji dostało też konkretne zadanie, bo od teraz mieszkają w nim wszystkie drobiazgi, które wcześniej prowadziły bardzo swobodne życie po różnych szufladach i półkach.

Najbardziej lubię w tym pomyśle to, że można zrobić kilka takich pudełek i dopasować je do wnętrza. Jedno na kable, drugie na materiały do rękodzieła, kolejne na dokumenty albo rzeczy, które zawsze gdzieś znikają dokładnie wtedy, kiedy są potrzebne. Jeśli użyjemy tej samej tapety czy materiału, nawet zwykłe pudełka po butach mogą stworzyć na półce całkiem zgrabny zestaw.

I tak po raz kolejny okazało się, że porządki w domu nie zawsze wymagają kupowania organizerów, koszyków i pojemników w idealnie dobranych kolorach. Czasem wystarczy pudełko, które miało trafić do makulatury, kawałek czegoś ładnego do oklejenia i odrobina czasu. A potem można już z pełnym spokojem postawić je na widoku i udawać, że od początku właśnie taki był plan.

Codziennik Zadumanej #40

Dzisiaj dzień zaczął się od spektaklu. I to takiego, na który nie trzeba było kupować biletu, rezerwować miejsca ani nawet wychodzić z domu. Wystarczyło wstać odpowiednio wcześnie i spojrzeć przez okno. Niebo urządziło sobie przedstawienie w różu, czerwieni i pomarańczu, drzewa jeszcze tkwiły w półmroku, bloki wyglądały jak czarne dekoracje, a ja przez chwilę stałam i patrzyłam, zamiast jak zwykle od rana zastanawiać się, co mam zrobić, gdzie mam być i czego przypadkiem nie zapomnieć. Przy pobudkach przed świtem człowiekowi należy się chyba jakaś rekompensata i dzisiaj natura uznała, że wypłaci mi ją właśnie w takiej formie.

Potem poszłam do pracy i, ku mojemu lekkiemu zdziwieniu, wszystko po prostu się układało. Bez gaszenia pożarów, bez niespodziewanych katastrof, bez sytuacji wymagających natychmiastowego rozmnożenia się na trzy osoby. Po ostatnich dniach, kiedy szkoła mnie wchłonęła, przeżuła i wypluła, podchodziłam do tego spokoju z pewną nieufnością. Człowiek po kilku dniach jazdy na szóstym biegu zaczyna podejrzewać, że jeśli przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje, to znaczy, że coś właśnie zbiera siły. Nic jednak nie wyskoczyło zza rogu. Piątek najwyraźniej postanowił być dla mnie łaskawy.

A skoro piątek, to wróciłam również do tradycji, którą zapoczątkowałam w zeszłym roku. Po pracy wysiadam przy moim małym centrum handlowym i robię rundkę: Pepco, Dealz, Hebe. Nie dlatego, że czegoś szczególnie potrzebuję. Potrzeba jest w tej historii pojęciem zdecydowanie drugorzędnym. To bardziej taki mój piątkowy rytuał przejścia ze świata szkoły do normalnego życia. Wchodzę do Pepco tylko zobaczyć, co jest, w Dealzie oczywiście również tylko patrzę, a w Hebe już całkiem przypadkiem przypominam sobie, że przecież coś mogłoby mi się przydać. Bardzo lubię tę niewinną formę samooszukiwania się. „Tylko zajrzę” jest zresztą jednym z tych zdań, które brzmią rozsądnie wyłącznie przed wejściem do sklepu.

Wróciłam do domu, odpisałam jeszcze na librusową pocztę, bo najwyraźniej pełne opuszczenie szkoły wymaga ode mnie przejścia dodatkowej procedury wylogowania, i nagle… nic.

Naprawdę nic.

Nikt niczego ode mnie nie chce, nie mam dzisiaj stosu dokumentów do przygotowania, żadnego kryzysu do rozwiązania, żadnego „na już”, które powinno być zrobione najlepiej wczoraj. Dom stoi, zwierzęta funkcjonują, świat się kręci, a ja siedzę i trochę nie wiem, co zrobić z tym luksusem. Jeszcze kilka dni temu brakowało mi godzin w dobie, dzisiaj dostałam kawałek zwyczajnego, spokojnego wieczoru i niemal odruchowo zaczęłam rozglądać się za czymś, czym mogłabym go sobie zapełnić.

I właśnie wtedy pomyślałam o tym porannym niebie. Ono też niczego ode mnie nie chciało. Nie wymagało odpowiedzi, podpisu, terminu, przygotowania ani odhaczenia. Po prostu było. Piękne przez kilka minut, a potem zniknęło, robiąc miejsce zwyczajnemu dniu.

Może więc nie każdy dzień musi dostarczać materiału na wielką opowieść. Czasami największym wydarzeniem jest to, że wszystko idzie dobrze, po pracy można spokojnie obejść Pepco, Dealz i Hebe, odpisać na kilka wiadomości, a potem usiąść we własnym domu i stwierdzić, że właściwie nic się nie dzieje.

