"3kąt" - Agnieszka Peszek o tym, jak daleko można się posunąć w imię przyjaźni

Miałam już przecież wiedzieć, czego spodziewać się po Agnieszce Peszek. Kilka jej książek za mną, znajomość z Dorotą Czerwińską zakończona, pierwszy tom nowej serii przeczytany, więc wydawałoby się, że autorka nie powinna mieć większych szans na zaskoczenie mnie. A jednak! Po „40. Raków” sięgnęłam po „3kąt”, czyli drugą część cyklu „Ona”, i znowu przekonałam się, że moja polska Freida McFadden nie zamierza ułatwiać mi życia. Zresztą sama jestem sobie winna, bo kiedy widzę nazwisko Peszek na okładce, rozsądek podpowiada, żeby najpierw skończyć wszystkie zaległe sprawy, a ja oczywiście zaczynam czytać. Potem pozostaje już tylko zastanawiać się, dlaczego znowu jest tak późno.

Tym razem historia rozpoczyna się od znalezienia ciała kobiety w domu znanego muzyka. Gospodarz twierdzi, że nie zna ofiary i nie pamięta żadnego spotkania z nią, co oczywiście nie ułatwia pracy policjantom. Sprawą zajmują się Bartosz Bogucki i Maksymilian Obrębski, których poznaliśmy już w poprzedniej części. Jakby jedno skomplikowane śledztwo było mało, pojawiają się kolejne zbrodnie, a gdzieś w pobliżu znów działa tajemnicza Ona, kobieta mająca własne wyobrażenie o sprawiedliwości. Agnieszka Peszek prowadzi kilka wątków równocześnie, stopniowo odsłaniając powiązania między ludźmi i wydarzeniami. I oczywiście robi wszystko, żebym nie mogła zbyt szybko poczuć się mądrzejsza od bohaterów.

Najbardziej zainteresował mnie jednak motyw przyjaźni trzech mężczyzn, sięgającej dzieciństwa, oraz lojalności, która dawno przekroczyła rozsądne granice. Przyjaźń kojarzy nam się przecież z czymś dobrym, z zaufaniem, wsparciem i pewnością, że w trudnej chwili ktoś stanie po naszej stronie. Tylko czy prawdziwy przyjaciel powinien bronić nas również wtedy, kiedy robimy coś złego? Czy dochowanie tajemnicy nadal jest dowodem lojalności, jeżeli oznacza milczące przyzwolenie na cudzą krzywdę? W „3kącie” słynne „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” nabiera naprawdę niepokojącego znaczenia.

Podczas czytania pomyślałam o tym, jak łatwo pomylić lojalność z uzależnieniem od drugiego człowieka. Czasami znajomość trwa tak długo, że ludzie przestają zastanawiać się, czy nadal łączy ich coś dobrego. Wspólne wspomnienia, dawne obietnice i sekrety potrafią stać się więzieniem, z którego trudno się wydostać, zwłaszcza kiedy każdy wie o pozostałych zbyt wiele. Przecież nie każda relacja, która przetrwała wiele lat, musi być wartościowa. Bywa, że trzyma nas przy kimś już tylko przyzwyczajenie, poczucie obowiązku albo strach przed konsekwencjami odejścia. Peszek pokazuje tę ciemniejszą stronę bliskości i robi to w sposób, który skłania do zastanowienia się nad granicami przyjaźni.

Ciekawie wypada również powracający wątek Onej. To bohaterka, wobec której trudno zachować jednoznaczne uczucia. Jej sposób rozumienia sprawiedliwości budzi sprzeciw, a jednocześnie autorka potrafi tak poprowadzić historię, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad motywami jej postępowania. Właśnie ten moralny niepokój lubię w kryminałach najbardziej. Łatwo potępić kogoś, kto robi rzeczy straszne, dopóki nie poznamy okoliczności, które doprowadziły go do określonych decyzji. Zrozumienie przyczyn nie oznacza jednak usprawiedliwienia czynów. I chociaż towarzyszyło mi już podczas lektury „40. Raków”, tutaj wróciło w nieco innym kontekście.

Podoba mi się również to, że Bogucki i Obrębski stopniowo stają się kimś więcej niż policjantami rozwiązującymi kolejną zagadkę. Poznajemy ich prywatne sprawy, obserwujemy relacje i widzimy, jak wydarzenia zawodowe wpływają na codzienne życie. Nie wszystkie fragmenty mają jednakowe tempo i przyznam, że momentami miałam ochotę delikatnie popędzić bohaterów, żeby wrócili do tego, co najbardziej mnie interesowało. Na szczęście Agnieszka Peszek potrafi skutecznie podtrzymywać ciekawość. Co jakiś czas podrzuca kolejny szczegół, zmienia perspektywę albo pokazuje wydarzenie w takim świetle, że wcześniejsze przypuszczenia trzeba zweryfikować. A ja, jak zwykle, z ogromnym zapałem próbowałam wszystko poukładać. Z różnym skutkiem, ale przecież nie będę się tym publicznie chwalić.

Największą zaletą „3kąta” pozostaje dla mnie połączenie kryminalnej zagadki z historią o ludzkich wyborach. Można potraktować tę książkę jako rozrywkę pełną morderstw, tajemnic i policyjnych dochodzeń, ale pod spodem kryje się coś znacznie bardziej niewygodnego. Przekonanie, że robimy coś dla przyjaciela, dla dobra innych albo w imię sprawiedliwości, bywa bardzo wygodnym usprawiedliwieniem własnego postępowania. Człowiek potrafi przecież znaleźć całkiem rozsądne wyjaśnienie nawet dla rzeczy, których nigdy nie zaakceptowałby u kogoś obcego. I chyba właśnie ta umiejętność oszukiwania samego siebie jest bardziej przerażająca niż niejeden morderca z kryminału.

Czy polecam „3kąt”? Tak, szczególnie osobom, którym spodobało się „40. Raków”. Drugi tom rozwija losy znanych bohaterów, wprowadza nową zagadkę i pozostawia wystarczająco dużo niedopowiedzeń, żeby trudno było zakończyć znajomość z tą serią. Sama radziłabym czytać książki po kolei, bo choć śledztwo stanowi odrębną historię, wcześniejsze wydarzenia mają znaczenie dla zrozumienia postaci. Nie wszystkie rozwiązania wydały mi się równie przekonujące, ale czytałam z przyjemnością i z zainteresowaniem śledziłam, dokąd autorka prowadzi swoich bohaterów.

A teraz czeka na mnie „Je2bnik”, trzeci tom serii „Ona”. Nazwa brzmi tak, że człowiek od razu zastanawia się, co też Agnieszka Peszek znowu wymyśliła. Po dwóch częściach powinnam już chyba wiedzieć, że lepiej niczego nie zakładać. Moja polska Freida McFadden najwyraźniej dobrze się bawi, a ja razem z nią.

Codziennik Zadumanej #57

Wczoraj dostałam piękny prezent z okazji Dnia Nauczyciela. Kwiaty, herbatki i bardzo miły gest, który sprawił mi ogromną przyjemność. Bo chociaż człowiek od lat pracuje w szkole i wydawałoby się, że widział już wszystko, takie chwile wciąż potrafią wzruszyć. Szczególnie kiedy ma się świadomość, że za tym drobiazgiem kryje się czyjaś pamięć, życzliwość i zwyczajne ludzkie „dziękuję”. A przecież w tej pracy nie zawsze jest czas, żeby usiąść, wypić ciepłą kawę i zastanowić się nad sensem własnego istnienia. Czasami sukcesem jest wypicie tej kawy, zanim zamieni się w napój chłodzący.

Kocham swoją pracę. Naprawdę. Po tylu latach nadal czuję się w szkole jak ryba w wodzie, chociaż bywają dni, kiedy ta woda przypomina raczej wzburzony ocean, a ja próbuję utrzymać się na powierzchni z dokumentami w jednej ręce i pudełkiem chusteczek w drugiej. Oficjalnie jestem nauczycielką i terapeutką pedagogiczną, ale gdyby ktoś miał uczciwie wypisać wszystkie moje stanowiska, zabrakłoby miejsca na wizytówce. Bywam sędzią, kiedy trzeba rozstrzygnąć, kto pierwszy powiedział „głupek”, a kto tylko odpowiedział, bo został sprowokowany. Policjantem, kiedy prowadzę śledztwo w sprawie zaginionej gumki, która po dwudziestu minutach przesłuchań odnajduje się w piórniku właściciela. Pielęgniarką, gdy plasterek okazuje się jedynym skutecznym lekarstwem na dramatyczne zadrapanie, którego nawet przez lupę trudno się dopatrzyć.

Do tego dochodzi funkcja ochroniarza, bo trzeba czasem zapobiec konfliktowi, zanim dwaj młodzi dżentelmeni postanowią rozwiązać go metodami średniowiecznymi. Jestem negocjatorem pokojowym, detektywem, mediatorem, psychologiem pierwszego kontaktu, specjalistą od zapinania zamków, odkręcania bidonów i rozplątywania sznurówek. Zdarza mi się pełnić obowiązki meteorologa, kiedy trzeba ocenić, czy na dwór wystarczy bluza, czy jednak kurtka, oraz rzecznika prasowego, kiedy po powrocie z przerwy należy ustalić jedną, w miarę spójną wersję wydarzeń. A bywa to trudniejsze niż przygotowanie całej dokumentacji terapeutycznej, bo świadków jest piętnastu i każdy widział zupełnie co innego.

Najbardziej lubię jednak te momenty, kiedy mogę po prostu uczyć. Kiedy dziecko, które jeszcze niedawno mówiło „nie umiem”, nagle podnosi głowę znad zeszytu i z niedowierzaniem stwierdza, że jednak potrafi. Kiedy podczas terapii coś wreszcie zaskakuje, kiedy widzę postępy, których nie da się zmierzyć oceną ani wpisać w żadną rubrykę. Czasem jest to pięknie przeczytane zdanie, czasem samodzielnie rozwiązane zadanie, a czasem zwyczajna odwaga, żeby spróbować jeszcze raz. I właśnie dla takich chwil warto znosić cały ten szkolny rozgardiasz, stosy dokumentów, hałas na przerwach i niekończące się poszukiwania przedmiotów, które najwyraźniej posiadają zdolność samodzielnego przemieszczania się.

