"Idealne morderstwo" - Charlie Donlea o tym, że prawda potrafi czekać dwadzieścia lat, zanim upomni się o swoje

Z moimi książkowymi wyborami jest ostatnio tak, że wystarczy mi interesujący tytuł, obietnica dobrej zagadki i już zaczynam negocjacje z własnym sumieniem. Przecież pranie może poczekać, kurz nie ucieknie, a obiad da się przygotować trochę później. Gorzej, kiedy książka ma prawie pięćset stron, a ja po kilkudziesięciu zaczynam podejrzewać, że autor zaplanował mi zajęcie na znacznie dłużej, niż przewidywałam. Tym razem sprawcą całego zamieszania został Charlie Donlea i jego „Idealne morderstwo”. Przyznaję, że tytuł od razu uruchomił moją wyobraźnię. Bo czy naprawdę istnieje zbrodnia doskonała? A może wystarczy odpowiednio długo ukrywać prawdę, żeby wszyscy przestali jej szukać?

Charlie Donlea zabiera nas do świata, w którym przeszłość nie zamierza pozostać przeszłością, a jedno śledztwo potrafi uruchomić całą lawinę wydarzeń. I robi to w dość szczególny sposób, ponieważ punktem wyjścia staje się tragedia, którą pamięta niemal cały świat.

Victoria Ford miała romans ze znanym pisarzem Cameronem Youngiem. Kiedy mężczyzna zostaje znaleziony martwy w swojej luksusowej posiadłości, podejrzenia niemal natychmiast padają na kochankę. Dowody wydają się przytłaczające. Ślady DNA Victorii znajdują się na miejscu zbrodni, a okoliczności śmierci pisarza nie pozostawiają śledczym wielu powodów, by szukać sprawcy gdzie indziej.

Tyle że Victoria nie doczeka procesu. Ginie 11 września 2001 roku podczas zamachów na World Trade Center. W ostatniej rozmowie telefonicznej z siostrą błaga ją, by udowodniła jej niewinność.

Mija dwadzieścia lat. Nowoczesne badania DNA pozwalają zidentyfikować kolejną ofiarę zamachów. Jest nią właśnie Victoria Ford, a jej historia ponownie trafia na pierwsze strony gazet.

W tym momencie na scenę wkracza Avery Mason, ambitna dziennikarka telewizyjna i prowadząca popularny program informacyjny. Avery doskonale wie, jakie historie przyciągają widzów. Tajemnicza śmierć znanego pisarza, oskarżona kochanka, tragiczne wydarzenia 11 września i siostra, która przez dwie dekady walczy o dobre imię zmarłej? Trudno wyobrazić sobie temat bardziej atrakcyjny dla mediów.

Avery postanawia przyjrzeć się sprawie. Szybko jednak okazuje się, że nie tylko Victoria miała coś do ukrycia. Sama dziennikarka również nosi w sobie tajemnicę, której ujawnienie mogłoby zniszczyć wszystko, na co pracowała.

I właśnie tutaj historia zaczyna robić się naprawdę interesująca.

Podczas czytania najbardziej zastanawiałam się nad tym, jak łatwo przyjmujemy czyjąś winę za pewnik. Wystarczy kilka mocnych dowodów, odpowiednio przedstawiona historia i przekonanie, że przecież wszystko do siebie pasuje. Victoria Ford miała motyw, pozostawiła ślady na miejscu zbrodni, a jej związek z zamordowanym mężczyzną był daleki od niewinności. Czy to wystarczy, żeby uznać ją za morderczynię?

Nie chcę zdradzać odpowiedzi, ponieważ właśnie wokół tego pytania autor buduje jedną z najważniejszych zagadek. Warto jednak zastanowić się, ile razy w prawdziwym życiu wydajemy wyroki na podstawie informacji, które ktoś nam podał. Widzimy nagłówek, słyszymy fragment wypowiedzi, poznajemy kilka szczegółów i już wydaje nam się, że wiemy wszystko.

A przecież między tym, co wygląda na prawdę, a tym, co rzeczywiście się wydarzyło, może istnieć ogromna przepaść.

Donlea umiejętnie wykorzystuje tę niepewność. Pokazuje, jak trudno wrócić do sprawy sprzed dwudziestu lat, kiedy część świadków nie żyje, wspomnienia się zacierają, a niektórym ludziom bardzo zależy na tym, żeby nikt nie zadawał kolejnych pytań.

W dodatku Victoria nie może już opowiedzieć swojej wersji wydarzeń. Pozostała po niej tylko rozpaczliwa prośba skierowana do siostry i dokumenty śledztwa, które wydawało się zakończone, zanim ktokolwiek zdążył naprawdę zakwestionować jej winę.

Avery jest jedną z tych bohaterek, do których nie od razu można poczuć sympatię. Ambitna, inteligentna, pewna siebie i bardzo świadoma tego, jak funkcjonuje świat mediów. Potrafi rozpoznać temat, który zainteresuje miliony widzów, i wie, jak wykorzystać go zawodowo. Nie zawsze kieruje się wyłącznie chęcią odkrycia prawdy. W jej decyzjach widać również kalkulację, pragnienie sukcesu i potrzebę utrzymania pozycji, którą z takim trudem zdobyła.

Nie uważam jednak, żeby czyniło ją to mniej interesującą. Wręcz przeciwnie. Lubię bohaterów, którzy nie są jednoznaczni, a ich motywacje bywają skomplikowane. Avery ma swoje słabości, popełnia błędy i nie zawsze postępuje tak, jak oczekiwałabym od osoby zajmującej się dziennikarstwem śledczym.

Najciekawsze jest jednak to, że kobieta, która zawodowo zajmuje się odkrywaniem cudzych sekretów, sama żyje w cieniu własnej przeszłości. I w pewnym momencie czytelnik zaczyna zastanawiać się, czy jej zainteresowanie historią Victorii wynika wyłącznie z dziennikarskiej ambicji.

Ten podwójny wymiar opowieści bardzo mi się spodobał. Śledzimy dochodzenie dotyczące dawnego morderstwa, ale jednocześnie poznajemy kolejne fragmenty życia Avery. Początkowo te wątki mogą wydawać się odległe, jednak z czasem zaczynamy dostrzegać, dlaczego autor poświęca im tyle miejsca.

Nie sposób pisać o „Idealnym morderstwie”, pomijając wydarzenia 11 września 2001 roku. Charlie Donlea wykorzystuje zamachy na World Trade Center jako ważny element fabuły. To właśnie ta tragedia sprawia, że historia Victorii zostaje na dwadzieścia lat zawieszona między oskarżeniem a możliwością udowodnienia niewinności.

Przyznam, że ten pomysł wywołał we mnie mieszane emocje. Z jednej strony jest niezwykle interesujący pod względem konstrukcji kryminału. Z drugiej trudno zapomnieć, że mówimy o rzeczywistym dramacie tysięcy ludzi i ich rodzin. Wykorzystywanie autentycznych tragedii w literaturze sensacyjnej zawsze wymaga od autora pewnej ostrożności.

Donlea skupia się przede wszystkim na fikcyjnych bohaterach i konsekwencjach wydarzeń sprzed lat. Pokazuje również, jak ogromne znaczenie dla rodzin ofiar może mieć samo zidentyfikowanie szczątków bliskiej osoby. Dwadzieścia lat oczekiwania na potwierdzenie śmierci, dwadzieścia lat życia z pytaniami, na które nikt nie potrafi odpowiedzieć. To perspektywa, nad którą trudno przejść obojętnie.

W przypadku Victorii dochodzi jeszcze jedno cierpienie. Jej siostra Emma nie może spokojnie pożegnać zmarłej, ponieważ przez wszystkie te lata żyje z przekonaniem, że Victoria została niesłusznie oskarżona. Chce nie tylko odzyskać siostrę w symbolicznym sensie, ale również przywrócić jej dobre imię.

I właśnie ten rodzinny wymiar historii nadaje całej zagadce dodatkowego znaczenia.

„Idealne morderstwo” nie jest książką, w której autor koncentruje się wyłącznie na jednej zbrodni. Mamy tutaj kilka wątków, różne perspektywy i bohaterów, którzy stopniowo ujawniają swoje prawdziwe intencje. Z czasem okazuje się, że sprawa Victorii jest tylko częścią znacznie większej układanki.

Podoba mi się taki sposób budowania thrillera, chociaż wymaga od czytelnika większej uwagi. Trzeba zapamiętywać szczegóły, zwracać uwagę na pozornie nieważne rozmowy i nie przywiązywać się zbyt mocno do pierwszych podejrzeń. Donlea potrafi zaskakiwać, a niektóre informacje pojawiają się w momentach, kiedy wydaje się, że zaczynamy już rozumieć całą historię.

Nie oznacza to jednak, że powieść jest pozbawiona słabszych stron. Ma prawie pięćset stron i chwilami tę objętość naprawdę czuć. Autor wraca do niektórych ustaleń, przypomina okoliczności zbrodni i dość szczegółowo prowadzi poboczne wątki. Nie zawsze było mi to potrzebne. Momentami miałam ochotę powiedzieć: dobrze, już pamiętam, co wydarzyło się dwadzieścia lat temu, teraz poproszę o coś nowego!

Rozumiem też czytelników, którym niektóre rozwiązania fabularne mogą wydać się zbyt wygodne. Donlea lubi komplikować sytuację, a później układać kolejne elementy w efektowną całość. Czasami wymaga to zaakceptowania zbiegów okoliczności, które w prawdziwym życiu niekoniecznie zdarzałyby się tak często.

Z drugiej strony właśnie ta wielowątkowość sprawia, że trudno odłożyć książkę w drugiej części. Kiedy poszczególne historie zaczynają się ze sobą łączyć, pojawia się przyjemne czytelnicze napięcie. Chce się wiedzieć, co autor przygotował dalej i czy nasze przypuszczenia mają cokolwiek wspólnego z prawdą.

Bardzo zainteresował mnie również wątek telewizyjnej kariery Avery. Donlea pokazuje świat, w którym dramat drugiego człowieka może stać się doskonałym materiałem na program, sposobem na zdobycie widzów i argumentem podczas negocjacji zawodowych.

Nie jest to szczególnie optymistyczny obraz mediów, ale trudno uznać go za całkowicie oderwany od rzeczywistości. Wystarczy spojrzeć, jak wielkim zainteresowaniem cieszą się historie kryminalne, dokumenty o niewyjaśnionych morderstwach czy podcasty analizujące autentyczne zbrodnie.

Sama przecież uwielbiam kryminały i thrillery. Lubię rozwiązywać zagadki, zastanawiać się nad motywami sprawców i poznawać mechanizmy ludzkiego zachowania. Jednocześnie mam świadomość, że za prawdziwymi historiami kryminalnymi stoją ludzie, dla których nie są one fascynującą rozrywką, ale największą tragedią życia.

W powieści Donlei ta granica między poszukiwaniem prawdy a wykorzystywaniem cudzej krzywdy staje się szczególnie interesująca. Avery musi podejmować decyzje, które wpływają nie tylko na jej karierę, lecz także na życie innych osób. I nie zawsze jest oczywiste, czy kieruje się właściwymi pobudkami.

To jeden z tych elementów książki, które zostają w pamięci dłużej niż sama zagadka kryminalna.

Najbardziej przewrotne w tytule tej powieści jest dla mnie słowo „idealne”. Bo co właściwie miałoby oznaczać idealne morderstwo? Takie, w którym sprawca nigdy nie zostaje wykryty? Takie, w którym wszystkie dowody wskazują na niewłaściwą osobę? A może takie, po którym nikt nawet nie podejrzewa, że doszło do zbrodni?

Nie zamierzam zdradzać, dlaczego autor zdecydował się właśnie na taki tytuł. Mogę jedynie powiedzieć, że jego znaczenie nabiera szczególnej wymowy, kiedy poznajemy całą historię.

Dla mnie „Idealne morderstwo” jest przede wszystkim opowieścią o tajemnicach. O tym, jak bardzo ludzie potrafią komplikować sobie życie, próbując ukryć własne decyzje, i jak daleko są gotowi się posunąć, żeby przeszłość nie zniszczyła ich teraźniejszości. Każdy z bohaterów ma coś do stracenia. Niektórzy chcą odzyskać dobre imię bliskiej osoby, inni bronią swojej pozycji, a jeszcze inni za wszelką cenę próbują zachować kontrolę nad wydarzeniami.

Przy okazji autor przypomina, że upływ czasu nie zawsze oznacza zamknięcie sprawy. Dwadzieścia lat może zmienić niemal wszystko: ludzi, ich relacje, możliwości technologiczne i sposób patrzenia na dawne wydarzenia. Ale nie musi sprawić, że prawda przestanie istnieć.

