"Skazany" - Freida McFadden o tym, że prawda nigdy nie jest tak oczywista, jak się wydaje

Dzisiaj rano, kiedy ścieliłam łóżko, zauważyłam książkę leżącą na szafce nocnej. Uśmiechnęłam się, bo pomyślałam, że z Freidą McFadden mam już taki rytuał. Kupuję jej nową książkę, mówię sobie, że przeczytam tylko jeden rozdział... i za chwilę orientuję się, że jest środek nocy.

Mam wszystkie jej książki wydane po polsku. Bez wyjątku. I nawet przez chwilę nie zastanawiam się, czy kupić następną. Po prostu czekam, aż pojawi się zapowiedź kolejnej premiery.

„Skazany” tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że Freida doskonale wie, jak prowadzić czytelnika. Nie zasypuje zwrotami akcji na każdej stronie, nie próbuje szokować na siłę. Robi coś znacznie trudniejszego. Pozwala mi uwierzyć, że już wszystko rozumiem. Że poukładałam sobie tę historię w głowie. A potem jednym ruchem rozsypuje te puzzle i pokazuje, jak bardzo się pomyliłam.

To właśnie uwielbiam w jej książkach. Nie pamiętam drugiej autorki, która z taką konsekwencją potrafiłaby wyprowadzać mnie w pole. Za każdym razem obiecuję sobie, że tym razem będę uważniejsza, że nie dam się nabrać. I za każdym razem kończy się tak samo. Zamykam książkę i śmieję się sama do siebie, bo znowu dałam się zaskoczyć.

Nie chcę opowiadać Wam o fabule, bo w thrillerach psychologicznych to byłaby największa krzywda, jaką można zrobić przyszłemu czytelnikowi. Powiem tylko, że po raz kolejny dostałam dokładnie to, czego oczekuję od Freidy McFadden – napięcie, niepewność i to cudowne uczucie, kiedy już niczego nie jestem pewna.

Czy warto przeczytać? Jeśli jeszcze nie znacie Freidy McFadden, to ostrzegam... łatwo przepaść. A jeśli już ją lubicie, „Skazany” jest kolejnym dowodem na to, że ta autorka ma niezwykły talent do zaskakiwania. Dla mnie od dawna jest numerem jeden. Mam wszystkie jej książki wydane w Polsce i z niecierpliwością czekam na następne. Bo choć wiem, że znowu mnie oszuka, to właśnie za to ją uwielbiam.

Codziennik Zadumanej #16

Dzisiaj moje mieszkanie zrobiło głęboki wydech. Nie dlatego, że kupiłam nowe meble. Wręcz przeciwnie. Z domu wyjechała toaletka, stolik nocny, lampa i jeszcze kilka drobiazgów, które przez długi czas cierpliwie czekały na swoje „może kiedyś”. To „kiedyś” w końcu nadeszło.


W Piastowie działa Współdzielnia – facebookowa grupa, dzięki której mieszkańcy oddają, wymieniają albo szukają rzeczy, których potrzebują. Pomysł jest prosty. Robisz zdjęcie, dodajesz post i czekasz. A potem zaczyna dzwonić telefon.

Przez cały dzień co chwilę ktoś pukał do drzwi. Jedni przyjechali po toaletkę, inni po lampę, ktoś zabrał stolik, ktoś drobiazgi. Każde spotkanie trwało kilka minut, ale każde kończyło się dokładnie tak samo – uśmiechem, krótką rozmową i życzeniem miłego dnia.

Muszę przyznać, że to właśnie zaskoczyło mnie najbardziej.

Nie zrobiło na mnie największego wrażenia to, że zwolniło się trochę miejsca w mieszkaniu. Najbardziej ucieszyło mnie to, że dzięki kilku przedmiotom poznałam ludzi, którzy mieszkają praktycznie obok. Gdyby nie ta grupa, pewnie nigdy byśmy się nie spotkali.

Lubię myśleć, że moje rzeczy nie skończyły swojej historii. Po prostu zmieniły adres. Toaletka będzie towarzyszyć komuś podczas porannych przygotowań, stolik nocny przechowa kolejną książkę odłożoną przed snem, a lampa znów wieczorem zapali światło w czyimś domu. Chyba właśnie po to powstały – żeby służyć, a nie kurzyć się w kącie.

Kiedy zamknęły się za ostatnim gościem drzwi, spojrzałam na pusty kąt pokoju. Jeszcze kilka dni temu pewnie od razu pomyślałabym, czym go zapełnić. Tym razem pomyślałam coś zupełnie odwrotnego. Jak dobrze, że jest pusty.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie każdą wolną przestrzeń trzeba natychmiast czymś wypełniać. Dotyczy to nie tylko mieszkań. Czasem warto zostawić trochę miejsca również w swoim życiu. Nie dlatego, że czegoś w nim brakuje, ale dlatego, że dopiero wtedy może pojawić się coś nowego.

I chyba właśnie tego uczę się najbardziej. Że czasami najlepszą decyzją nie jest to, co do swojego życia dodajemy. Tylko to, z czym odważymy się wreszcie pożegnać.

Codziennik Zadumanej #15

Dziś przez kilka godzin chodziłam po mieszkaniu z jednym prostym pytaniem: "Naprawdę jeszcze tego potrzebuję?" To zaskakujące, jak trudno odpowiedzieć sobie na takie pytanie.

Człowiek bierze do ręki kubek. Przecież jest cały. Szkoda wyrzucić.

Potem świecznik. Ładny.

Ramkę. Jeszcze ładniejsza.

I nagle okazuje się, że nie zastanawia się już nad przedmiotami, tylko nad wspomnieniami, które są do nich przyklejone.

Mam wrażenie, że rzeczy mają wyjątkowy talent do przechowywania historii. Niektóre przypominają wakacje, inne pierwsze mieszkanie, jeszcze inne ludzi, których już dawno nie ma obok nas. I choć same w sobie są tylko kubkiem, ramką czy poduszką, potrafią ważyć znacznie więcej, niż wskazuje metka.

Dzisiaj postanowiłam trochę to odchudzić.

Nie dlatego, że robię miejsce na nowe zakupy.

Raczej dlatego, że robię miejsce na nowe życie.

To zabawne, bo jeszcze kilka lat temu pewnie walczyłabym o każdą drobnostkę. Dzisiaj coraz częściej dochodzę do wniosku, że największym luksusem nie jest mieć więcej.

Największym luksusem jest umieć powiedzieć: "Dziękuję. Już cię nie potrzebuję."

Oczywiście nie obyło się bez małych negocjacji z samą sobą.

– A może jednak zostawić?

– Ale po co?

– Bo kiedyś...

– No właśnie. Kiedyś.

Muszę przyznać, że ta druga wersja mnie wygrała.