Po ostatnich dniach dochodzę do wniosku, że „nic się nie dzieje” jest mocno niedocenianą atrakcją.

I zamierzam dzisiaj korzystać z niej do zamknięcia.

Codziennik Zadumanej #39

Trzy dni ciszy w Codzienniku. Nie porzuciłam pisania, nie wyjechałam na bezludną wyspę i nawet nie zaszyłam się z książką pod kocem, chociaż ta ostatnia wersja brzmi zdecydowanie najlepiej. Po prostu szkoła mnie wchłonęła, przeżuła i po trzech dniach łaskawie wypluła. Osiem godzin w pracy okazało się przy tym najmniejszym problemem, bo szkoła bardzo sprytnie nauczyła się wychodzić ze mną do domu. Dokumenty przed pracą, dokumenty po pracy, dokumenty wieczorem, dokumenty do nocy, a potem pobudka o 4.45 i kolejna runda. Doszłam do etapu, w którym gdyby ktoś niespodziewanie zapytał mnie o imię i nazwisko, najbezpieczniej byłoby wyjąć dowód osobisty. Nie dlatego, że mam coś do ukrycia. Chciałabym po prostu udzielić odpowiedzi zgodnej ze stanem faktycznym.

Moje ukochane hasło „nie samą pracą człowiek żyje” na te trzy dni zostało oficjalnie wycofane z użytkowania z przyczyn niezależnych ode mnie. Jechałam na szóstym biegu, chociaż chwilami miałam wrażenie, że silnik już dawno świeci wszystkimi możliwymi kontrolkami, a ja nadal próbuję wyprzedzać. Dzisiaj wreszcie mogłam zredukować do trójki i nagle odkryłam, że poza szkołą istnieje jeszcze świat. Są ludzie, mieszkanie, zwierzęta, kawa, książki, balkon i podobno nawet czas wolny. Tego ostatniego jeszcze osobiście nie widziałam, ale wierzę, że istnieje.

Od poniedziałku ruszam z terapią, więc ostatnie dni upłynęły również pod znakiem wielkiej operacji logistycznej pod kryptonimem „ZKK”. Wysłałam rodzicom mnóstwo wiadomości z zaproszeniami na zajęcia i naiwnie mogłabym pomyśleć, że najtrudniejszą część mam za sobą. Nic bardziej mylnego. W odpowiedzi rozpoczął się koncert życzeń. Ten dzień nie, bo angielski. Ta godzina nie, bo angielski. Inna godzina byłaby świetna, tylko że właśnie wtedy ja mam lekcje albo inne zajęcia. I naprawdę rozumiem rodziców, bo każdy układa życie swojego dziecka najlepiej, jak potrafi, ale moja doba nadal ma dwadzieścia cztery godziny, tydzień siedem dni, a ja występuję w jednym egzemplarzu. Nie trzymam też w szufladzie zapasowego planu lekcji z trzydziestoma wolnymi okienkami, które mogę wyciągnąć na specjalne życzenie. Gdybym miała możliwość dopasowania wszystkim idealnych terminów, zrobiłabym to bez zastanowienia. Problem w tym, że czasami jedyny możliwy termin jest po prostu jedynym możliwym terminem, nawet jeśli prywatny angielski patrzy na niego z wyraźną dezaprobatą.

Na szczęście domownicy przez te trzy dni konsekwentnie pilnowali, żebym nie zapomniała o życiu poza szkołą. Hektor wszedł ostatnio w fazę żywieniową, którą trudno nazwać apetytem. On je jak opętany. Mam wrażenie, że jego dzień składa się z jedzenia, planowania następnego jedzenia oraz sprawdzania, czy przypadkiem podczas jego krótkiej nieobecności w kuchni nie pojawiło się jakieś nowe jedzenie. Do tego regularnie wychodzi na balkon, po czym po chwili wraca, żeby niedługo później znowu wyjść. Drzwi balkonowe stały się więc moim prywatnym urządzeniem rehabilitacyjnym. Wstaję, otwieram, siadam. Hektor wraca. Wstaję, otwieram, siadam. Hektor zmienia zdanie. Wstaję ponownie. Na brak ruchu naprawdę nie mogę narzekać, gnatki prostuję regularnie i bez wykupywania karnetu na siłownię. Podejrzewam nawet, że Hektor uważa to za swoją osobistą troskę o moją kondycję.

Przynajmniej skończyły się nocne szaleństwa i całe towarzystwo pozwala mi ostatnio spać, co przy pobudkach o 4.45 uznaję za przejaw ogromnej łaskawości. Widocznie zwierzęta doszły do wniosku, że człowieka nie należy całkowicie wykończyć, bo ktoś przecież musi otwierać saszetki i drzwi balkonowe.

Dom natomiast przez trzy dni radził sobie beze mnie tak, jak można się było spodziewać – nie radził sobie wcale. Pranie nie wykazało najmniejszej inicjatywy, kurze nie zdecydowały się na samodzielną ewakuację, rzeczy nie poodkładały się na swoje miejsca, a cała reszta obowiązków cierpliwie czekała, aż sobie o niej przypomnę. Przypomniałam sobie. Niestety. W sobotę pozostaje mi więc wjechać w mieszkanie spychaczem i sprawdzić, czy pod warstwą tego wszystkiego nadal znajduje się mój salon.

