"Nauczyciele" - Freida McFadden o tym, że najgroźniejsze lekcje nie zawsze odbywają się przy tablicy

No i mam ją. Kolejną Freidę. Właściwie mogłabym już przestać udawać, że przed rozpoczęciem jej książki zastanawiam się, czy warto. Nie zastanawiam się. Jeśli na okładce widzę nazwisko McFadden, książka prędzej czy później będzie moja. Tym razem dodatkowo dostałam tytuł „Nauczyciele”, więc jako nauczycielka naprawdę nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Tylko od razu uprzedzam — moja szkolna codzienność wygląda jednak trochę inaczej. I całe szczęście.

„Nauczyciele” to polskie wydanie „The Teacher”, thrillera Freidy McFadden z 2024 roku. U nas książka ukazała się 27 sierpnia 2025 roku nakładem Czwartej Strony, w tłumaczeniu Elżbiety Pawlik. Ma 440 stron i miękką oprawę ze skrzydełkami.

Eve jest nauczycielką matematyki w liceum w Caseham. W tej samej szkole pracuje jej mąż Nate, nauczyciel angielskiego. Z pozoru zwyczajne małżeństwo, zwyczajna szkoła i kolejny rok nauki. Tyle że rok wcześniej wydarzył się tam skandal. Jednego z nauczycieli podejrzewano o romans z uczennicą, a w samym środku całej historii znalazła się Addie. Dziewczyna została z łatką kłamczuchy i manipulatorki, której lepiej nie ufać. Teraz trafia między innymi na lekcje Eve i Nate’a.

I tutaj naprawdę przestaję opowiadać fabułę. Przy Freidzie im mniej się wie, tym lepiej, a w „Nauczycielach” szczególnie łatwo powiedzieć o jedno zdanie za dużo.

Od początku patrzyłam na tę historię trochę inaczej niż zapewne ktoś, kto ze szkołą nie ma nic wspólnego. Bo za thrillerem jest tutaj temat bardzo poważny: relacja nauczyciela i ucznia, granice, odpowiedzialność dorosłego i ogromna przewaga, jaką nauczyciel ma nad młodym człowiekiem. Nastolatek może być zakochany, zafascynowany, może uważać, że właśnie przeżywa największą miłość swojego życia. Dorosły powinien wiedzieć, gdzie jest granica. I kropka. To nie jest relacja dwóch osób stojących na równych pozycjach.

Freida bardzo sprytnie wykorzystuje też coś, co w szkolnej rzeczywistości jest aż nazbyt znajome: opinię, która zaczyna żyć własnym życiem. Wystarczy, że o uczniu zostanie raz powiedziane „ona kłamie”, „on sprawia problemy”, „z nią zawsze coś jest”, a później każde zachowanie zaczynamy oglądać właśnie przez ten filtr. Addie ma już swoją etykietkę. Pytanie tylko, czy to, co mówią o niej inni, rzeczywiście mówi nam, kim ona jest.

Historia prowadzona jest przede wszystkim z perspektywy Eve i Addie, więc tę samą rzeczywistość oglądamy oczami dorosłej kobiety i nastolatki. I oczywiście Freida robi to, co lubi najbardziej — pozwala nam coś sobie poukładać, a potem zaczyna wyciągać kolejne elementy z tej układanki.

Przyznam jednak, że „Nauczyciele” rozwijają się spokojniej niż niektóre inne jej thrillery. Przez sporą część książki jest więcej psychologii, relacji i szkolno-małżeńskiej codzienności niż kryminalnej jazdy bez trzymanki. Nie jestem jedyna, która to zauważyła — w opiniach czytelników właśnie wolniejsze tempo pierwszych części książki pojawia się zarówno jako zarzut, jak i element budujący późniejsze zaskoczenia.

Mnie to jednak nie zniechęciło. Znam już Freidę na tyle, żeby wiedzieć, że kiedy robi się podejrzanie spokojnie, należy zacząć się martwić.

Oczywiście miałam swoje teorie. Oczywiście obserwowałam bohaterów i myślałam: dobra, już wiem, kto tutaj kłamie. Później zmieniałam zdanie. Następnie wracałam do pierwszej wersji. A gdzieś pod koniec pojawiło się moje tradycyjne: „Ha! Freida, tym razem cię mam”.

Nie miałam.

I właśnie dlatego nadal tak bardzo lubię jej książki. Nie potrzebuję po nich wielkich filozoficznych odkryć. Chcę usiąść z kawą, otworzyć książkę i nagle zorientować się, że zamiast zaplanowanych dwudziestu stron przeczytałam sto. Chcę podejrzewać, kombinować, denerwować się na bohaterów i koniecznie przeczytać jeszcze jeden rozdział, bo przecież teraz już naprawdę muszę wiedzieć.

„Nauczyciele” zostawili mnie jednak również z czymś poważniejszym. Z myślą o tym, jak łatwo dorosły może wykorzystać zaufanie młodego człowieka i jak bardzo odpowiedzialność za granice zawsze spoczywa na dorosłym. Ale też o tym, jak szybko potrafimy wydać wyrok na kogoś, o kim właściwie niewiele wiemy. Czasem wystarczy jedna historia powtarzana wystarczająco wiele razy, żebyśmy przestali pytać, czy na pewno była prawdziwa.

Czy to moja ulubiona Freida? Nie. Pierwsze miejsce nadal zajmują u mnie inne jej książki. Ale czy żałuję tych 440 stron? Ani trochę. Szczególnie że końcówka przypomniała mi dokładnie, dlaczego McFadden wciąż siedzi na samym szczycie mojej prywatnej listy autorek thrillerów.

A po przeczytaniu „Nauczycieli” mam jeszcze jedną refleksję zawodową.

Jutro wchodzę do swojej klasy, patrzę na dzieci, zeszyty, piórniki, rozsypane kredki i pytanie po raz siedemnasty: „Proszę pani, a która strona?”. I chyba jeszcze bardziej docenię, że największy thriller mojego dnia polega czasem na ustaleniu, kto znowu nie podpisał karty pracy.

Freida zdecydowanie może zatrzymać swoją szkołę.

Ja zostaję przy swojej.

Codziennik Zadumanej #53

Dziś zmieniam swoją tradycję. Nie jutro, nie od poniedziałku, tylko właśnie dzisiaj, bo życie najwyraźniej uznało, że potrzebuję małego jesiennego dramatu już przy porannej kawie.

Sięgnęłam po mój dyniowy kubek, ten z kategorii „jesień bez niego się nie liczy”, i wtedy zobaczyłam, że jest pęknięty. Nie jedno niewinne pęknięcie, które można jeszcze przez kilka tygodni ignorować i udawać, że nic się nie dzieje. Dwa. Kubek wyraźnie zakomunikował, że jego sezon jesienny dobiegł końca, choć mój dopiero się rozpoczął. Pożegnałam go ze smutkiem, bo wiadomo – to tylko kubek, ale spróbujcie powiedzieć jesieniarze, że dyniowy kubek to tylko naczynie. Równie dobrze można powiedzieć, że koc to kawałek materiału, a świeczki służą wyłącznie do oświetlania pomieszczeń.

Po pracy podjęłam więc jedyną rozsądną decyzję: jadę do mojego MParku po następcę. Przecież nie będę przeżywała października z kawą w jakimś zwyczajnym kubku. Są granice.

Weszłam do sklepu nastawiona na dynie, liście, pomarańcze, brązy i cały ten jesienny arsenał, a tam… Boże Narodzenie.

Choinki. Bombki. Mikołaje. Świąteczne dekoracje.

Halo! Ja dopiero co rozłożyłam koc!

Ostatnie jesienne kubki stały sobie gdzieś z boku niczym niedobitki sezonu, który handel najwyraźniej uznał już za zakończony. A ja naprawdę protestuję. Dajcie mi się jeszcze trochę podelektować jesienią. Dopiero zaczęła pachnieć, dopiero światło zrobiło się takie piękne, dopiero wyciągnęłam dynie, zapaliłam jesienne światełka i poczułam, że oto nadszedł mój czas. Do pierników, reniferów i „Last Christmas” dojdziemy. Spokojnie. Co prawda jestem Adwenciarą jeszcze większą niż jesieniarą, ale nawet ja mam swoje granice. Wrzesień to zdecydowanie za wcześnie, żeby Rudolf zaglądał mi do koszyka.

Kubek oczywiście kupiłam. Misja zakończona powodzeniem. Przy okazji uzupełniłam zapas moich bezcukrowych ciasteczek, bo skoro już człowiek jedzie ratować jesień, dobrze mieć do niej coś chrupiącego.

Po powrocie poszłyśmy z Sisi na spacer i pogoda wynagrodziła mi poranne straty. Słońce, ciepło, piękna jesień w swojej najlepszej odsłonie. Bez bombek, bez choinek, bez sztucznego śniegu. Zwyczajny spacer, pies obok i to cudowne światło, które o tej porze roku potrafi zrobić coś pięknego nawet z najbardziej zwyczajnym kawałkiem trawnika.

Głos też powoli wraca do właścicielki. Jeszcze nie jest to pełna wersja koncertowa, ale przynajmniej przestałam brzmieć jak nastolatek przechodzący mutację, więc uznaję to za sukces.