Oczywiście nie oznacza to, że każdego ranka biegnę do pracy, podskakując z radości i nucąc hymn ku czci edukacji. Bez przesady. Miewam dni, kiedy najchętniej schowałabym się w szkolnym schowku i wyszła dopiero po ostatnim dzwonku. Bywają sytuacje, w których cierpliwość przechodzi poważną próbę wytrzymałości, a dokumentacja rozrasta się szybciej niż mój fikus przed swoim pamiętnym omdleniem. Zdarza mi się wrócić do domu z głową pełną dziecięcych opowieści, problemów, pomysłów i pytań, na które nawet encyklopedia nie zna odpowiedzi. Ale następnego dnia znów idę do szkoły i zwykle wystarczy kilka minut, żebym przypomniała sobie, dlaczego wybrałam właśnie ten zawód.

Bo nauczycielstwo to dla mnie coś więcej niż realizowanie podstawy programowej i odhaczanie kolejnych tematów. To codzienne spotkania z małymi ludźmi, którzy potrafią człowieka rozbroić jednym zdaniem, doprowadzić do granic cierpliwości, a chwilę później sprawić, że śmieje się do łez. To praca, w której nigdy nie wiadomo, co przyniesie następna godzina, nawet jeśli plan lekcji został przygotowany z największą starannością. I chyba właśnie ta nieprzewidywalność sprawia, że po tylu latach wciąż mi się chce.

Patrzę dzisiaj na otrzymane kwiaty i herbatki i myślę sobie, że największym szczęściem zawodowym wcale nie jest praca, w której wszystko przebiega spokojnie, zgodnie z planem i bez najmniejszych komplikacji. Znacznie ważniejsze jest znaleźć takie miejsce, w którym człowiek czuje się potrzebny, może być sobą i ma poczucie, że to, co robi, naprawdę ma znaczenie. Nawet jeśli po drodze musi odnaleźć trzy zaginione ołówki, pogodzić dwóch zwaśnionych kolegów i wyjaśnić, dlaczego klej nie nadaje się do smarowania ławki.

A na zakończenie tej zawodowej refleksji dochodzę do jeszcze jednego wniosku. Skoro nauczyciel w ciągu jednego dnia potrafi być przedstawicielem tylu różnych profesji, to właściwie powinnam dostawać kilka pensji. Przynajmniej za nadgodziny w wydziale kryminalnym, bo liczba prowadzonych przeze mnie śledztw zdecydowanie przekracza normy przewidziane dla jednego funkcjonariusza.

Tymczasem zaparzę sobie jedną z podarowanych herbatek i wzniosę nią toast za wszystkich nauczycieli, którzy mimo codziennego szaleństwa nadal lubią swoją pracę. Za cierpliwość, poczucie humoru i tę niezwykłą umiejętność dostrzegania wielkich sukcesów w małych rzeczach.

I oby jutro wszystkie gumki, ołówki i temperówki pozostały na swoich miejscach. Chociaż nie oszukujmy się, na taki cud nawet wieloletni staż pedagogiczny nie przygotowuje.

Jesienny cukier do kawy i herbaty, także bez cukru

Jesienne napoje mają tę przewagę nad letnimi, że można przy nich trochę bardziej poszaleć z zapachem. Cynamon, wanilia, kardamon i pomarańcza potrafią zrobić z najzwyklejszej kawy albo herbaty coś, co od razu pachnie wieczorem pod kocem. Tylko sama nazwa „jesienny cukier” jest u mnie trochę umowna, bo cukru na co dzień nie używam. Na szczęście cały pomysł działa równie dobrze z innymi słodzidłami.

Bazą może być zwykły biały lub trzcinowy cukier, ale bez problemu można zastąpić go erytrytolem, ksylitolem albo mieszanką erytrytolu ze stewią. Erytrytol ma delikatnie chłodzący posmak, więc najlepiej łączyć go z mocniejszymi przyprawami. Ksylitol smakuje bardziej podobnie do cukru, ale trzeba pamiętać, że jest toksyczny dla psów, dlatego w domu ze zwierzętami wymaga naprawdę ostrożnego przechowywania. Stewia jest znacznie słodsza od cukru, więc jeśli korzystam z niej samodzielnie, nie robię klasycznej mieszanki w proporcji jeden do jednego, tylko traktuję ją bardziej jako dodatek smakowy.

Na mały słoiczek biorę około szklanki wybranego słodzidła, dodaję łyżeczkę cynamonu, odrobinę wanilii, szczyptę kardamonu i niewielką ilość bardzo drobno startej, dobrze wysuszonej skórki pomarańczowej. Skórka musi być naprawdę sucha, bo wilgoć skraca trwałość mieszanki. Wszystko dokładnie mieszam i wsypuję do suchego, czystego słoiczka.

Najbardziej lubię wersję z cynamonem, wanilią i pomarańczą, bo jest ciepła, lekko korzenna i nie dominuje całego napoju. Kardamonu daję naprawdę niewiele, ponieważ ma wyraźny smak i bardzo łatwo potrafi przejąć dowodzenie. Jeśli robię mieszankę na erytrytolu, warto go wcześniej delikatnie rozdrobnić, wtedy łatwiej łączy się z przyprawami i szybciej rozpuszcza w gorącym napoju.

Potem wystarczy wsypać niewielką ilość do kawy, herbaty albo ciepłego mleka. Dobrze sprawdza się też w owsiance, jogurcie, twarożku czy deserach. I właśnie wtedy okazuje się, że ten mały słoiczek przydaje się częściej, niż człowiek planował. U mnie pewnie najczęściej wyląduje obok kawy, bo jesienią kawa z cynamonem ma wyjątkowo dobrą pozycję negocjacyjną.

Taki słoiczek świetnie nadaje się też na drobny prezent. Wystarczy prosty sznurek, mała papierowa zawieszka i informacja, co znajduje się w środku. Jeśli używamy erytrytolu albo ksylitolu, dobrze to wyraźnie zaznaczyć. To szczególnie ważne wtedy, kiedy obdarowana osoba ma określony sposób żywienia albo w jej domu są zwierzęta.

Lubię takie prezenty najbardziej, bo naprawdę się przydają. Nie trzeba szukać dla nich miejsca na półce ani zastanawiać się, co autor miał na myśli. Otwiera się słoiczek, robi kawę i gotowe. A ponieważ przygotowanie zajmuje chwilę, można zrobić dwa. Jeden na prezent, drugi oczywiście do bardzo odpowiedzialnego testowania jakości.

Codziennik Zadumanej #56


Niedziela. Dzień odpoczynku, spokoju i ładowania akumulatorów przed kolejnym tygodniem. Przynajmniej takie jest założenie, bo mój mózg najwyraźniej nie otrzymał informacji, że w niedzielę również przysługuje mu wolne. Co prawda pralka odpoczywa, odkurzacz stoi grzecznie w kącie, a wszelkie porządki mają zakaz wstępu do niedzielnego harmonogramu, ale za to w głowie trwa prawdziwa burza mózgów. Pomysły na lekcje, karty pracy, kartkówki, materiały na terapię, wpisy na blogi i jeszcze kilka koncepcji, które pojawiają się zupełnie niespodziewanie, najczęściej wtedy, gdy właśnie postanawiam o niczym nie myśleć.


Mam nawet podejrzenie, że moja głowa prowadzi jakąś tajną działalność gospodarczą. W tygodniu pracuje na etacie, a w niedzielę dorabia na własny rachunek. I nie ma zmiłuj, bo kiedy już wpadnie mi do głowy jakiś pomysł, trzeba go rozwinąć, dopracować, a najlepiej od razu przygotować do wykorzystania. W przeciwnym razie istnieje duże prawdopodobieństwo, że do poniedziałku wyparuje, pozostawiając po sobie jedynie mgliste wspomnienie, że wymyśliłam coś genialnego.

Na szczęście mam w domu dwóch wybitnych specjalistów od niedzielnego wypoczynku, których uwieczniłam dzisiaj na zdjęciu. Hektor i Sisi zajęli mój zielony fotel i najwyraźniej uznali, że ich obecność stanowi wystarczający wkład w funkcjonowanie gospodarstwa domowego. Hektor zajął się pielęgnacją futra, Sisi przyjęła pozycję obserwatora, a ja zostałam oddelegowana do dokumentowania tego niezwykle pracowitego popołudnia.

Patrząc na nich, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełniłam jakiegoś błędu w organizacji własnego życia. Hektor nie przygotowuje scenariuszy zajęć, nie zastanawia się, jak uatrakcyjnić naukę ortografii, nie wymyśla kolejnych ćwiczeń rozwijających koncentrację. Jego największym dylematem jest wybór miejsca do spania, chociaż i tutaj wykazuje się niezwykłą konsekwencją. Najlepsze miejsce to zawsze to, które wcześniej upatrzyłam sobie ja.

Sisi również nie zaprząta sobie głowy przyszłością. Spacer, jedzenie, wygodny fotel i bliskość domowników w zupełności jej wystarczają. Żadnego planowania na zapas, żadnych rozważań, czy jutro wszystko pójdzie zgodnie z harmonogramem. A ja tymczasem potrafię podczas jednej kawy zaplanować trzy lekcje, wymyślić tematy na bloga, przygotować w głowie kartkówkę i jeszcze dojść do wniosku, że przydałaby się nowa pomoc dydaktyczna.

Najzabawniejsze jest to, że ja naprawdę lubię te swoje niedzielne zajęcia. Lubię wymyślać, tworzyć, szukać nowych rozwiązań i cieszyć się, kiedy z luźnego pomysłu powstaje coś, co później wykorzystam z dziećmi albo opublikuję na blogu. To zupełnie inny rodzaj pracy niż codzienny szkolny pośpiech. Mogę usiąść z kawą, działać we własnym tempie, zrobić przerwę, popatrzeć przez okno i wrócić do tego, co właśnie mnie zainteresowało. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy pomysł goni pomysł, a ja zapominam, że niedziela nie musi być kolejnym dniem udowadniania sobie własnej produktywności.

I właśnie tego uczą mnie dzisiaj moi futrzaści współlokatorzy. Że można być zadowolonym z dnia, w którym nie wydarzyło się nic wielkiego. Że przyjemność nie zawsze musi mieć praktyczne zastosowanie, a chwila spędzona bez konkretnego celu wcale nie jest chwilą zmarnowaną. Czasami najlepsze pomysły przychodzą właśnie wtedy, kiedy przestajemy ich na siłę szukać.