Dzisiaj jednak nie zamierzam nadrabiać całego życia w jeden wieczór. Trójka na skrzyni biegów jest wystarczająca. Po tych kilku dniach zrozumiałam zresztą, że moje „nie samą pracą człowiek żyje” wcale nie odeszło do lamusa. Przeciwnie – właśnie takie tygodnie najlepiej pokazują, po co mi ono jest. Czasami naprawdę nie da się zachować równowagi, odłożyć dokumentów o rozsądnej godzinie i pięknie podzielić doby pomiędzy obowiązki, odpoczynek i przyjemności. Życie nie zawsze współpracuje z naszymi mądrymi zasadami.

Ważne chyba tylko, żeby po tych kilku dniach na szóstym biegu umieć w końcu zdjąć nogę z gazu i nie uznać szaleńczego tempa za nową normę. Dokumenty zawsze znajdą następne dokumenty, kurz spokojnie poczeka do soboty, a Hektor bez najmniejszych wątpliwości przypomni mi, kiedy nadejdzie pora kolacji.

I tylko dowód osobisty będę jeszcze przez jakiś czas trzymała pod ręką. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś zapytał, jak się nazywam.

"Zamknięte drzwi" - Freida McFadden o tym, czy można uciec od tego, co mamy we krwi

Z Freidą McFadden mam już taki układ, choć ona oczywiście nic o nim nie wie. Ja otwieram książkę, zaczynam czytać, po kilkudziesięciu stronach jestem przekonana, że wiem, co się wydarzyło, a ona cierpliwie czeka, aż poczuję się wystarczająco pewnie. Potem robi swoje. Przy „Zamkniętych drzwiach” było dokładnie tak samo. I wiecie co? Wcale nie mam do niej pretensji. Wręcz przeciwnie. Właśnie za to ją uwielbiam.

Tym razem McFadden zaczyna naprawdę mocno. Jedenastoletnia Nora nie ma pojęcia, że kiedy odrabia lekcje w swoim pokoju, jej ojciec w piwnicy morduje kobiety. Prawda wychodzi na jaw dopiero wraz z pojawieniem się policji. Dwadzieścia sześć lat później Nora żyje już pod innym nazwiskiem, jest cenioną chirurg i zrobiła wszystko, żeby odciąć się od człowieka, którego była córką. Tyle że pewnego dnia zostaje zamordowana jedna z jej pacjentek. W sposób bardzo przypominający zbrodnie jej ojca.

I tutaj właściwie mogłabym przestać opowiadać o fabule, bo Zamknięte drzwi” są jedną z tych książek, którym nadmiar informacji przed czytaniem zwyczajnie szkodzi. Freida znowu podrzuca tropy, odwraca uwagę i sprawia, że podejrzani zaczynają wyrastać niemal za każdym rogiem. Historia prowadzona jest również poprzez powroty do dzieciństwa Nory, więc stopniowo poznajemy nie tylko to, co wydarzyło się kiedyś, ale przede wszystkim to, co zrobiło z nią dorastanie w takim domu. To zresztą właśnie psychologiczny aspekt historii, tempo i trudne do przewidzenia rozwiązanie często pojawiają się w opiniach czytelników. Książka ma obecnie 7,3/10 przy ponad 4400 ocenach na Lubimyczytać.

Ale wiecie, co mnie tym razem zainteresowało najbardziej? Pytanie, czy człowiek może naprawdę odciąć się od własnego pochodzenia.

Nora zmieniła nazwisko, zbudowała sobie nowe życie, zdobyła zawód, w którym zamiast odbierać życie, je ratuje. Mogłoby się wydawać, że zrobiła wszystko, co możliwe, żeby udowodnić przede wszystkim sobie, że nie jest swoim ojcem. A jednak przeszłość cały czas idzie kilka kroków za nią. Nie dlatego, że Nora zrobiła coś złego, lecz dlatego, że jest jego córką. I pomyślałam sobie podczas czytania, jak potwornie niesprawiedliwe potrafi być obciążenie człowieka cudzą winą.

Bo przecież nie wybieramy rodziców. Nie wybieramy domu, w którym dorastamy, ani tego, co wydarzyło się w nim, kiedy byliśmy dziećmi. Możemy natomiast zdecydować, kim będziemy później. Tylko czy sami zawsze w to wierzymy? I czy inni pozwolą nam zapomnieć, skąd przyszliśmy?

Freida bardzo sprytnie wykorzystuje ten niepokój. Nora jest narratorką, ale jednocześnie trudno całkowicie jej zaufać. Im więcej dowiadywałam się o jej przeszłości, tym częściej zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem czegoś przede mną nie ukrywa. I tu właśnie zaczęła się moja ulubiona zabawa: „Dobra, Freida, tym razem już wiem”.

Nie wiedziałam.