Potem jeszcze sprzątnęłam balkon, uzupełniłam Librusa i odpowiedziałam na wiadomości od rodziców. Czyli zrobiłam wszystko, co trzeba, żeby móc teraz z czystym sumieniem zamknąć działalność na dziś. Nowy dyniowy kubek jest, ciasteczka są, balkon ogarnięty, szkoła załatwiona, Sisi wyspacerowana. Idę czytać.

I tak sobie myślę, że może z tym pękniętym kubkiem i świątecznymi półkami jest całkiem niezła lekcja na koniec dnia. Świat ma okropną tendencję do wyprzedzania czasu. Jeszcze nie zdążymy nacieszyć się jednym, a już ktoś pokazuje nam następne. Sklepy robią Boże Narodzenie we wrześniu, kalendarz zapełniamy na kilka tygodni naprzód, a sami czasami żyjemy tak, jakby dzisiejszy dzień był tylko poczekalnią przed tym, co będzie później.

A przecież nie trzeba.

Jesień dopiero się zaczęła i zamierzam ją przeżyć po kolei. Z dyniowym kubkiem, książką, spacerami z Sisi, kocem i słońcem, kiedy łaskawie się pojawi. Na choinki przyjdzie czas.

Nie przyspieszajmy sobie życia. Ono i bez naszej pomocy pędzi zdecydowanie za szybko.

Podkładki pod kubki z resztek

Jesienne wieczory mają tę przyjemną cechę, że nagle kawa i herbata smakują jakoś lepiej, szczególnie kiedy za oknem robi się chłodno, a człowiek może wreszcie bez wyrzutów sumienia usiąść pod kocem i udawać, że właśnie bardzo intensywnie odpoczywa. Przy okazji pojawia się tylko jeden drobiazg: gorący kubek postawiony na ławie potrafi zostawić po sobie pamiątkę, której zdecydowanie nie planowałam. I właśnie dlatego tym razem zabrałam się za podkładki.

Nie chciałam kupować kolejnego kompletu, skoro w domu znalazłam kilka rzeczy, które spokojnie mogły dostać nowe zadanie. Kawałek korka, małe drewniane krążki, resztki cienkiej deseczki, a nawet stare płytki ceramiczne nadają się do tego idealnie. Wystarczy je dopasować do odpowiedniego rozmiaru, wygładzić brzegi i zdecydować, czy zostawiamy je zupełnie naturalne, czy trochę je zmieniamy.

Najprościej jest z korkiem. Można wyciąć koła albo kwadraty, a jeśli materiał jest cienki, skleić ze sobą dwie warstwy. Drewno wymaga trochę więcej pracy, bo dobrze je delikatnie przeszlifować, a później zabezpieczyć olejem albo bezbarwnym preparatem przeznaczonym do drewna. Nie trzeba przy tym wymyślać skomplikowanych wzorów. Naturalne usłojenie wygląda naprawdę dobrze i często właśnie ono jest najlepszą dekoracją.

Stare płytki ceramiczne dają jeszcze więcej możliwości. Jeśli wzór już jest ciekawy, wystarczy przykleić od spodu kawałek korka albo filcu, żeby nie rysowały stołu. Gładkie można delikatnie pomalować, ale tutaj również jestem zwolenniczką umiaru. Jeden spokojny kolor, prosty motyw albo nawet pozostawienie ich bez żadnych zmian potrafi wyglądać lepiej niż próba zmieszczenia na jednej podkładce całej artystycznej wizji jesieni.

Najbardziej lubię w takich pomysłach to, że nic nie trzeba robić według jednego wzoru. Każda podkładka może być trochę inna, a razem i tak tworzą komplet, zwłaszcza jeśli łączy je podobny kolor albo materiał. Do drewnianych można dodać cienki pasek korka, ceramiczne połączyć z naturalnym sznurkiem przy przechowywaniu, a korkowe zostawić całkiem proste.

I znowu wychodzi na to, że rzeczy odkładane z myślą „może się jeszcze przydadzą” czasami rzeczywiście się przydają. Z kilku resztek, które spokojnie mogłyby wylądować w koszu, powstały podkładki używane niemal codziennie. Proste, praktyczne i dokładnie takie, jakie lubię. A jesienią, kiedy kubek gorącej herbaty staje się niemal wyposażeniem obowiązkowym, trudno o bardziej odpowiednie domowe DIY.

Codziennik Zadumanej #52

Wczoraj po ośmiu godzinach pracy wróciłam do domu i mój organizm nie pozostawił mi większego pola do negocjacji. Żadnego „jeszcze tylko to zrobię”, żadnego krzątania się, nadrabiania zaległości ani ambitnych planów na wieczór. Poszłam spać. Najwyraźniej wszystkie moje systemy zgodnie uznały, że skoro właścicielka nie potrafi sama podjąć rozsądnej decyzji, trzeba ją po prostu wyłączyć.

Rano obudziłam się bez głosu. Kompletnie.

Przez chwilę nawet pomyślałam, że może ma to swoje zalety. Człowiek nie może gadać, więc oszczędza energię, nie wdaje się w dyskusje i generalnie emanuje spokojem. Problem w tym, że jestem nauczycielką, a nauczyciel bez głosu jest trochę jak fryzjer bez nożyczek. Niby można przyjść do pracy, tylko nie bardzo wiadomo, co dalej.

Po jakimś czasie udało mi się trochę rozgadać, choć „głos” jest w tym przypadku określeniem mocno na wyrost. Brzmiałam jak nastolatek w samym środku mutacji, który jeszcze nie wie, czy za chwilę przemówi basem, piskiem, czy w ogóle zamilknie. Dzieciaki oczywiście miały ubaw. Ja mówiłam, one czekały, jaki dźwięk wydobędzie się ze mnie tym razem. Edukacja przez zaskoczenie. Tego chyba jeszcze w podstawie programowej nie ma.

Po pracy postanowiłam potraktować sprawę poważnie i wykupiłam pół apteki. W pewnym momencie patrząc na zawartość torby, zaczęłam podejrzewać, że pani farmaceutka mogła odnieść wrażenie, że zaopatruję niewielki oddział pulmonologiczny, a nie jedną kobietę z katarem, chrypką i gardłem, które najwyraźniej wypowiedziało umowę o współpracy.

A potem zrobiłam coś, czego potrzebowałam chyba bardziej niż kolejnego preparatu z apteki. Poszłam z Sisi na długi spacer.

Słońce świeciło tak pięknie, że szkoda było wracać od razu do domu. Jesień pokazała dziś tę swoją wersję, za którą ją uwielbiam – światło miękkie, ciepłe, trawa jeszcze zielona, a pomiędzy nią pierwsze liście przypominające, że lato naprawdę już się spakowało. Zatrzymałam się nawet przy jednym z nich i zrobiłam zdjęcie. Jeden zwyczajny jesienny liść na trawniku, a jednak właśnie takie drobiazgi najlepiej przypominają mi, żeby czasem przestać pędzić i zwyczajnie popatrzeć.

Oczywiście po powrocie rzeczywistość szybko uznała, że wystarczy tego romantyzmu.

Czekało na mnie siedem kart pomocy uczniom.

Siedem.

Przy pierwszej człowiek jest jeszcze profesjonalistą. Przy trzeciej zaczyna podejrzewać, że pewne zdania już kiedyś pisał. Przy piątej traci poczucie czasu, a przy siódmej słowo „dokumentacja” zaczyna brzmieć jak osobista groźba. Ale zrobiłam. Wszystkie siedem. Mogę więc oficjalnie ogłosić, że dzisiejszego dnia pokonałam nie tylko infekcję, ale również papierologię, choć obie przeciwniczki walczyły wyjątkowo nieczysto.

Na deser została jeszcze rada pedagogiczna. Na szczęście online. I naprawdę są takie dni, kiedy możliwość uczestniczenia w radzie bez konieczności ponownego wychodzenia z domu człowiek przyjmuje niemal jak osobisty dar od losu. Zwłaszcza kiedy mówi głosem czternastoletniego chłopca i ma w domu aptekę wystarczającą na małą epidemię.

Teraz jednak koniec bohaterstwa. Karty zrobione, rada zaliczona, Sisi wyspacerowana, jesienny liść sfotografowany. Idę się leczyć. Bez nadrabiania świata, bez „jeszcze tylko”, bez udowadniania, że dam radę.

Bo chyba nie zawsze trzeba zrobić wszystko. Czasem wystarczy zrobić tyle, ile naprawdę trzeba, znaleźć po drodze kawałek słońca, zauważyć jeden jesienny liść i wrócić do domu.

A jutro bardzo chętnie odzyskam własny głos. Dzieci miały już swoją rozrywkę. 😁 

"Pościg" - Linwood Barclay o tym, że czasem najlepszym bohaterem okazuje się pies

Do „Pościgu” trafiłam trochę inaczej niż do większości książek Linwooda Barclaya. Kojarzę go przecież przede wszystkim z thrillerami dla dorosłych, a tutaj nagle dostałam książkę młodzieżową. I jeszcze z psem w roli jednego z najważniejszych bohaterów. No dobrze, przyznaję — w moim przypadku pies na okładce od razu dostaje kilka punktów na starcie. Tylko że po przeczytaniu mam jeden problem. Bardzo chętnie sięgnęłabym po dalszy ciąg, a tego po polsku po prostu nie ma.

„Pościg” to wydana w Polsce w 2017 roku powieść, której oryginalny tytuł brzmi „Chase”. Polskie wydanie Znaku liczy 250 stron i ukazało się w twardej oprawie. To książka skierowana do młodszych czytelników, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Zresztą sam Barclay określa tę serię jako thrillery dla młodych czytelników, a przy drugiej części podawał orientacyjny wiek od około 8–9 lat wzwyż. To „wzwyż” jest tutaj ważne, bo dorosły naprawdę może się przy niej dobrze bawić.