Coraz bardziej lubię otaczać się rzeczami, które opowiadają moje obecne życie, a nie tylko przypominają o tym, które już się skończyło. Nie dlatego, że chcę o nim zapomnieć. Ono zawsze będzie częścią mnie. Po prostu nie chcę, żeby urządzało mi mieszkanie.

I chyba właśnie na tym polega dorastanie.

Nie na tym, że przestajemy oglądać się za siebie.

Na tym, że coraz częściej wybieramy patrzenie przed siebie.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze?

Po kilku godzinach porządków mieszkanie wygląda prawie tak samo.

Zmieniło się tylko jedno.

Oddycha mi się w nim jakoś lżej.

Kiedy pranie staje się filozofią życia

Nie wiem, kto wymyślił powiedzenie, że pranie samo się nie zrobi, ale mam podejrzenie, że nigdy nie mieszkał sam. Bo pranie owszem, samo się nie zrobi, za to doskonale potrafi się rozmnażać. Jestem przekonana, że zostawione na dwa dni w koszu zaczyna prowadzić własne tajne życie.

Najbardziej lubię ten moment, kiedy wrzucam do pralki ostatnią bluzkę i z satysfakcją myślę: „No, mam to z głowy”. Godzinę później okazuje się, że w łazience czeka jeszcze ręcznik, skarpetka schowana pod łóżkiem i ściereczka, która najwyraźniej uznała, że też chce się załapać na kąpiel.

Przez lata pranie było dla mnie po prostu kolejnym obowiązkiem. Trzeba posortować, nastawić, rozwiesić, zdjąć, złożyć i odłożyć na miejsce. Brzmi prosto, dopóki człowiek nie przypomni sobie o nim tuż przed snem albo nie odkryje, że zostawił mokre ubrania w pralce na tyle długo, że zaczynają pachnieć... powiedzmy, mało zachęcająco.

Ostatnio, rozwieszając kolejną porcję ubrań, złapałam się na dziwnej myśli. Życie chyba trochę przypomina takie pranie.

Są sprawy, które trzeba najpierw posegregować. Nie wszystko wrzuca się do jednego worka. Są emocje, które warto oddzielić od faktów, cudze słowa od własnych myśli, a to, na co mamy wpływ, od tego, czego i tak nie zmienimy.

Potem przychodzi moment, kiedy wszystko trochę wiruje. Czasem mocniej, niż byśmy chcieli. Wydaje się, że już za chwilę nic z tego nie będzie, a jednak po jakimś czasie wszystko powoli się uspokaja.

Najbardziej lubię jednak etap rozwieszania. Mokre ubrania nie nadają się jeszcze do szafy. Potrzebują czasu. Powietrza. Spokoju. Nikt przecież nie próbuje ich na siłę przyspieszyć suszarką do włosów tylko dlatego, że chciałby mieć je gotowe za pięć minut.

A my? Z nami bywa różnie.

Czasem chcemy, żeby smutek minął do jutra. Żeby rozczarowanie zniknęło po jednej dobrze przespanej nocy. Żeby po trudnej rozmowie wszystko od razu wróciło do normy. Tymczasem niektóre sprawy też trzeba po prostu... rozwiesić.

Dać im czas.

Nie zaglądać co chwilę, czy już wyschły.

Śmieję się, że jestem mistrzynią przyspieszania wszystkiego. Chciałabym mieć porządek od razu, odpowiedzi od razu i święty spokój najlepiej jeszcze przed obiadem. Życie jednak ma własne tempo i chyba nigdy nie pyta, czy akurat nam ono odpowiada.

Wiecie, co jest najlepsze? Po kilku godzinach wracam do suszarki i ubrania są gotowe. Nie dlatego, że nad nimi stałam i je poganiałam. Wyschły, bo dostały dokładnie tyle czasu, ile potrzebowały.

Może z nami jest podobnie.

Może nie każdą sprawę trzeba rozwiązać natychmiast. Może nie każda odpowiedź musi pojawić się tego samego dnia. Niektóre rzeczy dojrzewają w ciszy, kiedy przestajemy je szarpać i pozwalamy im po prostu być.

A jeśli przy okazji uda się odnaleźć drugą skarpetkę, która od tygodnia zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach... to już można mówić o prawdziwym życiowym sukcesie. 😄

A Wy? Też macie w domu skarpetki, które znikają w tajemniczych okolicznościach, czy tylko moja pralka prowadzi z nimi jakieś sekrety?

Codziennik Zadumanej #14

Lubię planować.

Kalendarze, listy, rozpisane pomysły – to moje naturalne środowisko. A jednak od czasu do czasu życie przypomina mi, że najpiękniejsze dni rzadko pytają o zgodę i jeszcze rzadziej zaglądają do terminarza.

Tak było dzisiaj. Padło jedno niewinne: „A może pojedziemy do Niepokalanowa?”.

Kilka minut później byłyśmy już w drodze.

Uwielbiam takie decyzje. Bez wielkich przygotowań, analizowania prognozy pogody i zastanawiania się, czy to na pewno dobry dzień. Po prostu jedziesz.

Niepokalanów ma w sobie coś, czego trudno szukać gdzie indziej. Człowiek zwalnia niemal od pierwszych kroków. Modlitwa przychodzi jakoś łatwiej, rozmowy stają się spokojniejsze, a nawet cisza przestaje być niezręczna. Spacerowaliśmy bez pośpiechu, zaglądaliśmy w dobrze znane miejsca, wspominaliśmy i śmialiśmy się z historii, które z roku na rok stają się coraz zabawniejsze. Chyba wszystkie wspomnienia mają tę niezwykłą właściwość, że z czasem wygładzają ostre kanty.

Najbardziej lubię jednak to, że z niektórymi ludźmi nie trzeba nieustannie szukać tematów do rozmowy. Można rozmawiać godzinami, można też przez chwilę nic nie mówić i nadal czuć się tak samo dobrze. To chyba jedna z najpiękniejszych definicji przyjaźni, jakie znam.

Wracałam do domu z poczuciem, że wydarzyło się coś ważnego, chociaż z boku mogłoby się wydawać, że przecież "tylko" pojechaliśmy do Niepokalanowa.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że szczęście bardzo rzadko robi wielkie wejście.

Najczęściej zaczyna się od krótkiego: „To jedziemy?”, a potem siada obok w samochodzie, towarzyszy podczas spaceru, uśmiecha się w środku rozmowy i wraca z nami do domu. Trzeba tylko mieć odwagę odpowiedzieć: „Jedziemy.”

Codziennik Zadumanej #13

Mieszkam tak blisko Warszawy, że teoretycznie mogłabym być tam co tydzień.

W praktyce bywam... zdecydowanie rzadziej. Chyba działa tu ta sama zasada, co z pięknymi miejscami w okolicy. Skoro są na wyciągnięcie ręki, to zawsze można pojechać jutro. Albo za tydzień. Albo kiedyś.

Tym razem nie było wymówek.