Oczywiście, że nie wiedziałam.

A najgorsze jest to, że byłam z siebie naprawdę zadowolona.

„Zamknięte drzwi” mają 344 strony, ale zdecydowanie nie są książką, którą czyta się przez tydzień, odkładając grzecznie po jednym rozdziale. Krótkie rozdziały, dwa plany czasowe i kolejne drobne odkrycia robią swoje. Czytelnicy również bardzo często piszą o tym, że książkę trudno odłożyć, choć część z nich uważa finał za trochę naciągany. Mnie to nie przeszkodziło. Ja od Freidy chcę przede wszystkim tego momentu, kiedy wszystko, co sobie pracowicie poukładałam, nagle rozsypuje się po podłodze.

I dostałam go.

Czy warto przeczytać?

No cóż… świetna. Nie będę nawet udawała powściągliwości. To dokładnie taka Freida McFadden, jaką lubię: szybko, niepokojąco, z tajemnicą, bohaterką, której nie jestem pewna, i zakończeniem, przy którym muszę przyznać autorce, że znowu wygrała.

Ale poza thrillerową zabawą została mi po tej książce jeszcze jedna myśl. Nie jesteśmy odpowiedzialni za to, od kogo pochodzimy. Jesteśmy odpowiedzialni za to, kim sami postanowimy zostać. I chyba właśnie dlatego historia Nory podobała mi się tak bardzo.

A Freida? Nadal bezpiecznie siedzi na pierwszym miejscu mojej listy. Chociaż po tylu jej książkach naprawdę powinnam już wiedzieć, że kiedy podczas czytania myślę: „mam cię”, to najprawdopodobniej właśnie ona ma mnie.

Stara ramka dostała drugie życie

Mam w domu kilka rzeczy, które od dawna funkcjonują w bardzo wygodnej kategorii „szkoda wyrzucić, na pewno kiedyś coś z tym zrobię”, a ponieważ owo „kiedyś” potrafi trwać całkiem długo, zdążyłam się już przyzwyczaić, że przekładam je z miejsca na miejsce i konsekwentnie udaję, że mam wobec nich jakiś plan. Jedną z takich rzeczy była stara ramka po zdjęciu, zupełnie zwyczajna, trochę już niemodna i zdecydowanie nie taka, którą chciałabym dziś postawić na półce, ale przecież nadal cała, więc wiadomo — nie kwalifikowała się do wyrzucenia.

W końcu doczekała się swojego dnia. Wyjęłam z niej stare zdjęcie, delikatnie przetarłam powierzchnię i przemalowałam ramę na spokojny, jasny kolor, który lepiej pasuje do mojego domu. Nie bawiłam się w idealne przygotowanie godne profesjonalnego renowatora zabytków, bo z zabytkiem również nie miałam do czynienia. Wystarczyło trochę farby, nieduży pędzel i odrobina cierpliwości, chociaż ta ostatnia, jak zwykle przy moich domowych projektach, była składnikiem najbardziej deficytowym.

Największą zabawą okazało się jednak wymyślenie, co włożyć do środka, bo tym razem nie chciałam kolejnego zdjęcia. Możliwości jest mnóstwo i właściwie każda z nich daje zupełnie inny efekt. Można wykorzystać kawałek ładnej tapety, resztkę papieru dekoracyjnego, który został po jakimś wcześniejszym projekcie, prostą grafikę wydrukowaną w domu albo kilka suszonych liści ułożonych na jasnym tle. Ja szczególnie lubię tę ostatnią wersję, bo wygląda naturalnie, spokojnie i nie wymaga kupowania absolutnie niczego poza tym, co już mamy albo znajdziemy podczas spaceru.

Cały sekret polega na tym, żeby nie przesadzić. Jedna gałązka, dwa liście albo ciekawy fragment papieru często wyglądają znacznie lepiej niż próba zmieszczenia w ramce całej kolekcji pomysłów z Pinteresta. Po włożeniu nowego środka moja stara ramka nagle przestała wyglądać jak przedmiot, który od kilku lat cierpliwie czeka na swoją kolej, a zaczęła przypominać dekorację kupioną specjalnie do tego miejsca. I właśnie wtedy człowiek zaczyna patrzeć podejrzliwie na pozostałe ramki stojące w domu, bo przecież każda z nich może być następna. 

Najbardziej lubię takie DIY, które nie wymagają wielkich zakupów, specjalistycznych umiejętności ani całego wolnego weekendu. Stara rzecz dostaje nowe życie, ja mam satysfakcję, że zamiast coś wyrzucić, wykorzystałam to ponownie, a dom zyskuje drobiazg, którego nie ma nikt inny. I chyba właśnie dlatego tak trudno mi potem cokolwiek wyrzucać, bo przecież zawsze istnieje ryzyko, że za pół roku okaże się idealnym materiałem na kolejny pomysł.