Moim zdaniem warto, szczególnie jeśli lubicie rozbudowane thrillery z zagadkami sprzed lat, dziennikarskim śledztwem i bohaterami, którzy nie mówią całej prawdy. Charlie Donlea przygotował historię pełną sekretów, fałszywych tropów i niespodzianek, które stopniowo zmieniają obraz wydarzeń.

Nie jest to jednak książka idealna, mimo tytułu. Początek wymaga cierpliwości, niektóre fragmenty mogłyby zostać skrócone, a pewne zwroty akcji są bardziej efektowne niż prawdopodobne. Jeżeli ktoś oczekuje bardzo oszczędnego, realistycznego kryminału, może poczuć się nieco zmęczony liczbą wątków.

Jeśli natomiast lubicie historie, w których z każdą kolejną stroną odkrywacie, że wiecie znacznie mniej, niż początkowo sądziliście, Donlea ma sporo do zaoferowania.

Najbardziej zapamiętam z tej książki nie samą zbrodnię, lecz pytanie o to, jak długo można żyć w cieniu cudzych oskarżeń i własnych sekretów. Historia Victorii Ford pokazuje, że czasami śmierć odbiera człowiekowi nie tylko przyszłość, ale również możliwość obrony własnego imienia. A historia Avery przypomina, że nawet najbardziej starannie zbudowane życie może okazać się kruche, jeśli jego fundamentem są przemilczenia.

Zamykając „Idealne morderstwo”, pomyślałam też o tym, jak bardzo lubimy wierzyć, że każda zagadka ma jedno proste rozwiązanie. W książkach kryminalnych zwykle możemy liczyć na odpowiedzi. W rzeczywistości bywa z tym znacznie trudniej.

A jeśli chodzi o moje domowe obowiązki, które cierpliwie czekały podczas lektury? Cóż, na szczęście kurz nie prowadzi śledztwa i nie wypomina mi, ile czasu spędziłam z książką. Przynajmniej na razie.

Codziennik Zadumanej – Jesienne pazurki i telefon od oszusta

Wczoraj punktualnie o trzynastej rozpoczęłam długi weekend! I to nie byle jaki, bo czterodniowy. Dyrekcja okazała nam tyle serca, że oprócz piątku podarowała nam również wolny poniedziałek. Cztery dni bez szkolnego dzwonka, porannego pośpiechu, dokumentacji i zastanawiania się, czy wszystkie dzieci wyszły z kompletem swoich rzeczy. Normalnie luksus! Postanowiłam rozpocząć ten błogostan od zadbania o siebie i udałam się do salonu kosmetycznego. Piękny jesienny manicure, chwila przyjemności, pazurki doprowadzone do porządku. W końcu człowiek też musi czasami zainwestować w siebie, a nie wyłącznie w karmę dla kotów, materiały do szkoły i rachunki. Wyszłam z salonu zadowolona, gotowa celebrować wolność i przekonana, że nic już tego dnia nie zakłóci mojego dobrego humoru. No i wtedy zadzwonił telefon.

Dzwoni pan. Bardzo poważny, bardzo urzędowy i, jak się okazało, bardzo kreatywny. Przedstawił się jako pracownik jakiegoś departamentu ochrony Alior Banku i poinformował mnie, że na moje dane z profilu zaufanego został zaciągnięty kredyt. Proszę Państwa, ja tu sobie robię jesienne paznokcie, a ktoś mi funduje thriller finansowy! Pan najwyraźniej liczył, że na hasło „kredyt” dostanę palpitacji serca, zapomnę własnego nazwiska i zacznę wykonywać jego polecenia. Tylko że trafił wyjątkowo niefortunnie. Po pierwsze, czytam tyle kryminałów, że podejrzany jest dla mnie nawet kurier, który zbyt uprzejmie mówi „dzień dobry”. Po drugie, kilka lat temu miałam już przygodę z kimś, kto próbował dobrać się do pieniędzy na mojej karcie. Od tamtej pory mam w banku ustalone specjalne hasło bezpieczeństwa.

Pan znał moje imię, ale na tym jego imponująca wiedza się kończyła. Zapytałam więc spokojnie o nasze bankowe hasło. I tutaj scenariusz kryminału zaczął się sypać. Pan się zdenerwował i oznajmił, że żadnego hasła nie musi mi podawać. No proszę! Dzwoni do mnie rzekomy pracownik banku, straszy kredytem, a kiedy proszę o potwierdzenie tożsamości, nagle okazuje się, że obowiązują go jakieś zupełnie inne zasady. Chyba regulamin napisany specjalnie na potrzeby tej rozmowy. Ponieważ nie miałam ochoty uczestniczyć w dalszych występach artystycznych, poinformowałam go, że mam w Alior Banku swoją panią, z którą skontaktuję się osobiście, i zakończyłam rozmowę. Kurtyna opadła, a główny bohater nie doczekał się owacji.

Oczywiście na tym nie poprzestałam. Skontaktowałam się ze swoim bankiem przez oficjalny kanał, opowiedziałam o całej sytuacji, podałam numer telefonu, godzinę połączenia i szczegóły rozmowy. Konsultantka wszystko spisała, sporządziła zgłoszenie i przekazała sprawę do centrali. Przy okazji upewniłam się, że w moim banku osoba dzwoniąca jako jego przedstawiciel powinna prawidłowo odpowiedzieć na pytanie o ustalone hasło bezpieczeństwa. Dowiedziałam się również, a właściwie przypomniałam sobie, że mam jeszcze jedno zabezpieczenie – od dawna zastrzeżony PESEL w aplikacji mObywatel. Tak więc pan oszust trafił na kobietę z jesiennym manicure, kryminalnym doświadczeniem czytelniczym i całkiem przyzwoitym systemem zabezpieczeń. Nie był to jego szczęśliwy dzień.

Piszę Wam o tym również dlatego, że takie telefony naprawdę mogą wystraszyć. Zwłaszcza kiedy ktoś mówi pewnym głosem, posługuje się nazwą naszego banku i próbuje wmówić nam, że właśnie dzieje się coś strasznego. Warto wcześniej sprawdzić, jakie zabezpieczenia oferuje nasz bank, czy można ustalić hasło do weryfikacji rozmów i jak bezpiecznie potwierdzać tożsamość pracownika. Warto też zastrzec PESEL, bo to dodatkowa ochrona przed nieuprawnionym zaciągnięciem kredytu. A przede wszystkim nie działać pod presją. Rozłączyć się i samodzielnie zadzwonić do banku na numer z oficjalnej strony lub aplikacji. Żaden prawdziwy pracownik nie powinien wymagać od nas podawania haseł do logowania, kodów autoryzacyjnych ani przelewania pieniędzy na rzekomo bezpieczne konto.

I tak oto pierwszy dzień mojego długiego weekendu przyniósł mi piękne paznokcie oraz nieplanowane spotkanie z przestępczością finansową. Na szczęście wyłącznie telefoniczne. Wieczorem pomyślałam sobie, że człowiek naprawdę nie ma wpływu na to, kto do niego zadzwoni, jakie historie mu opowie i czym spróbuje go przestraszyć. Ma jednak wpływ na własną reakcję. Czasami największym sprzymierzeńcem jest zwyczajny spokój, odrobina rozsądku i umiejętność powiedzenia „sprawdzam”.

A swoją drogą, gdyby pan wiedział, ile kosztuje mnie utrzymanie mojej kociej rodziny, pewnie sam zrezygnowałby z pomysłu wyłudzania pieniędzy. Zwłaszcza gdyby poznał Hektora i jego zwyczaj wylizywania sosiku z karmy za niemałe pieniądze. Przy nim każdy finansowy kombinator jest zwykłym amatorem.

Weekend dopiero się rozpoczął, a ja już mam materiał na kolejny odcinek Codziennika. Mam tylko nadzieję, że przez pozostałe trzy dni jedynym powodem mojego przyspieszonego bicia serca będzie dobra książka. Najlepiej kryminał, w którym oszustów łapie się równie szybko, jak ja wczoraj zakończyłam rozmowę.

Codziennik Zadumanej – Hektor, czyli jak jeden rudy kot doprowadza człowieka do ruiny

Spójrzcie na to zdjęcie. Śpi sobie aniołek. Rudy, puchaty, niewinny, z noskiem wtulonym w futerko. Aż chciałoby się go pogłaskać, ucałować i przykryć kocykiem, żeby przypadkiem nie zmarzł. Otóż informuję, że jest to klasyczny przykład oszustwa wizerunkowego. Ten słodki kłębuszek futra od dłuższego czasu prowadzi przeciwko mnie zorganizowaną działalność, której celem jest doprowadzenie mnie do całkowitego wyczerpania fizycznego, psychicznego i finansowego. I muszę przyznać, że odnosi spektakularne sukcesy.

Zacznijmy od wieczorów. Człowiek po całym dniu marzy o jednym – położyć się, zamknąć oczy i zasnąć. Ja również mam takie marzenia, ale Hektor najwyraźniej uważa je za przejaw nieuzasadnionego egoizmu. Ledwie ułożę się wygodnie, rozpoczyna się przedstawienie. Najpierw koncert wokalny, którego nie powstydziłby się tenor występujący w operze, później demonstracyjne zrzucanie przedmiotów. Metoda jest prosta: albo wstanę i podam kolację, albo mieszkanie zostanie pozbawione wszystkiego, co nie jest przykręcone do ściany. Wstaję więc. Raz, drugi, trzeci... Zanim uda mi się zasnąć na dobre, mam za sobą tyle kursów do kuchni, że spokojnie mogłabym zaliczyć wieczorny trening. Oczywiście w piżamie i z coraz mniej chrześcijańskim nastawieniem do bliźniego.

Kiedy wreszcie zapadam w upragniony sen, Hektor łaskawie pozwala mi odpocząć. Do trzeciej z minutami. Wtedy rozpoczyna się kolejna zmiana w jego prywatnej restauracji, a ja, jako jedyny pracownik tego przybytku, muszę stawić się na stanowisku. Nie obowiązuje mnie kodeks pracy, nie przysługują mi przerwy ani dodatek za pracę w godzinach nocnych. Za to skargi klienta rozpatrywane są natychmiast, pod groźbą kolejnego koncertu i strat w wyposażeniu mieszkania.

A teraz przejdźmy do finansów, bo tutaj sytuacja jest równie dramatyczna. Hektor nie jada bowiem zwyczajnie. Hektor degustuje. Otwieram saszetkę, wykładam pachnące kawałeczki mięsa w sosiku lub galaretce, a jaśnie pan przystępuje do konsumpcji. Starannie wylizuje cały sos, ewentualnie galaretkę, po czym odchodzi z miną konesera, który właśnie zakończył wykwintną kolację. Mięso zostaje. Nietknięte. Z czasem obsycha i wygląda coraz mniej apetycznie. Pozostałe zwierzęta nie są zainteresowane przejmowaniem resztek po arystokracie. Czasami Sisi okaże litość i coś zje, ale najczęściej zawartość miseczki ląduje w koszu. Tym sposobem kupuję kotu karmę, żeby mógł sobie wypić sos. Gdyby ktoś sprzedawał sam sosik w wiaderkach, prawdopodobnie byłabym pierwszą klientką.

Najbardziej fascynuje mnie jednak to, że sprawca całego zamieszania w ciągu dnia śpi sobie spokojnie, zwinięty w idealny rogalik, podczas gdy ja próbuję funkcjonować na resztkach energii. On jest wypoczęty, najedzony po swojemu i absolutnie zadowolony z życia. Ja natomiast piję kolejną kawę i zastanawiam się, czy człowiek może wystąpić o odszkodowanie za wieloletnie świadczenie usług gastronomicznych na rzecz kota.

A jednak wystarczy, że ten rudy łobuz przyjdzie, przytuli się, zamruczy i spojrzy na mnie tym swoim niewinnym pyszczkiem, a wszystkie moje pretensje gdzieś wyparowują. I właśnie w tym tkwi jego największy talent. Doskonale wie, jak doprowadzić mnie do granic wytrzymałości, a potem jednym mruczeniem uzyskać całkowite ułaskawienie.

Patrzę więc na niego i dochodzę do wniosku, że miłość rzeczywiście bywa ślepa. Czasami również niewyspana, lekko zirytowana i regularnie okradana z zawartości portfela. Ale jest w tym wszystkim coś pięknego. Kochamy przecież nie za idealne zachowanie, lecz pomimo wszystkich dziwactw, humorów i utrudnień, które fundują nam nasi najbliżsi. Choć przy okazji warto pamiętać, że troska o innych nie powinna oznaczać całkowitego zapominania o sobie.