Głównym bohaterem jest Czip, i od razu uprzedzam — nie jest to zwyczajny pies. Powstał w ramach tajnego, kosztownego eksperymentu prowadzonego przez organizację nazywaną Instytutem. Ma w sobie technologię, zapisane dane, niezwykłe możliwości i właściwie powinien działać trochę bardziej jak maszyna niż zwierzę. Problem w tym, że natura nadal daje o sobie znać. Można psa naszpikować elektroniką, ale spróbujcie mu wytłumaczyć, że ma nie interesować się wiewiórką. W Instytucie uznają, że eksperyment nie przebiega zgodnie z planem i Czip ma zostać zlikwidowany. Pies jednak ucieka. I ma bardzo konkretny cel — odnaleźć dwunastoletniego Jeffa, któremu również grozi niebezpieczeństwo.

Więcej nie będę opowiadać, bo „Pościg” ma zaledwie 250 stron i przy takiej objętości bardzo łatwo powiedzieć o kilka zdań za dużo. Powiem tylko, że dzieje się sporo. Jest ucieczka, tajemnicza organizacja, niebezpieczeństwo, trochę technologii, przygoda i przede wszystkim bardzo sympatyczna relacja chłopca z niezwykłym psem.

Oczywiście trzeba przyjąć pewną umowę z autorem. To nie jest realistyczny thriller, w którym wszystko będziemy sprawdzać z aktualnym stanem nauki i technologii. Czip jest psem poddanym eksperymentom, potrafi rzeczy, których żaden Hektor, Riko czy Sisi raczej jutro rano nie zacznie robić. I całe szczęście, bo gdyby moje zwierzęta dostały jeszcze dostęp do zaawansowanej technologii, prawdopodobnie to ja musiałabym się wyprowadzić.

A jednak pod tą całą przygodową otoczką znalazłam coś, co bardzo lubię w książkach ze zwierzętami. Czip nie jest po prostu urządzeniem na czterech łapach. Technologia technologią, ale zostają instynkt, przywiązanie, lojalność i potrzeba ochrony człowieka. I nagle zaczynamy się zastanawiać, gdzie właściwie przebiega granica między tym, co zostało w nim zaprogramowane, a tym, co naprawdę jest jego.

Czytało mi się „Pościg” bardzo dobrze. Szybko, lekko i z przyjemnością. Nie oczekiwałam po nim mroku znanego z thrillerów Barclaya dla dorosłych, bo to po prostu inny rodzaj książki. Za to dostałam historię przygodową z kryminalnym napięciem i bohaterem, któremu kibicowałam od samego początku. Czasami naprawdę dobrze zrobić sobie taką czytelniczą wycieczkę poza własną półkę wiekową. Literatura młodzieżowa nie przestaje być ciekawa w dniu osiemnastych urodzin.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zakończenie.

Bo „Pościg” nie jest całą historią. Barclay napisał drugą część zatytułowaną „Escape”, wydaną w 2018 roku. Autor sam przyznawał, że „Chase” kończy się cliffhangerem, a w kontynuacji Jeff i Czip nadal uciekają przed Instytutem, który za wszelką cenę chce odzyskać psa. Co więcej, oficjalna strona Barclaya nadal wymienia „Escape” jako drugi tom tej historii.

I teraz moje wielkie: dlaczego?

Dlaczego wydano w Polsce pierwszą część historii zakończoną w taki sposób, a drugiej już nie? Szukałam. Niestety nie znalazłam polskiego wydania „Escape”. W dostępnych katalogach polskie „Pościg” figuruje jako przekład Adriany Sokołowskiej-Ostapko, natomiast „Escape” znajduję wyłącznie w wydaniach obcojęzycznych. Nawet w opiniach polskich czytelników powtarza się dokładnie moje rozczarowanie: podobało się, a dalszego ciągu po polsku brak.

A szkoda, bo przeczytałabym od razu. Szczególnie że autor twierdził, iż druga przygoda Jeffa i Czipa podoba mu się jeszcze bardziej niż pierwsza. I tutaj mam chyba największy żal do wydawcy — jeśli już zostawiacie mnie z takim zakończeniem, to dajcie mi przynajmniej możliwość dowiedzenia się, co było dalej.

Czy warto przeczytać „Pościg”? Tak, tylko trzeba wiedzieć, w co się wchodzi. To młodzieżowa, lekka i chwilami mocno fantastyczna przygoda, a nie kolejny dorosły thriller Barclaya. Jeśli zaakceptujemy tę konwencję, dostajemy sympatyczną i bardzo sprawnie napisaną historię, którą naprawdę szybko się pochłania.

Tylko ostrzegam: możecie skończyć dokładnie tak jak ja — z ochotą na drugą część, której po polsku nie ma.

A Czipa chętnie zabrałabym do domu. Chociaż po namyśle… cztery zwierzaki już mam. Superpies podłączony do komputera mógłby być tym jednym krokiem za daleko.

Codziennik Zadumanej #51

W piątek wieczorem zaczęło się zupełnie niewinnie. Trochę sucho w gardle, takie nic, które człowiek oczywiście ignoruje, bo przecież ma plany, życie i absolutnie nie zamierza chorować. W sobotę organizm najwyraźniej uznał, że subtelne sugestie do mnie nie docierają, więc dołożył katar i drapanie w gardle takie, jakbym połknęła papier ścierny. Tym sposobem wszystkie sobotnie plany zostały anulowane, a ja zostałam oficjalnie skierowana na przymusowy turnus rehabilitacyjny pod kołdrą.

I muszę przyznać, że wykorzystałam go wzorowo. Spałam chyba za wszystkie pobudki o piątej z ostatnich miesięcy, za kilka przyszłych poniedziałków i jeszcze trochę na zapas. Co najbardziej podejrzane, moje domowe towarzystwo również jakby wyczuło powagę sytuacji. Nikt specjalnie nie domagał się obsługi, nie organizował protestów ani nie zgłaszał pilnych spraw do działu saszetek. Najwyraźniej nawet zwierzęta potrafią zachować się przyzwoicie, kiedy człowiek jest w stanie przedagonalnym. Albo po prostu uznały, że lepiej poczekać, aż personel odzyska zdolność otwierania puszek.

Dzisiaj rano nadal byłam raczej wersją demonstracyjną człowieka, ale z każdą godziną zaczęłam się powoli rozkręcać. Najgorsze było słońce za oknem. Piękne, jesienne, złote, dokładnie takie, które mówi: „Zakładaj buty, bierz Sisi i chodź”. Ja natomiast patrzyłam na nie z łóżka jak więzień przez kraty i próbowałam sobie wmówić, że przecież jesień równie dobrze można podziwiać w pozycji horyzontalnej.

W pewnym momencie okazało się też, że skończył mi się Vicks. Sytuacja kryzysowa wymagała więc uruchomienia procedur awaryjnych sprzed kilkudziesięciu lat: mleko, masło, miód i czosnek. Jeden łyk i natychmiastowy teleport do dzieciństwa. Smak przeziębienia, który przetrwał wszystkie zmiany ustrojowe, rozwój medycyny i wynalezienie internetu. Człowiek może mieć dziś aplikację do wszystkiego, ale kiedy drapie go w gardle, prędzej czy później i tak stoi nad kubkiem mleka z czosnkiem i czuje, że babcie jednak wiedziały, co robią.

Najchętniej przeleżałabym również całą niedzielę, ale jutro czeka mnie osiem godzin w pracy, więc nie miałam wyjścia – musiałam zmartwychwstać. Powoli, bez gwałtownych ruchów, ale jednak. Trochę przygotowań, trochę rzeczy ogarniętych i już zaczynałam podejrzewać, że może rzeczywiście wracam do świata żywych.

I wtedy wstał Hektor.

Najwyraźniej uznał, że skoro pracownik pojawił się na stanowisku, można wznowić pełen zakres usług. Balkon. Pokój. Balkon. Pokój. Drzwi proszę. Teraz proszę otworzyć. A teraz jednak zamknąć. Po którejś rundzie moje powołanie do pracy w charakterze oddźwiernej wygasło i Hektor został wyrzucony za burtę. Burta, dla niewtajemniczonych, znajduje się na balkonie. Kapitan przeżył, statek również, a za szybą siedział kot z miną człowieka, który właśnie odkrył, jak dramatycznie spadł poziom obsługi w tym hotelu.

Teraz zarządzam koniec niedzielnego zmartwychwstawania. Jeszcze jedna porcja mojego czosnkowego eliksiru, książka i powrót pod kołdrę. Dziś nawet mój ukochany kącik czytelniczy musi sobie poradzić beze mnie, bo są takie dni, kiedy najlepszym miejscem na świecie jest po prostu własne łóżko.

I właściwie ta przymusowa pauza trochę mi przypomniała, jak trudno czasem pozwolić sobie po prostu nic nie robić. Bez wyrzutów sumienia, bez nadrabiania, bez udowadniania sobie, że przecież jeszcze dam radę zrobić to, tamto i siedem innych rzeczy. Organizm czasami sam wciska przycisk „stop”, kiedy właściciel uparcie nie może go znaleźć.

Tylko Hektor najwyraźniej nie dostał tej informacji. On jutro od piątej rano prawdopodobnie wznowi działalność.