Codziennik Zadumanej #38

Wczoraj Codziennika nie było. Nie dlatego, że zabrakło mi tematów, weny albo wydarzeń godnych odnotowania. Zabrakło mi przytomności. Dopadła mnie taka śpiączka, że właściwie przespałam cały dzień i gdyby ktoś zapytał, co robiłam w sobotę, mogłabym odpowiedzieć krótko: spałam. Potem trochę spałam, a następnie, dla odmiany, poszłam spać. Oczywiście nie był to sen ciągły, bo mieszkam z kotami, a jaśnie wielmożni nie przewidują w regulaminie domu czegoś takiego jak niedyspozycja personelu. Saszeta sama się przecież nie otworzy, miseczka nie napełni, a człowiek, który leży bez ruchu przez podejrzanie długi czas, wymaga regularnego sprawdzania, czy przypadkiem nie zapomniał, po co został przyjęty do pracy.

Nie mam pojęcia, co mnie tak wyłączyło. Organizm najwyraźniej bez konsultacji ze mną zarządził całodniowy remont generalny i odciął zasilanie. Tym razem nawet nie próbowałam z nim negocjować, bo po ostatnich doświadczeniach z drzemką regeneracyjną wiem już, że planowanie snu w moim domu jest zajęciem dla ludzi o wyjątkowo bujnej wyobraźni. Najwyraźniej piętnaście minut odpoczynku nie jest dla mnie. Ja robię to z rozmachem – skoro regeneracja, to cały dzień. I chyba rzeczywiście tego potrzebowałam, bo dzisiaj obudziłam się jak nowonarodzona. Energia wróciła, głowa działa, świat wygląda zdecydowanie lepiej i nawet koty mogą sobie pozwolić na pozostanie na stanowiskach. Redukcji etatów w obsłudze nie będzie. 

A skoro już o zmianach w moim organizmie mowa, to od 1 stycznia jest mnie mniej o 15 kilogramów. Piszę „jest mniej”, bo ten proces jeszcze się nie skończył, ale sama liczba robi już na mnie wrażenie. Nie było w tym żadnej cudownej diety od poniedziałku, życia o liściu sałaty ani bohaterskiego patrzenia, jak inni jedzą coś dobrego. Po prostu od miesięcy bardziej zwracam uwagę na to, co jem, mocno ograniczyłam cukier i znalazłam sobie kilka rzeczy, dzięki którym nie mam poczucia, że za karę do końca życia pozostaje mi chrupać ogórka, kiedy reszta świata je ciastka.

I tutaj na scenę wchodzą one – ciasteczka z Dealza – bezcukrowe ciastka Gullón. Mała rzecz, a przez ostatnie miesiące naprawdę ratowała moje popołudnia. Kawa około czternastej czy piętnastej bez czegoś dobrego obok jest dla mnie trochę jak film bez zakończenia – teoretycznie można, tylko po co się tak męczyć. Dlatego właśnie te ciastka regularnie lądowały obok mojej filiżanki i pozwalały mi zachować poczucie, że zmiana sposobu jedzenia nie oznacza pożegnania ze wszystkimi przyjemnościami. Jeżeli ktoś również zwraca uwagę na cukier, warto na nie zerknąć. Z jednym drobnym zastrzeżeniem: fakt, że coś pasuje do naszego sposobu odżywiania, nie powoduje magicznie, że całe opakowanie staje się jedną porcją. Niestety. Sprawdzałam wzrokiem etykietę i nie znalazłam takiego przepisu. 

Te piętnaście kilogramów nauczyło mnie zresztą czegoś ważniejszego niż czytanie składów i szukanie zamienników. Coraz mniej wierzę w wielkie rewolucje, a coraz bardziej w małe rzeczy, które da się robić zwyczajnie, dzień po dniu. Trochę lepszy wybór przy zakupach, spacer, ciasteczko zamiast całej paczki, kawa bez wyrzutów sumienia, a czasami – jak wczoraj – pozwolenie sobie na przespanie niemal całego dnia, kiedy organizm wywiesza kartkę „nieczynne do odwołania”.

Bo dbanie o siebie chyba właśnie na tym polega – nie na robieniu wszystkiego idealnie, tylko na coraz lepszym rozpoznawaniu, czego naprawdę nam potrzeba. Wczoraj potrzebowałam snu. Dzisiaj potrzebuję kawy i dobrego ciastka.

A koty, jak zwykle, potrzebują obsługi. W tej kwestii od 1 stycznia nie odnotowano żadnego postępu.

"Iluzja doskonałości" - Agnieszka Peszek o tym, jak łatwo zgubić siebie w pogoni za doskonałością

Przy trzeciej książce Agnieszki Peszek zaczynam już zauważać pewien problem. Siadam tylko na chwilę, przeczytam rozdział, może dwa, przecież mam jeszcze mnóstwo innych rzeczy do zrobienia… i nagle okazuje się, że tych rozdziałów było zdecydowanie więcej. Po „Przez pomyłkę” i „Dziewczynie z wnęki” przyszła kolej na „Iluzję doskonałości”, trzeci tom serii z Dorotą Czerwińską. I chyba mogę już oficjalnie powiedzieć, że moja polska Freida McFadden zadomowiła się na mojej półce na dobre. Sama autorka potwierdza zresztą, że właśnie taka jest kolejność pierwszych trzech części, choć każda opowiada osobną historię kryminalną.