A Hektor? Hektor nie ma takich dylematów. On doskonale dba o siebie. Właśnie śpi i regeneruje siły przed kolejną nocną zmianą. Ja natomiast rozważam zakup zatyczek do uszu, sejfu na przedmioty i abonamentu na sosik.

I pomyśleć, że kiedyś wydawało mi się, że to ja przygarnęłam kota. Dzisiaj już wiem, że zostałam zatrudniona. Bez rozmowy kwalifikacyjnej, bez wynagrodzenia i bez możliwości wypowiedzenia umowy. 

Jesienny słoik do kuchni

Jesienią bardzo lubię rzeczy, które są jednocześnie ładne i mają jakieś konkretne zastosowanie. Dekoracje dekoracjami, ale jeśli coś może jeszcze wylądować na talerzu, to od razu ma u mnie kilka punktów więcej. Tym razem powstał więc słoik, który najpierw dobrze wygląda na kuchennej półce, a później spokojnie można go zjeść, albo sprezentować komuś do zjedzenia. To chyba jeden z bardziej praktycznych rodzajów jesiennego tworzenia.

Do dużego, czystego i zupełnie suchego słoika wsypuję warstwami płatki owsiane, posiekane orzechy, pestki dyni albo słonecznika, trochę suszonego jabłka i odrobinę cynamonu. Można dodać także kilka migdałów, wiórki kokosowe, chia albo niewielką ilość suszonej żurawiny. Tutaj nie ma jednej obowiązkowej wersji. Najważniejsze, żeby składniki były suche i takie, które rzeczywiście później zjemy, bo tworzenie dekoracyjnego słoika z produktami, których nikt w domu nie lubi, byłoby jednak trochę sztuką dla sztuki.

Najlepiej wygląda wtedy, kiedy składniki układam warstwami. Na dół płatki, potem pestki, orzechy, suszone jabłko, znowu trochę płatków i na koniec cynamon. Nie trzeba niczego układać z linijką, ale warto wsypywać wszystko powoli, żeby warstwy były widoczne. Przy okazji powstaje coś, co wygląda zdecydowanie bardziej efektownie, niż wskazywałaby na to ilość pracy. To jeden z tych projektów, przy których można sprawiać wrażenie, że spędziło się pół dnia w kuchni, choć tak naprawdę najwięcej czasu zajęło znalezienie odpowiednio dużego słoika.

Taka mieszanka może później zostać owsianką. Wystarczy przesypać porcję do miseczki, zalać mlekiem albo napojem roślinnym i ugotować lub zostawić na noc w lodówce. Można też podprażyć ją na suchej patelni albo w piekarniku i zrobić z niej prostą granolę. Jeśli przygotowuję wersję właśnie z myślą o granoli, dodaję później osobno trochę masła, oleju albo innego tłuszczu i coś do lekkiego posłodzenia, jeśli mam na to ochotę. U mnie może to być erytrytol albo po prostu więcej suszonego jabłka.

Najbardziej podoba mi się jednak wersja prezentowa. Duży słoik, kawałek sznurka, niewielka papierowa zawieszka i gotowe. Można dopisać na niej, że w środku jest mieszanka do owsianki albo granoli oraz podać krótki sposób przygotowania. Jeśli używamy orzechów, dobrze też zaznaczyć ich obecność, szczególnie kiedy słoik trafia do kogoś spoza domu.

To jeden z tych prezentów, przy których nie trzeba się zastanawiać, czy obdarowana osoba znajdzie dla niego miejsce na półce. Tutaj miejsce zwolni się samo, najlepiej podczas któregoś chłodnego poranka. A słoik później można wykorzystać ponownie, więc właściwie nic się nie marnuje.

Lubię takie jesienne pomysły coraz bardziej. Kilka zwykłych składników, trochę porządku w warstwach i powstaje coś, co dobrze wygląda, smakuje i jeszcze można komuś podarować. A jeśli podczas przygotowywania okaże się, że jeden słoik został dla mnie, to przecież trudno. Trzeba mieć pewność, że przepis nadaje się na prezent.

Codziennik Zadumanej - Poniedziałek na pełnych obrotach, czyli nauczycielka też musi odrobić lekcje

Poniedziałek. Dzień, który powinien mieć dołączoną instrukcję obsługi, pakiet regeneracyjny i ustawowo zagwarantowaną drzemkę po powrocie do domu. Zwłaszcza w moim przypadku, bo właśnie w poniedziałki mam najwięcej lekcji z całego tygodnia. Ktoś, kto układał mój plan, najwyraźniej uznał, że po dwóch dniach weekendu jestem tak wypoczęta, że spokojnie można wykorzystać wszystkie moje zasoby energetyczne już pierwszego dnia. Przyznaję, że jest to bardzo optymistyczne podejście do możliwości ludzkiego organizmu.

Od rana więc pełna mobilizacja. Szkoła, dzieci, lekcje, pytania, odpowiedzi, zeszyty, ćwiczenia i wszystkie te drobne wydarzenia, które sprawiają, że w pracy nauczyciela nie istnieje coś takiego jak przewidywalny dzień. Można mieć najpiękniej przygotowany scenariusz zajęć, a i tak w pewnym momencie okazuje się, że ktoś zgubił gumkę, ktoś inny znalazł cudzą temperówkę, a jeszcze ktoś ma do przekazania wiadomość tak ważną, że absolutnie nie może poczekać do przerwy. Najczęściej dotyczy ona czegoś, co wydarzyło się trzy dni wcześniej albo faktu, że babcia kupiła nowego kota. I spróbuj tu człowieku zachować powagę, kiedy właśnie tłumaczysz coś niezwykle istotnego, a naprzeciwko siedzi mały człowiek przekonany, że informacja o kocie babci jest sprawą najwyższej wagi państwowej.

Ale ja naprawdę lubię ten szkolny rozgardiasz. Nawet w poniedziałki, kiedy pod koniec dnia mam wrażenie, że moje struny głosowe złożyły wypowiedzenie, a mózg zaczyna pracować na zasilaniu awaryjnym. Dzieci potrafią zmęczyć człowieka do granic możliwości, a chwilę później powiedzieć coś tak rozbrajającego, że całe zmęczenie na moment znika. Oczywiście wraca zaraz po wyjściu ze szkoły, zazwyczaj ze zdwojoną siłą, ale przynajmniej człowiek ma się z czego pośmiać.

Po powrocie do domu czekała mnie jeszcze tradycyjna kontrola ze strony czworonożnego kierownictwa. Koty sprawdzają, czy przypadkiem nie zapomniałam o swoich obowiązkach wobec personelu futrzastego, Sisi ma własny harmonogram spacerowy, a ja coraz częściej odnoszę wrażenie, że jestem jedynym mieszkańcem tego domu, który musi regularnie wychodzić do pracy, żeby utrzymać pozostałych. Co ciekawe, żadne z nich nie wykazuje szczególnego zainteresowania moim zmęczeniem. Ich zdaniem człowiek po powrocie powinien być gotowy do natychmiastowej obsługi. Najlepiej całodobowej, z możliwością zgłaszania reklamacji.

I kiedy już wydawało mi się, że mogę spokojnie zakończyć poniedziałkową działalność zawodową, przypomniałam sobie o wtorku. A dokładniej o lekturze, którą będziemy omawiać z moją 2C. No i cóż, przyszło mi zasiąść do książki dla dzieci. Tak, tak, dobrze widzicie. Ja również czytam literaturę dziecięcą, chociaż przyznaję, że moja przygoda z tym gatunkiem ogranicza się obecnie głównie do lektur szkolnych. Nie dlatego, że mam coś przeciwko książkom dla najmłodszych, ale przy moich własnych stosach czytelniczych trudno byłoby mi jeszcze wygospodarować czas na dodatkowy repertuar.

Tym razem na warsztat trafiła „Dziewczynka z parku” Barbary Kosmowskiej. Książka czekała grzecznie na stoliku, a ja przez chwilę spoglądałam na nią z mieszaniną sympatii i lekkiego wyrzutu sumienia. Bo przecież nie wypada, żeby nauczyciel omawiał z dziećmi lekturę, której sam nie przeczytał. Wyobraziłam sobie, jak podczas zajęć ktoś zadaje mi szczegółowe pytanie, a ja próbuję ratować sytuację, mówiąc, że to bardzo ciekawe zagadnienie i warto wspólnie poszukać odpowiedzi. Owszem, rozwijanie samodzielnego myślenia jest ważne, ale niekoniecznie w charakterze zasłony dymnej dla nieprzygotowanej pani.

Usiadłam więc w moim czytelniczym kąciku, otworzyłam książkę i po kilku stronach przypomniałam sobie, że literatura dziecięca potrafi być znacznie mądrzejsza, niż sugeruje jej objętość czy wiek odbiorcy. Dorośli mają czasem dziwną skłonność do przekonania, że poważne sprawy wymagają grubych książek, skomplikowanych zdań i przynajmniej kilku słów, których znaczenie trzeba sprawdzić w słowniku. Tymczasem autorzy piszący dla dzieci potrafią opowiedzieć o trudnych emocjach, tęsknocie, przyjaźni i codziennym życiu w sposób prosty, ale niezwykle poruszający. Bez zbędnego komplikowania tego, co i tak bywa wystarczająco trudne.

I tak mój poniedziałkowy wieczór, który miał być już wyłącznie czasem odpoczynku, zamienił się w kolejne spotkanie z książką. Tyle że tym razem czytałam trochę jako nauczycielka, trochę jako dorosła kobieta, a trochę jak dziecko, które pamięta jeszcze, że świat potrafi być jednocześnie piękny, niesprawiedliwy, zabawny i bardzo skomplikowany.

Zresztą im dłużej pracuję z dziećmi, tym bardziej przekonuję się, że to my, dorośli, niepotrzebnie komplikujemy sobie wiele spraw. Potrafimy godzinami analizować drobiazgi, przejmować się opiniami innych, planować wszystko z ogromnym wyprzedzeniem i martwić się rzeczami, które jeszcze nawet się nie wydarzyły. Dzieci natomiast często potrafią cieszyć się czymś zupełnie zwyczajnym, szczerze powiedzieć, że jest im smutno, albo po prostu przyznać, że kogoś lubią. Oczywiście potrafią też pokłócić się o kolor kredki, ale umówmy się, że dorośli prowadzą nieraz znacznie poważniejsze konflikty o równie absurdalne sprawy.

Może więc od czasu do czasu warto sięgnąć po książkę przeznaczoną dla młodszych czytelników. Nie po to, żeby cofnąć się do dzieciństwa, ale żeby przypomnieć sobie o rzeczach, które gdzieś po drodze zaczęliśmy uważać za zbyt oczywiste. O tym, że warto być uważnym na drugiego człowieka, nie lekceważyć cudzych uczuć i nie oceniać nikogo wyłącznie po tym, co widać na pierwszy rzut oka.

A ja mam jeszcze jeden wniosek z dzisiejszego dnia. Człowiek może być nauczycielem przez wiele lat, mieć za sobą niezliczone lekcje, szkolenia i stosy dokumentów, a i tak wciąż pozostaje uczniem. Czasem uczy się od dzieci, czasem z książek, a czasem od własnych zwierząt, które codziennie przypominają mu, że cierpliwość jest cnotą wymagającą nieustannego doskonalenia.

Na dzisiaj jednak zamykam już wszystkie szkolne sprawy. Lektura przeczytana, wtorkowe zajęcia mogą spokojnie nadejść, a ja zamierzam jeszcze przez chwilę pobyć zwyczajną czytelniczką, która nie musi układać pytań do tekstu, wyszukiwać głównego bohatera ani zastanawiać się nad celami operacyjnymi.

Chociaż znając siebie, jutro podczas omawiania książki i tak wpadnę na kolejny pomysł, który będzie wymagał przygotowania pięciu dodatkowych materiałów.

I właśnie dlatego mój poniedziałek powinien mieć co najmniej trzydzieści godzin. Najlepiej z sześcioma przeznaczonymi wyłącznie na czytanie i odpoczynek.

"Dobra Samarytanka" - John Marrs o tym, jak przerażające może być zło ukryte pod pozorem dobroci

Zastanawiam się czasem, czy moje zamiłowanie do thrillerów nie powinno mnie trochę niepokoić. W końcu człowiek mógłby wieczorem poczytać coś przyjemnego, odprężającego, z bohaterami, którzy rozwiązują swoje problemy przy filiżance herbaty. Tymczasem ja po raz kolejny wybieram historię, w której ludzie kłamią, manipulują, a ich psychika przypomina wyjątkowo skomplikowany labirynt. I jeszcze jestem zadowolona, kiedy autor skutecznie wyprowadza mnie w pole! John Marrs zdecydowanie wie, jak wykorzystać tę moją czytelniczą słabość. Po „Zabiłaś mnie pierwsza” przyszła pora na „Dobrą samarytankę” i muszę przyznać, że już sam pomysł na tę powieść jest wyjątkowo przewrotny.