Dzień zaczęliśmy najlepiej, jak tylko można – od Mszy Świętej u Dominikanów na Starym Mieście. Lubię takie początki. Człowiek na chwilę zwalnia, wycisza głowę, a dopiero później rusza przed siebie.

Potem był obiad w Kompanii Piwnej, długie rozmowy i spacer po ogrodach na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej. Kilka metrów nad ulicami, a ma się wrażenie, jakby wielkie miasto nagle zostało gdzieś daleko. Zieleń, kwiaty, mostki i widok na Wisłę sprawiają, że łatwo zapomnieć, iż pod stopami toczy się zwyczajne miejskie życie.


Później złapaliśmy mrożoną kawę na wynos i usiedliśmy nad Wisłą. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.

O siedemnastej zero jeden z głośników popłynął polonez Wojciecha Kilara, a po Wiśle zaczęły sunąć łodzie i stateczki. Nie płynęły byle jak. Tańczyły. W rytm muzyki wykonywały układ, który przez kilka minut zamienił rzekę w salę balową pod gołym niebem. Stałam z kubkiem kawy w ręku i patrzyłam jak zahipnotyzowana. Czasem człowiek trafia na coś, o czym wcześniej nie miał pojęcia, a później zastanawia się, jak to możliwe, że nigdy wcześniej tego nie widział.




Do domu wróciłam dokładnie taka, jaka wraca każdy szanujący się introwertyk po całym dniu spędzonym wśród ludzi.

Szczęśliwa.

I potwornie zmęczona.

To zabawne, bo kiedyś myślałam, że zmęczenie zawsze oznacza coś złego. Dzisiaj wiem, że są dni, po których człowiek marzy tylko o ciszy i własnym fotelu, ale jednocześnie nie zamieniłby ani jednej przeżytej chwili.

Chyba najbardziej cieszy mnie jednak coś innego.

Że odkryłam Warszawę na nowo.

Nie dlatego, że nagle pojawiły się w niej nowe miejsca. One były tam od dawna. Zmieniło się tylko moje tempo. Zatrzymałam się, rozejrzałam i dałam sobie czas, żeby naprawdę je zobaczyć.

I pomyślałam, że z życiem jest dokładnie tak samo.

To, co mamy najbliżej, najłatwiej odkładamy na później, bo przecież "zdążymy". A potem wystarczy jeden dzień, dobre towarzystwo i kubek kawy wypity nad Wisłą, żeby przypomnieć sobie, ile pięknych rzeczy czekało tuż obok nas przez cały czas.

Kiedy człowiek uczy się nie odpowiadać od razu

Kiedyś byłam przekonana, że na wiadomości trzeba odpowiadać od razu. Telefon zawibrował? Odpisuję. Ktoś coś napisał? Reaguję. Nawet jeśli akurat gotowałam obiad, wychodziłam z domu albo próbowałam obejrzeć film, moja ręka i tak wędrowała po telefon. Jakby świat miał się zatrzymać, gdybym odpisała piętnaście minut później.

Najgorzej było wtedy, kiedy wiadomość wywoływała emocje. Pewnie znacie ten moment. Czytacie kilka zdań i od razu w głowie pojawia się gotowa odpowiedź. Ba, czasami nawet cała przemowa. Człowiek już pisze, kasuje, znowu pisze i jeszcze przez chwilę zastanawia się, czy dodać kropkę na końcu, bo przecież wszyscy wiedzą, że kropka potrafi zabrzmieć bardziej groźnie niż pół strony tekstu.

Śmieję się z tego dzisiaj, ale kiedyś naprawdę potrafiłam prowadzić długie dyskusje wyłącznie w swojej głowie. Dochodziłam do domu, robiłam herbatę, a ja nadal odpowiadałam komuś, kto od dwóch godzin nawet nie patrzył na telefon.

Z czasem odkryłam coś bardzo ciekawego. Większość wiadomości wcale nie wymaga natychmiastowej odpowiedzi. Wymaga spokojnej odpowiedzi.

To ogromna różnica.

Bo emocje mają jedną zabawną cechę. Są świetnymi doradcami... przez pierwsze trzy sekundy. Później zaczynają opowiadać historie, które najczęściej nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Nagle jesteśmy pewni, że ktoś chciał nas urazić, zlekceważył albo specjalnie napisał coś w taki sposób. A potem mija godzina, czytamy tę samą wiadomość jeszcze raz i dochodzimy do wniosku, że chyba jednak trochę poniosła nas wyobraźnia.

Dzisiaj coraz częściej odkładam telefon. Nie demonstracyjnie. Nie po to, żeby kogoś ukarać ciszą. Po prostu daję sobie chwilę. Robię herbatę, otwieram okno, zajmuję się czymś innym i dopiero wtedy wracam do rozmowy. Zadziwiająco często okazuje się, że połowy rzeczy, które chciałam napisać, już wcale nie mam ochoty wysyłać.

Myślę, że dorosłość ma wiele zaskakujących definicji. Dla mnie jedną z nich jest właśnie umiejętność zrobienia krótkiej pauzy. Nie dlatego, że brakuje mi argumentów. Wręcz przeciwnie. Czasem mam ich aż za dużo. Chodzi o to, żeby nie pozwolić, aby pierwsza emocja pisała wiadomości w moim imieniu.

Oczywiście nadal zdarza mi się odpisywać zbyt szybko. Nadal czasem pomyślę: „No nie, tego już za wiele”, a po chwili odkryję, że źle przeczytałam wiadomość albo zwyczajnie nie zrozumiałam intencji. Jestem tylko człowiekiem. Tym bardziej doceniam te chwile, kiedy udaje mi się odłożyć telefon i przypomnieć sobie, że nie wszystko wymaga natychmiastowej reakcji.

Wiecie, co jest w tym najlepsze?

Ta chwila ciszy działa nie tylko na relacje z innymi, ale też na relację z samym sobą. Zamiast nakręcać się coraz bardziej, można złapać oddech i sprawdzić, czy naprawdę warto oddawać komuś swój spokój.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie każda wiadomość zasługuje na odpowiedź od razu. Nie dlatego, że druga osoba jest nieważna. Dlatego, że moje emocje też zasługują na chwilę, żeby spokojnie usiąść przy stole, napić się herbaty i przestać biegać po całym domu.

I wiecie co?

Jeszcze nigdy nie żałowałam tego, że odpowiedziałam kilka godzin później.

Za to kilka odpowiedzi wysłanych zbyt szybko... pamiętam do dziś.

A Wy? Zdarza Wam się najpierw napisać odpowiedź w głowie, a dopiero później zdecydować, czy naprawdę warto ją wysłać?

Codziennik Zadumanej #12

Są takie dni, o których trudno powiedzieć cokolwiek spektakularnego.