Tym razem punktem wyjścia jest zaginięcie czteroosobowej rodziny. Znikają nagle, pozostawiając w domu swoje rzeczy, a nawet ukochanego psa. Nie ma żadnej oczywistej odpowiedzi na pytanie, co się wydarzyło, a sprawa, która trafia do Doroty Czerwińskiej, z każdą kolejną stroną robi się coraz bardziej zagmatwana. Równocześnie Dorota mierzy się z inną sprawą i coraz mocniej przekonuje się, że policyjna praca nie kończy się w chwili wyjścia z komisariatu. Zaczyna wchodzić także w jej życie prywatne.

Ale tym razem sama zagadka kryminalna wcale nie była dla mnie najciekawsza. Już tytuł „Iluzja doskonałości” świetnie podpowiada, gdzie warto spojrzeć trochę głębiej. Bo właściwie skąd wzięło się nasze przekonanie, że wszystko powinno być idealne? Idealny dom, idealna rodzina, idealny związek, idealna praca, idealne dzieci, idealne zdjęcia, idealne życie. I jeszcze koniecznie trzeba sprawiać wrażenie, że osiągamy to wszystko bez większego wysiłku. U Peszek ta fasada zaczyna pękać i właśnie to podobało mi się najbardziej. Oficjalny opis książki stawia zresztą bardzo podobne pytanie: czy w dążeniu do doskonałości można zabrnąć tak daleko, że przestaje mieć znaczenie nawet to, czy jest się dobrym człowiekiem.

Pomyślałam przy tej książce, jak łatwo oceniamy cudze życie po tym, co widać z zewnątrz. Patrzymy na rodzinę, małżeństwo, dom i mówimy: oni to mają dobrze. Tymczasem nie mamy najmniejszego pojęcia, co dzieje się po zamknięciu drzwi. Ile kosztuje utrzymywanie tego pięknego obrazka, co zostało pod niego zamiecione i kto płaci za to najwyższą cenę. Doskonałość bywa przecież bardzo efektowna z daleka. Dopiero z bliska widać wszystkie rysy.

I właśnie dlatego ten tom podobał mi się nie tylko jako kryminał. Jest tu zagadka, są tropy, podejrzenia i moje tradycyjne już przekonanie, że tym razem przechytrzę Agnieszkę Peszek. Nie przechytrzyłam. Zaczynam podejrzewać, że powinnam po prostu pogodzić się z porażką i czerpać z niej przyjemność. Ale obok tego dostałam temat, który spokojnie mógłby istnieć bez całej kryminalnej otoczki: ile jesteśmy gotowi poświęcić, żeby inni nadal wierzyli, że nasze życie jest doskonałe?

Czytelnicy bardzo często chwalą tę część właśnie za tempo, krótkie rozdziały i trudne do przewidzenia rozwiązanie. Pojawia się natomiast zarzut, który znam już z wcześniejszych tomów — że po bardzo dobrze budowanym napięciu zakończenie przychodzi zbyt szybko. Takie głosy powtarzają się zarówno w Legimi, jak i Audiotece. I coś w tym jest. Ja również chętnie zostałabym przy finale trochę dłużej, zamiast tak szybko żegnać się z historią. Nie zmienia to jednak faktu, że przez większość książki po prostu chciałam wiedzieć, co będzie dalej.

Czy warto przeczytać?

Tak. I jeśli zaczęliście serię od „Przez pomyłkę”, zdecydowanie nie zatrzymujcie się po drugim tomie. Mam nawet wrażenie, że z każdą częścią coraz bardziej lubię Dorotę i coraz bardziej odpowiada mi sposób, w jaki Agnieszka Peszek łączy kryminalną zagadkę z czymś, nad czym można pomyśleć już po zamknięciu książki. „Iluzja doskonałości” zostawiła mnie właśnie z taką myślą.

Może wcale nie potrzebujemy idealnego życia. Może wystarczyłoby takie, w którym nie trzeba bez przerwy udowadniać światu, że wszystko jest w porządku.

A ja oczywiście idę dalej. „Zabawa w zabijanie” już czeka, a po trzech spotkaniach z moją polską Freidą McFadden naprawdę nie będę teraz udawała, że potrafię się powstrzymać. 

Codziennik Zadumanej #37

Ktoś mądry powiedział mi dzisiaj, że umiejętność ucinania sobie krótkiej, regeneracyjnej drzemki można wypracować. Ponieważ od kilku dni około czternastej mój organizm zaczyna bardzo wyraźnie sugerować, że dalsza współpraca będzie możliwa dopiero po spełnieniu określonych warunków, pomyślałam, że może rzeczywiście warto się nauczyć. Dziesięć, piętnaście minut, człowiek zamyka oczy, wyłącza głowę, po chwili wstaje świeży, wypoczęty i gotowy do dalszego życia. Brzmi pięknie. Usiadłam więc wygodnie na kanapie, zamknęłam oczy i rozpoczęłam trening.