Bo przecież kiedy słyszymy określenie „dobry samarytanin”, od razu myślimy o człowieku bezinteresownym, gotowym pomóc komuś w potrzebie. O kimś, komu można zaufać. Marrs bierze to piękne skojarzenie i robi z nim coś naprawdę paskudnego. Umieszcza bowiem swoją bohaterkę w miejscu, w którym zaufanie jest absolutną podstawą, a następnie pokazuje, co się dzieje, kiedy po drugiej stronie znajduje się osoba pozbawiona dobrych intencji.

Laura Morris jest wolontariuszką telefonu zaufania o nazwie Ostatni Przystanek. Odbiera połączenia od ludzi przeżywających najtrudniejsze chwile, często stojących na granicy życia i śmierci. Powinna ich wysłuchać, wesprzeć, pomóc odnaleźć choćby maleńki powód, żeby nie rezygnowali z dalszego życia. Problem polega na tym, że Laura wcale nie chce ich ratować. Przeciwnie. Czerpie satysfakcję z cudzej rozpaczy i potrafi tak pokierować rozmową, żeby człowiek znajdujący się w kryzysie stracił resztki nadziei.

Już samo to założenie wywołuje dreszcz. Szczególnie że Laura nie jest przedstawiona jako jakaś odrealniona postać z horroru. Ma rodzinę, codzienne obowiązki, własne problemy i przeszłość, która stopniowo odsłania przed czytelnikiem kolejne niepokojące szczegóły. Z zewnątrz można zobaczyć kobietę, która poświęca swój czas innym. Dopiero kiedy poznajemy jej myśli, zaczynamy rozumieć, jak wielka przepaść dzieli jej publiczny wizerunek od rzeczywistych intencji.

W pewnym momencie na drodze Laury pojawia się Ryan. Jego ciężarna żona odebrała sobie życie razem z nieznajomym mężczyzną. Ryan nie potrafi pogodzić się z tą tragedią i próbuje ustalić, co naprawdę się wydarzyło. Poszukiwanie odpowiedzi prowadzi go coraz bliżej kobiety, która zrobi wiele, aby nikt nie odkrył jej sekretów. I na tym poprzestanę, ponieważ zdradzanie kolejnych wydarzeń odebrałoby tej historii sporą część jej siły.

Najbardziej uderzyła mnie jednak nie sama intryga, ale postać Laury. Przyznaję, że dawno nie spotkałam bohaterki, która wzbudzałaby tak silną niechęć. Są przecież w thrillerach czarne charaktery, które mimo wszystko potrafimy polubić za inteligencję, poczucie humoru czy jakiś szczególny rodzaj uroku. Laura nie należy do tej kategorii. Jej sposób myślenia, chłód i umiejętność wykorzystywania ludzkich słabości sprawiają, że trudno patrzeć na nią bez złości. A jednak chce się czytać dalej, bo Marrs pozwala nam zajrzeć do jej głowy i zobaczyć rzeczywistość oczami kogoś, kto niemal wszystko interpretuje na własną korzyść.

To właśnie jest dla mnie najciekawszy element tej powieści. Laura nie postrzega siebie tak, jak widzi ją czytelnik. Potrafi usprawiedliwiać własne zachowania, przerzucać odpowiedzialność na innych i dopasowywać wspomnienia do obrazu, który stworzyła na swój temat. Z czasem poznajemy również doświadczenia z jej przeszłości. Niektóre są naprawdę trudne i pozwalają lepiej zrozumieć, skąd mogą brać się jej reakcje. Ale zrozumienie nie oznacza usprawiedliwienia. I bardzo dobrze, że ta granica pozostaje ważna.

Podczas lektury wracałam myślami do tego, jak ogromną siłę mają słowa. Na co dzień często wypowiadamy je bez większego zastanowienia. Czasem komuś poprawimy humor, czasem niechcący sprawimy przykrość. Zdarza się, że jedno zdanie zapamiętujemy na wiele lat. A przecież dla człowieka znajdującego się w głębokim kryzysie rozmowa może mieć znaczenie, którego nawet sobie nie wyobrażamy. Właśnie dlatego pomysł Marrsa jest tak niepokojący. Pokazuje sytuację, w której ktoś świadomie wykorzystuje tę szczególną bezbronność drugiego człowieka.

Myślę też, że „Dobra samarytanka” trafia w bardzo współczesny lęk. Przyzwyczailiśmy się do oceniania ludzi po tym, jak prezentują się na zewnątrz. Ktoś działa charytatywnie, angażuje się społecznie, mówi właściwe rzeczy, więc automatycznie przypisujemy mu dobre intencje. Oczywiście w rzeczywistym świecie ogromna większość osób pomagających innym robi to z autentycznej troski. Marrs buduje jednak fikcyjną, skrajną sytuację, która przypomina, że sam wizerunek dobroci nie daje nam pełnej wiedzy o człowieku.

Od strony czytelniczej jest to thriller, który potrafi skutecznie podnieść ciśnienie. Autor prowadzi historię z różnych perspektyw, dzięki czemu stopniowo zmienia się nasze rozumienie wydarzeń. To, co w jednej chwili wydaje się oczywiste, po kilku rozdziałach nabiera zupełnie innego znaczenia. Lubię takie zabiegi, pod warunkiem że nie służą wyłącznie sztucznemu zaskakiwaniu. Tutaj wiele zwrotów akcji wynika z charakterów bohaterów, ich obsesji, decyzji i wzajemnych relacji. Trudno też oprzeć się pokusie przeczytania jeszcze jednego rozdziału, szczególnie kiedy zaczyna się rozumieć, jak daleko może posunąć się Laura.

Nie będę jednak udawać, że wszystko w tej powieści jest idealne. Momentami miałam wrażenie, że autor pozwala swoim bohaterom na trochę zbyt wiele. Niektóre sytuacje układają się wyjątkowo dogodnie, a zachowania poszczególnych postaci bywają trudne do zaakceptowania z punktu widzenia zwykłej życiowej logiki. Zdarzało mi się pomyśleć, że w rzeczywistości ktoś przecież musiałby coś zauważyć, zareagować albo zadać właściwe pytanie. Nie przeszkodziło mi to w śledzeniu historii, ale rozumiem czytelników, dla których wiarygodność wydarzeń jest ważniejsza niż kolejne fabularne niespodzianki.

Trzeba też powiedzieć wyraźnie, że nie jest to książka dla każdego. Marrs porusza temat samobójstwa, depresji, przemocy psychicznej i manipulacji wobec osób znajdujących się w kryzysie. Niektóre sceny są mocne, a atmosfera powieści potrafi przytłoczyć. Nie ma tutaj szczególnie wiele miejsca na oddech czy pocieszenie. To historia, która celowo wywołuje dyskomfort, a niektóre jej fragmenty mogą być trudne dla osób wrażliwych na tę tematykę.

Właśnie ten dyskomfort sprawia jednak, że „Dobra samarytanka” wyróżnia się spośród wielu thrillerów. Nie chodzi wyłącznie o odkrycie, kto za czym stoi i jak zakończy się konfrontacja bohaterów. Czytając, zaczynamy zastanawiać się nad granicami odpowiedzialności, nad tym, jak łatwo manipulować człowiekiem w chwili słabości i dlaczego niektórzy ludzie potrafią krzywdzić innych bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Marrs nie daje nam przy tym bohaterki, którą łatwo zrozumieć i polubić. Zmusza raczej do przebywania przez kilkaset stron w towarzystwie kogoś, od kogo w prawdziwym życiu chciałoby się trzymać jak najdalej.

A zakończenie? Powiem tylko, że nie należy oczekiwać od autora szczególnej łaskawości wobec czytelnika. John Marrs potrafi doprowadzić historię do miejsca, w którym zamiast spokojnej satysfakcji pojawiają się złość, niedowierzanie i potrzeba przemyślenia tego, co właśnie przeczytaliśmy. Nie każdemu taki finał przypadnie do gustu. Ja jednak lubię, kiedy thriller nie kończy się dokładnie tak, jak podpowiadałyby moje oczekiwania.

Po „Zabiłaś mnie pierwsza” wiedziałam już, że Marrs ma talent do wymyślania niepokojących historii. „Dobra samarytanka” utwierdziła mnie w przekonaniu, że szczególnie dobrze wychodzi mu tworzenie bohaterów, którzy potrafią wyprowadzić czytelnika z równowagi. Laura Morris zdecydowanie zostanie w mojej pamięci, choć nie jest to znajomość, do której chciałabym wracać w rzeczywistym życiu.

Czy polecam? Tak, zwłaszcza miłośnikom mrocznych thrillerów psychologicznych, w których najważniejsza jest ludzka psychika, a nie samo śledztwo. Trzeba tylko przygotować się na historię pełną okrucieństwa, manipulacji i moralnego niepokoju. I może jeszcze na to, że po jej przeczytaniu określenie „dobra samarytanka” przez jakiś czas będzie brzmiało zupełnie inaczej.

A ja po raz kolejny przekonałam się, że kiedy John Marrs zaprasza mnie do świata swoich bohaterów, rozsądniej byłoby odmówić. Tylko że oczywiście nie zamierzam tego robić. 

Codziennik Zadumanej - Waży niewiele, terroryzuje całe osiedle. Poznajcie Sisi!

Niedziela. Dzień odpoczynku, błogiego lenistwa, spokojnej kawy i niespiesznego poranka. Przynajmniej taką wersję niedzieli przedstawiają kolorowe magazyny i ludzie, którzy nie mają psa z zaburzeniami stosunków międzynarodowych. Ja mam Sisi. Niewielkie stworzenie, które wygląda jak niewinny aniołek, waży tyle co porządny worek ziemniaków w wersji mini, ale charakterem mogłoby obdzielić całe stado rottweilerów. I jeszcze by zostało na dwa dobermany.

Moja Sisi jest bowiem psem wybitnie aspołecznym, a właściwie, nazywając rzeczy po imieniu, małym psim socjopatą. Nie życzy sobie kontaktów towarzyskich, nie uznaje psich znajomości i uważa, że każde zwierzę pojawiające się w promieniu jej wzroku stanowi osobistą obrazę majestatu. Wystarczy, że na horyzoncie zamajaczy pies prowadzony przez niczego nieświadomego właściciela, a moja kruszynka przechodzi natychmiastową przemianę. Jeszcze przed chwilą wąchała sobie listek, a sekundę później ogłasza stan wojenny, wydaje komunikaty ostrzegawcze i usiłuje przeprowadzić ofensywę, której nie powstydziłby się niejeden dowódca wojskowy. Oczywiście wszystko to odbywa się na smyczy, której drugi koniec trzymam ja, pełniąca jednocześnie funkcję negocjatora, ochroniarza i oddziału prewencji.

Dlatego właśnie mój budzik dzwoni o 4.45. Tak, dobrze przeczytaliście. Za piętnaście piąta rano. O godzinie, o której większość normalnych ludzi przewraca się na drugi bok, a nawet ptaki zastanawiają się, czy już warto zaczynać koncert, ja wychodzę z domu na spacer z psem, który nie toleruje konkurencji na osiedlu. Mamy bowiem bardzo wąskie okno czasowe. O piątej piętnaście, najpóźniej dwadzieścia, zaczyna się wielki poranny exodus. Psy wyprowadzają swoich właścicieli, chodniki zapełniają się czworonożnymi spacerowiczami, a Sisi uznaje, że oto rozpoczęła się inwazja obcych wojsk.

Przez te kilkanaście minut przed świtem świat należy do nas. Ulice są puste, powietrze chłodne, latarnie jeszcze świecą, a ja maszeruję zaspana, zastanawiając się, w którym momencie swojego życia podpisałam umowę na takie warunki zatrudnienia. Co ciekawe, Sisi o tej porze jest wzorowym psem. Idzie sobie grzecznie, węszy, załatwia swoje sprawy i sprawia wrażenie istoty niezwykle zrównoważonej emocjonalnie. Gdyby ktoś zobaczył nas tylko wtedy, mógłby pomyśleć, że przesadzam z opowieściami o jej charakterze. Wystarczyłoby jednak zaprosić na spacer przypadkowego jamnika i cała ta piękna legenda rozsypałaby się szybciej niż moje postanowienia dotyczące ograniczenia liczby kupowanych książek.