Jesienny wianek bez dyni i pomarańczowego szaleństwa

Jesień bardzo lubię, ale kiedy tylko zaczyna się wrzesień, mam wrażenie, że wszystkie sklepy umawiają się między sobą i nagle każda półka zaczyna krzyczeć dyniami, pomarańczem, sztucznymi liśćmi i wszystkim, co tylko da się nazwać jesiennym. A ja czasem mam ochotę na jesień spokojniejszą. Taką bardziej z lasu niż z działu dekoracyjnego.

Dlatego tym razem zrobiłam wianek bez ani jednej dyni. Podstawą była prosta obręcz, drewniana albo metalowa, właściwie wszystko jedno. Najważniejsze, żeby była dość lekka i nie wymagała później pół ściany kołków, haków i specjalistycznych mocowań. Do tego kilka gałązek, trochę suszonych traw, liści, kilka gałązek eukaliptusa i parę rzeczy przyniesionych ze spaceru. W moim przypadku właśnie spacer jest najlepszym sklepem z dekoracjami, bo człowiek wychodzi z psem, a wraca z kieszeniami pełnymi patyków, liści i szyszek. Potem oczywiście trzeba udawać, że wszystko było dokładnie zaplanowane.

Zaczęłam od gałązek, które przymocowałam do obręczy cienkim drucikiem florystycznym. Nie układałam ich dookoła całego koła, bo chciałam, żeby część obręczy została widoczna. Taki asymetryczny wianek wygląda lżej i nie przypomina wielkiej jesiennej korony. Potem doszły trawy i liście, a na końcu kilka drobniejszych elementów. Tutaj bardzo łatwo wpaść w pułapkę pod tytułem „jeszcze tylko jedna gałązka”, a dziesięć minut później obręczy już nie widać, więc tym razem naprawdę się pilnowałam.

Najbardziej podoba mi się to, że taki wianek nie musi być idealny. Gałązki mogą wystawać, trawy mogą układać się trochę inaczej, a liście nie muszą mieć identycznego koloru. Właśnie dzięki temu wygląda naturalnie, jak coś zrobionego w domu, a nie wyjętego z seryjnego pudełka.

Można oczywiście dodać delikatną tasiemkę albo kawałek sznurka, ale ja wolę, kiedy dodatków jest niewiele. Jesień sama w sobie ma wystarczająco dużo kolorów i faktur, więc nie trzeba jej specjalnie poprawiać. Wianek może zawisnąć na drzwiach, nad komodą, przy regale albo w miejscu, które po prostu potrzebuje czegoś nowego.

I chyba właśnie takie dekoracje lubię najbardziej. Bez przesady, bez miliona elementów, bez obowiązkowego pomarańczu na każdym centymetrze. Kilka rzeczy znalezionych podczas spaceru, trochę czasu i nagle w domu robi się bardziej jesiennie, ale nadal po mojemu.

Codziennik Zadanej #50

Dzisiaj Frida zrobiła mi prezent. Oczywiście nie osobiście, chociaż przy liczbie jej książek, które trafiają do mojego domu, mogłaby już zacząć rozważać wysyłanie mi kartek na urodziny. Prezent nazywa się „Ukochana żona” i od chwili, kiedy wiedziałam, że książka na mnie czeka, mój wewnętrzny spokój przestał istnieć.

Normalnie mam swoją małą tradycję. Piątek, powrót z pracy, mój MPark i obowiązkowy obchód miejsc, w których oczywiście niczego nie potrzebuję, ale zawsze warto sprawdzić, czy przypadkiem coś nie potrzebuje mnie. Tym razem jednak tradycja przegrała z Fridą McFadden. Książka była już w Empiku, ja o tym wiedziałam i naprawdę miałabym czekać do jutra? Są granice rozsądku.

Po pracy ruszyłam więc do MParku dzień wcześniej. Bez Pepco, bez Dealza, bez spokojnego piątkowego dreptania między półkami. Kierunek był jeden: Empik. Misja: odebrać Fridę. Tempo takie, jakby istniało realne zagrożenie, że ktoś wyda moją książkę obcej osobie i będę musiała wszcząć akcję poszukiwawczą.

Odebrałam. Mam. Jest moja.

I to była największa radość dzisiejszego dnia. Nie jakaś wielka życiowa rewolucja, nie wydarzenie, które zmieni bieg historii. Po prostu nowa książka w torbie i ta dziecięca wręcz przyjemność, kiedy człowiek co jakiś czas zagląda do środka, choć doskonale wie, że ona tam jest. Jakby mogła w międzyczasie uciec.

Poza tym dzień był podejrzanie normalny. W pracy dobrze. W domu dobrze. Nikt niczego spektakularnie nie zniszczył, żaden fikus nie zemdlał, autobus mi nie uciekł, nie wracałam trzy kilometry w ulewie i nawet życie nie przygotowało mi żadnej większej katastrofy do opisania. A przecież właśnie takie dni też są potrzebne. Może nawet bardziej, niż nam się wydaje.

Bo chyba zbyt często czekamy na te wielkie powody do radości, podczas gdy życie składa się głównie z małych. Z dobrej kawy, spokojnego dnia w pracy, powrotu do własnego domu, wieczoru, na który nie trzeba mieć żadnego planu, i książki, po którą człowiek jedzie dzień wcześniej, bo zwyczajnie nie potrafi czekać.

Dzisiaj moja radość ma okładkę i pachnie nową książką.

A teraz pozostaje najtrudniejsza decyzja tego dnia: zacząć czytać od razu czy przez chwilę jeszcze nacieszyć się samym faktem, że ją mam.

Znając mnie, ta „chwila” potrwa mniej więcej do zrobienia kawy.

"Pomoc domowa. Z ukrycia" - Freida McFadden o tym, że czasem najbardziej niebezpieczne jest to, co dzieje się tuż obok

No i przyszła pora na moją ukochaną Freidę. Mogę czytać inne thrillery, zachwycać się nowymi autorami, znajdować kolejne nazwiska, które lądują na mojej liście „koniecznie przeczytać”, ale kiedy biorę do ręki McFadden, mam zupełnie inne nastawienie. To trochę jak spotkanie ze starą znajomą, której absolutnie nie należy ufać. Wiem, że będzie mnie okłamywać, podrzucać fałszywe tropy i robić wszystko, żebym uwierzyła w swoją genialną teorię. A ja za każdym razem grzecznie w to wchodzę. I jeszcze jestem z siebie zadowolona, kiedy po stu stronach myślę: dobra, Freida, tym razem już wiem. Nie wiem.

„Pomoc domowa. Z ukrycia” to trzecia część historii Millie Calloway. Tym razem spotykamy ją w zupełnie innym momencie życia. Millie ma Enza, dzieci i wreszcie własny dom. Po latach sprzątania cudzych posiadłości sama przekracza próg miejsca, które ma być jej bezpieczną przystanią. Brzmi niemal sielankowo, prawda? Tylko że u Freidy McFadden spokojna podmiejska ulica i ładne domy powinny natychmiast zapalić człowiekowi wszystkie lampki ostrzegawcze.

Zaczyna się od sąsiadów. Pani Lowell zaprasza Millie i Enza na kolację, jej pomoc domowa zachowuje się co najmniej dziwnie, ktoś najwyraźniej interesuje się nowymi mieszkańcami trochę bardziej, niż powinien, a Enzo zaczyna wychodzić z domu późnymi wieczorami. Do tego dochodzą ostrzeżenia sąsiadki z naprzeciwka. Niby nic, co od razu kazałoby pakować walizki, ale drobne rzeczy zaczynają się układać w bardzo nieprzyjemne poczucie, że coś tutaj zdecydowanie nie gra.

I właśnie ta zmiana najbardziej mnie zainteresowała. W pierwszych dwóch częściach Millie wchodziła do cudzych domów i odkrywała to, co ich właściciele próbowali ukryć. Teraz role trochę się odwracają. To ona ma dom, rodzinę i życie, którego chce bronić. A niebezpieczeństwo nie czeka już za drzwiami miejsca, w którym podjęła pracę. Zamieszkało po sąsiedzku. Albo jeszcze bliżej.

Nie będę zdradzać więcej, bo przy Freidzie naprawdę nie ma większego sensu opowiadać fabuły. Cała przyjemność polega przecież na podejrzewaniu wszystkich po kolei. Ja oczywiście miałam swoje typy. Potem je zmieniłam. Później wróciłam do pierwszej wersji. Następnie uznałam, że przecież to byłoby zbyt oczywiste. Krótko mówiąc, przeprowadziłam śledztwo na poziomie najwyższej klasy specjalisty i jak zwykle Freida zrobiła ze mną, co chciała.

Muszę jednak przyznać, że „Z ukrycia” jest trochę inne niż dwie poprzednie części. Początek rozwija się spokojniej, jest w nim więcej codzienności Millie i życia rodzinnego. Nie jestem zresztą jedyna, która to zauważyła — w opiniach czytelników powtarza się spostrzeżenie, że pierwsza część książki jest bardziej obyczajowa, a napięcie wyraźnie rośnie później. Dla części osób właśnie dlatego jest to najsłabszy tom serii, inni doceniają zmianę i finał.