Nikt nie zadzwonił z wiadomością zmieniającą życie, nie wydarzyło się nic, co nadawałoby się na pierwszą stronę gazety, a dzień upłynął dokładnie tak, jak wiele sobót przed nim. Trochę sprzątania, trochę porządków w kolejnym kącie mieszkania, trochę pracy nad blogiem i social mediami. Takie zwyczajne sprawy, które same się nie zrobią, choć czasem bardzo liczę, że jednak kiedyś zaczną.

Kiedy wszystko miałam już z głowy, spojrzałam na zegarek i pomyślałam, że... dziś zrobię sobie wieczór.

Nie dlatego, że jest jakaś wyjątkowa okazja. Właśnie dlatego, że nie ma żadnej.

Zapaliłam świece, włączyłam wszystkie moje lampki - tak, tak, u mnie lapki są cały rok - czytaj nie oceniaj :D, zrobiłam z salonu miejsce, z którego aż nie chce się wychodzić, i wykupiłam film Pomoc domowa. Książkę przeczytałam już jakiś czas temu i od początku wiedziałam, że filmu nie obejrzę wcześniej. Mam tak od zawsze. Najpierw książka, później ekran.

Jeśli zrobię odwrotnie, to później czytam już tylko po to, żeby sprawdzić, co scenarzysta pominął. A ja chcę najpierw poznać historię oczami autora, dopiero potem zobaczyć, jak wyobraził ją sobie ktoś inny.

To trochę jak z poznawaniem ludzi.

Najpierw wolę wyrobić sobie własne zdanie, a dopiero później słuchać opinii innych.

Siedzę więc wśród ciepłego światła świec i lampek, za chwilę nacisnę "play" i już wiem, że to będzie dobry wieczór.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że szczęście wcale nie przychodzi z fajerwerkami. Częściej siada po cichu obok nas na kanapie. Pachnie świecą, mruga lampkami i cierpliwie czeka, aż wreszcie przestaniemy myśleć, że zwyczajny dzień jest mniej ważny od tych wyjątkowych.

A może właśnie z takich zwyczajnych wieczorów składa się najlepsza część życia.

Codziennik Zadumanej #11

Obudziłam się dziś z przyjemnym uczuciem, że w mieszkaniu wreszcie da się oddychać. Po ostatnich dniach, kiedy człowiek topił się już od samego myślenia o wyjściu spod prysznica, taki poranek to prawdziwy luksus. Otworzyłam okno i przez chwilę po prostu stałam, ciesząc się chłodem. Chyba dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo brakowało mi normalnego powietrza.

Plan na dzień miałam ambitny. Chciałam usiąść z kalendarzem, rozpisać kolejne tygodnie, uporządkować pomysły na blog i w końcu zrobić podsumowania, które od kilku dni cierpliwie czekały na swoją kolej. Wszystko pięknie, tylko że w moim domu plany zawsze muszą jeszcze przejść akceptację pewnego rudego kierownika.

Hektor najwyraźniej uznał, że planowanie jest mocno przereklamowane i z pełnym przekonaniem ułożył się dokładnie na moim dzienniku. Nie obok. Nie na fotelu. Nie na parapecie. Na dzienniku. Patrzył na mnie z miną, która mówiła: „No i co mi zrobisz?”. A ja, jak każda rozsądna właścicielka kota, pogodziłam się z porażką.

Skoro planowanie zostało skutecznie zablokowane, postanowiłam zrobić coś, co od dawna chodziło mi po głowie. Wakacyjną czystkę. Kiedyś to była moja mała tradycja. W ferie i w wakacje otwierałam szafy, szafki i pudełka, a potem bez sentymentów rozstawałam się z rzeczami, które tylko zajmowały miejsce.

Przez ostatnie dwa lata odpuściłam. Nie dlatego, że przestałam lubić porządki. Po prostu miałam ich aż nadto. Wakacje upływały mi pod znakiem kartonów, taśmy klejącej i przeprowadzek, więc naprawdę nie miałam ochoty pakować czegokolwiek jeszcze.

Dzisiaj poczułam, że wracam do swojej starej tradycji.

Dwa worki ubrań.

Dwa kartony różnych drobiazgów.

Najciekawsze jest to, że ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że coś tracę. Wręcz przeciwnie. Z każdym kolejnym odłożonym swetrem czy pudełkiem robiło mi się jakoś lżej. Chyba dlatego, że od pewnego czasu coraz częściej myślę, iż dom nie powinien być magazynem rzeczy „na wszelki wypadek”. Ma być miejscem, w którym dobrze się żyje.

I wiecie co?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że porządki nie dotyczą tylko rzeczy. Czasem warto zrobić je także w swoim życiu. Odłożyć na bok to, co od dawna już nam nie służy, przestać nosić w sobie sprawy, do których i tak nie wrócimy, zrobić miejsce na coś nowego. Bo dopóki kurczowo trzymamy się wszystkiego, trudno zauważyć, ile przestrzeni moglibyśmy jeszcze mieć.

A planowanie?

Nie uciekło.

Poczekało grzecznie pod Hektorem. Jak wszystko, co naprawdę ważne.

"Filantrop" - Paweł Pollak o tym, że dobro potrafi mieć drugie dno

Zdarza Wam się czasem spojrzeć na kogoś i od razu pomyśleć: „To na pewno dobry człowiek”? Mnie tak. Wystarczy serdeczny uśmiech, życzliwe słowo albo czyjaś gotowość do pomocy i już gdzieś w głowie buduję sobie obraz tej osoby. A przecież życie nie raz pokazało, że pierwsze wrażenie potrafi być bardzo złudne. Dlatego „Filantrop” Pawła Pollaka tak dobrze wpisał się w moje ostatnie wieczory. Nie dlatego, że to najbardziej spektakularny kryminał, jaki słuchałam. Wręcz przeciwnie. To historia spokojniejsza, oparta bardziej na odkrywaniu kolejnych warstw niż na nieustannych zwrotach akcji. I chyba właśnie za to ją polubiłam.

Podczas słuchania co chwilę wracała do mnie jedna myśl. Jak niewiele wiemy o drugim człowieku.

Widzimy to, co pokazuje światu. Czasem przez lata. A później jedno wydarzenie sprawia, że cały ten obraz zaczyna się rozsypywać jak domek z kart.

Pollak bardzo lubi takie historie. Nie próbuje szokować za wszelką cenę. Pozwala śledztwu płynąć swoim rytmem, a czytelnikowi daje czas, żeby sam próbował poukładać sobie wszystko w głowie. I właśnie to w tej części podobało mi się najbardziej. Nie czułam się prowadzona za rękę. Mogłam sama zastanawiać się, komu zaufać i czy moje pierwsze przypuszczenia w ogóle mają sens.

No i Filip Kosior... Coraz częściej mam wrażenie, że jego głos idealnie pasuje do serii Śledczy z Zakątka. Jest spokojny, naturalny i nie próbuje być ważniejszy od historii. Dzięki temu słucha się po prostu z przyjemnością.