Na zdjęciu zresztą widać ją w pełnej krasie. Stoi sobie pośród złotych liści, uśmiechnięta, niewinna, niemal reklamowa. Jesienny krajobraz, słoneczko, maleńki piesek i pełna harmonia. Gdybym nie znała tej artystki osobiście, sama dałabym się nabrać. To zdjęcie jest najlepszym dowodem na to, że pozory mylą, a niektóre stworzenia powinny mieć dołączoną instrukcję obsługi. Najlepiej wielostronicową, z rozdziałem dotyczącym sytuacji kryzysowych.

Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Że ja tę małą awanturnicę uwielbiam. Nawet kiedy o świcie stoję z jednym okiem otwartym, drugim jeszcze śniącym o poduszce, a ona z wielkim zaangażowaniem analizuje zapach trzeciego z kolei krzaczka. Czasami mam ochotę powiedzieć jej, że mogłybyśmy przecież żyć jak cywilizowane istoty, spacerować o normalnej porze, wymieniać uprzejmości z sąsiadami i ich psami. Ale Sisi najwyraźniej nie jest zainteresowana integracją społeczną, a ja po tylu latach pracy z dziećmi doskonale wiem, że nie każda propozycja współpracy spotyka się z entuzjazmem drugiej strony.

Zresztą te nasze poranne wyprawy mają też swoje dobre strony. Miasto o piątej rano wygląda zupełnie inaczej. Nie ma pośpiechu, samochodów jest niewiele, nikt nie przepycha się na chodniku, a jesienią nawet zwyczajny trawnik zasypany liśćmi potrafi wyglądać pięknie w świetle latarni. Jest w tej ciszy coś kojącego, chociaż przyznaję, że odkrywanie jej uroków byłoby znacznie przyjemniejsze po siódmej i z kawą w ręku.

A dzisiaj, w niedzielę, patrząc na moją małą rozrabiakę, pomyślałam sobie, że życie z innymi istotami, czy to ludźmi, czy zwierzętami, rzadko wygląda tak, jak sobie wymarzyliśmy. Każdy ma swoje dziwactwa, przyzwyczajenia, lęki i granice. Jedni potrzebują towarzystwa, inni świętego spokoju, a jeszcze inni najchętniej przegoniliby z osiedla całą konkurencję. I choć nad trudnymi zachowaniami trzeba pracować, nie wszystko da się zmienić jednym poleceniem, a miłość nie polega przecież na tym, że ktoś zawsze zachowuje się dokładnie tak, jak byśmy chcieli.

Może więc warto czasami zamiast denerwować się, że coś nie wygląda po naszej myśli, poszukać sposobu, żeby wspólnie jakoś to życie urządzić. Z odrobiną cierpliwości, poczucia humoru i świadomością, że nie każdy problem wymaga natychmiastowego rozwiązania. Niektóre wymagają po prostu czasu, konsekwencji i dobrego planu.

Mój plan na razie zakłada pobudkę o 4.45, omijanie innych psów i regularne negocjacje z niewielką istotą o bardzo zdecydowanych poglądach. Czy to idealny układ? Absolutnie nie. Czy zamieniłabym Sisi na spokojnego pieska, który grzecznie wita wszystkich sąsiadów? Za żadne skarby.

Chociaż gdyby ktoś wynalazł sposób na przesunięcie psich konfliktów dyplomatycznych na godzinę ósmą, chętnie zapisałabym się na listę oczekujących.

A teraz życzę wszystkim spokojnej niedzieli. Szczególnie właścicielom psów, którzy mogą spać do siódmej. Nie wiecie, jakie macie luksusowe życie.

Sisi też pozdrawia. Oczywiście wyłącznie ludzi. Pozostałym gatunkom radzi zachować bezpieczny dystans.

Codziennik Zadumanej - Rosół miał święty spokój, ja potrzebowałam spychacza!

Są takie dni, kiedy człowiek od rana ma ambitne plany, a są i takie, kiedy wystarczy postawić na kuchence wielki gar rosołu, żeby poczuć, że życie jednak ma sens. Dzisiaj postanowiłam połączyć jedno z drugim, chociaż przyznaję, że gdybym wcześniej wiedziała, ile mnie czeka, być może poprzestałabym na rosole i ogłosiła resztę dnia świętem narodowym.

Rosół nastawiłam porządny, taki, który nie uznaje pośpiechu, kostek rosołowych ani żadnych nowoczesnych wynalazków mających skrócić drogę do szczęścia. Mięso, warzywa, przyprawy i kilka godzin spokojnego pyrkania. Od rana w całym mieszkaniu unosił się zapach, który natychmiast przenosi człowieka do czasów, kiedy niedzielny obiad był wydarzeniem, a babcie doskonale wiedziały, że dobrego rosołu nie da się poganiać. Mój garnek pracował więc cierpliwie przez niemal cały dzień, a ja w tym czasie postanowiłam rozprawić się z tym, co przez ostatni tydzień działo się w mieszkaniu.

A działo się, oj działo. Po pięciu dniach pracy dom wyglądał tak, jakby wszystkie przedmioty postanowiły urządzić sobie imprezę integracyjną, tylko nikt nie poczuwał się do obowiązku posprzątania po zakończeniu zabawy. Tu coś odłożone na chwilę, tam coś zostawione na później, a owo „później” najwyraźniej wyjechało na urlop i nie zamierzało wracać. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że zwykły odkurzacz może nie wystarczyć. Potrzebny byłby spychacz, ekipa remontowa i człowiek z doświadczeniem w usuwaniu skutków klęsk żywiołowych. Ostatecznie jednak, jako kobieta przyzwyczajona do radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych, zakasałam rękawy i przystąpiłam do akcji.

Najbardziej fascynuje mnie to, jak szybko mieszkanie potrafi stracić porządek, nad którym człowiek wcześniej pracował z takim poświęceniem. Przecież nikt tutaj nie urządza codziennie balów, nie przyjmuje wycieczek szkolnych ani nie prowadzi zakładu produkcyjnego. A jednak wystarczy kilka intensywnych dni, żeby rzeczy zaczęły żyć własnym życiem. Podejrzewam nawet, że kiedy wychodzę do pracy, część z nich przemieszcza się samodzielnie. Nie mam jeszcze dowodów, ale śledztwo trwa. W domu pełnym kotów i jednego psa możliwości jest zresztą wiele, chociaż wszyscy zainteresowani konsekwentnie odmawiają składania zeznań.

I tak krążyłam między kuchnią a kolejnymi pomieszczeniami, raz po raz zaglądając do garnka. Rosół pyrkał sobie dostojnie, kompletnie niewzruszony moją aktywnością. Trochę mu zazdrościłam. On przez kilka godzin robił właściwie jedną rzecz i wszyscy będą go za to podziwiać. Ja w tym samym czasie wykonałam kilkanaście różnych czynności, a jutro najprawdopodobniej nikt nawet nie zauważy, że jeszcze dzisiaj trwała tu operacja przywracania ładu i porządku. Taka już niesprawiedliwość dziejowa. Rosół zbiera pochwały, a człowiek zbiera okruszki spod stołu.

Ale przyznaję, że lubię ten moment, kiedy po całym zamieszaniu wreszcie można rozejrzeć się dookoła i zobaczyć efekty. Wszystko wraca na swoje miejsce, w kuchni pachnie domowym obiadem, a człowiek ma przyjemne poczucie, że odzyskał kontrolę przynajmniej nad własnym mieszkaniem. Nad resztą życia nie zamierzam nawet próbować. Mam już swoje lata, trochę doświadczenia i wystarczająco dużo rozsądku, żeby wiedzieć, że niektóre sprawy lepiej pozostawić losowi. Zwłaszcza jeśli dotyczą planów na kolejny tydzień, bo te lubią się zmieniać szybciej niż pogoda w październiku.

I właśnie dochodzi siedemnasta. Garnek wykonał swoje zadanie, dom odzyskał przyzwoity wygląd, a ja oficjalnie zamykam dzisiejszy zakład usług porządkowych. Za chwilę zaparzę cały dzbanuszek jesiennej herbaty, wezmę książkę i przeniosę się do mojego ukochanego czytelniczego kącika. Nie zamierzam już niczego poprawiać, przekładać ani sprawdzać, czy przypadkiem gdzieś nie został jeden zbłąkany okruszek. Niech sobie leży. Przynajmniej do jutra będzie miał jakieś zajęcie.

Wiecie, co sobie dzisiaj pomyślałam? Że z życiem jest trochę jak z dobrym rosołem. Nie wszystko da się przyspieszyć, nie każda chwila musi być wypełniona działaniem, a najlepsze rzeczy często powstają wtedy, kiedy pozwalamy im spokojnie dojrzewać. Tylko my, w przeciwieństwie do garnka stojącego na kuchence, mamy dziwną skłonność do ciągłego dokładania sobie kolejnych obowiązków. Jakby odpoczynek trzeba było najpierw uczciwie odpracować, najlepiej na trzy zmiany.

A przecież czasami warto zwyczajnie uznać, że na dzisiaj wystarczy. Nawet jeśli nie wszystko jest idealne, nawet jeśli gdzieś czeka jeszcze jakaś sprawa, a lista rzeczy do zrobienia nie została wykreślona do ostatniego punktu. Dom ma być miejscem, w którym dobrze się żyje, a nie muzeum, w którym człowiek boi się oddychać, żeby nie naruszyć ekspozycji.

Dlatego na dzisiejszy wieczór mam bardzo prosty plan: pachnąca herbata, dobra książka, wygodny fotel i absolutny zakaz wymyślania sobie dodatkowej roboty. A gdyby przypadkiem przyszło mi do głowy, że mogłabym jeszcze coś zrobić, przypomnę sobie mój rosół. On przez cały dzień spokojnie pyrkał, nigdzie się nie spieszył i wyszedł wspaniale.

Może więc czasami naprawdę warto brać przykład z garnka.

Chociaż mam nadzieję, że nie dosłownie, bo po dzisiejszym sprzątaniu zamierzam już tylko siedzieć, a nie bulgotać.

Mały słoik przyprawy do szarlotki

Jesienią jabłka mają u mnie zdecydowanie lepszą prasę niż przez resztę roku. Wystarczy, że zrobi się chłodniej, a od razu zaczynam myśleć o szarlotce, pieczonych jabłkach, owsiance z cynamonem i wszystkim, co pachnie tak, jakby w kuchni działo się coś bardzo domowego. I właśnie dlatego zrobiłam własną mieszankę przypraw, którą można wsypać do jabłek, kawy, owsianki albo deseru bez wyciągania za każdym razem połowy zawartości szafki.

Bazą jest oczywiście cynamon, bo bez niego cała historia nie miałaby sensu. Do czterech łyżeczek cynamonu dodaję jedną łyżeczkę mielonego imbiru, pół łyżeczki kardamonu, niewielką szczyptę gałki muszkatołowej i około jednej czwartej łyżeczki mielonych goździków. Z tymi ostatnimi naprawdę nie ma potrzeby szaleć, bo kilka niepozornych goździków potrafi skutecznie przekonać pozostałe przyprawy, że nie mają już nic do powiedzenia.

Wszystko dokładnie mieszam i przesypuję do małego, suchego słoiczka. I właściwie cała filozofia. Nie trzeba niczego gotować, suszyć ani pilnować piekarnika, co samo w sobie jest już dużą zaletą. Jeśli lubię mieszankę bardziej cynamonową, dodaję więcej cynamonu. Jeśli chcę mocniej poczuć kardamon, zwiększam jego ilość odrobinę, ale naprawdę odrobinę, bo tutaj łatwo z jesiennej przyprawy zrobić doświadczenie sensoryczne o dużej sile rażenia.

Najczęściej dodaję łyżeczkę mieszanki do jabłek na szarlotkę albo do jabłek duszonych na patelni. Świetnie pasuje też do owsianki, jogurtu, naleśników czy kawy. Można wsypać szczyptę do kakao albo ciepłego mleka, a kiedy najdzie mnie ochota na coś słodkiego bez większego planowania, wystarczy pokroić jabłko, podgrzać je z odrobiną masła i właśnie tą mieszanką. Pachnie jak deser, nawet jeśli cały wysiłek kuchenny trwał kilka minut.

Taki mały słoik świetnie sprawdza się również jako drobny prezent. Wystarczy przewiązać go sznurkiem i dodać prostą zawieszkę z nazwą. Można przygotować kilka sztuk od razu i dołączyć do domowej świecy, jesiennej herbaty albo butelki syropu dyniowego. Powstaje prezent z tych, które naprawdę się zużywa, zamiast przez następne trzy lata przekładać z półki na półkę.

U mnie słoiczek stoi teraz w kuchni pod ręką i podejrzewam, że do końca jesieni jego zawartość będzie znikała szybciej, niż planowałam. Bo jak już człowiek raz przyzwyczai się do tego, że wszystko może pachnieć trochę bardziej jak szarlotka, bardzo trudno później wrócić do zwykłej owsianki.

