Codziennik Zadumanej #23
Dzisiaj postanowiłam udawać, że do rozpoczęcia roku szkolnego zostało jeszcze mnóstwo czasu, ale kalendarz jest bezlitosny i najwyraźniej nie zamierza uczestniczyć w tej zabawie. Czuję już na plecach oddech września, a właściwie całego szkolnego zamieszania, które od przyszłego tygodnia zacznie się rozkręcać: rady, spotkania, szkolenia, przygotowania i wszystkie te rzeczy, dzięki którym nauczyciel orientuje się, że wakacje dobiegają końca, zanim jeszcze zdąży oficjalnie się z nimi pożegnać. Uznałam więc, że skoro nie mogę zatrzymać czasu, mogę przynajmniej wejść w nowy rok szkolny z porządkiem w domu. Nie wiem, skąd bierze się we mnie przekonanie, że wysprzątana szafka ma jakikolwiek wpływ na moje zawodowe przygotowanie do września, ale działa to na mnie znakomicie. Kiedy wokół robi się czyściej, jakoś łatwiej uwierzyć, że również w głowie wszystko wskoczy na odpowiednie półeczki.
Sprzątałam więc, przekładałam, wyrzucałam i podejmowałam te niezwykle odpowiedzialne dorosłe decyzje dotyczące przedmiotów, których przez ostatni rok ani razu nie użyłam, ale przecież któregoś dnia mogą okazać się absolutnie niezbędne. Przy okazji coraz częściej zerkałam w stronę kalendarza i docierało do mnie, że moje dzieciaki za chwilę wrócą już jako drugoklasiści. Jeszcze niedawno byli pierwszakami, którzy dopiero uczyli się szkolnego świata, a teraz proszę bardzo – klasa druga. Mam wrażenie, że oni rosną zdecydowanie szybciej, niż przewidują przepisy oświatowe. Jestem ogromnie ciekawa, co przyniesie nam ten rok, jakie będą ich małe i wielkie sukcesy, czym mnie rozbawią, czym zaskoczą, ile razy usłyszę coś, po czym będę musiała zachować powagę należną nauczycielowi, chociaż w środku będę konała ze śmiechu. Szkoła ma tę niezwykłą właściwość, że można przepracować w niej wiele lat, a i tak każdy wrzesień jest trochę jak otwieranie książki, której zna się bohaterów, ale jeszcze nie ma pojęcia, co autor dla nich wymyślił.
Po całym dniu domowych rewolucji wreszcie usiadłam z książką i wtedy wydarzyło się coś naprawdę luksusowego – nic. Nikt niczego ode mnie nie chciał, nic nie musiałam sprawdzać, przekładać ani organizować, wokół zrobiło się cicho, a ja mogłam po prostu czytać. I chyba właśnie takich chwil będzie mi za moment najbardziej brakowało, bo wakacyjna cisza ma zupełnie inny smak, kiedy człowiek już wie, że zostało jej niewiele. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że przede mną całe lato, a dziś siedzę z książką i słyszę, jak gdzieś za rogiem wrzesień chrząka znacząco i sprawdza, czy jestem gotowa.
Nie jestem. I chyba nigdy pod koniec sierpnia nie jestem tak naprawdę gotowa. Trochę żal mi wakacyjnego rytmu, spokojnych poranków i możliwości decydowania, że dziś zrobię dużo, mało albo absolutnie nic, ale jednocześnie pojawia się już znajoma ciekawość tego, co będzie dalej. Może właśnie dlatego końcówka wakacji jest taka szczególna – człowiek jedną ręką jeszcze trzyma lato, a drugą powoli otwiera drzwi do czegoś nowego. Ja na razie trzymam książkę obiema. Drzwi otworzę w przyszłym tygodniu. 😁




.jpg)

.jpg)