Minęło może kilkanaście sekund, kiedy Sisi uznała, że skoro siedzę bezczynnie, to najwyraźniej czekam na propozycję wspólnej zabawy. Piłeczka wylądowała na moim brzuchu. Nie zareagowałam, więc została zabrana i precyzyjnie przełożona na dłoń. Nadal nic. Wobec tak skandalicznego braku współpracy Sisi spróbowała jeszcze z nogą, potem ponownie z brzuchem, poprawiała położenie piłeczki, zdejmowała ją i układała w kolejnym miejscu, najwyraźniej szukając tego jednego magicznego punktu na moim ciele, który uruchamia człowieka. W końcu, nie otwierając nawet oczu, złapałam piłkę i rzuciłam w stronę suszarki z praniem. Nie trafiłam. Za drugim razem się udało.

Nastała cisza.

Na jakieś trzy sekundy.

Potem usłyszałam charakterystyczne dreptanie małych sisinych szkitek po panelach. Sisi rozpoczęła okrążanie suszarki, próbując ustalić, w jaki sposób odzyskać piłeczkę, którą jej wyjątkowo perfidnie unieszkodliwiłam. Leżałam z zamkniętymi oczami i słuchałam: tup, tup, tup… chwila ciszy… tup, tup, tup… kolejne okrążenie. W końcu pomyślałam, że może problemem jest pozycja siedząca. W poradnikach człowiek zapewne „układa się wygodnie”, więc postanowiłam pójść krok dalej i po prostu się położyć.

I zadziałało. Sisi się uspokoiła.

Wtedy zaczął Bubu.

Bubu nie widzi, więc kiedy obudził się na desce do prasowania, na której spał razem z Hektorem, i postanowił zejść, poinformował mnie o swoim problemie piszczeniem. Mogłam oczywiście udawać, że śpię, ale trudno osiągnąć stan głębokiej regeneracji, kiedy z okolic deski do prasowania dochodzi rozpaczliwe „miau”, a człowiek wie, że siedzi tam niewidomy kot zastanawiający się, gdzie właściwie kończy się świat. Wstałam, zdjęłam Bubu, wróciłam na kanapę, poprawiłam się, zamknęłam oczy i uznałam, że teraz już naprawdę zaczynam.

Bubu najwyraźniej uznał podobnie, bo chwilę później wskoczył prosto na mnie i rozpoczął ugniatanie mojego brzucha. Skoro nie udało się zasnąć, dostałam przynajmniej masaż. Przez chwilę pracował bardzo sumiennie, po czym bez słowa zakończył zabieg i ulotnił się do sypialni. Zostałam sama. Cisza. Oczy zamknięte. Ciało rozluźnione. Byłam coraz bliżej sukcesu.

I wtedy na deskę do prasowania wskoczył Riko.

Na desce nadal spał Hektor.

Hektor po przebudzeniu zdecydowanie nie należy do tych, którzy przeciągają się, uśmiechają do świata i z wdzięcznością witają kolejny dzień. Obudzony przez Riko przeszedł błyskawicznie od snu do furii i rozpoczęły się kocie zapasy. Deska zaczęła się niebezpiecznie kołysać, koty kotłowały się na niej w najlepsze, a ja po raz kolejny zerwałam się z kanapy, tym razem żeby ratować deskę, żelazko i wszystko, co znajdowało się w zasięgu walczących zawodników.

Riko ostatecznie uznał, że życie jest zbyt krótkie na konflikty i udał się na balkon. Hektor został. Problem polega na tym, że Hektor po drzemce jest zawsze głodny, a informowanie mnie o tym opanował do perfekcji. Nie miauczy bez sensu, nie chodzi za mną i nie liczy na domyślność. Hektor stosuje komunikację skuteczną: staje na stole i zaczyna zrzucać z niego przedmioty. Jeden po drugim. Tego dnia leżało tam kilka rzeczy zdecydowanie zbyt cennych, żeby pozwolić mu rozwinąć negocjacje, więc wstałam już naprawdę wściekła i poszłam do kuchni wyłożyć paniczowi saszetę.

A skoro już stałam w kuchni…

wstawiłam wodę na kawę.

Tak zakończyła się moja pierwsza próba wypracowania regeneracyjnej drzemki. Nie wiem dokładnie, ile trwała, ale w jej trakcie rzucałam piłką, obserwowałam psa okrążającego suszarkę, zdejmowałam niewidomego kota z deski do prasowania, zostałam wymasowana, rozdzielałam kocią bójkę, ratowałam wyposażenie domu, karmiłam Hektora i zrobiłam sobie kawę. Regeneracja pełną parą. 😁

Ktoś mądry miał więc rację — drzemkę prawdopodobnie można wypracować. Tylko podejrzewam, że ten ktoś nie mieszkał z Sisi, Bubu, Riko i Hektorem. Ja po dzisiejszym treningu dochodzę do wniosku, że niektórych rzeczy wcale nie trzeba w życiu opanować. Czasem lepiej zaakceptować własne warunki lokalowe, zrobić sobie kawę i odpocząć na jawie.