Mnie ten spokojniejszy początek nie przeszkadzał. Może dlatego, że Millie już znam i chciałam zobaczyć, co z nią dalej. Po dwóch poprzednich książkach nie jest dla mnie anonimową bohaterką wrzuconą w kolejną zagadkę. Chciałam zobaczyć ją jako żonę, matkę, właścicielkę własnego domu. I chyba właśnie dzięki temu późniejsze wydarzenia działają mocniej. Bo tym razem zagrożone jest nie tylko jej życie. Jest coś, co Millie ma do stracenia.

Została mi też po tej książce myśl o sąsiadach. O tym, jak niewiele właściwie wiemy o ludziach mieszkających kilka metrów od nas. Mówimy sobie „dzień dobry”, widzimy, jak wynoszą śmieci, koszą trawnik, odbierają dzieci, wnoszą zakupy. Czasami wiemy, jaki mają samochód i kiedy wyjeżdżają na wakacje. I na tej podstawie układamy sobie w głowie całe ich życie. Spokojni. Sympatyczni. Dziwni. Idealne małżeństwo. Porządna rodzina. Tymczasem drzwi się zamykają i tak naprawdę nie mamy pojęcia, co dzieje się po drugiej stronie.

Freida właśnie na tym potrafi budować swoje historie najlepiej. Nie potrzebuje opuszczonego zamczyska ani mordercy czającego się w lesie. Wystarczy piękny dom, spokojna ulica, uprzejma sąsiadka i człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego właściwie ta kobieta tak dziwnie patrzy.

Polskie wydanie ukazało się 26 lutego 2025 roku nakładem Czwartej Strony, w tłumaczeniu Elżbiety Pawlik. To trzeci tom cyklu o Millie Calloway. Katalogi podają różną paginację wydania — Empik i Lubimyczytać 400 stron, natomiast katalog biblioteczny 447 stron — zgodne są natomiast ISBN 9788368370058 i miękka oprawa.

Czy jest to moja ulubiona część „Pomocy domowej”? Chyba nadal największy sentyment mam do pierwszej, bo właśnie tam zaczęła się moja przygoda z Millie. Ale „Z ukrycia” przeczytałam dokładnie tak, jak czytam Freidę: jeszcze rozdział, jeszcze kilka stron, jeszcze tylko sprawdzę, czy mam rację...

Nie miałam. I właśnie za to ją uwielbiam.

Moja ukochana Freida McFadden po raz kolejny przypomniała mi, dlaczego kupuję jej książki właściwie w ciemno. Nie oczekuję od niej wielkiej literatury ani zdań, które będę przepisywać do zeszytu. Chcę, żeby mnie wciągnęła, namieszała mi w głowie, pozwoliła przez chwilę poczuć się bardzo mądrą, a potem pokazała, że znowu dałam się nabrać.

I dokładnie to dostałam.

Codzienni Zadumanej #49

Pierwszy dzień jesieni postanowił chyba udowodnić, że naprawdę wie, kiedy ma wejść na scenę, bo od poniedziałku codziennie w drodze z pracy łapie mnie ulewa. Codziennie. Jakby ktoś tam na górze miał podgląd na mój autobus i włączał deszcz dokładnie wtedy, kiedy wysiadam. Zaczynam już traktować parasol jak część garderoby, a nie dodatek, chociaż po kilku dniach człowiek przestaje się nawet dziwić, że rano wychodzi przyzwoicie, a wraca wyglądając jak uczestnik programu survivalowego dla nauczycieli.

Na szczęście jesień ma u mnie ogromny kredyt zaufania. Może padać, może wiać, może robić się ciemno wcześniej, a ja i tak zaczynam rozkwitać. Włączam światełka, wyciągam koc, robię sobie przytulny kąt i nagle wszystko jest dokładnie tak, jak powinno. Jesieniara pełną gębą, z pełnym wyposażeniem i bez najmniejszego poczucia winy.

Ale jest jeszcze druga odsłona mojej osobowości, która dzisiaj dała o sobie znać wcześniej niż zwykle.

Adwenciara.

Na prezent urodzinowy dostałam kartę podarunkową i zamiast zachować się rozsądnie, spokojnie i sezonowo odpowiedzialnie, kupiłam sobie kalendarz adwentowy. We wrześniu. Sama jeszcze nie wiem, czy to przygotowanie, przezorność, czy już lekkie oderwanie od rzeczywistości, ale jedno jest pewne, jeszcze nigdy nie byłam gotowa na Adwent tak wcześnie.

I chyba nawet nie zamierzam się z tego tłumaczyć.

Adwent uwielbiam chyba jeszcze bardziej niż jesień. Te wszystkie zapachy korzenne, pomarańcze, cynamon, pieczenie pierników, dekorowanie domu, światełka, ciepło, które robi się w mieszkaniu, kiedy za oknem jest ciemno i zimno. Do tego przesłodzone świąteczne filmy, w których wiadomo po pięciu minutach, kto z kim będzie, kto wróci do rodzinnego miasteczka i kto odkryje, że kariera w wielkim mieście jednak nie daje tyle szczęścia co piekarnia babci przy rynku. I książki, często mało ambitne, czasem przewidywalne do bólu, ale w Adwencie kompletnie mnie to nie obchodzi. Wtedy nie potrzebuję literackiego Nobla. Potrzebuję śniegu na okładce, kubka czegoś gorącego i historii, która kończy się dobrze.

Na razie jednak nie będę wyciągać bombek ani piec pierników. Bez przesady. Jesień dopiero weszła, więc niech ma swoje pięć minut. Dzisiaj robię sobie nastrój po jesiennemu, zawijam się w koc, siadam w moim czytelniczym kąciku i biorę książkę do ręki. Niech pada, niech szumi, niech świat robi swoje. Ja już na dziś nigdzie nie idę.

I chyba właśnie to lubię najbardziej w tych porach roku, które dla wielu są szare i smutne. One uczą mnie, że można sobie zrobić ciepło także wtedy, kiedy na zewnątrz jest chłodno. Można stworzyć własny rytuał, własny nastrój, własne małe przyjemności i nie czekać, aż dzień sam stanie się wyjątkowy.

Czasem wystarczy koc, książka, światło lampki i świadomość, że kalendarz adwentowy już czeka.

Tak na wszelki wypadek.

Bardzo, bardzo wcześnie.

Codziennik Zadumanej #48

Dzisiaj mam urodziny. Wiekiem chwalić się nie będę, bo są rzeczy, które najlepiej pozostawić między człowiekiem, dowodem osobistym i urzędem skarbowym. Powiem tylko, że metryka ma swoje zdanie, ja mam swoje i na razie nie widzę powodu, żebyśmy musiały się w tej kwestii dogadywać.

Postanowiłam za to, że chcę ten dzień po prostu fajnie przeżyć. Bez wielkich fajerwerków, bez obowiązkowego zachwytu od rana do wieczora i bez robienia z urodzin wydarzenia na miarę otwarcia igrzysk olimpijskich. Normalnie poszłam do pracy, normalnie wróciłam i, ponieważ najwyraźniej nawet w dniu urodzin nie dostaje się immunitetu na życie codzienne, ogarnęłam jeszcze kilka domowych spraw.

Ba, żeby nie było za lekko, napisałam dwa plany i dwa programy. Cztery dokumenty w urodziny. Gdyby ktoś chciał kiedyś napisać książkę pod tytułem „Szalone życie kobiety po...”, to właśnie dostarczyłam mu materiału na pierwszy rozdział. Inni skaczą ze spadochronem, ja tworzę programy terapeutyczne. Każdy ma swoją adrenalinę.

Ale w pewnym momencie powiedziałam: wystarczy. Reszta może poczekać do jutra. Świat się nie zawali, dokumenty nie uciekną, pranie nie zgłosi mojego zaniedbania odpowiednim służbom, a ja mam urodziny tylko raz w roku.

Zapaliłam światełka, zrobiłam sobie mój jesienny klimat, włączyłam jazz i nalałam do kieliszka bezalkoholowego. I nagle zrobiło się dokładnie tak, jak lubię. Cicho, ciepło, spokojnie. Bez pośpiechu. Bez konieczności bycia gdzieś za pięć minut. Tylko ja i wieczór, który tym razem naprawdę postanowiłam sobie zostawić.

Oczywiście pełna powaga urodzinowych rozmyślań wytrzymała tylko do pierwszej partyjki Snake Escape. Bo trudno kontemplować przemijanie, kiedy człowiek właśnie próbuje wyprowadzić węża, który uparcie pcha się tam, gdzie absolutnie nie powinien. W sumie im dłużej gram, tym bardziej dochodzę do wniosku, że ktoś stworzył tę grę na podstawie dorosłego życia. Niby widzisz wyjście, niby wszystko sobie zaplanowałaś, a potem jeden niewłaściwy ruch i cały misterny plan bierze w łeb.

A jednak dzisiaj trochę tych życiowych rozkmin jest. Urodziny mają tę dziwną właściwość, że człowiek mimowolnie ogląda się za siebie. Patrzy na to, co było, co się udało, co kompletnie nie wyszło, co bolało, z czego dziś potrafi się już śmiać. I chyba z każdym kolejnym rokiem coraz mniej interesuje mnie liczba, a coraz bardziej to, jak mi się ze sobą żyje.

I dzisiaj żyje mi się całkiem dobrze.

Nie potrzebuję wielkiej imprezy, żeby poczuć, że to mój dzień. Wystarczą światełka, jazz, kieliszek czegoś dobrego, kilka wirtualnych węży do uratowania i książka czekająca na zakończenie wieczoru. Może właśnie na tym polega przywilej kolejnych urodzin — coraz lepiej wiadomo, co naprawdę sprawia przyjemność, a coraz mniej człowiekowi zależy na tym, jak według innych powinno wyglądać świętowanie.