"Narzeczona" - Marcel Moss o tym, jak jeden sekret potrafi zniszczyć dziesięć lat zaufania

Moja lista ulubionych autorów właśnie się powiększyła. I pomyśleć, że jeszcze niedawno byłam przekonana, że Freida McFadden i Agnieszka Peszek skutecznie zagospodarowały już całą moją czytelniczą uwagę. Tymczasem pojawił się Marcel Moss ze swoją „Narzeczoną” i zrobił mi niezłe zamieszanie w głowie. Znowu przepadłam w historii, przy której trudno spokojnie odłożyć książkę, bo przecież jeszcze jeden rozdział, jeszcze kilka stron, jeszcze tylko sprawdzę, co wydarzy się dalej. A później człowiek zerka na zegarek i dochodzi do wniosku, że chyba ktoś przestawił wskazówki. Oczywiście nie mam sobie nic do zarzucenia. To wyłącznie wina autora, który najwyraźniej doskonale wie, jak skutecznie odciągnąć czytelnika od codziennych obowiązków.

„Narzeczona” zaczyna się od sytuacji, która mogłaby wydarzyć się w niejednym małżeństwie, gdyby nie pewien wyjątkowo niepokojący szczegół. Odeta i Hubert świętują dziesiątą rocznicę ślubu w eleganckiej restauracji. Powinien to być miły wieczór, okazja do wspomnień i rozmów o wspólnie spędzonych latach. Nagle pojawia się obca kobieta, robi awanturę, a na odchodne wyznaje Hubertowi miłość. Trudno wyobrazić sobie bardziej niezręczną sytuację podczas rocznicowej kolacji. Szybko okazuje się jednak, że to dopiero początek problemów. Tajemnicza kobieta to Adrianna, była narzeczona Huberta, która dwanaście lat wcześniej zniknęła bez śladu w dniu ich planowanego ślubu. Najbardziej zdumiewające jest to, że Odeta nigdy wcześniej o niej nie słyszała. Dziesięć lat małżeństwa, wspólne życie, codzienne rozmowy, a tak ważna część przeszłości męża pozostała przed nią całkowicie ukryta.

Na tym autor oczywiście nie poprzestaje. Następnego dnia Adrianna zostaje znaleziona martwa, a nagranie awantury z restauracji trafia do internetu. Odeta i Hubert nagle stają się bohaterami historii, którą komentują zupełnie obcy ludzie. Pojawiają się podejrzenia, oskarżenia i fala hejtu. Odeta, nie mogąc pogodzić się z tym, czego dowiedziała się o mężu, zaczyna na własną rękę szukać odpowiedzi. Nie zamierzam zdradzać więcej, bo właśnie stopniowe odkrywanie prawdy stanowi największą przyjemność z czytania tej książki.

Najbardziej zainteresowało mnie jednak nie samo śledztwo, lecz to, co dzieje się z zaufaniem, kiedy nagle okazuje się, że bliski człowiek przez lata coś przed nami ukrywał. Zastanawiałam się, czy po dziesięciu latach wspólnego życia można naprawdę znać drugą osobę. Przecież każdy z nas ma jakąś przeszłość, wspomnienia, o których niechętnie opowiada, i wydarzenia, do których nie chce wracać. Nie wszystko trzeba wyjawiać partnerowi ze szczegółami. Tylko gdzie kończy się prawo do prywatności, a zaczyna świadome ukrywanie prawdy, która mogłaby zmienić czyjąś decyzję o wspólnym życiu? I czy milczenie rzeczywiście jest czymś innym niż kłamstwo, jeśli przez lata pozwalamy drugiej osobie wierzyć w nieprawdziwy obraz naszej przeszłości?

Próbowałam wyobrazić sobie siebie na miejscu Odety. Czy potrafiłabym spokojnie wysłuchać wyjaśnień? Czy uwierzyłabym, że tak ważną historię można było przemilczeć bez żadnego powodu? Podejrzewam, że moja wyobraźnia natychmiast zaczęłaby podsuwać najgorsze scenariusze. Właśnie w tym tkwi siła powieści Mossa. Punktem wyjścia jest sytuacja, która początkowo wygląda jak małżeński skandal, ale bardzo szybko zamienia się w opowieść o strachu, podejrzeniach i niepewności. Najgorsze jest przecież to, że kiedy raz zaczynamy wątpić w czyjąś szczerość, nawet zupełnie zwyczajne zachowania nabierają podejrzanego znaczenia. Każde spóźnienie, przemilczana rozmowa czy nerwowa reakcja mogą wydawać się kolejnym dowodem na to, że coś jest nie tak.

Bardzo ciekawy jest również wątek internetowego hejtu. Wystarczy krótkie nagranie, wyrwany z kontekstu fragment czyjegoś życia i już setki ludzi czują się uprawnione do wydawania wyroków. Nikt nie zna całej historii, niewiele osób zastanawia się nad konsekwencjami swoich słów, za to niemal każdy ma gotową opinię. Marcel Moss pokazuje, jak łatwo prywatny dramat może zamienić się w publiczne widowisko, a ludzie, którzy jeszcze chwilę wcześniej prowadzili zwyczajne życie, stają się obiektem zbiorowej ciekawości i niechęci. Ten element powieści szczególnie do mnie przemówił, bo wystarczy przeczytać komentarze pod niektórymi internetowymi wiadomościami, żeby przekonać się, jak szybko potrafimy osądzać innych, nie mając pojęcia, co naprawdę się wydarzyło.

Podczas lektury wielokrotnie zmieniałam zdanie o bohaterach. Kiedy już wydawało mi się, że rozumiem ich motywacje, pojawiały się kolejne informacje i musiałam wszystko przemyśleć od początku. Oczywiście próbowałam rozwikłać zagadkę wcześniej, bo trudno mi czytać thriller i nie prowadzić przy okazji własnego śledztwa. Mam tylko jeden problem: moja wyobraźnia produkuje tyle teorii, że gdybym rzeczywiście pracowała w policji, podejrzanych zabrakłoby miejsca w komisariacie. Marcel Moss umiejętnie wykorzystuje tę czytelniczą skłonność do doszukiwania się drugiego dna. Podsuwa tropy, budzi wątpliwości i sprawia, że coraz trudniej zdecydować, komu właściwie można zaufać.

Nie chcę jednak przedstawiać „Narzeczonej” wyłącznie jako książki pełnej niespodzianek. Dla mnie to przede wszystkim opowieść o konsekwencjach dawnych decyzji. Często wydaje nam się, że wystarczy odciąć się od przeszłości, nie wracać do niewygodnych wspomnień i rozpocząć nowe życie. Tyle że niewyjaśnione sprawy nie zawsze pozostają tam, gdzie chcielibyśmy je zostawić. Czasem wracają po wielu latach, w najmniej odpowiednim momencie, a ich skutki dotykają również ludzi, którzy nie mieli z nimi nic wspólnego. W tej historii szczególnie mocno wybrzmiewa pytanie o to, czy można zbudować trwałe szczęście na przemilczeniach i czy miłość jest w stanie przetrwać odkrycie prawdy, która podważa fundamenty wspólnego życia.

Podoba mi się również sposób, w jaki Moss buduje napięcie. Nie potrzebuje na każdej stronie pościgów i kolejnych zbrodni. Potrafi sprawić, że zwyczajna rozmowa między małżonkami staje się bardziej niepokojąca niż niejedna scena rodem z kryminału. Czytelnik obserwuje narastającą nieufność i razem z Odetą próbuje oddzielić fakty od domysłów. Historia rozwija się sprawnie, a krótkie rozdziały skutecznie zachęcają do dalszego czytania. Przyznaję, że właśnie taki rodzaj thrillera lubię najbardziej: kiedy największe zagrożenie niekoniecznie czai się w ciemnej uliczce, ale może siedzieć naprzeciwko nas przy kuchennym stole.

Czy wszystko w tej powieści jest równie prawdopodobne? Niektóre sytuacje wymagają od czytelnika odrobiny wyrozumiałości, ale przy thrillerach nauczyłam się już nie analizować każdego szczegółu z dokładnością godną komisji śledczej. Zdecydowanie bardziej zależy mi na dobrej historii, ciekawych bohaterach i napięciu, które nie znika po kilkudziesięciu stronach. „Narzeczona” spełniła te oczekiwania, a przy okazji zostawiła mnie z kilkoma refleksjami, które wykraczają daleko poza samą kryminalną zagadkę.

Marcel Moss dołącza więc do grona moich ulubionych autorów. Lubię pisarzy, którzy potrafią mnie zaskoczyć, ale jeszcze bardziej cenię tych, którzy pod sensacyjną fabułą ukrywają pytania dotyczące zwyczajnego ludzkiego życia. „Narzeczona” przypomniała mi, że zaufanie buduje się latami, a podważyć je można jednym odkryciem. Nie zawsze da się później naprawić to, co zostało zniszczone, nawet jeśli prawda okaże się bardziej skomplikowana, niż początkowo sądziliśmy.

Jeśli lubicie thrillery psychologiczne, rodzinne tajemnice i historie, w których do końca trudno rozstrzygnąć, kto mówi prawdę, warto sięgnąć po „Narzeczoną”. Ja już wiem, że na jednej książce Marcela Mossa się nie skończy. A moja lista autorów, których nowości będę wypatrywać, właśnie zrobiła się dłuższa. Półki mogą mieć na ten temat inne zdanie, ale na szczęście jeszcze nie nauczyły się protestować.

Codziennik Zadumanej - Jesień oszalała, a ja prawie przegapiłam najlepsze przedstawienie sezonu!

Jesień w tym roku najwyraźniej postanowiła wynagrodzić mi wszystkie poranki, kiedy wychodziłam do pracy w deszczu, i popołudnia, kiedy wracałam z parasolem, mokrymi butami i fryzurą, której nawet najlepszy fryzjer nie odważyłby się podpisać własnym nazwiskiem. Od kilku dni rozpieszcza nas tak piękną pogodą, że aż trudno uwierzyć, że mamy drugą połowę października. Słońce świeci, drzewa wyglądają, jakby ktoś wydał fortunę na ich jesienną garderobę, a chodniki zasypane są liśćmi, które przy każdym kroku przyjemnie szeleszczą pod butami. Nawet ja, osoba zazwyczaj dość odporna na pokusy, mam ochotę rzucić wszystko i pójść przed siebie. Oczywiście po uprzednim sprawdzeniu, czy nie mam czegoś do przygotowania na jutro, bo nauczycielskie sumienie potrafi człowieka dogonić nawet w najpiękniejszych okolicznościach przyrody.

I właśnie za takie dni kocham jesień. Za to światło, które sprawia, że nawet zwyczajna alejka wygląda jak kadr z filmu, za zapach opadłych liści, za chłodniejsze powietrze i słońce, które jeszcze całkiem przyjemnie grzeje w twarz. Można iść powoli, przyglądać się drzewom, zatrzymać nad wodą i przez chwilę nie zastanawiać się, co trzeba kupić, komu odpisać, co wydrukować i ile dokumentów czeka na swoją kolej. Przyznaję, że z tym ostatnim bywa u mnie różnie. Mój mózg ma bowiem wyjątkowy talent do przypominania o obowiązkach dokładnie wtedy, kiedy postanawiam o nich nie myśleć. Najwyraźniej nie otrzymał jeszcze informacji, że podczas spaceru obowiązuje zakaz zebrań organizacyjnych.

Patrzę na te wszystkie odcienie złota, pomarańczu i czerwieni i dochodzę do wniosku, że natura ma jednak niezwykłe poczucie stylu. Nie potrzebuje dekoratora wnętrz, inspiracji z internetu ani kolejnego koszyka zakupowego. Wystarczy jej trochę słońca, chłodniejsze noce i kilka tygodni, żeby urządzić widowisko, którego nie da się podrobić. A ja, która potrafię pół godziny zastanawiać się, gdzie najlepiej postawić jesienną świeczkę, mogę tylko z pokorą przyznać, że konkurencja jest zdecydowanie poza moim zasięgiem.

Najzabawniejsze jest jednak to, że jeszcze niedawno tak bardzo cieszyłam się na jesień, a teraz już zaczynam zerkać w stronę Adwentu. Kalendarz adwentowy kupiony, świąteczne książki kuszą, a korzenne zapachy powoli ustawiają się w kolejce do mojej kuchni. Tylko że dzisiaj powiedziałam sobie stanowczo: żadnego przyspieszania. Pierniczki poczekają, świąteczne filmy nie uciekną, a choinka naprawdę nie musi rywalizować z październikowymi klonami. Zwłaszcza że te ostatnie właśnie prezentują kolekcję, której szkoda byłoby nie obejrzeć.