Dlatego zamykam dzisiaj swoje niedzielne biuro kreatywne. Lekcje są przygotowane, pomysły zapisane, a reszta może spokojnie poczekać. Przede mną jeszcze kawałek wieczoru, książka i ta przyjemna świadomość, że nie muszę już niczego wymyślać ani dopracowywać.

Pozostaje jedynie odzyskać fotel.

Z Hektorem negocjacje są jednak trudniejsze niż z najbardziej wymagającym rodzicem, a Sisi najwyraźniej podpisała z nim umowę o wspólnym użytkowaniu nieruchomości. Patrzą na mnie tak, jakbym była intruzem we własnym mieszkaniu.

I wiecie, do jakiego wniosku doszłam? Człowiek przez całe życie uczy się organizacji czasu, planowania i wyznaczania priorytetów, a potem przychodzi kot, kładzie się na fotelu i pokazuje, że najważniejszą umiejętnością jest wiedzieć, kiedy już wystarczy.

Tylko dlaczego ten mój nauczyciel życiowej mądrości musi rozpoczynać zajęcia praktyczne o trzeciej trzydzieści nad ranem?

"Zabiłaś mnie pierwsza" - John Marrs o tym, jak niewiele wiemy o ludziach mieszkających tuż obok

Lubię książki, które od pierwszych stron dają mi powód, żeby odłożyć wszystko inne i zostać z nimi trochę dłużej. Jeszcze bardziej lubię te, przy których szybko zaczynam kombinować, podejrzewać bohaterów i układać własną wersję wydarzeń. „Zabiłaś mnie pierwsza” Johna Marrsa zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Zaczęłam właściwie niewinnie, a po chwili już nikomu nie ufałam. Czyli wszystko było tak, jak powinno być w dobrym thrillerze.

Początek jest mocny. Podczas Nocy Ognisk związana i zakneblowana kobieta znajduje się wewnątrz stosu przygotowanego do podpalenia. Nie wiemy, kim jest, kto ją tam umieścił ani dlaczego ktoś tak bardzo chce jej śmierci. Autor zostawia nas z tym obrazem i cofa historię o jedenaście miesięcy. Dopiero wtedy poznajemy trzy kobiety, których życie będzie prowadziło nas z powrotem do tej pierwszej sceny.

Margot była kiedyś gwiazdą, Anna jest jej wieloletnią przyjaciółką, a Liv właśnie wprowadziła się wraz z rodziną do sąsiedztwa. Z pozoru nic szczególnego: domy stojące obok siebie, codzienne spotkania, rozmowy, przyjaźnie i zwyczajne życie. Szybko okazuje się jednak, że każda z tych kobiet ma coś, czego nie zamierza pokazywać innym. Sekrety zaczynają się nawarstwiać, relacje robią się coraz bardziej skomplikowane, a ja bardzo szybko przestałam się zastanawiać, która z nich mówi prawdę. Bardziej interesowało mnie już, która kłamie najlepiej.

Marrs prowadzi historię z różnych perspektyw i świetnie wykorzystuje fakt, że tę samą sytuację można zobaczyć zupełnie inaczej w zależności od tego, kto o niej opowiada. Kilka razy zdążyłam już wyrobić sobie opinię o jednej z bohaterek, żeby chwilę później dostać informacje, które kazały mi wszystko przemyśleć od początku. W takich thrillerach właśnie to lubię najbardziej. Autor nie musi co kilkanaście stron wyciągać królika z kapelusza. Wystarczy, że sprawi, iż zacznę wątpić w to, co jeszcze przed chwilą wydawało mi się oczywiste.

Przy tej książce została mi też w głowie myśl o tym, jak niewiele tak naprawdę wiemy o ludziach, których spotykamy niemal codziennie. Sąsiadów mijamy na klatce schodowej, w windzie, przed domem czy przy samochodzie. Mówimy „dzień dobry”, czasem chwilę porozmawiamy, znamy kilka szczegółów z ich życia i zaczyna nam się wydawać, że wiemy, jacy są. Tymczasem znamy przede wszystkim tę część, którą pozwalają nam zobaczyć. Za zamkniętymi drzwiami każdego domu istnieje osobny świat, a „Zabiłaś mnie pierwsza” bardzo dobrze wykorzystuje właśnie tę zwyczajną bliskość połączoną z całkowitą niewiedzą.

Bohaterki nie są tutaj grzecznie podzielone na dobre i złe. Każda ma swoje tajemnice, popełnia błędy i potrafi porządnie zirytować. Sympatia podczas czytania kilka razy zmieniała mi adres, podobnie jak podejrzenia. Oczywiście prowadziłam własne śledztwo i w pewnym momencie byłam nawet bardzo zadowolona ze swojej teorii. Już prawie mogłam Johnowi Marrsowi powiedzieć, że mnie nie nabierze. Na szczęście nie powiedziałam tego głośno, bo później musiałabym udawać, że nic takiego nie miało miejsca.

I właśnie za to lubię thrillery psychologiczne. Nie potrzebuję wyłącznie odpowiedzi na pytanie, kto zrobił coś strasznego. Chcę obserwować ludzi, ich relacje, małe kłamstwa, urazy i decyzje, które początkowo wydają się niewinne, a później zaczynają ciągnąć za sobą coraz poważniejsze konsekwencje. Tutaj właśnie relacje pomiędzy trzema kobietami są dla mnie ciekawsze niż sama kryminalna zagadka.

„Zabiłaś mnie pierwsza” nie jest książką, po której przez tydzień siedziałam i rozmyślałam nad sensem życia, ale też zupełnie tego od niej nie oczekiwałam. Miała mnie wciągnąć, pozwolić mi trochę pokombinować, kilka razy wyprowadzić w pole i sprawić, żebym zamiast kończyć czytanie po jednym rozdziale, zaglądała do następnego. I dokładnie to zrobiła. Jeśli lubicie thrillery o sekretach, toksycznych relacjach, pozorach i ludziach, których zdecydowanie lepiej nie oceniać po pierwszym wrażeniu, warto po nią sięgnąć.

A ja po tej lekturze nadal będę grzecznie mówiła sąsiadom „dzień dobry”. Tylko może już bez przesadnej ciekawości, co właściwie dzieje się za ich drzwiami. Czasami naprawdę bezpieczniej jest nie wiedzieć wszystkiego. 

Codziennik Zadumanej #55

Dzisiaj będzie o jesieni, która najwyraźniej postanowiła urządzić mi małą lekcję życia. I to zupełnie za darmo, bez zapisów, certyfikatów i konieczności wypełniania ankiety ewaluacyjnej. Wystarczyło wyjść na spacer i spojrzeć na drzewa.

Szłam sobie niespiesznie, podziwiając tę naszą złotą polską jesień, kiedy dotarło do mnie, że przyroda ma jednak niesamowity tupet. Jeszcze niedawno wszystko było zielone, świeże, pełne życia, a teraz drzewa bez najmniejszych skrupułów pozbywają się liści. I co najciekawsze, żadne nie wpada z tego powodu w panikę. Nie próbuje ich przyklejać z powrotem, nie zamawia na Allegro specjalistycznego preparatu do regeneracji korony, nie rozpacza, że kiedyś wyglądało lepiej. Po prostu stoi sobie spokojnie i robi swoje.

A człowiek? Człowiek znajdzie trzy siwe włosy i już zastanawia się nad sensem istnienia. Zauważy nową zmarszczkę i natychmiast zaczyna rozważać, czy przypadkiem nie należałoby zainwestować w krem, którego cena sugeruje, że powinien przy okazji remontować mieszkanie i wyprowadzać psa. O dodatkowych kilogramach nawet nie wspomnę, bo to temat wymagający osobnego posiedzenia komisji śledczej.

Przystanęłam przy tym drzewie ze zdjęcia. Część liści jeszcze zielona, część już żółta, a pod spodem całkiem pokaźny dywan tych, które uznały, że na ten sezon wystarczy. I pomyślałam sobie, że ono wygląda dokładnie tak, jak ja się czasami czuję. Trochę jeszcze w lecie, trochę już w jesieni, z głową pełną planów, z których część zdążyła opaść, zanim w ogóle zabrałam się za ich realizację. Do tego jakieś niedokończone sprawy, zaległości i lista rzeczy do zrobienia, która najwyraźniej rozmnaża się przez pączkowanie.

Najzabawniejsze, że ja naprawdę potrafię być dla siebie wymagająca. W pracy wszystko ma być dopięte, w domu ogarnięte, dokumenty napisane, wiadomości odpisane, pranie wyprane, a najlepiej jeszcze wyprasowane. I koniecznie znaleźć czas na odpoczynek, tylko żeby ten odpoczynek był sensownie wykorzystany! Bo przecież można odpoczywać, czytając wartościową książkę, rozwijając zainteresowania albo robiąc coś pożytecznego. Leżenie i gapienie się w sufit jakoś trudno wpisać do harmonogramu osiągnięć.

Tymczasem drzewo stoi. Niczego nie udowadnia. Nie przeprasza za opadające liście i nie tłumaczy się sąsiednim drzewom, że ostatnio trochę zaniedbało fotosyntezę.

I wiecie, co mnie najbardziej rozbawiło? Że ja, kobieta z całkiem pokaźnym bagażem życiowych doświadczeń, potrzebowałam spaceru i jednego drzewa, żeby przypomnieć sobie coś tak oczywistego. Nie wszystko trzeba trzymać kurczowo. Nie każda sprawa wymaga natychmiastowego rozwiązania. Nie każdy dzień musi kończyć się odhaczeniem dwudziestu punktów na liście.

Może właśnie dlatego tak lubię jesień. Ona nie udaje, że wszystko trwa wiecznie. Pokazuje, że można się zmieniać, tracić coś po drodze, trochę zwolnić i nadal być pięknym. A nawet piękniejszym, bo bardziej swoim. Bez poprawiania rzeczywistości, bez nieustannego porównywania się z tym, co było kiedyś.

Wracałam do domu z postanowieniem, że spróbuję być dla siebie trochę łagodniejsza. Oczywiście nie obiecuję cudów. Znam siebie i podejrzewam, że jutro znów będę próbowała zmieścić czternaście godzin obowiązków w ośmiogodzinnym dniu. Ale może przynajmniej nie będę miała do siebie pretensji, jeśli czegoś nie zdążę.