Więc dziś nie liczę lat. Liczę rzeczy, za które jestem wdzięczna. Ludzi, których mam obok. Chwile, które chcę pamiętać. To, czego się nauczyłam, i to, czego jeszcze kompletnie nie ogarniam.

A jutro wrócę do zwyczajnego życia.

Dzisiaj mam urodziny. I dzisiaj wieczór jest mój.

Taca, której nie planowałam kupować

Mam w domu kilka rzeczy, które żyją sobie spokojnie tylko dlatego, że kiedy próbuję je wyrzucić, natychmiast uruchamia mi się wewnętrzny głos: „zostaw, jeszcze się przyda”. Czasem oczywiście się nie przydają. Leżą, przekładam je z kąta w kąt, a potem znajduję po roku i znowu dochodzę do wniosku, że szkoda wyrzucić. Tym razem jednak moje chomikowanie dostało całkiem sensowne usprawiedliwienie, bo stara drewniana deska wreszcie doczekała się swojego wielkiego dnia.

Nie wyglądała szczególnie obiecująco. Kawałek drewna, trochę przetarć, kilka śladów użytkowania i właściwie tyle. Mogła równie dobrze zakończyć karierę gdzieś na dnie szafy, ale zobaczyłam w niej tacę. I od tego momentu sprawa była już właściwie przesądzona.

Najpierw dokładnie ją oczyściłam i delikatnie przeszlifowałam, żeby pozbyć się najbardziej nierównych miejsc. Nie zależało mi na idealnie gładkiej powierzchni, bo właśnie te drobne ślady sprawiają, że drewno wygląda naturalnie. Można zostawić je w takim stanie, zabezpieczyć olejem albo woskiem, można też lekko przyciemnić bejcą. Ja wybrałam spokojne, ciepłe wykończenie, bo chciałam, żeby taca pasowała do salonu i nie wyglądała, jakby właśnie uciekła z wystawy sklepu z dekoracjami rustykalnymi.

Najważniejsze były uchwyty. Dwa proste meblowe, bez ornamentów i udawania antyku. Przykręciłam je po bokach i nagle zwykła deska przestała być zwykłą deską. W takich momentach zawsze trochę mnie bawi, jak niewiele trzeba, żeby człowiek zaczął patrzeć na rzecz zupełnie inaczej. Jeszcze chwilę wcześniej materiał do wyrzucenia, a za moment taca, którą można spokojnie postawić na ławie.

Jesienią aż się prosi, żeby ułożyć na niej kilka świec, szyszki, małą gałązkę albo lampiony ze słoików. Można też zostawić ją prawie pustą, bo sama w sobie wygląda dobrze. I właśnie tę wersję lubię najbardziej. Nie wszystko musi być przykryte dekoracjami do ostatniego centymetra. Czasem trzy świece i jedna szyszka robią więcej niż pół działu sezonowego ze sklepu.

Taka taca może później zmieniać się razem z porami roku. Jesienią dostaje świece i naturalne dodatki, zimą może pojawić się na niej gałązka świerku, wiosną mały wazon, latem miseczka z muszlami albo po prostu kubek z kawą. Niczego nie przyklejam na stałe, więc kiedy dekoracja mi się znudzi, zmieniam ją w kilka minut.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że właściwie niczego nie musiałam kupować poza uchwytami. Stara deska dostała nowe zadanie, ja dostałam nową tacę, a moje przekonanie, że „jeszcze się przyda”, po raz kolejny zostało niebezpiecznie wzmocnione. Teraz chyba powinnam przestać zaglądać do szafy, bo jeszcze znajdę tam materiał na następny projekt.

Codziennik Zadumanej #47

Dzisiaj dla odmiany nie musiałam zrywać się o świcie i urządzać wyścigu z autobusem. Do pracy jechałam dopiero na 9.50, więc poranek zapowiadał się niemal luksusowo. Oczywiście „luksusowo” w moim wydaniu nie oznacza leżenia do dziesiątej pod kołdrą i zastanawiania się, czy najpierw wypić kawę, czy może jednak jeszcze poleżeć. Po prostu miałam trochę więcej czasu, żeby funkcjonować jak człowiek, a nie jak uczestniczka zawodów pod tytułem „wyjdź z domu, zanim zorientujesz się, że znowu jest za późno”.

W szkole zaczęłam od terapii, a potem przejęła mnie moja 2c i już razem dotarliśmy do 16.20. Długi dzień, ale bez większych katastrof, więc właściwie mogłabym uznać, że poniedziałek zachował się całkiem przyzwoicie. Najwyraźniej uznał jednak, że nie może tak po prostu pozwolić mi spokojnie wrócić do domu, bo w drodze powrotnej złapała mnie ulewa.

Tym razem jednak byłam przygotowana.

Po ostatnim spacerze do pracy w deszczu, kiedy buty zamieniły mi się w prywatne akwaria, wyciągnęłam najwyraźniej jakieś wnioski. Człowiek jednak się rozwija. Jeszcze chwila i zacznę sprawdzać godzinę autobusu nie tylko rano, ale również pięć minut przed jego odjazdem. Nie chcę przesadzać z tym rozwojem osobistym, więc na razie cieszę się z tego, że deszcz mnie nie pokonał.

Dotarłam do domu i już od progu poczułam, że dzieje się coś podejrzanego.

Cisza.

Przy czterech zwierzętach cisza nigdy nie jest zwyczajną ciszą. Cisza oznacza albo katastrofę, albo sen, albo przygotowania do katastrofy. Weszłam więc gotowa na wszystko, zwłaszcza że mam już doświadczenie z fikusem znalezionym w stanie omdlenia.

A tam pomór.

Towarzystwo porozkładane, żadnego zainteresowania moim powrotem, żadnych roszczeń, pretensji ani zgłaszania zaniedbań w obsłudze. Nawet o saszety nikt się nie dopominał. I właśnie wtedy naprawdę zaczęłam się niepokoić. Hektor, który nie domaga się jedzenia, jest mniej więcej takim samym zjawiskiem jak śnieg w lipcu. Człowiek niby patrzy, ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że chyba należy powiadomić odpowiednie służby.

Po chwili doszłam jednak do wniosku, że najwyraźniej wszyscy mamy dzisiaj podobny stosunek do życia. Oni leżą. Ja marzę, żeby się położyć. Oni nie mają zamiaru wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Ja również. Pierwszy raz od dawna osiągnęliśmy w tym domu pełną zgodność poglądów.

I właściwie mogłabym teraz jeszcze coś zrobić. Zawsze przecież coś jest. Można poprawić, przygotować, posprzątać, odpisać, zaplanować albo zacząć jedną z tych rzeczy, które miały być zrobione „jak znajdę chwilę”. Tylko że dzisiaj tej chwili nie zamierzam szukać.

Jestem zmęczona. Po prostu.

Więc biorę przykład z najbardziej doświadczonych specjalistów od odpoczynku, jakich znam. Skoro cztery zwierzaki jednogłośnie uznały, że dzisiejszy wieczór należy przespać, nie będę podważała decyzji ekspertów.

Czasami najlepszym zakończeniem całkiem zwyczajnego dnia nie jest książka, film, ambitny plan na wieczór ani odhaczenie jeszcze jednego punktu z listy. Czasami najlepsze, co można dla siebie zrobić, to zauważyć moment, w którym organizm mówi: wystarczy.

Dzisiaj wyjątkowo zamierzam go posłuchać.

A jeśli nawet Hektor odpuścił saszetę, to naprawdę nie widzę żadnego powodu, żebym to właśnie ja miała dziś wykazywać się większą ambicją.

Codziennik Zadumanej #46

Ostatni Codziennik pojawił się w czwartek, ale tym razem nie dlatego, że zapomniałam, porzuciłam internet albo postanowiłam prowadzić tajemnicze życie poza zasięgiem. Po prostu piątek i sobota przeleciały mi pod hasłem wielkiej operacji „Goście”. A każdy, kto kiedykolwiek zapraszał ludzi do domu, doskonale wie, że słowo „wpadną” jest jednym z największych kłamstw języka polskiego. Nikt po prostu nie „wpada”. Zanim goście wpadną, gospodyni robi zakupy, sprząta, gotuje, poprawia to, co już posprzątała, dokupuje coś, czego oczywiście zabrakło, a następnie patrzy na stół i dochodzi do wniosku, że jedzenia jest stanowczo za mało, więc przygotowuje jeszcze trzy rzeczy.

Wczoraj było takie moje małe przedurodzinowe spotkanie. Bez wielkiej pompy, za to z ludźmi, z którymi po prostu dobrze jest usiąść, pogadać, pośmiać się i na kilka godzin zapomnieć o wszystkim, co czeka do zrobienia. I właśnie takie spotkania lubię najbardziej. Nikt nie patrzy na zegarek, rozmowa przeskakuje z tematu na temat, jedzenie znika ze stołu zdecydowanie wolniej, niż człowiek zakładał podczas gotowania, a potem nagle okazuje się, że zrobiło się późno.

Dzisiaj rano pozostałości po wczorajszej imprezie spojrzały mi prosto w oczy.