Czy warto przesłuchać? Moim zdaniem tak. Jeśli lubicie krótsze kryminały, które nie pędzą na złamanie karku, ale konsekwentnie budują napięcie, „Filantrop” będzie bardzo dobrym wyborem. To kolejna udana część serii o Julianie Borczyku. Nie zostawiła mnie z efektownym finałem, który zapamiętam na lata. Zostawiła mnie z czymś cenniejszym – z refleksją, że najbardziej mylą nas nie tylko pozory zła. Czasem równie mocno potrafią zmylić pozory dobra. I właśnie dlatego ta historia została ze mną na dłużej.

Codziennik Zadumanej #10

Minionej nocy obudziła mnie burza. I to nie taka, która tylko postraszy gdzieś w oddali. Nie, ta postanowiła urządzić sobie koncert dokładnie nad moim blokiem.
O pierwszej trzydzieści zamiast liczyć owce, biegałam po balkonie w piżamie, ratując poduszki przed deszczem. W jednej ręce poducha, w drugiej doniczka, kątem oka kontrola, czy wiatr nie postanowił zabrać czegoś na pamiątkę. Co prawda daleko by nie odleciał, bo zatrzymałaby go kocia siatka, ale jakoś nie miałam ochoty sprawdzać tej teorii w praktyce.
Kiedy już wszystko znalazło bezpieczne schronienie, mogłam wrócić do łóżka z poczuciem dobrze spełnionej nocnej misji.


Dzisiaj od rana zapowiadano kolejną burzę. Czekałam na nią niemal z utęsknieniem. Nigdy nie przypuszczałam, że będę wypatrywać ciemnych chmur z taką nadzieją, ale po kilku dniach upałów człowiek zaczyna kibicować nawet piorunom.

Niestety.
Burza najwyraźniej zmieniła plany i zostawiła mnie z temperaturą, przy której nawet oddychanie wydaje się sportem wyczynowym.
Dom zamienił się w jaskinię zbójców. Sisi i koty rozłożyły się po najchłodniejszych kątach mieszkania i wyglądały tak, jakby ktoś wyssał z nich całą energię. Patrzyłam na to zwierzęce omdlenie i miałam wrażenie, że gdyby istniały mistrzostwa świata w nierobieniu niczego, moje futrzaki wróciłyby ze złotymi medalami.

A ja?
Ja postanowiłam pójść pod prąd.
Zamiast narzekać na temperaturę, wzięłam się za porządki. Takie porządne. Odsunęłam kanapę i... odkryłam małe archeologiczne stanowisko.
Odnalazł się nożyk do warzyw, który od dawna figurował na liście zaginionych w akcji. Były też baterie, kilka długopisów, opaska do włosów, dwa patyczki do zębów i klamerka. Jeszcze chwila, a pewnie wykopałabym tam jakieś zabytki z epoki kamienia łupanego.
Sprzątałam i pociłam się. Pociłam się i sprzątałam. W pewnym momencie przestałam być pewna, czy myję podłogę, czy to ona myje się moim potem.

Ale wiecie co?
Lubię takie odkrycia.
Bo pod kanapą zawsze znajduje się coś, czego człowiek od dawna szukał albo o czym zupełnie zapomniał.

I chyba z życiem jest podobnie.
Czasem trzeba odsunąć coś ciężkiego, zajrzeć tam, gdzie od dawna się nie zaglądało, i nagle okazuje się, że to, czego szukaliśmy, cały czas było całkiem blisko.
No dobrze... może nie zawsze jest to głęboka życiowa prawda.
Czasem jest to po prostu zaginiony nożyk do warzyw.
I to też potrafi człowieka całkiem szczerze ucieszyć.

Codziennik Zadumanej #9

Zrobiło się tutaj trochę ciszej.

Nie dlatego, że zabrakło mi tematów. Po prostu przyjechała do mnie osoba, na którą zawsze czekam z uśmiechem. Ta sama, dla której obowiązkowo robię sałatkę jarzynową. I wiecie co? Nie miałam najmniejszych wyrzutów sumienia, że przez kilka dni nie napisałam ani jednego "Codziennika".

Nie wszystko trzeba dokumentować.

Niektóre chwile najlepiej po prostu przeżyć.

Dziś rano odjechała. Zamknęły się drzwi, pomachałam na pożegnanie i nagle w mieszkaniu zrobiło się jakoś... szerzej. Ciszej. Jak to zwykle bywa po dobrych spotkaniach.

Pogoda chyba postanowiła dołożyć od siebie trochę dramatyzmu.

Jest taki upał, że nawet balkon wygląda, jakby prosił: "Dajcie mi dziś spokój."

Sisi przemieszcza się z jednego chłodnego miejsca na drugie z miną cierpiętnika. Koty rozlały się po podłodze jak naleśniki i od kilku godzin udają martwe. Co jakiś czas sprawdzam, czy oddychają, ale one najwyraźniej uznały, że na jakikolwiek wysiłek wrócą we wrześniu.

Ja też nie błyszczę energią.

Największą aktywnością dnia było otwarcie lodówki, popatrzenie do środka i stwierdzenie, że właściwie to nie jestem głodna.

Muszę przyznać, że upały mają jedną zaletę.

Sprzyjają diecie.

Problem w tym, że sprzyjają również lenistwu, a z tym już trochę trudniej negocjować.

I tak sobie siedzę, popijam wodę, omijam słońce szerokim łukiem i myślę, że życie jest naprawdę dziwne.

Kilka dni temu śmialiśmy się przy stole, jedliśmy sałatkę i rozmawialiśmy do późna. Dzisiaj jedynym, który prowadzi dłuższą rozmowę, jest wentylator.

Ale wiecie co?

Lubię tę myśl, że są ludzie, po których wyjeździe zostaje nie smutek, tylko ciepło.

Takie spokojne przekonanie, że było dobrze. Że znowu się spotkamy. Że są relacje, których nie trzeba pielęgnować codziennymi wiadomościami, bo one po prostu... są.

A tymczasem pozostaje mi jedno bardzo odpowiedzialne zadanie.

Przetrwać do wieczora.

Najlepiej bez stopienia się razem z kotami w jedną wielką kałużę.

Jeśli jutro temperatura odpuści, wszyscy zgodnie uznamy to za cud. A jeśli nie... cóż, będziemy dalej pełnić zaszczytną funkcję domowych naleśników.

Kiedy ktoś się uśmiechnął bez powodu

Kilka dni temu stałam w kolejce w sklepie. Nic niezwykłego. Przede mną pani z koszykiem pełnym warzyw, za mną ktoś nerwowo przestępował z nogi na nogę, bo chyba bardzo się spieszył. Kasjerka skanowała kolejne produkty w tempie, którego zawsze trochę jej zazdroszczę, bo ja do dziś potrafię szukać masła w lodówce, mając je przed samym nosem. To miał być jeden z tych zwykłych dni, o których wieczorem nawet się nie pamięta.