Bo życie naprawdę nie jest konkursem na najlepiej wykorzystaną dobę. Nikt na koniec nie wręczy nam medalu za największą liczbę wyprasowanych bluzek, napisanych dokumentów czy umytych talerzy. A nawet gdyby wręczał, to ja chyba wolałabym dostać nagrodę za to, że po drodze zdążyłam się jeszcze trochę pośmiać, zachwycić jesiennym drzewem, przeczytać dobrą książkę i zwyczajnie pobyć szczęśliwa.

Na dzisiaj mam więc taką małą radę, również dla siebie: od czasu do czasu warto coś odpuścić, zanim samo nam opadnie z sił. I nie trzeba czekać na wielką życiową rewolucję. Czasem wystarczy zostawić na jutro to, co naprawdę może poczekać, wyjść na spacer i zauważyć, że świat całkiem dobrze sobie radzi, nawet kiedy my przez chwilę niczego nie organizujemy.

A jeśli ktoś będzie miał pretensje, że czegoś nie zrobiłam, powiem, że jestem w trakcie sezonowej regeneracji. Skoro drzewom wolno, to mnie chyba też.

Tylko liści z siebie zrzucać nie zamierzam. Wystarczy, że włosy ostatnio znajduję wszędzie.

Butelka jesieni, czyli syrop dyniowy do kawy

Jesień ma u mnie kilka smaków, ale dynia, cynamon i wanilia zdecydowanie zajmują miejsce gdzieś w ścisłej czołówce. Kiedy więc zaczęłam myśleć o kolejnym drobiazgu, który można zrobić w domu, wykorzystać we własnej kuchni, a przy okazji podarować komuś w prezencie, wybór był właściwie oczywisty. Powstała mała butelka syropu dyniowego do kawy, czyli czegoś, co potrafi zamienić zwykłą poranną kawę w całkiem przyzwoity jesienny luksus bez wychodzenia do kawiarni.

Przepis jest prosty, a składniki spokojnie można dopasować do własnego smaku. Na niewielką butelkę przygotowuję około 250 ml wody [niepewne], około 180 do 200 g cukru [niepewne], 3 łyżki puree z dyni [niepewne], 1 łyżeczkę cynamonu [niepewne], niewielką szczyptę mielonego imbiru [niepewne], kilka goździków [niepewne] oraz wanilię. Można użyć ekstraktu waniliowego albo odrobiny pasty waniliowej. Ilość przypraw traktuję bardziej jako punkt wyjścia niż kuchenne prawo, bo jedni lubią, kiedy cynamon przejmuje dowodzenie nad całą kuchnią, a inni wolą delikatniejszy smak.

Do niewielkiego garnka wlewam wodę, wsypuję cukier i podgrzewam całość na małym ogniu, aż cukier się rozpuści. Dodaję puree z dyni, cynamon, imbir oraz goździki i mieszam. Syrop powinien tylko spokojnie się podgrzewać i lekko zgęstnieć, nie trzeba urządzać mu gwałtownego gotowania. Na końcu dodaję wanilię. Jeśli używałam całych goździków, przecedzam gotowy syrop przez drobne sitko, a potem przelewam go do dokładnie umytej i wyparzonej butelki.

Właśnie w tym momencie zaczyna się najlepsza część, czyli próbowanie. Do kawy wystarczy niewielka ilość syropu, potem mleko albo spienione mleko i nagle zwykła kawa zaczyna pachnieć tak, jakby jesień urządziła sobie małą kawiarnię w mojej kuchni. Syrop dobrze sprawdza się również w ciepłym mleku, owsiance, jogurcie, naleśnikach czy deserach. Przyznam, że ta ostatnia możliwość jest trochę niebezpieczna, bo po kilku dniach człowiek zaczyna zastanawiać się, do czego jeszcze można go dodać.

Ponieważ domowy syrop zawiera prawdziwe puree z dyni i nie jest produktem przemysłowo utrwalanym, po ostudzeniu przechowuję go w lodówce [pewne]. Nie podaję mu ambitnego terminu przydatności na kilka tygodni, bo trwałość zależy od proporcji, sposobu przygotowania i czystości butelki. Robię raczej niewielką porcję i zużywam ją na bieżąco. Jeśli zmieni zapach, smak, wygląd albo pojawią się oznaki fermentacji czy pleśni, syrop trzeba wyrzucić [pewne].

Mała szklana butelka sprawia też, że taki syrop od razu staje się pomysłem na jesienny prezent. Wystarczy prosty sznurek, niewielka papierowa zawieszka z nazwą i informacją, że syrop należy przechowywać w lodówce. Bez wielkich dekoracji, błyszczących kokard i całej oprawy godnej prezentu ślubnego. W środku i tak jest wszystko, co potrzebne: dynia, przyprawy i trochę jesiennego klimatu.

Najbardziej lubię właśnie takie domowe prezenty, które później naprawdę można wykorzystać. Nie stoją na półce i nie czekają, aż ktoś znajdzie dla nich zastosowanie. Otwiera się butelkę, robi kawę i już. A jeśli przy okazji przygotuję jedną dodatkową butelkę dla siebie, będzie to oczywiście wyłącznie rozsądna kontrola jakości.

Codziennik Zadumanej #54

Oj, nie było mnie, nie było… Zamilkłam na kilka dni i wcale nie dlatego, że wyjechałam w Bieszczady, rozpoczęłam nowe życie albo postanowiłam odciąć się od świata. Dopadł mnie zwyczajny paraliż twórczy. Taki, przy którym człowiek ma o czym pisać, tylko słowa najwyraźniej biorą urlop na żądanie. Co zabawne, życie w tym czasie absolutnie żadnego urlopu nie wzięło. Wręcz przeciwnie – najwyraźniej postanowiło dostarczyć mi materiału na kilka kolejnych odcinków.

Chodziłam więc do pracy, pisałam dokumenty, sprawdzałam sprawdziany i kartkówki, a wieczorami konsekwentnie leczyłam przeziębienie, które uznało, że skoro już się wprowadziło, to zostanie na dłużej. Pomiędzy jednym obowiązkiem a drugim spacerowałam, łapałam piękną złotą jesień, czytałam i próbowałam się wysypiać. Z naciskiem na „próbowałam”, ponieważ Hektor najwyraźniej prowadzi obecnie nocny tryb życia i około 3.30 rozpoczyna swoje wojaże. Nie wiem, jakie interesy można mieć o tej porze w mieszkaniu, ale sądząc po jego zaangażowaniu – bardzo poważne. Ja natomiast coraz częściej rozpoczynam dzień o godzinie, o której rozsądni ludzie nawet nie przewracają się jeszcze na drugi bok.

W tak zwanym międzyczasie sprzątałam, prasowałam i prałam… Właściwie nie. Prała pralka. Nie będę sobie przypisywać cudzych zasług, skoro jeszcze działa i może się obrazić. Za to pojawił się nowy obowiązek, którego przez lata szczęśliwie prawie nie znałam: zmywanie naczyń. Zmywarka zakończyła bowiem swój żywot. Tak po prostu. Odeszła na wieczny program ECO i na chwilę obecną nie zamierzam zastępować jej lepszym modelem.

Jak długo wytrwam w tym postanowieniu, nie wiem.

Na razie codziennie stoję przy zlewie i odkrywam ze zdumieniem, ile naczyń jest w stanie wyprodukować jedna osoba. Przecież ja mieszkam sama, a chwilami mam wrażenie, że po kryjomu stołuje się u mnie siedmioosobowa rodzina. Kubek, talerzyk, miseczka, łyżeczka, nóż, deska… Odwracam się na moment i znowu coś leży w zlewie. Zmywarko, jeśli gdzieś tam jesteś – teraz już wiem, że za mało cię doceniałam.

Żeby nie było zbyt spokojnie, prowadziłam również wojnę z firmą kurierską, która pomyliła przesyłki i w efekcie jestem siedemdziesiąt złotych w plecy. Siedemdziesiąt złotych może nie zmienia życia, ale wystarczająco dużo, żeby człowiek nabrał ochoty zostać detektywem, prawnikiem i rzecznikiem praw konsumenta jednocześnie. Odkryłam przy okazji, że zdanie „proszę wyjaśnić sprawę z przewoźnikiem” potrafi podnieść ciśnienie skuteczniej niż podwójne espresso.

Za to inną sprawę udało mi się doprowadzić do końca. Moje teksty i grafiki przestały pojawiać się na obcym profilu. I bardzo dobrze. Lubię się dzielić tym, co tworzę, ale jednak wolę sama decydować, gdzie moje rzeczy wędrują. Małe zwycięstwo, ale takie, po którym człowiek od razu siedzi odrobinę wyżej na kanapie.

A pomiędzy tym wszystkim były jeszcze moje kawki przez telefon. I chyba właśnie one najlepiej pokazują, że nie wszystko, co ważne, musi być wielkim wydarzeniem. Kilkadziesiąt minut rozmowy, zwyczajna kawa po dwóch stronach telefonu, trochę śmiechu, trochę narzekania, trochę opowiadania o niczym i o wszystkim – a człowiek odkłada telefon i jakoś mu lżej.

Czyli jednak działo się. I to sporo. Tylko ja uparcie myślałam, że nie mam o czym pisać.

Może właśnie dlatego czasami warto zniknąć na kilka dni. Nie produkować niczego na siłę, nie wyciskać z siebie słów tylko dlatego, że „powinnam coś napisać”. Życie i tak w tym czasie zbiera materiał. Wrzuca do jednego worka jesienne spacery, dokumentację szkolną, przeziębienie, nocne wyprawy kota, zepsutą zmywarkę, siedemdziesiąt złotych, telefoniczne kawy i książkę czytaną przed snem.

A potem człowiek siada i odkrywa, że ten cały zwyczajny bałagan był właśnie życiem.

I chyba mam dziś tylko jedną radę – także dla siebie: nie trzeba być cały czas produktywnym, twórczym i pełnym pomysłów. Czasami można po prostu żyć, a słowa dogonią nas później.

Oby tylko zmywarka nie postanowiła być dla nich inspiracją na zbyt długo.