Coraz częściej łapię się na tym, że żyję trochę na zapas. Planuję kolejny tydzień, następny miesiąc, przygotowuję materiały, wymyślam nowe rzeczy, a przecież życie dzieje się właśnie teraz. W środę po południu, na alejce zasypanej liśćmi, w promieniach słońca odbijających się od wody. Nie trzeba czekać na weekend, urlop ani szczególną okazję, żeby przeżyć coś przyjemnego. Czasami wystarczy wyjść z domu i pozwolić sobie przez chwilę nigdzie się nie spieszyć.

Dlatego dzisiaj mam dla siebie małe postanowienie. Będę mniej wybiegała myślami do przodu, a częściej rozglądała się dookoła. Jesień nie będzie przecież czekała, aż skończę wszystkie swoje obowiązki, uporządkuję dokumenty i uznam, że wreszcie mam czas na przyjemności. Ona robi swoje, codziennie gubi trochę złota i ani przez moment nie przejmuje się tym, że za chwilę przyjdzie listopad.

I chyba właśnie tego mogłabym się od niej nauczyć. Cieszyć się tym, co jest, zamiast ciągle przygotowywać się na to, co dopiero będzie.

A gdyby ktoś mnie szukał, to informuję, że chwilowo jestem zajęta podziwianiem jesieni. Sprawy pilne proszę kierować do odpowiedniego działu. Najlepiej do Hektora. On i tak od lat uważa, że zarządza całym tym interesem.

Jesienna herbata po mojemu

Jesienią moja kuchnia zaczyna pachnieć trochę inaczej. Cynamon nagle przestaje być przyprawą, która przez pół roku stoi grzecznie w szafce, pomarańcze pojawiają się częściej, a wieczorna herbata zaczyna mieć zdecydowanie większe wymagania. Zwykła czarna herbata nadal jest dobra, ale skoro za oknem ciemno robi się zdecydowanie za wcześnie, można jej trochę pomóc i przygotować własną jesienną mieszankę.

Bazą jest dobra czarna herbata liściasta. Do niej dodaję drobno pokrojone suszone jabłko, dobrze wysuszoną skórkę pomarańczy, kawałki cynamonu i kilka goździków. Z goździkami zachowuję umiar, bo mają wyjątkowy talent do przejmowania dowodzenia nad wszystkim, co znajdzie się w ich pobliżu. Podobnie z cynamonem, ma być wyczuwalny, ale herbata nadal powinna smakować herbatą.

Na około 100 gramów czarnej herbaty daję garść suszonego jabłka, skórkę z połowy dobrze umytej pomarańczy, jedną lub dwie laski cynamonu połamane na mniejsze kawałki i kilka goździków. Proporcje można spokojnie zmieniać. Jeśli ktoś kocha pomarańczę, może dać jej więcej, jeśli cynamon, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby był mocniej wyczuwalny.

Skórkę pomarańczową najlepiej wcześniej dobrze wysuszyć. Ścinam ją cienko, starając się zostawić jak najmniej białej części, kroję na drobne kawałki i suszę do momentu, aż będzie zupełnie sucha. Jabłko również musi być porządnie wysuszone. W gotowej mieszance nie powinno być wilgotnych składników, bo chcę mieć pachnącą herbatę, a nie mały eksperyment biologiczny w słoiku.

Wszystko mieszam w dużej misce i przesypuję do szklanego słoika. Potem daję mieszance kilka dni spokoju. Aromaty mają wtedy czas, żeby się ze sobą zaprzyjaźnić i po otwarciu słoika naprawdę czuć pomarańczę, jabłko i przyprawy. Przechowuję ją szczelnie zamkniętą, w suchym miejscu, z dala od wilgoci i intensywnych kuchennych zapachów.

Do kubka wsypuję mniej więcej tyle mieszanki, ile zwykle używam czarnej herbaty, zalewam gorącą wodą i zostawiam na kilka minut. Czasami dodaję jeszcze plaster świeżej pomarańczy, czasami odrobinę mojego jesiennego słodzidła, a czasami nic więcej, bo sama mieszanka ma już wystarczająco dużo charakteru.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że jesienna herbata może od razu stać się prezentem. Mały słoiczek albo papierowa torebka, trochę sznurka i gotowe. Nie trzeba wielkiego pudełka, folii, kokard i pięciu warstw opakowania. W środku jest coś zrobionego własnoręcznie, co naprawdę można wykorzystać i co pewnego chłodnego wieczoru prawdopodobnie komuś poprawi humor.

Ja oczywiście przygotowuję od razu większą porcję. Oficjalnie dlatego, że wygodniej zrobić wszystko za jednym razem. Nieoficjalnie dlatego, że oddawanie całego słoiczka komuś w prezencie byłoby już pewną przesadą. 

Codziennik Zadumanej - Nie ma oczu, ale widzi, kiedy mam wolną chwilę. Poznajcie Bubu!

Niedziela ma swoje prawa, a w moim domu obowiązuje jeszcze jeden, bardzo ważny przepis: człowiek może mieć plany, ale ostateczną decyzję o ich realizacji podejmują koty. Szczególnie jeden, najmłodszy, szary jegomość o imieniu Bubu, który wprawdzie nie widzi świata, ale doskonale wie, jak nim zarządzać. A przynajmniej tą jego częścią, w której mieszkam ja.

Dzisiaj postanowiłam poświęcić niedzielę temu, co lubię. Bez sprzątania, prania i domowej krzątaniny, za to z kawą, książką, przygotowaniem materiałów do pracy i kilkoma pomysłami na blogi. Wszystko pięknie zaplanowane, spokojne tempo, żadnego pośpiechu. I wtedy do akcji wkroczył Bubu. Nie musiał nawet niczego widzieć, żeby wiedzieć, że madka właśnie usiadła i zamierza zająć się czymś innym niż jego królewską osobą.

Bubu ma bowiem własny harmonogram, w którym najważniejszym punktem jest codzienny rytuał noszenia synusia na rękach. Nie ma znaczenia, czy akurat piszę, czytam, piję kawę, czy może próbuję przypomnieć sobie genialny pomysł, który przed chwilą przyszedł mi do głowy. Kiedy Bubu uzna, że nadeszła pora na czułości, rozpoczyna procedurę zgłoszeniową. A ja, jako jedyny etatowy pracownik działu obsługi Bubu, mam obowiązek niezwłocznie przystąpić do realizacji zamówienia.

I proszę mi wierzyć, reklamacji nie przyjmuje.

Najpierw trzeba go odpowiednio wziąć na ręce, potem przytulić, pogłaskać i zapewnić, że jest najwspanialszym synusiem na świecie. Następnie należy kontynuować przytulanie, ponieważ pierwsza porcja była jedynie wersją demonstracyjną. Dopiero kiedy jaśnie pan uzna, że poziom czułości osiągnął wymagane normy, mogę wrócić do swoich zajęć. Oczywiście do czasu kolejnej kontroli jakości świadczonych usług.

Patrzę na niego, kiedy tak spokojnie śpi na moim zielonym fotelu, z łapką wyciągniętą przed siebie, jakby właśnie zakończył wyjątkowo ciężki dzień pracy. I uśmiecham się pod nosem, bo gdyby ktoś nie znał jego historii, pomyślałby, że to po prostu kolejny rozpieszczony kot, który urządził sobie życie lepiej niż niejeden człowiek. Zresztą trudno byłoby się z tym nie zgodzić. Bubu ma własne zwyczaje, swoje ulubione miejsca, prywatną obsługę i absolutną pewność, że wszystko mu się należy. A najzabawniejsze jest to, że prawdopodobnie ma rację.

Tyle że za tym spokojnym, szarym futerkiem kryje się historia, która mogła skończyć się zupełnie inaczej.

Bubu jest najmłodszy z moich kotów. Uratowałam go, kiedy los zdążył już bardzo boleśnie go doświadczyć. Ciężki koci katar doprowadził do utraty oczu, przeszedł trzy operacje i musiał zmierzyć się z czymś, czego nie powinno doświadczać żadne zwierzę, a już szczególnie takie maleństwo. Pamiętam, ile było wtedy troski, niepewności i zwyczajnego strachu o to, czy wszystko dobrze się skończy. Dzisiaj, kiedy widzę go bezpiecznego, spokojnego i tak bezgranicznie ufającego, mam poczucie, że dostałam od życia jeden z najpiękniejszych prezentów. Chociaż formalnie to ja go uratowałam, czasami myślę, że on również zrobił coś bardzo ważnego dla mnie.

Bubu nie widzi mojej twarzy, ale doskonale zna mój głos, dotyk i zapach. Nie musi sprawdzać, gdzie jestem, żeby wiedzieć, że jestem blisko. W naszym domu porusza się po swojemu, a ja nauczyłam się szanować jego mały, uporządkowany świat. Dla niego ważne są znajome miejsca, przewidywalność i poczucie bezpieczeństwa. Dla mnie świadomość, że pomimo wszystkiego, co przeszedł, potrafi tak bardzo ufać człowiekowi.

A przy tym jest kotem z krwi i kości, ze wszystkimi kocimi fanaberiami. Nie żadnym biednym, nieszczęśliwym stworzonkiem, nad którym trzeba nieustannie ubolewać. O nie! Bubu nie potrzebuje litości. Potrzebuje miłości, pełnej miseczki, wygodnego miejsca do spania i madki dostępnej na każde zawołanie. Zwłaszcza tego ostatniego. Gdybym próbowała wyjaśnić mu, że właśnie przygotowuję kartę pracy na poniedziałkowe zajęcia, zapewne uznałby, że skoro potrafię pracować jedną ręką, druga może spokojnie zajmować się głaskaniem.

I tak sobie dzisiaj siedzę, popijam kawę, zerkam na mojego śpiącego synusia i dochodzę do wniosku, że zwierzęta mają niezwykły talent do uczenia nas rzeczy, których nie znajdziemy w żadnym poradniku. Bubu nauczył mnie przede wszystkim, żeby nie patrzeć na kogoś przez pryzmat tego, czego mu brakuje. Bo można nie mieć oczu, a mieć ogromną ciekawość świata, odwagę, charakter i niesamowitą zdolność do okazywania przywiązania. Można przejść przez bardzo trudne doświadczenia, a mimo to cieszyć się codziennością. I można być całkowicie zależnym od czyjejś pomocy w pewnych sprawach, a jednocześnie zachować własną niezależność i godność.

Myślę też, że my, ludzie, zbyt często koncentrujemy się na brakach. Na tym, czego nie mamy, czego nie potrafimy, co nam się nie udało i co jeszcze powinniśmy osiągnąć. Porównujemy się z innymi, odkładamy radość na później, czekamy na lepsze okoliczności. Tymczasem Bubu nie zastanawia się, czy jego życie mogłoby wyglądać inaczej. Korzysta z tego, co ma. Rozpoznaje znajome dźwięki, szuka bliskości, odpoczywa, kiedy jest zmęczony, i bez najmniejszych wyrzutów sumienia domaga się tego, czego potrzebuje.

Warto czasem wziąć z niego przykład. Nie wstydzić się prosić o pomoc, kiedy jest potrzebna. Nie traktować własnych ograniczeń jak życiowego wyroku. Doceniać tych, przy których czujemy się bezpiecznie, i nie odkładać czułości na jakiś bardziej odpowiedni moment. Bo ten odpowiedni moment najczęściej jest właśnie teraz, pomiędzy niedopitą kawą, otwartą książką i kolejnym punktem na naszej liście obowiązków.

A przede wszystkim nie trzeba być doskonałym, żeby zasługiwać na miłość. Bubu jest tego najlepszym dowodem. Dla kogoś mógłby być kotem wymagającym szczególnej troski, a dla mnie jest po prostu moim synusiem. Kochanym, rozpieszczonym, czasami upartym i absolutnie przekonanym o swojej wyjątkowości. I nie zamieniłabym go na żadnego innego.

Tymczasem niedziela powoli zmierza ku wieczorowi. Materiały do pracy przygotowane, kilka pomysłów zapisanych, książka czeka na swoją kolej, a Bubu nadal okupuje mój fotel. Patrzę na niego i zaczynam podejrzewać, że cała ta jego życiowa mądrość ma jeszcze jeden, bardzo praktyczny wymiar. Skoro można spokojnie przespać pół dnia, być noszonym na rękach, otrzymywać jedzenie pod nos i jeszcze wzbudzać powszechny zachwyt, to znaczy, że chłopak naprawdę nieźle urządził sobie życie.

Ja przez ponad trzydzieści lat pracy nie dorobiłam się takich warunków zatrudnienia.

I tylko jedno mnie zastanawia. Jak to możliwe, że kot, który nie ma oczu, zawsze bezbłędnie wyczuwa moment, w którym jego madka zamierza usiąść z gorącą kawą?

