Codziennik Zadumanej #48
Dzisiaj mam urodziny. Wiekiem chwalić się nie będę, bo są rzeczy, które najlepiej pozostawić między człowiekiem, dowodem osobistym i urzędem skarbowym. Powiem tylko, że metryka ma swoje zdanie, ja mam swoje i na razie nie widzę powodu, żebyśmy musiały się w tej kwestii dogadywać.
Postanowiłam za to, że chcę ten dzień po prostu fajnie przeżyć. Bez wielkich fajerwerków, bez obowiązkowego zachwytu od rana do wieczora i bez robienia z urodzin wydarzenia na miarę otwarcia igrzysk olimpijskich. Normalnie poszłam do pracy, normalnie wróciłam i, ponieważ najwyraźniej nawet w dniu urodzin nie dostaje się immunitetu na życie codzienne, ogarnęłam jeszcze kilka domowych spraw.
Ba, żeby nie było za lekko, napisałam dwa plany i dwa programy. Cztery dokumenty w urodziny. Gdyby ktoś chciał kiedyś napisać książkę pod tytułem „Szalone życie kobiety po...”, to właśnie dostarczyłam mu materiału na pierwszy rozdział. Inni skaczą ze spadochronem, ja tworzę programy terapeutyczne. Każdy ma swoją adrenalinę.
Ale w pewnym momencie powiedziałam: wystarczy. Reszta może poczekać do jutra. Świat się nie zawali, dokumenty nie uciekną, pranie nie zgłosi mojego zaniedbania odpowiednim służbom, a ja mam urodziny tylko raz w roku.
Zapaliłam światełka, zrobiłam sobie mój jesienny klimat, włączyłam jazz i nalałam do kieliszka bezalkoholowego. I nagle zrobiło się dokładnie tak, jak lubię. Cicho, ciepło, spokojnie. Bez pośpiechu. Bez konieczności bycia gdzieś za pięć minut. Tylko ja i wieczór, który tym razem naprawdę postanowiłam sobie zostawić.
Oczywiście pełna powaga urodzinowych rozmyślań wytrzymała tylko do pierwszej partyjki Snake Escape. Bo trudno kontemplować przemijanie, kiedy człowiek właśnie próbuje wyprowadzić węża, który uparcie pcha się tam, gdzie absolutnie nie powinien. W sumie im dłużej gram, tym bardziej dochodzę do wniosku, że ktoś stworzył tę grę na podstawie dorosłego życia. Niby widzisz wyjście, niby wszystko sobie zaplanowałaś, a potem jeden niewłaściwy ruch i cały misterny plan bierze w łeb.
A jednak dzisiaj trochę tych życiowych rozkmin jest. Urodziny mają tę dziwną właściwość, że człowiek mimowolnie ogląda się za siebie. Patrzy na to, co było, co się udało, co kompletnie nie wyszło, co bolało, z czego dziś potrafi się już śmiać. I chyba z każdym kolejnym rokiem coraz mniej interesuje mnie liczba, a coraz bardziej to, jak mi się ze sobą żyje.
I dzisiaj żyje mi się całkiem dobrze.
Nie potrzebuję wielkiej imprezy, żeby poczuć, że to mój dzień. Wystarczą światełka, jazz, kieliszek czegoś dobrego, kilka wirtualnych węży do uratowania i książka czekająca na zakończenie wieczoru. Może właśnie na tym polega przywilej kolejnych urodzin — coraz lepiej wiadomo, co naprawdę sprawia przyjemność, a coraz mniej człowiekowi zależy na tym, jak według innych powinno wyglądać świętowanie.
Więc dziś nie liczę lat. Liczę rzeczy, za które jestem wdzięczna. Ludzi, których mam obok. Chwile, które chcę pamiętać. To, czego się nauczyłam, i to, czego jeszcze kompletnie nie ogarniam.
A jutro wrócę do zwyczajnego życia.
Dzisiaj mam urodziny. I dzisiaj wieczór jest mój.