"40 Raków" - Agnieszka Peszek o tym, czy krzywda może kiedykolwiek usprawiedliwić zło

Po pięciu tomach z Dorotą Czerwińską nie miałam jeszcze najmniejszej ochoty żegnać się z Agnieszką Peszek. Skoro już nazwałam ją swoją polską Freidą McFadden, to wiadomo było, że będę szukała kolejnych jej książek. I tak trafiłam na „40. Raków”, czyli początek serii „Ona”. Już sama okładka zapowiadała, że tym razem raczej nie będzie lekko, łatwo i przyjemnie, a po kilku rozdziałach wiedziałam, że autorka rzeczywiście zabiera mnie w znacznie mroczniejsze rejony. Peszek ma zdecydowanie zbyt bujną wyobraźnię, żebym chciała spotkać ją samotnie w ciemnej uliczce, ale do czytania kryminałów jest to akurat ogromna zaleta.

Warszawą wstrząsa seria wyjątkowo brutalnych morderstw kobiet. Sprawca, nazwany przez media Brzytwą, nie ogranicza się do pozbawienia swoich ofiar życia, a szczegóły jego zbrodni są naprawdę makabryczne. Śledztwo prowadzi komisarz Maksymilian Obrębski, któremu towarzyszą policjanci wciągnięci w sprawę znacznie większą i bardziej skomplikowaną, niż początkowo mogliby przypuszczać. Nie chcę opowiadać więcej, bo w przypadku takiego kryminału odbieranie komuś możliwości samodzielnego odkrywania kolejnych elementów układanki powinno być karalne. Powiem tylko, że Peszek prowadzi historię z kilku perspektyw, pozwala zajrzeć nie tylko do świata śledczych i bardzo umiejętnie podrzuca informacje, z których człowiek natychmiast zaczyna budować własne teorie. A ja przecież uwielbiam budować teorie. Potem autorka może je sobie spokojnie burzyć.

Najbardziej zainteresowało mnie jednak to, co znajduje się pod całą kryminalną warstwą tej historii. Przeszłość bohaterów nie jest tutaj jedynie wygodnym dodatkiem tłumaczącym ich zachowanie. Ona właściwie cały czas idzie za nimi i pokazuje, że dzieciństwo może się skończyć, ale to, czego człowiek w nim doświadczył, wcale nie musi zniknąć wraz z dorastaniem. Krzywda, strach, przemoc czy upokorzenie potrafią zostać na lata i wpływać na późniejsze wybory. Czytając, coraz częściej zastanawiałam się więc nie tylko nad tym, kto zabija, ale przede wszystkim nad granicą pomiędzy zrozumieniem czyjegoś postępowania a jego usprawiedliwieniem.

Bo można wiedzieć, skąd w człowieku wzięły się gniew, nienawiść i potrzeba zemsty. Można współczuć dziecku, które kiedyś zostało skrzywdzone, i jednocześnie nie akceptować tego, co robi ono jako dorosły człowiek. Właśnie to wydało mi się w „40. Raków” najciekawsze. O wiele łatwiej potępić potwora, kiedy znamy wyłącznie jego czyny. Trudniej, gdy autor najpierw pozwala zobaczyć człowieka i pokazuje drogę, która doprowadziła go do miejsca, w którym się znalazł. Współczucie dla dawnej ofiary zaczyna wtedy nieprzyjemnie mieszać się z odrazą wobec sprawcy. Dla mnie odpowiedź pozostaje jednak prosta: własna krzywda może wiele wyjaśnić, ale nigdy nie daje prawa do krzywdzenia kolejnych osób.

Oczywiście nie zamieniłam się przy tym w filozofa z książką na kolanach, bo „40. Raków” przede wszystkim dobrze spełnia swoje kryminalne zadanie. Są ofiary, śledztwo, kolejne tropy i moje nieustanne podejrzewanie niemal każdego, kto pojawił się na stronie. Czy wszystko jest tutaj stuprocentowo prawdopodobne? Nie. W kilku miejscach rzeczywistość chyba musiała trochę ustąpić miejsca potrzebom fabuły, a pewne rozwiązania śledztwa przyjęłam z lekkim uniesieniem brwi. Tyle że podczas czytania nie miałam szczególnej ochoty odkładać książki, a to dla mnie przy kryminale znaczy więcej niż idealna zgodność z policyjnymi procedurami.

Po zamknięciu książki zostałam więc nie tylko z odpowiedzią na pytanie, kto i dlaczego, ale również z myślą o tym, jak długo potrafimy nosić w sobie rzeczy, które wydarzyły się wiele lat wcześniej. I dopiero wtedy naprawdę doceniłam również tytuł. Nie będę wyjaśniała, co oznacza „40. Raków”, bo to jedna z tych rzeczy, które zdecydowanie lepiej odkryć podczas czytania.

Czy było warto? Dla mnie tak. Agnieszka Peszek po raz kolejny dała mi dokładnie to, czego od niej oczekiwałam: mroczną historię, sporo kombinowania, bohaterów, których nie da się łatwo podzielić na dobrych i złych, oraz coś więcej niż samo pytanie „kto zabił?”. „40. Raków” rozpoczyna serię „Ona”, więc oczywiście już patrzę w stronę kolejnej części. Przecież nie po to znalazłam swoją polską Freidę McFadden, żeby teraz zachowywać umiar.

Świeca, która pachnie jesiennym wieczorem

Jesienią mam wyjątkową słabość do świec. Wystarczy, że wieczorem robi się trochę chłodniej, za oknem szybciej zapada ciemność, a ja już mam ochotę zapalić coś, co pachnie ciepło, spokojnie i trochę tak, jakby właśnie ktoś piekł ciasto, nawet jeśli w kuchni absolutnie nic się nie dzieje. Tym razem zamiast kolejnej świecy ze sklepu postanowiłam zrobić własną, w małym słoiczku, z wosku sojowego i zapachu, który dla mnie najbardziej kojarzy się z jesienią.

Do takiej świecy potrzebny jest wosk sojowy przeznaczony do świec, knot dopasowany do średnicy naczynia, niewielki szklany słoiczek oraz olejek zapachowy przeznaczony właśnie do produkcji świec. To ważne, bo nie każdy olejek nadaje się do podgrzewania w wosku. Ja wybrałabym wanilię z pomarańczą albo samą pomarańczę z odrobiną cynamonowej nuty. Zapach ma być przyjemny, a nie taki, po którym po dziesięciu minutach człowiek zaczyna podejrzewać, że mieszka we wnętrzu piernika.

Najpierw przygotowuję słoiczek i mocuję knot na środku dna. Wosk rozpuszczam zgodnie z zaleceniami producenta, ponieważ różne rodzaje wosku sojowego mogą mieć inne temperatury topnienia i dodawania kompozycji zapachowej [pewne]. Nie warto tutaj improwizować z temperaturą ani ilością zapachu. Najbezpieczniej trzymać się proporcji podanych przez producenta konkretnego wosku i olejku [pewne]. Kiedy wosk jest już gotowy, dodaję zapach, dokładnie mieszam i powoli przelewam wszystko do słoiczka, pilnując, żeby knot pozostał na środku.

Potem zaczyna się najtrudniejszy etap całego projektu, czyli nicnierobienie. Świeca musi spokojnie zastygnąć i nabrać odpowiedniej konsystencji, więc nie ma sensu co pięć minut sprawdzać, czy może jednak już jest gotowa. Przyznaję, że właśnie ta część domowego DIY zawsze wychodzi mi najgorzej, bo skoro coś zrobiłam, to chciałabym natychmiast zobaczyć efekt, najlepiej jeszcze tego samego kwadransa.

Kiedy świeca całkowicie stwardnieje, przycinam knot i dekoruję słoiczek. Nie potrzeba wiele. Kawałek naturalnego sznurka i suszony plaster pomarańczy przywiązany przy górnej części słoika wystarczą, żeby całość wyglądała jesiennie, ale nadal spokojnie. Taki plaster traktuję wyłącznie jako dekorację na zewnątrz. Suszonych pomarańczy, lasek cynamonu, ziaren kawy czy innych łatwopalnych dodatków nie wkładam do wosku w pobliżu knota [pewne]. Ładnie wyglądają na zdjęciach, ale przy palącej się świecy bezpieczeństwo zdecydowanie wygrywa z dekoracją.

Gotową świecę stawiam wieczorem na ławie, zapalam i właściwie niczego więcej nie potrzebuję. Ciepłe światło, zapach wanilii i pomarańczy, koc oraz spokojny wieczór robią swoje. A jeśli zrobię od razu dwie albo trzy małe świece, jedna może zostać u mnie, a pozostałe trafiają do kogoś w prezencie. Wystarczy przewiązać słoiczek sznurkiem i właściwie opakowanie mamy załatwione.

Takie prezenty lubię najbardziej. Nie są idealne jak ze sklepowej półki i właśnie dlatego mają swój urok. Ktoś poświęcił chwilę, wybrał zapach, zrobił świecę i pomyślał o konkretnej osobie. A przy okazji można sobie zostawić jedną dla siebie, bo przecież trzeba sprawdzić, czy prezent wyszedł dobrze. Tego elementu kontroli jakości zdecydowanie nie zamierzam pomijać.

"Nauczyciele" - Freida McFadden o tym, że najgroźniejsze lekcje nie zawsze odbywają się przy tablicy

No i mam ją. Kolejną Freidę. Właściwie mogłabym już przestać udawać, że przed rozpoczęciem jej książki zastanawiam się, czy warto. Nie zastanawiam się. Jeśli na okładce widzę nazwisko McFadden, książka prędzej czy później będzie moja. Tym razem dodatkowo dostałam tytuł „Nauczyciele”, więc jako nauczycielka naprawdę nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Tylko od razu uprzedzam — moja szkolna codzienność wygląda jednak trochę inaczej. I całe szczęście.

„Nauczyciele” to polskie wydanie „The Teacher”, thrillera Freidy McFadden z 2024 roku. U nas książka ukazała się 27 sierpnia 2025 roku nakładem Czwartej Strony, w tłumaczeniu Elżbiety Pawlik. Ma 440 stron i miękką oprawę ze skrzydełkami.

Eve jest nauczycielką matematyki w liceum w Caseham. W tej samej szkole pracuje jej mąż Nate, nauczyciel angielskiego. Z pozoru zwyczajne małżeństwo, zwyczajna szkoła i kolejny rok nauki. Tyle że rok wcześniej wydarzył się tam skandal. Jednego z nauczycieli podejrzewano o romans z uczennicą, a w samym środku całej historii znalazła się Addie. Dziewczyna została z łatką kłamczuchy i manipulatorki, której lepiej nie ufać. Teraz trafia między innymi na lekcje Eve i Nate’a.