Kiedy zapłaciłam za zakupy, spojrzałam na kasjerkę i odruchowo się uśmiechnęłam. Tak po prostu. Bez powodu. Ona odpowiedziała tym samym i powiedziała: „Miłego dnia”. Zwykłe dwa słowa. Nic wielkiego. A jednak wyszłam ze sklepu z dużo lepszym humorem, niż do niego weszłam.

Pomyślałam wtedy, że to zabawne, jak niewiele czasem potrzeba, żeby komuś zrobiło się lżej. Nie prezent, nie wielkie gesty, nie godzinna rozmowa. Wystarczy uśmiech, który nic nie kosztuje, a jednak potrafi zmienić nastrój człowieka na resztę dnia.

Lubię obserwować ludzi. Pewnie dlatego tak często wracam z zakupów nie tylko z serkiem wiejskim i kabanosami, ale też z kilkoma nowymi przemyśleniami. Widzę mamę, która z ogromną cierpliwością tłumaczy dziecku, dlaczego dziś nie kupią kolejnej zabawki. Starszego pana, który pomaga komuś zapakować zakupy do torby. Dziewczynę, która przepuszcza inną osobę w kolejce, choć sama też się spieszy. Takie sceny trwają kilka sekund, a mimo to zostają w pamięci znacznie dłużej niż niejedna głośna wiadomość przeczytana w internecie.

Mam wrażenie, że trochę odzwyczailiśmy się od zwyczajnej życzliwości. Takiej bez wielkich słów i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Jakbyśmy uwierzyli, że żeby poprawić komuś dzień, trzeba zrobić coś spektakularnego. A przecież najczęściej wystarcza drobiazg. Przytrzymane drzwi. Kilka ciepłych słów. Uśmiech.

Wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Taki uśmiech bardzo często wraca. Uśmiechasz się do jednej osoby, ona za chwilę zrobi to samo wobec kogoś innego i nagle okazuje się, że jedno małe dobro zaczyna wędrować dalej. Nigdy nie dowiemy się, dokąd dotrze, ale chyba nie trzeba tego wiedzieć, żeby miało sens.

Śmieję się czasem, że mój dzień potrafią uratować naprawdę dziwne rzeczy. Kawa, miejsce siedzące w autobusie albo to, że w końcu znalazłam telefon tam, gdzie sama go odłożyłam. Do tej listy dopisuję jeszcze uśmiechy od nieznajomych. One też działają zaskakująco dobrze.

Może dlatego coraz częściej sama staram się je rozdawać. Nie zawsze mam idealny humor. Nie codziennie budzę się z energią do podbijania świata. Ale wiem jedno. Nigdy nie zaszkodziłam nikomu tym, że się uśmiechnęłam.

I chyba właśnie takich chwil potrzebujemy dziś najbardziej. Nie tych, o których mówi cały świat, ale tych małych, cichych i zwyczajnych, które przypominają nam, że po drugiej stronie zawsze jest drugi człowiek.

Może więc następnym razem, kiedy spotkamy się z kimś przypadkiem w sklepie, na spacerze albo w windzie, warto na moment podnieść wzrok znad telefonu.

Nigdy nie wiadomo, komu właśnie taki zwykły uśmiech uratuje dzień.

A Wam zdarzyło się kiedyś, że zupełnie obca osoba jednym drobnym gestem poprawiła humor na cały dzień?

Mały prezent bez okazji

Mam w domu pudełko, które pewnie dla większości ludzi wyglądałoby jak zbiór przypadkowych rzeczy. Leżą w nim wstążki, kawałki papieru, suszone kwiaty, sznurki, drewniane zawieszki i kilka drobiazgów kupionych z bardzo rozsądnym argumentem: „Na pewno kiedyś się przydadzą”. I wiecie co? Naprawdę się przydają. Czuję wtedy ogromną satysfakcję, bo w końcu mogę powiedzieć sama do siebie: „Widzisz? Miałam rację.”

Bardzo lubię robić małe prezenty bez żadnej okazji. Nie dlatego, że są komuś potrzebne. Najczęściej nie są. Po prostu lubię ten moment, kiedy ktoś bierze do ręki niewielką paczuszkę i przez chwilę wygląda na szczerze zaskoczonego.

Nie trzeba wydawać fortuny, żeby sprawić komuś radość. Czasem wystarczy mały słoiczek z pachnącą herbatą, własnoręcznie zrobiona zakładka do książki albo woreczek z lawendą, który później wyląduje w szufladzie z pościelą. Kiedyś zrobiłam komuś prostą kartkę z kilkoma ciepłymi słowami i usłyszałam: „Schowam ją. Będzie na gorszy dzień.” Chyba nie da się dostać piękniejszego podziękowania.

Najbardziej lubię sam moment przygotowań. Rozkładam wszystko na stole i nagle robi się taki twórczy bałagan, który zna chyba każdy, kto choć raz próbował coś zrobić własnymi rękami. Nożyczki znikają dokładnie wtedy, kiedy są najbardziej potrzebne, klej tajemniczo przykleja się do palców zamiast do papieru, a sznurek potrafi zaplątać się w sposób, którego nie powstydziłby się najlepszy magik. Mimo to siedzę, kombinuję, przekładam, przycinam i nawet nie zauważam, kiedy mija godzina.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że taki prezent jest trochę jak list. Mówi drugiej osobie: „Pomyślałam o Tobie.” I chyba właśnie te cztery słowa mają największą wartość. Nie cena, nie rozmiar paczki i nie to, czy wszystko wyszło idealnie. Zresztą u mnie rzadko wychodzi idealnie. Zawsze znajdzie się kokardka zawiązana trochę krzywo albo listek przyklejony odrobinę za wysoko. Dawniej próbowałam to poprawiać. Dziś zostawiam. Mam wrażenie, że właśnie dzięki takim drobiazgom widać, że zrobił to człowiek, a nie maszyna.

Lubię też obserwować, jak zmieniają się twarze ludzi, kiedy dostają coś bez powodu. Na urodziny każdy spodziewa się prezentu. Na święta również. Ale kiedy wręczasz komuś niewielki drobiazg we wtorek, bo akurat o nim pomyślałaś, reakcja jest zupełnie inna. Najpierw zdziwienie. Potem uśmiech. A na końcu zawsze pada to samo pytanie: „Ale za co?” Za nic. A może właśnie za to, że jesteś.

Mam wrażenie, że trochę odzwyczailiśmy się od takich gestów. Wszystko musi mieć okazję, datę w kalendarzu albo konkretny powód. A przecież życzliwość nie potrzebuje zaproszenia. Może pojawić się w zwykły poniedziałek, zapakowana w papier przewiązany sznurkiem, z gałązką lawendy albo własnoręcznie napisaną karteczką. I chyba dlatego moje pudełko z przydasiami jeszcze długo nie będzie puste.

Bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie mi do głowy, że ktoś właśnie zasługuje na mały prezent bez okazji.

