Mój mały rytuał po powrocie do domu Buty zdjęte w progu, herbata, cisza, zamknięcie drzwi za światem.
Jest taki moment, którego chyba nikt poza mną nawet by nie zauważył. Wchodzę do mieszkania, zamykam drzwi, wrzucam klucze do miseczki w przedpokoju i... jeden z nich, jakby zgodnie z tradycją, odbija się od brzegu i ląduje na podłodze. Naprawdę nie wiem, jak to możliwe. Mogłabym go od razu podnieść, ale zazwyczaj tego nie robię. Najpierw zdejmuję buty, staję na chwilę w skarpetkach na chłodnej podłodze i dopiero wtedy dociera do mnie, że dzień naprawdę się skończył. To chyba mój ulubiony moment.
Nie wtedy, kiedy siadam na kanapie. Nie wtedy, kiedy zaczynam odpoczywać. Tylko właśnie ta krótka chwila pomiędzy światem na zewnątrz a domem. Jeszcze przed chwilą ktoś czegoś ode mnie potrzebował, gdzieś trzeba było zdążyć, o czymś pamiętać, coś załatwić. A tutaj nagle nikt nie pyta, nikt nie dzwoni, nikt nie oczekuje natychmiastowej odpowiedzi. Cisza nie jest idealna, bo przecież lodówka mruczy, sąsiad nad głową chyba znowu postanowił przesunąć wszystkie krzesła w mieszkaniu, ale to już moja cisza. I to robi ogromną różnicę.
Potem idę do kuchni. Nie dlatego, że umieram z pragnienia, tylko dlatego, że w moim domu powrót zaczyna się od herbaty. Mam wrażenie, że czajnik lepiej niż ktokolwiek inny rozumie, że nie wszystko trzeba robić od razu. Woda potrzebuje chwili, żeby się zagotować, a ja w tym czasie zrzucam z siebie resztki dnia. Nie dosłownie, chociaż czasem mam ochotę razem z kurtką powiesić na wieszaku także wszystkie drobne zmartwienia.
Śmieję się czasem, że herbata jest bardziej psychologiem niż napojem. Niczego nie rozwiązuje, nie odpisuje za mnie na wiadomości, nie składa prania i nie sprawia, że nagle wszystkie problemy znikają. A jednak po kilku spokojnych łykach większość z nich wydaje się jakby... mniejsza. Może to nie zasługa herbaty, tylko tych kilku minut, które wreszcie należą do mnie.
Kiedyś po powrocie do domu od razu zabierałam się za kolejne obowiązki. Rozpakować zakupy. Nastawić pranie. Odpisać na wiadomości. Zajrzeć do komputera. Miałam poczucie, że jeśli usiądę choćby na chwilę, to stracę cenny czas. Dzisiaj myślę, że to właśnie tamte kilka minut było najcenniejsze, tylko zupełnie tego nie dostrzegałam.
Coraz bardziej przekonuję się, że życie nie zmienia się dzięki wielkim wydarzeniom. Zmienia się przez małe rytuały, które powtarzamy niemal codziennie. To one sprawiają, że zwykłe wtorki i czwartki przestają być tylko kolejnymi dniami w kalendarzu. Dzięki nim dom pachnie domem, a nie tylko obiadem, a wieczór naprawdę oznacza koniec dnia, a nie przerwę przed kolejną listą zadań.
Może właśnie dlatego tak bardzo lubię ten moment, kiedy zamykają się drzwi. Nie odcinam się od świata, bo przecież jutro znowu do niego wyjdę. Po prostu przypominam sobie, że zanim znowu zacznę być dla wszystkich, przez chwilę mogę być po prostu dla siebie. I chyba z wiekiem dochodzę do wniosku, że to wcale nie jest egoizm. To jest jedna z najpiękniejszych form troski o siebie.
A Ty? Co robisz jako pierwsze po powrocie do domu? Masz taki mały rytuał, bez którego trudno Ci poczuć, że naprawdę jesteś już u siebie?