I tutaj naprawdę przestaję opowiadać fabułę. Przy Freidzie im mniej się wie, tym lepiej, a w „Nauczycielach” szczególnie łatwo powiedzieć o jedno zdanie za dużo.

Od początku patrzyłam na tę historię trochę inaczej niż zapewne ktoś, kto ze szkołą nie ma nic wspólnego. Bo za thrillerem jest tutaj temat bardzo poważny: relacja nauczyciela i ucznia, granice, odpowiedzialność dorosłego i ogromna przewaga, jaką nauczyciel ma nad młodym człowiekiem. Nastolatek może być zakochany, zafascynowany, może uważać, że właśnie przeżywa największą miłość swojego życia. Dorosły powinien wiedzieć, gdzie jest granica. I kropka. To nie jest relacja dwóch osób stojących na równych pozycjach.

Freida bardzo sprytnie wykorzystuje też coś, co w szkolnej rzeczywistości jest aż nazbyt znajome: opinię, która zaczyna żyć własnym życiem. Wystarczy, że o uczniu zostanie raz powiedziane „ona kłamie”, „on sprawia problemy”, „z nią zawsze coś jest”, a później każde zachowanie zaczynamy oglądać właśnie przez ten filtr. Addie ma już swoją etykietkę. Pytanie tylko, czy to, co mówią o niej inni, rzeczywiście mówi nam, kim ona jest.

Historia prowadzona jest przede wszystkim z perspektywy Eve i Addie, więc tę samą rzeczywistość oglądamy oczami dorosłej kobiety i nastolatki. I oczywiście Freida robi to, co lubi najbardziej — pozwala nam coś sobie poukładać, a potem zaczyna wyciągać kolejne elementy z tej układanki.

Przyznam jednak, że „Nauczyciele” rozwijają się spokojniej niż niektóre inne jej thrillery. Przez sporą część książki jest więcej psychologii, relacji i szkolno-małżeńskiej codzienności niż kryminalnej jazdy bez trzymanki. Nie jestem jedyna, która to zauważyła — w opiniach czytelników właśnie wolniejsze tempo pierwszych części książki pojawia się zarówno jako zarzut, jak i element budujący późniejsze zaskoczenia.

Mnie to jednak nie zniechęciło. Znam już Freidę na tyle, żeby wiedzieć, że kiedy robi się podejrzanie spokojnie, należy zacząć się martwić.

Oczywiście miałam swoje teorie. Oczywiście obserwowałam bohaterów i myślałam: dobra, już wiem, kto tutaj kłamie. Później zmieniałam zdanie. Następnie wracałam do pierwszej wersji. A gdzieś pod koniec pojawiło się moje tradycyjne: „Ha! Freida, tym razem cię mam”.

Nie miałam.

I właśnie dlatego nadal tak bardzo lubię jej książki. Nie potrzebuję po nich wielkich filozoficznych odkryć. Chcę usiąść z kawą, otworzyć książkę i nagle zorientować się, że zamiast zaplanowanych dwudziestu stron przeczytałam sto. Chcę podejrzewać, kombinować, denerwować się na bohaterów i koniecznie przeczytać jeszcze jeden rozdział, bo przecież teraz już naprawdę muszę wiedzieć.

„Nauczyciele” zostawili mnie jednak również z czymś poważniejszym. Z myślą o tym, jak łatwo dorosły może wykorzystać zaufanie młodego człowieka i jak bardzo odpowiedzialność za granice zawsze spoczywa na dorosłym. Ale też o tym, jak szybko potrafimy wydać wyrok na kogoś, o kim właściwie niewiele wiemy. Czasem wystarczy jedna historia powtarzana wystarczająco wiele razy, żebyśmy przestali pytać, czy na pewno była prawdziwa.

Czy to moja ulubiona Freida? Nie. Pierwsze miejsce nadal zajmują u mnie inne jej książki. Ale czy żałuję tych 440 stron? Ani trochę. Szczególnie że końcówka przypomniała mi dokładnie, dlaczego McFadden wciąż siedzi na samym szczycie mojej prywatnej listy autorek thrillerów.

A po przeczytaniu „Nauczycieli” mam jeszcze jedną refleksję zawodową.

Jutro wchodzę do swojej klasy, patrzę na dzieci, zeszyty, piórniki, rozsypane kredki i pytanie po raz siedemnasty: „Proszę pani, a która strona?”. I chyba jeszcze bardziej docenię, że największy thriller mojego dnia polega czasem na ustaleniu, kto znowu nie podpisał karty pracy.

Freida zdecydowanie może zatrzymać swoją szkołę.

Ja zostaję przy swojej.

Codziennik Zadumanej #53

Dziś zmieniam swoją tradycję. Nie jutro, nie od poniedziałku, tylko właśnie dzisiaj, bo życie najwyraźniej uznało, że potrzebuję małego jesiennego dramatu już przy porannej kawie.

Sięgnęłam po mój dyniowy kubek, ten z kategorii „jesień bez niego się nie liczy”, i wtedy zobaczyłam, że jest pęknięty. Nie jedno niewinne pęknięcie, które można jeszcze przez kilka tygodni ignorować i udawać, że nic się nie dzieje. Dwa. Kubek wyraźnie zakomunikował, że jego sezon jesienny dobiegł końca, choć mój dopiero się rozpoczął. Pożegnałam go ze smutkiem, bo wiadomo – to tylko kubek, ale spróbujcie powiedzieć jesieniarze, że dyniowy kubek to tylko naczynie. Równie dobrze można powiedzieć, że koc to kawałek materiału, a świeczki służą wyłącznie do oświetlania pomieszczeń.

Po pracy podjęłam więc jedyną rozsądną decyzję: jadę do mojego MParku po następcę. Przecież nie będę przeżywała października z kawą w jakimś zwyczajnym kubku. Są granice.

Weszłam do sklepu nastawiona na dynie, liście, pomarańcze, brązy i cały ten jesienny arsenał, a tam… Boże Narodzenie.

Choinki. Bombki. Mikołaje. Świąteczne dekoracje.

Halo! Ja dopiero co rozłożyłam koc!

Ostatnie jesienne kubki stały sobie gdzieś z boku niczym niedobitki sezonu, który handel najwyraźniej uznał już za zakończony. A ja naprawdę protestuję. Dajcie mi się jeszcze trochę podelektować jesienią. Dopiero zaczęła pachnieć, dopiero światło zrobiło się takie piękne, dopiero wyciągnęłam dynie, zapaliłam jesienne światełka i poczułam, że oto nadszedł mój czas. Do pierników, reniferów i „Last Christmas” dojdziemy. Spokojnie. Co prawda jestem Adwenciarą jeszcze większą niż jesieniarą, ale nawet ja mam swoje granice. Wrzesień to zdecydowanie za wcześnie, żeby Rudolf zaglądał mi do koszyka.

Kubek oczywiście kupiłam. Misja zakończona powodzeniem. Przy okazji uzupełniłam zapas moich bezcukrowych ciasteczek, bo skoro już człowiek jedzie ratować jesień, dobrze mieć do niej coś chrupiącego.

Po powrocie poszłyśmy z Sisi na spacer i pogoda wynagrodziła mi poranne straty. Słońce, ciepło, piękna jesień w swojej najlepszej odsłonie. Bez bombek, bez choinek, bez sztucznego śniegu. Zwyczajny spacer, pies obok i to cudowne światło, które o tej porze roku potrafi zrobić coś pięknego nawet z najbardziej zwyczajnym kawałkiem trawnika.

Głos też powoli wraca do właścicielki. Jeszcze nie jest to pełna wersja koncertowa, ale przynajmniej przestałam brzmieć jak nastolatek przechodzący mutację, więc uznaję to za sukces.

Potem jeszcze sprzątnęłam balkon, uzupełniłam Librusa i odpowiedziałam na wiadomości od rodziców. Czyli zrobiłam wszystko, co trzeba, żeby móc teraz z czystym sumieniem zamknąć działalność na dziś. Nowy dyniowy kubek jest, ciasteczka są, balkon ogarnięty, szkoła załatwiona, Sisi wyspacerowana. Idę czytać.

I tak sobie myślę, że może z tym pękniętym kubkiem i świątecznymi półkami jest całkiem niezła lekcja na koniec dnia. Świat ma okropną tendencję do wyprzedzania czasu. Jeszcze nie zdążymy nacieszyć się jednym, a już ktoś pokazuje nam następne. Sklepy robią Boże Narodzenie we wrześniu, kalendarz zapełniamy na kilka tygodni naprzód, a sami czasami żyjemy tak, jakby dzisiejszy dzień był tylko poczekalnią przed tym, co będzie później.

A przecież nie trzeba.

Jesień dopiero się zaczęła i zamierzam ją przeżyć po kolei. Z dyniowym kubkiem, książką, spacerami z Sisi, kocem i słońcem, kiedy łaskawie się pojawi. Na choinki przyjdzie czas.

Nie przyspieszajmy sobie życia. Ono i bez naszej pomocy pędzi zdecydowanie za szybko.

Podkładki pod kubki z resztek

Jesienne wieczory mają tę przyjemną cechę, że nagle kawa i herbata smakują jakoś lepiej, szczególnie kiedy za oknem robi się chłodno, a człowiek może wreszcie bez wyrzutów sumienia usiąść pod kocem i udawać, że właśnie bardzo intensywnie odpoczywa. Przy okazji pojawia się tylko jeden drobiazg: gorący kubek postawiony na ławie potrafi zostawić po sobie pamiątkę, której zdecydowanie nie planowałam. I właśnie dlatego tym razem zabrałam się za podkładki.

Nie chciałam kupować kolejnego kompletu, skoro w domu znalazłam kilka rzeczy, które spokojnie mogły dostać nowe zadanie. Kawałek korka, małe drewniane krążki, resztki cienkiej deseczki, a nawet stare płytki ceramiczne nadają się do tego idealnie. Wystarczy je dopasować do odpowiedniego rozmiaru, wygładzić brzegi i zdecydować, czy zostawiamy je zupełnie naturalne, czy trochę je zmieniamy.

Najprościej jest z korkiem. Można wyciąć koła albo kwadraty, a jeśli materiał jest cienki, skleić ze sobą dwie warstwy. Drewno wymaga trochę więcej pracy, bo dobrze je delikatnie przeszlifować, a później zabezpieczyć olejem albo bezbarwnym preparatem przeznaczonym do drewna. Nie trzeba przy tym wymyślać skomplikowanych wzorów. Naturalne usłojenie wygląda naprawdę dobrze i często właśnie ono jest najlepszą dekoracją.