Najpierw sprzątanie, a potem wielka akcja ratowania żywności. Najwyraźniej przed przyjściem gości zakładałam, że odwiedzi mnie nie kilka osób, tylko pułk wojska wracający z miesięcznych manewrów. Zaczęło się więc przekładanie, pakowanie i zamrażanie. Trochę tu, trochę tam, pudełko do pudełka, aż zamrażarka zaczęła przypominać schron przeciwatomowy przygotowany na półroczne odcięcie od cywilizacji. Gdyby jutro zamknięto wszystkie sklepy, spokojnie dam sobie radę. Gdyby zamknięto je na dwa tygodnie, prawdopodobnie również. Mam tylko nadzieję, że za miesiąc będę jeszcze wiedziała, co właściwie znajduje się w tych wszystkich pudełkach, bo znam siebie i niewykluczone, że któregoś dnia wyjmę coś przekonana, że będzie obiad, a po rozmrożeniu okaże się deser.

Ale niedziela niedzielą, a poniedziałek już stał za drzwiami i znacząco chrząkał. Jutro trzy godziny terapii i cztery lekcje, więc trzeba było jeszcze przygotować zajęcia. Materiały, pomysły, wszystko, co potrzebne, żeby rano nie patrzeć na dzieci z nadzieją, że może tym razem to one przygotowały coś dla mnie. Niestety ten system edukacji nadal nie został wprowadzony.

I kiedy już wydawało mi się, że całkiem nieźle ogarniam rzeczywistość, po południu poczułam, że coś zaczyna mnie brać. Takie znajome „coś”, które najpierw delikatnie puka do drzwi, a człowiek natychmiast wie, że absolutnie nie ma ochoty wpuszczać go do środka. Wdrożyłam więc działania obronne: Vicks z cytryną i sokiem malinowym, ciepło i drzemka.

I tutaj nastąpiło wydarzenie historyczne.

Drzemka.

Moja stara przeciwniczka, której poprzednia próba skończyła się piłeczką Sisi, piszczącym Bubu, kocimi zapasami na desce do prasowania, głodnym Hektorem i kawą, tym razem najwyraźniej postanowiła ze mną współpracować. Zasnęłam, obudziłam się i rzeczywiście poczułam się lepiej. Bez interwencji służb, bez przewróconych mebli i bez konieczności karmienia kogokolwiek w połowie procesu. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale być może zaczynam zdobywać tę legendarną umiejętność regeneracyjnej drzemki. Jeszcze kilka takich sukcesów i zacznę udzielać porad.

A teraz przede mną deszczowy wieczór. Za oknem mokro, szaro i ponuro, czyli dokładnie tak, jak lubi moja jesieniarska dusza. Wszystko na jutro przygotowane, jedzenie zabezpieczone na wypadek klęski żywiołowej, mieszkanie odzyskało kształt sprzed wizyty gości, a ja mogę już zwolnić. I chyba właśnie takie niedziele lubię – nawet jeśli połowę dnia spędzam na ogarnianiu tego, co było, a drugą na przygotowywaniu tego, co będzie.

Bo życie bardzo często dzieje się właśnie pomiędzy jednym obowiązkiem a drugim. W rozmowie przy stole, w śmiechu, w pudełku jedzenia odłożonym na później, w krótkiej drzemce i w chwili, kiedy wieczorem można wreszcie usiąść i posłuchać deszczu.

A jutro ruszam znowu. Trzy terapie, cztery lekcje i ja. Na szczęście zamrażarka zabezpiecza tyły.

"Gen zabójcy" - Agnieszka Peszek o tym, czy zło można dostać w spadku

Piąty tom. Sama nie wiem, kiedy to się stało. Dopiero zaczynałam „Przez pomyłkę”, później była „Dziewczyna z wnęki”, „Iluzja doskonałości” i „Zabawa w zabijanie”, a teraz zamknęłam „Gen zabójcy”. I chyba mogę już oficjalnie powiedzieć, że z Dorotą Czerwińską spędziłam całkiem sporo czasu. Zresztą Agnieszka Peszek sama podpowiada, że choć każda z tych historii kryminalnych jest zamknięta, wątek Doroty i jej bliskich najlepiej poznawać właśnie po kolei.

Tym razem już sam tytuł daje do myślenia. Czy można odziedziczyć skłonność do zła? Po mamie oczy, po tacie nos, po babci charakter, a po kimś jeszcze coś znacznie gorszego? Oczywiście życie i ludzka psychika nie są aż tak proste, żeby odpowiedzieć jednym „tak” albo „nie”, i właśnie dlatego ten pomysł tak mi się spodobał. Bo za kryminalną zagadką kryje się pytanie dużo ciekawsze: co właściwie sprawia, że człowiek przekracza granicę, której większość z nas nigdy nie przekroczy?

Dorota Czerwińska pracuje już w Warszawie i dostaje nowego partnera, Marka Kamińskiego. Razem trafiają na serię bardzo dziwnych zabójstw. Dziwnych przede wszystkim dlatego, że sprawca wcale nie szuka ciemnej uliczki ani pustego domu. Ludzie giną podczas spektaklu teatralnego, eventu w centrum handlowym, relacji na YouTube czy nielegalnych wyścigów motocyklowych. Wokół są świadkowie, a mimo to ktoś zabija i pozostaje nieuchwytny.

I więcej o samej fabule nie napiszę. Przy kryminałach mam coraz większe przekonanie, że im mniej człowiek wie przed rozpoczęciem lektury, tym lepiej. Zwłaszcza kiedy autor zaczyna rozrzucać kilka pozornie niepasujących do siebie elementów i pozwala czytelnikowi kombinować. A tutaj wątków jest sporo i przez pewien czas można się zastanawiać, co właściwie ma wspólnego jedno z drugim.

Mnie jednak najbardziej zainteresowało to, co siedzi pod warstwą kryminalną. Lubimy przecież proste wyjaśnienia. On taki jest, bo miał takiego ojca. Ona zachowuje się w ten sposób, bo pochodzi z takiej rodziny. Czasem nawet sami tłumaczymy siebie podobnie: „u nas wszyscy tacy są”. Geny niewątpliwie mają znaczenie, wychowanie również, doświadczenia także. Ale pomiędzy tym wszystkim nadal pozostaje człowiek i jego decyzje. I chyba właśnie to pytanie chodziło za mną podczas czytania: ile w nas jest tego, co dostaliśmy, a ile tego, kim zdecydowaliśmy się zostać?

Peszek nie zapomina przy tym o prywatnym życiu Doroty. I tutaj bardzo się cieszę, że nie zaczęłam serii od piątego tomu. Kryminalnie można byłoby to zrobić, bo zagadka stanowi osobną całość, ale Dorota nie jest już dla mnie po prostu policjantką prowadzącą kolejne śledztwo. Znam jej wcześniejsze wybory, relacje i życiowe zamieszanie, a teraz obserwuję ją również w roli matki i partnerki. Ta warstwa obyczajowa jest w „Genie zabójcy” mocno obecna i nie każdemu czytelnikowi przypadła do gustu, ale przy czytaniu całej serii ma dla mnie sens.

Sama książka ma ponad 400 stron, a mimo to czyta się ją szybko. Rozdziały prowadzą przez kolejne wątki, układanka stopniowo zaczyna się składać, a im bliżej końca, tym trudniej ją odłożyć. Opinie o tej części są zresztą dość różne. Jedni chwalą pomysł, wielowątkowość i psychologiczne pytanie stojące za całą historią, inni narzekają na zbyt dużą liczbę wątków czy rozbudowaną część obyczajową. Na Lubimy czytać książka ma obecnie ocenę 7,0/10 przy 445 ocenach. Papierowe wydanie liczy 402 strony i jest piątym tomem cyklu.

Ja należę do tych pierwszych. „Gen zabójcy” podobał mi się, a przede wszystkim dobrze zamknął moje pięciotomowe spotkanie z Dorotą Czerwińską. Lubię kryminały, które poza odpowiedzią na pytanie „kto zabił?” zostawiają jeszcze coś do przemyślenia. Tutaj zostało mi właśnie to nieszczęsne dziedziczenie. Bo bardzo łatwo powiedzieć, że ktoś miał zło „we krwi”. Znacznie trudniej przyjąć, że człowiek jest mieszaniną tego, co dostał, tego, czego doświadczył, i tego, co sam z tym wszystkim zrobił.

Czy warto przeczytać? Moim zdaniem tak, ale jeśli macie ochotę poznać Dorotę Czerwińską, zaczęłabym od „Przez pomyłkę”. Nie dlatego, że bez wcześniejszych części nie zrozumiecie zagadki. Zrozumiecie. Tylko trochę szkoda wchodzić na ostatni odcinek drogi, kiedy można przejść ją od początku.

A ja po pięciu tomach mogę już powiedzieć jedno: określenie „moja polska Freida McFadden” Agnieszka Peszek nadal u mnie zachowuje. I coś mi mówi, że na tych pięciu książkach naszej znajomości nie skończę.

Jesień w słoiku, ale bez jesiennego kiczu

Jesień ma tę zadziwiającą umiejętność, że w sklepach pojawia się dużo wcześniej niż za oknem. Człowiek jeszcze chodzi w letnich butach, a między półkami już czekają dynie w każdej możliwej wersji, liście, żołędzie, napisy o jesieni i cała armia dekoracji gotowych przekonać nas, że bez nich wrzesień właściwie się nie liczy. Ja jesień lubię bardzo, ale niekoniecznie potrzebuję, żeby mój salon wyglądał jak magazyn sklepu z dekoracjami sezonowymi. Dlatego tym razem postanowiłam zaprosić ją do domu trochę spokojniej i zrobić proste lampiony ze zwykłych słoików.