Bo jeśli to jest szósty zmysł, to mój Bubu ma go zdecydowanie w wersji premium.

"Je2bnik" - Agnieszka Peszek o tym, jak łatwo pomylić sprawiedliwość z zemstą

No i stało się. Dotarłam do trzeciego tomu serii „Ona” Agnieszki Peszek, chociaż jeszcze niedawno zarzekałam się, że powinnam trochę zwolnić z czytaniem kryminałów i zająć się czymś bardziej pożytecznym. Na przykład porządkami, które jakoś dziwnie nie chcą zrobić się same. Tyle że po „40. Raków” i „3kącie” trudno było zostawić tę historię niedokończoną. Zresztą znam już siebie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że kiedy jakaś seria mnie wciągnie, rozsądne postanowienia można spokojnie odłożyć na później. Tym sposobem na mój czytelniczy stolik trafił „Je2bnik”, a ja ponownie znalazłam się w świecie, w którym ludzie mają zdecydowanie więcej sekretów niż powodów do spokojnego snu.

Przyznam, że sam tytuł od początku mnie intrygował. „Je2bnik” brzmi osobliwie, trochę prowokacyjnie i właściwie nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Okładka z twarzą starszego mężczyzny również nie zapowiada przyjemnej, lekkiej historii. Agnieszka Peszek po raz kolejny sięga po mroczniejsze strony ludzkiej natury, a ja znów zaczęłam zastanawiać się, jak daleko można się posunąć, kiedy człowiek uwierzy, że ma prawo decydować o cudzym losie.

W poprzednich częściach szczególnie interesowało mnie to, w jaki sposób autorka pokazuje granicę między krzywdą, zemstą i sprawiedliwością. W „40. Raków” zastanawiałam się nad wpływem bolesnej przeszłości na dorosłe życie, a „3kąt” skłonił mnie do rozmyślań o lojalności i przyjaźni, która potrafi zamienić się w niebezpieczne zobowiązanie. Teraz wraca pytanie o odpowiedzialność za własne decyzje. Bo przecież niemal każdy człowiek potrafi znaleźć uzasadnienie dla swojego postępowania, nawet kiedy z boku widać wyraźnie, że przekroczył granicę, której przekraczać nie powinien.

Starszy aspirant Bartosz Bogucki ma tym razem naprawdę pełne ręce roboty. Kolejne sprawy, które trafiają na jego biurko, są coraz bardziej makabryczne. Ciało ułożone w przerażający sposób, książka wykorzystana jako element zbrodni, pusty basen zamieniony w miejsce, w którym rozgrywa się coś potwornego. Do tego dochodzi nowy partner, z którym współpraca nie układa się najlepiej, oraz zaginięcie komisarza Maksymiliana Obrębskiego. Bogucki próbuje więc rozwiązywać kolejne zagadki, a jednocześnie nie potrafi przestać myśleć o losie kolegi. Trudno się dziwić, że w pewnym momencie jego życie zawodowe zaczyna coraz mocniej odbijać się na prywatnym. Ja natomiast, zamiast spokojnie śledzić dochodzenie, tradycyjnie zaczęłam podejrzewać, że za wszystkim musi kryć się coś znacznie bardziej skomplikowanego.

Agnieszka Peszek po raz kolejny prowadzi historię kilkoma ścieżkami. Obok policyjnego śledztwa poznajemy Baśkę, kobietę zmagającą się z fibromialgią, oraz Alka, młodego człowieka naznaczonego trudnymi doświadczeniami. Dzięki temu kryminalna zagadka zyskuje psychologiczne tło, a czytelnik może przyjrzeć się ludziom, których życie dalekie jest od uporządkowanego i spokojnego. Szczególnie zainteresowało mnie to, jak różnie człowiek reaguje na cierpienie. Jednych trudne doświadczenia uczą wrażliwości na cudzą krzywdę, innych zamykają w świecie własnego bólu, a jeszcze inni zaczynają szukać winnych wszystkiego, co ich spotkało. Nie da się przecież przewidzieć ludzkich wyborów wyłącznie na podstawie przeszłości, choć czasem bardzo chcielibyśmy znaleźć takie proste wyjaśnienie.

Właśnie dlatego coraz bardziej lubię psychologiczną stronę książek Peszek. Oczywiście brutalne morderstwa, nieoczekiwane zwroty akcji i kolejne tajemnice skutecznie przyciągają uwagę, ale mnie interesuje przede wszystkim to, co dzieje się w głowach bohaterów. Skąd bierze się potrzeba kontrolowania innych? Dlaczego ktoś zaczyna wierzyć, że jego cierpienie jest większe i ważniejsze od cierpienia wszystkich dookoła? W którym momencie chęć naprawienia wyrządzonej krzywdy zamienia się w pragnienie zadawania bólu? Autorka nie daje łatwych odpowiedzi, za to pokazuje ludzi, których nie sposób oceniać wyłącznie na podstawie pierwszego wrażenia.

Przyznam jednak, że „Je2bnik” momentami wystawiał moją wyobraźnię na ciężką próbę. Peszek zdecydowanie nie należy do autorek, które oszczędzają czytelnikom drastycznych szczegółów. Niektóre sceny są naprawdę mocne i nawet ja, przyzwyczajona przecież do kryminałów, zastanawiałam się, skąd ona bierze takie pomysły. Mam nadzieję, że wyłącznie z wyobraźni, bo inaczej zacznę się trochę obawiać tej mojej polskiej Freidy. Na szczęście brutalność nie jest jedynym sposobem budowania napięcia. Dużą rolę odgrywają niedopowiedzenia, zmieniające się perspektywy i informacje, które początkowo wydają się mało istotne, a później nabierają zupełnie innego znaczenia.

Podobało mi się również to, że losy Boguckiego nie zostały sprowadzone wyłącznie do kolejnych policyjnych czynności. Zaginięcie Obrębskiego jest dla niego czymś osobistym, a nie tylko następną sprawą do rozwiązania. Widać, jak niepewność, bezsilność i brak odpowiedzi potrafią stopniowo odbierać człowiekowi spokój. Czasami przecież najtrudniejsze nie jest poznanie bolesnej prawdy, ale życie w ciągłym zawieszeniu, kiedy nie wiadomo, czy jeszcze można mieć nadzieję. Ten wątek sprawił, że znacznie mocniej zaangażowałam się w losy bohaterów i naprawdę chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej.

Nie będę udawała, że wszystkie wydarzenia przyjęłam bez mrugnięcia okiem. Przy tak rozbudowanej i momentami bardzo brutalnej fabule zdarzają się rozwiązania, które wymagają od czytelnika sporej wyrozumiałości. Bywało też, że miałam ochotę szybciej poznać odpowiedzi, zamiast śledzić kolejny poboczny wątek. Tyle że ostatecznie najważniejsze było dla mnie to, że książka nie pozwalała mi o sobie zapomnieć. Kiedy już wydawało mi się, że zaczynam rozumieć, dokąd zmierza historia, pojawiały się nowe informacje i całą układankę trzeba było przemyśleć jeszcze raz. A zakończenie zdecydowanie wynagradza cierpliwość.

Po trzech tomach serii „Ona” widzę, że Agnieszka Peszek coraz śmielej łączy klasyczny kryminał z thrillerem psychologicznym. Nie ogranicza się do samego poszukiwania mordercy, lecz pokazuje, jak skomplikowane bywają ludzkie motywacje i jak trudno czasami oddzielić ofiarę od sprawcy, szczególnie kiedy w grę wchodzą dawne krzywdy, samotność i potrzeba odzyskania kontroli nad własnym życiem. To nie znaczy, że każdą decyzję bohaterów można usprawiedliwić. Wręcz przeciwnie. Im więcej o nich wiemy, tym wyraźniej widać, że nawet najbardziej bolesna przeszłość nie zwalnia człowieka z odpowiedzialności za to, co robi innym.

Czy warto przeczytać „Je2bnik”? Moim zdaniem zdecydowanie tak, pod warunkiem że nie przeszkadzają Wam brutalne sceny i naprawdę mroczna tematyka. To mocna, wielowątkowa historia, w której kryminalne zagadki przeplatają się z problemami bohaterów, a napięcie utrzymuje się niemal do samego końca. Chociaż każda część serii opowiada odrębną historię, nadal uważam, że najlepiej czytać je po kolei. Dzięki temu znacznie łatwiej zrozumieć relacje między postaciami i emocje towarzyszące wydarzeniom.

A ja? Po zamknięciu „Je2bnika” uświadomiłam sobie, że mam już za sobą wszystkie cztery tomy serii „Ona”. Co ciekawe, „Numer 1” przeczytałam kilka miesięcy temu, zanim jeszcze poznałam wcześniejsze części. Teraz, kiedy znam już całą historię, mam ochotę wrócić do tamtej książki i sprawdzić, czy spojrzałabym na nią inaczej. Jedno jest pewne: Agnieszka Peszek na dobre zadomowiła się na mojej liście ulubionych autorek, a ja z przyjemnością będę wypatrywać jej kolejnych książek. I pomyśleć, że kiedyś obiecywałam sobie ograniczyć liczbę kryminałów na półkach. Na szczęście nigdzie nie zapisałam tej obietnicy, więc mogę spokojnie udawać, że nigdy jej nie było.

Jesienny peeling do dłoni

Jesienią dłonie bardzo szybko przypominają mi, że lato się skończyło. Trochę chłodniejszego powietrza, częstsze mycie, wiatr i nagle skóra przestaje współpracować, a krem stojący na półce zaczyna mieć znacznie więcej pracy. Tym razem zamiast kupować kolejny kosmetyk postanowiłam zrobić coś prostego sama. Mały słoiczek peelingu do dłoni, który pachnie jesiennie, wygląda całkiem przyzwoicie i powstaje właściwie z kilku rzeczy, które zwykle już są w domu.

Bazą jest zwykły cukier. Do niego dodaję niewielką ilość oleju, najlepiej takiego, który dobrze sprawdza się na skórze, na przykład migdałowego, kokosowego albo oliwy. Nie wlewam go od razu z rozmachem, bo zamiast peelingu bardzo łatwo zrobić deser o konsystencji zupy. Dodaję po trochu i mieszam, aż całość będzie wilgotna, ale nadal sypka i łatwa do nabierania.

Do jesiennej wersji można dodać wanilię albo naprawdę niewielką ilość cynamonu. Z cynamonem trzeba zachować ostrożność, ponieważ może podrażniać wrażliwą skórę. Jeśli dłonie są suche, popękane albo łatwo reagują zaczerwienieniem, wybrałabym wanilię i cynamon zostawiła do kawy. Można też użyć kosmetycznego olejku zapachowego przeznaczonego do stosowania na skórę, zgodnie z zaleceniami producenta.

Gotową mieszankę przekładam do małego, czystego i całkowicie suchego słoiczka. I właściwie na tym można skończyć, bo tutaj naprawdę nie ma potrzeby dekorowania wszystkiego, co nie zdążyło uciec. Kawałek sznurka wokół zakrętki wystarczy. Jeśli peeling ma być prezentem, można dodać małą papierową zawieszkę z nazwą i krótką informacją, żeby używać go na wilgotne dłonie i dokładnie spłukać.

Sam sposób użycia również nie wymaga instrukcji na trzy strony. Nabieram odrobinę peelingu suchą łyżeczką albo czystymi palcami, delikatnie masuję dłonie, omijając skaleczenia i mocno podrażnione miejsca, a potem wszystko spłukuję ciepłą wodą. Po takim zabiegu dłonie są wyraźnie gładsze, a olej zostawia na skórze przyjemną warstwę.

Robię raczej małą porcję, ponieważ domowy kosmetyk bez konserwantu nie powinien miesiącami stać w łazience. Do słoiczka najlepiej nie wprowadzać wody, bo wilgoć sprzyja rozwojowi drobnoustrojów. Z tego samego powodu wolę przygotować kolejny mały słoiczek niż ambitnie produkować zapas na całą zimę.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że z kilku zwyczajnych składników powstaje coś, co naprawdę można wykorzystać. A jeśli przełożymy peeling do ładnego słoiczka i przewiążemy sznurkiem, od razu mamy również prosty drobiazg na prezent. Bez wielkich wydatków, bez plastikowego zestawu kosmetyków kupionego w ostatniej chwili i z całkiem sporą szansą, że osoba obdarowana rzeczywiście go zużyje.

U mnie jesienne tworzenie zdecydowanie zmierza ostatnio w stronę rzeczy, które nie tylko ładnie wyglądają, ale jeszcze się do czegoś przydają. I przyznaję, bardzo odpowiada mi ten kierunek.