Przynajmniej wtedy człowiek widzi, z której strony nadciąga kot.

A skoro już dokładnie wiecie, kto odpowiada za spektakularną porażkę mojego pierwszego treningu drzemki regeneracyjnej, wypadałoby jeszcze pokazać wszystkich winowajców. I tu pojawił się kolejny problem, bo zrobienie wspólnego zdjęcia Sisi, Hektora, Riko i Bubu jest mniej więcej tak realne jak moja dzisiejsza piętnastominutowa drzemka. 😁 Każde z nich osobno potrafi wyglądać niewinnie jak aniołek, ale zgromadzenie całej czwórki w jednym miejscu, przekonanie ich, żeby przez kilka sekund pozostali tam, gdzie ich posadziłam, i jeszcze spojrzeli w stronę aparatu zdecydowanie przekracza moje możliwości organizacyjne. Dlatego dzisiejsze zdjęcie jest wygenerowane na podstawie ich prawdziwych fotografii i zdjęcia mojego salonu. Oni naprawdę tak wyglądają, salon naprawdę jest mój, tylko to zgodne posiedzenie całej czwórki nigdy się nie wydarzyło. Technologia zrobiła więc dla mnie to, czego natura zrobić nie zamierzała – zebrała wszystkich podejrzanych w jednym miejscu. 😁

Patrzę teraz na tę czwórkę i najbardziej bawi mnie to, że na zdjęciu wyglądają jak wyjątkowo zgodna, spokojna rodzina, która całe popołudnie spędza na cichym kontemplowaniu życia. Ja natomiast znam prawdę. Kilka minut wcześniej jeden domagał się piłeczki, drugi potrzebował pomocy przy zejściu z deski, trzeci wszczął awanturę, a czwarty rozpoczął zrzucanie przedmiotów ze stołu. I chyba właśnie dlatego nie zamierzam już dzisiaj walczyć ani o drzemkę, ani o ciszę idealną. W moim domu odpoczynek najwyraźniej nie polega na tym, że nic się nie dzieje. Polega na tym, że człowiek z czasem uczy się odpoczywać pośród tego całego zamieszania.

Chociaż po dzisiejszym eksperymencie nadal uważam, że kawa ma zdecydowanie lepsze warunki do rozwoju niż moja drzemka regeneracyjna. 😁

Świecznik z tego, co już miałam

Mam chyba wyjątkowy talent do odkładania różnych drobiazgów z myślą, że „kiedyś się przydadzą”. Drewniana podstawka, która od dawna nie miała żadnego konkretnego zajęcia, kilka świec z szuflady, trochę kamyczków i parę gałązek znalezionych podczas spaceru najwyraźniej właśnie doczekały się swojego „kiedyś”. Tym razem nie planowałam wielkiego rękodzielniczego przedsięwzięcia, bo najbardziej lubię te domowe pomysły, które powstają przy okazji i nie kończą się stołem zastawionym klejem, farbami oraz narzędziami, o których istnieniu człowiek jeszcze godzinę wcześniej nie miał pojęcia.

Na drewnianym spodku ustawiłam kilka prostych świec różnej wysokości, a wolne miejsca wypełniłam tym, co akurat miałam pod ręką. Kilka jasnych kamyków, nieduża szyszka, trochę drobnych gałązek i właściwie tyle. Niczego nie przyklejałam, nie mocowałam na wieczność i właśnie to podoba mi się w tym świeczniku najbardziej. Kiedy przyjdzie jesień, między świecami mogą pojawić się szyszki, żołędzie i kawałki kory, zimą kilka świerkowych gałązek, wiosną drobne kamyczki i zieleń, a latem muszelki przywiezione znad morza. Jedna podstawka, a dekoracja może zmieniać się razem z porą roku i moim aktualnym nastrojem, który w kwestii wystroju domu potrafi być zdecydowanie bardziej zmienny niż pogoda.

Przy takich dekoracjach zawsze przypomina mi się, że dom wcale nie potrzebuje ciągle nowych rzeczy. Czasem wystarczy zajrzeć do szafki, pudełka z różnościami albo tej szuflady, którą każdy ma, ale rozsądniej nie pytać, co dokładnie się w niej znajduje. 😄 Nagle okazuje się, że drewniana deseczka, której szkoda było wyrzucić, kilka niedopalonych świec i skarby przyniesione ze spaceru mogą razem wyglądać całkiem dobrze. Do tego nie ma presji, że kompozycja musi pozostać taka sama przez następne pięć lat, bo kiedy mi się znudzi, rozsypuję wszystko, chowam do pudełka i układam od początku.

I chyba właśnie takie tworzenie lubię najbardziej. Bez perfekcyjnego projektu, bez dokładnego odmierzania każdego centymetra i bez przekonania, że efekt końcowy musi wyglądać jak z katalogu. Ma pasować do mojego domu, sprawiać mi przyjemność i wieczorem dawać trochę ciepłego światła. Reszta jest naprawdę mało istotna.