Stare płytki ceramiczne dają jeszcze więcej możliwości. Jeśli wzór już jest ciekawy, wystarczy przykleić od spodu kawałek korka albo filcu, żeby nie rysowały stołu. Gładkie można delikatnie pomalować, ale tutaj również jestem zwolenniczką umiaru. Jeden spokojny kolor, prosty motyw albo nawet pozostawienie ich bez żadnych zmian potrafi wyglądać lepiej niż próba zmieszczenia na jednej podkładce całej artystycznej wizji jesieni.

Najbardziej lubię w takich pomysłach to, że nic nie trzeba robić według jednego wzoru. Każda podkładka może być trochę inna, a razem i tak tworzą komplet, zwłaszcza jeśli łączy je podobny kolor albo materiał. Do drewnianych można dodać cienki pasek korka, ceramiczne połączyć z naturalnym sznurkiem przy przechowywaniu, a korkowe zostawić całkiem proste.

I znowu wychodzi na to, że rzeczy odkładane z myślą „może się jeszcze przydadzą” czasami rzeczywiście się przydają. Z kilku resztek, które spokojnie mogłyby wylądować w koszu, powstały podkładki używane niemal codziennie. Proste, praktyczne i dokładnie takie, jakie lubię. A jesienią, kiedy kubek gorącej herbaty staje się niemal wyposażeniem obowiązkowym, trudno o bardziej odpowiednie domowe DIY.

Codziennik Zadumanej #52

Wczoraj po ośmiu godzinach pracy wróciłam do domu i mój organizm nie pozostawił mi większego pola do negocjacji. Żadnego „jeszcze tylko to zrobię”, żadnego krzątania się, nadrabiania zaległości ani ambitnych planów na wieczór. Poszłam spać. Najwyraźniej wszystkie moje systemy zgodnie uznały, że skoro właścicielka nie potrafi sama podjąć rozsądnej decyzji, trzeba ją po prostu wyłączyć.

Rano obudziłam się bez głosu. Kompletnie.

Przez chwilę nawet pomyślałam, że może ma to swoje zalety. Człowiek nie może gadać, więc oszczędza energię, nie wdaje się w dyskusje i generalnie emanuje spokojem. Problem w tym, że jestem nauczycielką, a nauczyciel bez głosu jest trochę jak fryzjer bez nożyczek. Niby można przyjść do pracy, tylko nie bardzo wiadomo, co dalej.

Po jakimś czasie udało mi się trochę rozgadać, choć „głos” jest w tym przypadku określeniem mocno na wyrost. Brzmiałam jak nastolatek w samym środku mutacji, który jeszcze nie wie, czy za chwilę przemówi basem, piskiem, czy w ogóle zamilknie. Dzieciaki oczywiście miały ubaw. Ja mówiłam, one czekały, jaki dźwięk wydobędzie się ze mnie tym razem. Edukacja przez zaskoczenie. Tego chyba jeszcze w podstawie programowej nie ma.

Po pracy postanowiłam potraktować sprawę poważnie i wykupiłam pół apteki. W pewnym momencie patrząc na zawartość torby, zaczęłam podejrzewać, że pani farmaceutka mogła odnieść wrażenie, że zaopatruję niewielki oddział pulmonologiczny, a nie jedną kobietę z katarem, chrypką i gardłem, które najwyraźniej wypowiedziało umowę o współpracy.

A potem zrobiłam coś, czego potrzebowałam chyba bardziej niż kolejnego preparatu z apteki. Poszłam z Sisi na długi spacer.

Słońce świeciło tak pięknie, że szkoda było wracać od razu do domu. Jesień pokazała dziś tę swoją wersję, za którą ją uwielbiam – światło miękkie, ciepłe, trawa jeszcze zielona, a pomiędzy nią pierwsze liście przypominające, że lato naprawdę już się spakowało. Zatrzymałam się nawet przy jednym z nich i zrobiłam zdjęcie. Jeden zwyczajny jesienny liść na trawniku, a jednak właśnie takie drobiazgi najlepiej przypominają mi, żeby czasem przestać pędzić i zwyczajnie popatrzeć.

Oczywiście po powrocie rzeczywistość szybko uznała, że wystarczy tego romantyzmu.

Czekało na mnie siedem kart pomocy uczniom.

Siedem.

Przy pierwszej człowiek jest jeszcze profesjonalistą. Przy trzeciej zaczyna podejrzewać, że pewne zdania już kiedyś pisał. Przy piątej traci poczucie czasu, a przy siódmej słowo „dokumentacja” zaczyna brzmieć jak osobista groźba. Ale zrobiłam. Wszystkie siedem. Mogę więc oficjalnie ogłosić, że dzisiejszego dnia pokonałam nie tylko infekcję, ale również papierologię, choć obie przeciwniczki walczyły wyjątkowo nieczysto.

Na deser została jeszcze rada pedagogiczna. Na szczęście online. I naprawdę są takie dni, kiedy możliwość uczestniczenia w radzie bez konieczności ponownego wychodzenia z domu człowiek przyjmuje niemal jak osobisty dar od losu. Zwłaszcza kiedy mówi głosem czternastoletniego chłopca i ma w domu aptekę wystarczającą na małą epidemię.

Teraz jednak koniec bohaterstwa. Karty zrobione, rada zaliczona, Sisi wyspacerowana, jesienny liść sfotografowany. Idę się leczyć. Bez nadrabiania świata, bez „jeszcze tylko”, bez udowadniania, że dam radę.

Bo chyba nie zawsze trzeba zrobić wszystko. Czasem wystarczy zrobić tyle, ile naprawdę trzeba, znaleźć po drodze kawałek słońca, zauważyć jeden jesienny liść i wrócić do domu.

A jutro bardzo chętnie odzyskam własny głos. Dzieci miały już swoją rozrywkę. 😁 

"Pościg" - Linwood Barclay o tym, że czasem najlepszym bohaterem okazuje się pies

Do „Pościgu” trafiłam trochę inaczej niż do większości książek Linwooda Barclaya. Kojarzę go przecież przede wszystkim z thrillerami dla dorosłych, a tutaj nagle dostałam książkę młodzieżową. I jeszcze z psem w roli jednego z najważniejszych bohaterów. No dobrze, przyznaję — w moim przypadku pies na okładce od razu dostaje kilka punktów na starcie. Tylko że po przeczytaniu mam jeden problem. Bardzo chętnie sięgnęłabym po dalszy ciąg, a tego po polsku po prostu nie ma.

„Pościg” to wydana w Polsce w 2017 roku powieść, której oryginalny tytuł brzmi „Chase”. Polskie wydanie Znaku liczy 250 stron i ukazało się w twardej oprawie. To książka skierowana do młodszych czytelników, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Zresztą sam Barclay określa tę serię jako thrillery dla młodych czytelników, a przy drugiej części podawał orientacyjny wiek od około 8–9 lat wzwyż. To „wzwyż” jest tutaj ważne, bo dorosły naprawdę może się przy niej dobrze bawić.

Głównym bohaterem jest Czip, i od razu uprzedzam — nie jest to zwyczajny pies. Powstał w ramach tajnego, kosztownego eksperymentu prowadzonego przez organizację nazywaną Instytutem. Ma w sobie technologię, zapisane dane, niezwykłe możliwości i właściwie powinien działać trochę bardziej jak maszyna niż zwierzę. Problem w tym, że natura nadal daje o sobie znać. Można psa naszpikować elektroniką, ale spróbujcie mu wytłumaczyć, że ma nie interesować się wiewiórką. W Instytucie uznają, że eksperyment nie przebiega zgodnie z planem i Czip ma zostać zlikwidowany. Pies jednak ucieka. I ma bardzo konkretny cel — odnaleźć dwunastoletniego Jeffa, któremu również grozi niebezpieczeństwo.

Więcej nie będę opowiadać, bo „Pościg” ma zaledwie 250 stron i przy takiej objętości bardzo łatwo powiedzieć o kilka zdań za dużo. Powiem tylko, że dzieje się sporo. Jest ucieczka, tajemnicza organizacja, niebezpieczeństwo, trochę technologii, przygoda i przede wszystkim bardzo sympatyczna relacja chłopca z niezwykłym psem.

Oczywiście trzeba przyjąć pewną umowę z autorem. To nie jest realistyczny thriller, w którym wszystko będziemy sprawdzać z aktualnym stanem nauki i technologii. Czip jest psem poddanym eksperymentom, potrafi rzeczy, których żaden Hektor, Riko czy Sisi raczej jutro rano nie zacznie robić. I całe szczęście, bo gdyby moje zwierzęta dostały jeszcze dostęp do zaawansowanej technologii, prawdopodobnie to ja musiałabym się wyprowadzić.

A jednak pod tą całą przygodową otoczką znalazłam coś, co bardzo lubię w książkach ze zwierzętami. Czip nie jest po prostu urządzeniem na czterech łapach. Technologia technologią, ale zostają instynkt, przywiązanie, lojalność i potrzeba ochrony człowieka. I nagle zaczynamy się zastanawiać, gdzie właściwie przebiega granica między tym, co zostało w nim zaprogramowane, a tym, co naprawdę jest jego.

Czytało mi się „Pościg” bardzo dobrze. Szybko, lekko i z przyjemnością. Nie oczekiwałam po nim mroku znanego z thrillerów Barclaya dla dorosłych, bo to po prostu inny rodzaj książki. Za to dostałam historię przygodową z kryminalnym napięciem i bohaterem, któremu kibicowałam od samego początku. Czasami naprawdę dobrze zrobić sobie taką czytelniczą wycieczkę poza własną półkę wiekową. Literatura młodzieżowa nie przestaje być ciekawa w dniu osiemnastych urodzin.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zakończenie.

Bo „Pościg” nie jest całą historią. Barclay napisał drugą część zatytułowaną „Escape”, wydaną w 2018 roku. Autor sam przyznawał, że „Chase” kończy się cliffhangerem, a w kontynuacji Jeff i Czip nadal uciekają przed Instytutem, który za wszelką cenę chce odzyskać psa. Co więcej, oficjalna strona Barclaya nadal wymienia „Escape” jako drugi tom tej historii.

I teraz moje wielkie: dlaczego?