A Wy lubicie dawać takie drobiazgi bez żadnego święta? A może kiedyś ktoś zaskoczył Was czymś niewielkim, co pamiętacie do dziś?

"Powódź" - Paweł Pollak o tym, że żywioły potrafią obnażyć ludzką naturę

Dzisiaj od rana chodziło mi po głowie, jak bardzo lubię zwyczajne dni. Kubek kawy, chwila ciszy, otwarte okno i świadomość, że nic pilnego nie czeka za rogiem. Paradoksalnie to właśnie w takie spokojne chwile najczęściej sięgam po kryminały. Bo chyba najbardziej fascynuje mnie to, że autorzy potrafią pokazać, jak cienka jest granica między codziennością a momentem, który zmienia wszystko. I właśnie z taką myślą skończyłam słuchać „Powodzi” Pawła Pollaka.

To już kolejna część serii o komisarzu Julianie Borczyku i coraz bardziej podoba mi się to, że autor nie próbuje za wszelką cenę zaskakiwać spektakularnymi zwrotami akcji. W centrum nadal jest śledztwo, ale równie ważna staje się atmosfera i ludzie, którzy muszą odnaleźć się w trudnej sytuacji. Tym razem tłem wydarzeń jest zagrożenie powodziowe we Wrocławiu, a znalezienie ciała w kanale uruchamia kolejne dochodzenie.

Podczas słuchania kilka razy pomyślałam, że kiedy pojawia się zagrożenie, bardzo szybko okazuje się, kim naprawdę jesteśmy. Jedni pomagają bez zastanowienia, inni myślą tylko o sobie. To dotyczy nie tylko wielkich katastrof. W codziennym życiu też przecież bywają nasze małe "powodzie", które pokazują, ile w nas spokoju, odwagi i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Bardzo lubię to, że Pollak pisze oszczędnie. Nie rozwleka historii, nie dokłada niepotrzebnych wątków. Audiobook trwa niewiele ponad dwie godziny, a mimo to ma odpowiednie tempo i nie sprawia wrażenia urwanego.

No i oczywiście Filip Kosior. Coraz częściej łapię się na tym, że kiedy widzę jego nazwisko jako lektora, wiem, że czeka mnie kilka przyjemnych godzin. Czyta spokojnie, naturalnie, bez teatralnych popisów. Dzięki temu historia pozostaje najważniejsza.

Czy warto przesłuchać? Moim zdaniem tak, zwłaszcza jeśli lubicie krótsze kryminały, które nie próbują być sensacją roku, tylko opowiadają dobrą historię. Powódź nie jest najbardziej spektakularną częścią serii o Julianie Borczyku, ale ma klimat, dobrze utrzymuje napięcie i zostawia z refleksją, że największe zagrożenia nie zawsze przychodzą z zewnątrz. Czasem ujawniają po prostu to, co od dawna było ukryte w ludziach.

Codziennik Zadumanej #8

Dziś zrobiłam sałatkę jarzynową.

Taką zwyczajną.

Z ziemniakami, marchewką, pietruszką, groszkiem, ogórkiem kiszonym i majonezem. Tę samą, która w moim dzieciństwie była obowiązkową uczestniczką wszystkich rodzinnych uroczystości. Nie pamiętam świąt, imienin, urodzin ani żadnego większego spotkania, na którym nie stałaby dumnie pośrodku stołu.

Miała swoje stałe miejsce. Prawie status członka rodziny.

Dzisiaj trochę zeszła ze sceny. Zastąpiły ją sałatki z kurczakiem, mango, granatem, mozzarellą, awokado, prażonymi pestkami, orzechami i jeszcze czymś, czego nazwy za chwilę i tak zapomnę.

Nie mam nic przeciwko nim.

Ale jest coś niezwykle pocieszającego w tym, że są smaki, które przez kilkadziesiąt lat w ogóle się nie zmieniły.

Tę sałatkę zrobiłam jednak z bardzo konkretnego powodu.

Jutro przyjedzie do mnie ktoś bardzo mi bliski.

Nie zdradzę, kto. Niech ta osoba zostanie tajemnicą.

Powiem tylko tyle, że za każdym razem, kiedy ma do mnie przyjechać, sałatka jarzynowa pojawia się niemal automatycznie. To już chyba nasza mała tradycja.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze?

Nie biegam dziś po mieszkaniu z odkurzaczem w jednej ręce i ścierką w drugiej. Oczywiście trochę ogarnę. Lubię, kiedy jest przyjemnie.

Ale nie zamierzam urządzać maratonu pod hasłem: "Gość jedzie, trzeba udowodnić, że mieszkam w muzeum."

Są ludzie, przy których człowiek odruchowo prostuje poduszki.

I są tacy, przy których może usiąść z kubkiem herbaty w ręku, nawet jeśli na suszarce jeszcze schnie pranie.

To ogromny komfort.

Bo prawdziwe spotkania chyba nigdy nie zaczynają się od idealnie wypolerowanego stołu.

Zaczynają się od poczucia, że można być sobą.

Już się cieszę na jutro.

Na długie rozmowy, śmiech, który pewnie będzie słychać dwa piętra niżej, i na tę sałatkę, która po raz kolejny okaże się czymś znacznie więcej niż tylko sałatką.

Bo niektóre przepisy mają jeden tajny składnik.

Wspomnienia.

I mam nadzieję, że tej jednej rzeczy nigdy nie uda się zastąpić żadnym mango, granatem ani serem z bardzo wymowną włoską nazwą. 😄

Małe domowe zwycięstwa, o których nikt nie robi postów

Mam teorię, że istnieją dwa rodzaje ludzi. Ci, którzy potrafią od razu po powrocie do domu rozpakować zakupy, i ci, którzy najpierw stawiają torby w kuchni z myślą: „Tylko na chwilę”. Potem ta „chwila” trwa do wieczora, a pomidory zdążą już chyba zaprzyjaźnić się z podłogą. Domyślacie się pewnie, do której grupy należę. 😄 Ostatnio złapałam się na tym, że przez cały dzień biegałam od jednej rzeczy do drugiej. Odpisać na maila. Zadzwonić. Wrzucić pranie. Włączyć zmywarkę. Przypomnieć sobie, po co właściwie weszłam do kuchni. Klasyka. Wieczorem usiadłam na kanapie i pomyślałam, że właściwie... niczego dziś nie zrobiłam. Po czym mój wzrok padł na pusty kosz na śmieci.

Rachunki były opłacone. Półka, która od tygodnia mnie irytowała, nagle wyglądała jak człowiek. Na wiadomość, na którą odkładałam odpowiedź od trzech dni, w końcu odpisałam. Pranie nie obraziło się i grzecznie wisiało już na suszarce. I nagle dotarło do mnie, że ja naprawdę coś zrobiłam. Tylko żadna z tych rzeczy nie nadaje się na spektakularny wpis w mediach społecznościowych.