Najlepiej sprawdzają się trzy słoiki różnej wysokości, bo ustawione obok siebie wyglądają ciekawiej niż trzy identyczne. Mogą być po kawie, przetworach czy sosie, byle miały prosty kształt i dawały się dokładnie umyć. Po zdjęciu etykiet i odtłuszczeniu szkła pomalowałam je matową farbą w ciepłym, spokojnym odcieniu. Beż, złamana biel, karmel, przygaszona oliwka czy lekko rdzawy kolor wystarczą, żeby zrobiło się jesiennie, ale bez wrażenia, że właśnie obchodzimy święto pomarańczowej dyni.

Farby nie trzeba nakładać idealnie. Lekko nierówna powierzchnia wygląda nawet lepiej, zwłaszcza kiedy wieczorem w środku pojawi się światło. Jeśli chcemy zostawić trochę przezroczystego szkła, można pomalować tylko dolną część słoika albo delikatnie przetrzeć farbę po wyschnięciu. Tutaj naprawdę nie trzeba walczyć o perfekcję, a to zawsze dobra wiadomość dla mnie, bo moja cierpliwość do projektów wymagających linijki, poziomicy i chirurgicznej precyzji kończy się bardzo szybko.

Na górze słoika wystarczy kilka razy owinąć cienki sznurek jutowy albo prostą tasiemkę. Bez wielkich kokard, sztucznych liści i obowiązkowej dyni doczepionej do wszystkiego, co tylko stoi nieruchomo. Chciałam, żeby lampiony były na tyle neutralne, żeby za miesiąc nadal mi się podobały, a nie zaczęły wołać z półki, że sezon dekoracyjny zdecydowanie wymknął się spod kontroli.

Do środka wkładam małe świeczki LED. Przy słoikach to wygodne rozwiązanie, szczególnie kiedy lampiony stoją wśród innych dekoracji albo wieczorem zostawiam je zapalone na dłużej. Ciepłe światło odbijające się od matowej powierzchni daje naprawdę przyjemny efekt, a trzy lampiony ustawione razem na drewnianej tacy wyglądają jak jedna przemyślana dekoracja, choć tak naprawdę powstały ze słoików, które jeszcze kilka dni wcześniej czekały na wyrzucenie.

Na tacy można zostawić je zupełnie same i właśnie taka wersja podoba mi się najbardziej. Jeśli jednak chcę trochę mocniej zaznaczyć porę roku, dokładam jedną małą szyszkę, kilka żołędzi albo krótką gałązkę znalezioną podczas spaceru. Jedną, a nie pół lasu. Jesień naprawdę sobie poradzi bez naszej pomocy i nie trzeba od razu przenosić całego parku na stolik w salonie.

Lubię takie domowe DIY, bo kosztują niewiele, można je zrobić w jeden wieczór i nie wymagają później osobnego pudła do przechowywania sezonowych dekoracji. Kiedy jesień minie, zdejmuję sznurek, przemalowuję słoik albo wykorzystuję go do czegoś zupełnie innego. A na razie wieczorem zapalam moje trzy małe lampiony i mam dokładnie tyle jesieni w domu, ile lubię. Ani jednej dyni więcej.

Codziennik Zadumanej #45

Dzisiaj odwaliłam numer sezonu. I nawet nie mogę powiedzieć, że zawinił budzik, autobus, pogoda czy niesprzyjający układ planet, bo wszystko wiedziałam. Do pracy na 7.10, terapia. Autobus o 6.28. Sprawdzone, zapamiętane, sytuacja pod kontrolą. O piątej rano deszcz walił w szyby sypialni tak, że najrozsądniejszym pomysłem wydawało się nakrycie kołdrą po czubek głowy i ogłoszenie dnia wolnego z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. Niestety szkoła nie przewiduje takiego rozwiązania, więc wstałam i rozpoczęłam poranek. I gdzieś pomiędzy piątą a szóstą dwadzieścia sześć mój mózg postanowił wyjść bez uprzedzenia. Nie wiem dokąd. Nie wiem po co. Wiem tylko, że w pewnym momencie spojrzałam na zegarek.

6.26.
Autobus 6.28.
I wtedy przypomniał mi się sen. Śniło mi się tej nocy, że muszę zadzwonić do szkoły i powiedzieć, że nie zdążę na pierwszą lekcję. No przecież! Mój mózg dostał informację z wyprzedzeniem. Miał ostrzeżenie, znał scenariusz, przeprowadził nawet nocną próbę generalną, tylko zamiast po przebudzeniu powiedzieć mi: „Kobieto, pilnuj autobusu o 6.28”, postanowił urządzić mi mgłę mózgową. Prorok we własnym domu, tylko komunikacja między działami zdecydowanie leży.


Przez chwilę patrzyłam na te cyfry, jakby przy odpowiednio intensywnym wpatrywaniu miały się zmienić na 6.16. Nie zmieniły się. Następne minuty wyglądały więc jak konkurencja olimpijska dla nauczycieli. Torba w rękę, wypad z mieszkania, buty ubierane w windzie i jeszcze ta absurdalna nadzieja, że może jednak zdążę.

Nie zdążyłam.

Wypadłam z klatki dokładnie w odpowiednim momencie, żeby pomachać mojemu autobusikowi na pożegnanie. Odjechał sobie spokojnie, a ja zostałam w ulewie z miną człowieka, który jeszcze dwie minuty wcześniej miał całkiem sensowny plan na życie.

Następny autobus za pół godziny. Do szkoły około dwudziestu minut jazdy. Matematyka na poziomie szkoły podstawowej nie pozostawiała złudzeń – terapia o 7.10 odbyłaby się najwyżej beze mnie.

Ruszyłam więc pieszo.
Trzy kilometry.
W ulewie.
O poranku.
Do pracy.
Bez śniadania i, co znacznie poważniejsze, bez mleka do kawy.

Nie szłam. Ja pędziłam. Deszcz lał, włosy miały własną koncepcję fryzury, buty stopniowo traciły właściwości obuwia i przechodziły w kategorię małych prywatnych akwariów, a ja przemierzałam kolejne ulice z jedną myślą: mam zdążyć. Gdyby ktoś mnie rano zobaczył, mógłby pomyśleć, że trenuję do jakiegoś miejskiego survivalu. Tymczasem ja po prostu próbowałam dotrzeć na własne zajęcia po tym, jak mózg urządził mi pięćdziesiąt minut niekontrolowanej przerwy technicznej.

Zdążyłam. I to jest chyba najważniejsze. W jakim stanie dotarłam, pozostawmy już bez szczegółowej analizy.

Potem dzień ruszył swoim rytmem, a kiedy wreszcie wróciłam do domu, nie marzyłam o żadnym wyszukanym obiedzie. Nie potrzebowałam restauracyjnych cudów, pięknego talerza ani dania z siedemnastu składników. Naszła mnie taka ochota na zwyczajne gotowane ziemniaki rozgniecione z masłem i solą, że nie było żadnej dyskusji. Gorące, miękkie, maślane, porządnie posolone. I niech sobie cały kulinarny świat wymyśla pianki, emulsje i redukcje. Po trzech kilometrach w ulewie ziemniak z masłem osiąga rangę dania degustacyjnego.

Mogłabym właściwie na tym zakończyć dzień, ale przecież jestem nauczycielką, więc gdzieś w tle czai się jeszcze papierologia. Na chwilę obecną mam osiemnaścioro uczniów na terapii, a dla każdego trzeba przygotować indywidualny program terapeutyczny. Osiemnaście osób, osiemnaście różnych potrzeb, osiemnaście programów. Dokumenty patrzą na mnie. Ja patrzę na dokumenty. Na razie jesteśmy na etapie wzajemnego rozpoznania przeciwnika.

Dzisiaj jednak nie wygrają.

Po porannym sprincie, całym dniu pracy, deszczu, autobusie, który bezczelnie nie poczekał na kobietę zakładającą buty w windzie, i ziemniaczanej uczcie zarządzam odpoczynek po mojemu. Reszta świata może przez chwilę funkcjonować beze mnie. Programy nie uciekną. Znam życie – jutro będą dokładnie tam, gdzie je zostawiłam, prawdopodobnie nawet się rozmnożą.

I może dobrze, że nie każdy dzień da się poukładać od początku do końca. Czasem coś przegapimy, gdzieś się spóźnimy, pobiegniemy trzy kilometry w deszczu i będziemy źli na siebie za własne roztargnienie. A potem docieramy tam, gdzie mieliśmy dotrzeć, robimy swoje, wracamy do domu i odkrywamy, że do pełni szczęścia wystarczą gorące ziemniaki z masłem.

Patrząc wieczorem na zdjęcie zalanych deszczem szyb, dochodzę do wniosku, że ostrzeżenia dostałam właściwie dwa. Najpierw sen o spóźnieniu, potem ulewa za oknem. Wszechświat naprawdę zrobił, co mógł. To ja najwyraźniej nie czytam komunikatów przed rozpoczęciem dnia.

Jutro więc nie będę już pisała godziny autobusu na dłoni. Po prostu po przebudzeniu najpierw sprawdzę, co mi się śniło. Wygląda na to, że mam własny system wczesnego ostrzegania. Szkoda tylko, że instrukcja obsługi gdzieś zaginęła.