Kiedyś byłam przekonana, że na wiadomości trzeba odpowiadać od razu. Telefon zawibrował? Odpisuję. Ktoś coś napisał? Reaguję. Nawet jeśli akurat gotowałam obiad, wychodziłam z domu albo próbowałam obejrzeć film, moja ręka i tak wędrowała po telefon. Jakby świat miał się zatrzymać, gdybym odpisała piętnaście minut później.
Najgorzej było wtedy, kiedy wiadomość wywoływała emocje. Pewnie znacie ten moment. Czytacie kilka zdań i od razu w głowie pojawia się gotowa odpowiedź. Ba, czasami nawet cała przemowa. Człowiek już pisze, kasuje, znowu pisze i jeszcze przez chwilę zastanawia się, czy dodać kropkę na końcu, bo przecież wszyscy wiedzą, że kropka potrafi zabrzmieć bardziej groźnie niż pół strony tekstu.
Śmieję się z tego dzisiaj, ale kiedyś naprawdę potrafiłam prowadzić długie dyskusje wyłącznie w swojej głowie. Dochodziłam do domu, robiłam herbatę, a ja nadal odpowiadałam komuś, kto od dwóch godzin nawet nie patrzył na telefon.
Z czasem odkryłam coś bardzo ciekawego. Większość wiadomości wcale nie wymaga natychmiastowej odpowiedzi. Wymaga spokojnej odpowiedzi.
To ogromna różnica.
Bo emocje mają jedną zabawną cechę. Są świetnymi doradcami... przez pierwsze trzy sekundy. Później zaczynają opowiadać historie, które najczęściej nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Nagle jesteśmy pewni, że ktoś chciał nas urazić, zlekceważył albo specjalnie napisał coś w taki sposób. A potem mija godzina, czytamy tę samą wiadomość jeszcze raz i dochodzimy do wniosku, że chyba jednak trochę poniosła nas wyobraźnia.
Dzisiaj coraz częściej odkładam telefon. Nie demonstracyjnie. Nie po to, żeby kogoś ukarać ciszą. Po prostu daję sobie chwilę. Robię herbatę, otwieram okno, zajmuję się czymś innym i dopiero wtedy wracam do rozmowy. Zadziwiająco często okazuje się, że połowy rzeczy, które chciałam napisać, już wcale nie mam ochoty wysyłać.
Myślę, że dorosłość ma wiele zaskakujących definicji. Dla mnie jedną z nich jest właśnie umiejętność zrobienia krótkiej pauzy. Nie dlatego, że brakuje mi argumentów. Wręcz przeciwnie. Czasem mam ich aż za dużo. Chodzi o to, żeby nie pozwolić, aby pierwsza emocja pisała wiadomości w moim imieniu.
Oczywiście nadal zdarza mi się odpisywać zbyt szybko. Nadal czasem pomyślę: „No nie, tego już za wiele”, a po chwili odkryję, że źle przeczytałam wiadomość albo zwyczajnie nie zrozumiałam intencji. Jestem tylko człowiekiem. Tym bardziej doceniam te chwile, kiedy udaje mi się odłożyć telefon i przypomnieć sobie, że nie wszystko wymaga natychmiastowej reakcji.
Wiecie, co jest w tym najlepsze?
Ta chwila ciszy działa nie tylko na relacje z innymi, ale też na relację z samym sobą. Zamiast nakręcać się coraz bardziej, można złapać oddech i sprawdzić, czy naprawdę warto oddawać komuś swój spokój.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie każda wiadomość zasługuje na odpowiedź od razu. Nie dlatego, że druga osoba jest nieważna. Dlatego, że moje emocje też zasługują na chwilę, żeby spokojnie usiąść przy stole, napić się herbaty i przestać biegać po całym domu.
I wiecie co?
Jeszcze nigdy nie żałowałam tego, że odpowiedziałam kilka godzin później.
Za to kilka odpowiedzi wysłanych zbyt szybko... pamiętam do dziś.
A Wy? Zdarza Wam się najpierw napisać odpowiedź w głowie, a dopiero później zdecydować, czy naprawdę warto ją wysłać?