Bo przecież nikt nie wrzuca zdjęcia z podpisem: „Kochani! Udało się! Wyniosłam śmieci!”. Chociaż... kto wie? Może byłby to początek nowego trendu. 😄

Mam wrażenie, że żyjemy w świecie wielkich osiągnięć. Wszędzie ktoś zdobywa szczyty, kończy maratony, remontuje dom albo właśnie otwiera własną firmę. A tymczasem większość naszego życia składa się z dużo mniej widowiskowych zwycięstw. Znalazłam pokrywkę od pojemnika za pierwszym razem. Przypomniałam sobie o praniu, zanim zaczęło pachnieć... podejrzanie. Nie musiałam szukać telefonu, bo leżał dokładnie tam, gdzie go odłożyłam. To akurat wydarza się rzadko, więc chyba zasługuje na osobne święto.

I wiecie co? Coraz bardziej lubię takie małe sukcesy. Bo one oznaczają, że życie, choć trochę chaotyczne, jednak toczy się do przodu.

Nie zawsze potrzebujemy przełomów. Czasem wystarczy ten moment, kiedy zamykasz szufladę, która od tygodnia czekała na uporządkowanie, i czujesz satysfakcję zupełnie nieproporcjonalną do wykonanej pracy. Albo kiedy wieczorem przechodzisz przez mieszkanie i nic nie woła do Ciebie: „Zrób mnie natychmiast!”. To jest ten rodzaj spokoju, którego nie da się kupić.

Śmieję się czasem, że dorosłość jest dziwnym miejscem. Jako dzieci marzyliśmy o wielkich przygodach, a dziś potrafimy szczerze ucieszyć się z tego, że lodówka jest pełna, rachunki opłacone, a w zmywarce zostało jeszcze jedno wolne miejsce na kubek. I chyba nie ma w tym nic złego. Bo szczęście naprawdę rzadko przychodzi z fajerwerkami. Znacznie częściej siedzi cicho na uporządkowanej półce, w pustym koszu na śmieci i w tej jednej wiadomości, którą w końcu przestaliśmy odkładać na później.

A jeśli do tego wieczorem można jeszcze usiąść z herbatą i pomyśleć: „Dobra, na dziś wystarczy”... to moim zdaniem jest to całkiem solidne zwycięstwo.

A jakie było Wasze małe domowe zwycięstwo dzisiaj? Jestem pewna, że każdy z nas ma przynajmniej jedno.

Codziennik Zadumanej #7

Dziś odkryłam, że zakupy też mogą być przygodą. Nie byłam w Rzymie. Nie byłam w Paryżu. Nawet do galerii nie jechałam z wielkim planem. Ot, zwykłe zakupy. Pepco, Empik i Rossmann. I wiecie co?

Szkoda, że nie ma jeszcze sklepu na literę U. Bo wtedy byłoby... PERU. 😄

W Empiku czekała na mnie nowa książka mojej ukochanej Freidy McFadden. To był ten zakup, po który szłam z pełnym przekonaniem. Taki, który jeszcze zanim wróci do domu, już ma zarezerwowane miejsce na stoliku.

Ale największe zaskoczenie czekało na mnie w Pepco.

Jesień. W lipcu.

Dynie, ciepłe kolory, jesienne dekoracje... Wszystko wyglądało tak, jakby kalendarz postanowił przeskoczyć kilka stron.

I teraz mam mały problem.

Bo jestem jesieniarą z krwi i kości.

Dla mnie wrzesień pachnie nowymi zeszytami, swetrem zarzuconym na ramiona, herbatą, książkami i wieczorami, które przychodzą trochę za szybko. Jesień zawsze była moją porą roku.

Ale... Czy naprawdę już?

Z jednej strony pomyślałam: "Ludzie, mamy jeszcze lato!"

Z drugiej... no cóż... dyniowa deska sama wskoczyła do koszyka. A zaraz za nią ceramiczna dynia. Przecież nie mogłam ich tam zostawić. Byłyby smutne. 😄

Wróciłam do domu z książką, kilkoma drobiazgami i myślą, że chyba jestem gdzieś pomiędzy.

Jeszcze chcę nacieszyć się latem.

Ale już zerkam w stronę jesieni.

I chyba właśnie dlatego tak ją lubię.

Ona nigdy nie wpada z hukiem.

Najpierw pojawia się gdzieś na sklepowej półce.

Potem w jednej książce przeczytanej pod kocem.

Później w kubku gorącej herbaty.

A zanim człowiek się obejrzy, siedzi przy oknie, patrzy na kolorowe liście i myśli: "No dobrze... czekałam na ciebie."

Codziennik Zadumanej #6

Dziś wydarzyło się coś podejrzanego.

Obudziłam się późno.

Naprawdę późno. Jak na mnie wręcz skandalicznie. Przez chwilę miałam nawet ochotę wpaść w ten dobrze znany tryb: „No pięknie, pół dnia zmarnowane...”.

Ale wiecie co?

To wcale nie była prawda.

Bo choć dzień zaczął się później niż zwykle, udało mi się zrobić naprawdę sporo. Odhaczyłam wszystko, co było do zrobienia, odpisałam, napisałam, ogarnęłam. I nagle dotarło do mnie, że chyba tylko my, dorośli, potrafimy mieć wyrzuty sumienia o godzinę pobudki.

A potem...

Potem pozwoliłam sobie zwolnić.

Bez negocjacji z samą sobą.

Poszłam na długi spacer. Taki, na którym nie liczy się kroków, tylko myśli, które po drodze same się układają. Później urządziłam sobie małe, domowe SPA. Nic spektakularnego. Kilka prostych chwil, które przypominają, że o siebie też wypada zadbać.

Na koniec zabrałam książkę i rozsiadłam się na balkonie.

Uwielbiam ten moment dnia, kiedy świat jakby cichnie. Ludzie wracają do domów, słońce robi się bardziej miękkie, a książka nagle wciąga dwa razy bardziej niż rano. Od czasu do czasu podnosiłam wzrok znad kartek i myślałam, że przecież nigdzie mi się dziś nie spieszy.

I chyba właśnie takich dni najbardziej potrzebuję.

Nie tych, które można opowiedzieć w dziesięciu emocjonujących historiach.

Tylko tych zwyczajnych.

Takich, po których człowiek nie jest bardziej zmęczony niż rano.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że odpoczynek nie jest nagrodą za ciężką pracę.

Jest jej częścią.

Bo jeśli ciągle tylko biegniemy, to w końcu zapominamy, dokąd właściwie chcieliśmy dojść.

A jutro?

Jutro znowu pewnie wstanę skoro świt. Tak już mam.

Ale dziś... dziś bardzo dobrze było sobie przypomnieć, że świat naprawdę się nie zawali, jeśli człowiek raz na jakiś czas po prostu usiądzie na balkonie z książką i pozwoli wieczorowi płynąć swoim tempem.