Dlaczego wydano w Polsce pierwszą część historii zakończoną w taki sposób, a drugiej już nie? Szukałam. Niestety nie znalazłam polskiego wydania „Escape”. W dostępnych katalogach polskie „Pościg” figuruje jako przekład Adriany Sokołowskiej-Ostapko, natomiast „Escape” znajduję wyłącznie w wydaniach obcojęzycznych. Nawet w opiniach polskich czytelników powtarza się dokładnie moje rozczarowanie: podobało się, a dalszego ciągu po polsku brak.

A szkoda, bo przeczytałabym od razu. Szczególnie że autor twierdził, iż druga przygoda Jeffa i Czipa podoba mu się jeszcze bardziej niż pierwsza. I tutaj mam chyba największy żal do wydawcy — jeśli już zostawiacie mnie z takim zakończeniem, to dajcie mi przynajmniej możliwość dowiedzenia się, co było dalej.

Czy warto przeczytać „Pościg”? Tak, tylko trzeba wiedzieć, w co się wchodzi. To młodzieżowa, lekka i chwilami mocno fantastyczna przygoda, a nie kolejny dorosły thriller Barclaya. Jeśli zaakceptujemy tę konwencję, dostajemy sympatyczną i bardzo sprawnie napisaną historię, którą naprawdę szybko się pochłania.

Tylko ostrzegam: możecie skończyć dokładnie tak jak ja — z ochotą na drugą część, której po polsku nie ma.

A Czipa chętnie zabrałabym do domu. Chociaż po namyśle… cztery zwierzaki już mam. Superpies podłączony do komputera mógłby być tym jednym krokiem za daleko.

Codziennik Zadumanej #51

W piątek wieczorem zaczęło się zupełnie niewinnie. Trochę sucho w gardle, takie nic, które człowiek oczywiście ignoruje, bo przecież ma plany, życie i absolutnie nie zamierza chorować. W sobotę organizm najwyraźniej uznał, że subtelne sugestie do mnie nie docierają, więc dołożył katar i drapanie w gardle takie, jakbym połknęła papier ścierny. Tym sposobem wszystkie sobotnie plany zostały anulowane, a ja zostałam oficjalnie skierowana na przymusowy turnus rehabilitacyjny pod kołdrą.

I muszę przyznać, że wykorzystałam go wzorowo. Spałam chyba za wszystkie pobudki o piątej z ostatnich miesięcy, za kilka przyszłych poniedziałków i jeszcze trochę na zapas. Co najbardziej podejrzane, moje domowe towarzystwo również jakby wyczuło powagę sytuacji. Nikt specjalnie nie domagał się obsługi, nie organizował protestów ani nie zgłaszał pilnych spraw do działu saszetek. Najwyraźniej nawet zwierzęta potrafią zachować się przyzwoicie, kiedy człowiek jest w stanie przedagonalnym. Albo po prostu uznały, że lepiej poczekać, aż personel odzyska zdolność otwierania puszek.

Dzisiaj rano nadal byłam raczej wersją demonstracyjną człowieka, ale z każdą godziną zaczęłam się powoli rozkręcać. Najgorsze było słońce za oknem. Piękne, jesienne, złote, dokładnie takie, które mówi: „Zakładaj buty, bierz Sisi i chodź”. Ja natomiast patrzyłam na nie z łóżka jak więzień przez kraty i próbowałam sobie wmówić, że przecież jesień równie dobrze można podziwiać w pozycji horyzontalnej.

W pewnym momencie okazało się też, że skończył mi się Vicks. Sytuacja kryzysowa wymagała więc uruchomienia procedur awaryjnych sprzed kilkudziesięciu lat: mleko, masło, miód i czosnek. Jeden łyk i natychmiastowy teleport do dzieciństwa. Smak przeziębienia, który przetrwał wszystkie zmiany ustrojowe, rozwój medycyny i wynalezienie internetu. Człowiek może mieć dziś aplikację do wszystkiego, ale kiedy drapie go w gardle, prędzej czy później i tak stoi nad kubkiem mleka z czosnkiem i czuje, że babcie jednak wiedziały, co robią.

Najchętniej przeleżałabym również całą niedzielę, ale jutro czeka mnie osiem godzin w pracy, więc nie miałam wyjścia – musiałam zmartwychwstać. Powoli, bez gwałtownych ruchów, ale jednak. Trochę przygotowań, trochę rzeczy ogarniętych i już zaczynałam podejrzewać, że może rzeczywiście wracam do świata żywych.

I wtedy wstał Hektor.

Najwyraźniej uznał, że skoro pracownik pojawił się na stanowisku, można wznowić pełen zakres usług. Balkon. Pokój. Balkon. Pokój. Drzwi proszę. Teraz proszę otworzyć. A teraz jednak zamknąć. Po którejś rundzie moje powołanie do pracy w charakterze oddźwiernej wygasło i Hektor został wyrzucony za burtę. Burta, dla niewtajemniczonych, znajduje się na balkonie. Kapitan przeżył, statek również, a za szybą siedział kot z miną człowieka, który właśnie odkrył, jak dramatycznie spadł poziom obsługi w tym hotelu.

Teraz zarządzam koniec niedzielnego zmartwychwstawania. Jeszcze jedna porcja mojego czosnkowego eliksiru, książka i powrót pod kołdrę. Dziś nawet mój ukochany kącik czytelniczy musi sobie poradzić beze mnie, bo są takie dni, kiedy najlepszym miejscem na świecie jest po prostu własne łóżko.

I właściwie ta przymusowa pauza trochę mi przypomniała, jak trudno czasem pozwolić sobie po prostu nic nie robić. Bez wyrzutów sumienia, bez nadrabiania, bez udowadniania sobie, że przecież jeszcze dam radę zrobić to, tamto i siedem innych rzeczy. Organizm czasami sam wciska przycisk „stop”, kiedy właściciel uparcie nie może go znaleźć.

Tylko Hektor najwyraźniej nie dostał tej informacji. On jutro od piątej rano prawdopodobnie wznowi działalność.

Jesienny wianek bez dyni i pomarańczowego szaleństwa

Jesień bardzo lubię, ale kiedy tylko zaczyna się wrzesień, mam wrażenie, że wszystkie sklepy umawiają się między sobą i nagle każda półka zaczyna krzyczeć dyniami, pomarańczem, sztucznymi liśćmi i wszystkim, co tylko da się nazwać jesiennym. A ja czasem mam ochotę na jesień spokojniejszą. Taką bardziej z lasu niż z działu dekoracyjnego.

Dlatego tym razem zrobiłam wianek bez ani jednej dyni. Podstawą była prosta obręcz, drewniana albo metalowa, właściwie wszystko jedno. Najważniejsze, żeby była dość lekka i nie wymagała później pół ściany kołków, haków i specjalistycznych mocowań. Do tego kilka gałązek, trochę suszonych traw, liści, kilka gałązek eukaliptusa i parę rzeczy przyniesionych ze spaceru. W moim przypadku właśnie spacer jest najlepszym sklepem z dekoracjami, bo człowiek wychodzi z psem, a wraca z kieszeniami pełnymi patyków, liści i szyszek. Potem oczywiście trzeba udawać, że wszystko było dokładnie zaplanowane.

Zaczęłam od gałązek, które przymocowałam do obręczy cienkim drucikiem florystycznym. Nie układałam ich dookoła całego koła, bo chciałam, żeby część obręczy została widoczna. Taki asymetryczny wianek wygląda lżej i nie przypomina wielkiej jesiennej korony. Potem doszły trawy i liście, a na końcu kilka drobniejszych elementów. Tutaj bardzo łatwo wpaść w pułapkę pod tytułem „jeszcze tylko jedna gałązka”, a dziesięć minut później obręczy już nie widać, więc tym razem naprawdę się pilnowałam.

Najbardziej podoba mi się to, że taki wianek nie musi być idealny. Gałązki mogą wystawać, trawy mogą układać się trochę inaczej, a liście nie muszą mieć identycznego koloru. Właśnie dzięki temu wygląda naturalnie, jak coś zrobionego w domu, a nie wyjętego z seryjnego pudełka.

Można oczywiście dodać delikatną tasiemkę albo kawałek sznurka, ale ja wolę, kiedy dodatków jest niewiele. Jesień sama w sobie ma wystarczająco dużo kolorów i faktur, więc nie trzeba jej specjalnie poprawiać. Wianek może zawisnąć na drzwiach, nad komodą, przy regale albo w miejscu, które po prostu potrzebuje czegoś nowego.

I chyba właśnie takie dekoracje lubię najbardziej. Bez przesady, bez miliona elementów, bez obowiązkowego pomarańczu na każdym centymetrze. Kilka rzeczy znalezionych podczas spaceru, trochę czasu i nagle w domu robi się bardziej jesiennie, ale nadal po mojemu.

Codziennik Zadanej #50

Dzisiaj Frida zrobiła mi prezent. Oczywiście nie osobiście, chociaż przy liczbie jej książek, które trafiają do mojego domu, mogłaby już zacząć rozważać wysyłanie mi kartek na urodziny. Prezent nazywa się „Ukochana żona” i od chwili, kiedy wiedziałam, że książka na mnie czeka, mój wewnętrzny spokój przestał istnieć.

Normalnie mam swoją małą tradycję. Piątek, powrót z pracy, mój MPark i obowiązkowy obchód miejsc, w których oczywiście niczego nie potrzebuję, ale zawsze warto sprawdzić, czy przypadkiem coś nie potrzebuje mnie. Tym razem jednak tradycja przegrała z Fridą McFadden. Książka była już w Empiku, ja o tym wiedziałam i naprawdę miałabym czekać do jutra? Są granice rozsądku.

Po pracy ruszyłam więc do MParku dzień wcześniej. Bez Pepco, bez Dealza, bez spokojnego piątkowego dreptania między półkami. Kierunek był jeden: Empik. Misja: odebrać Fridę. Tempo takie, jakby istniało realne zagrożenie, że ktoś wyda moją książkę obcej osobie i będę musiała wszcząć akcję poszukiwawczą.

Odebrałam. Mam. Jest moja.

I to była największa radość dzisiejszego dnia. Nie jakaś wielka życiowa rewolucja, nie wydarzenie, które zmieni bieg historii. Po prostu nowa książka w torbie i ta dziecięca wręcz przyjemność, kiedy człowiek co jakiś czas zagląda do środka, choć doskonale wie, że ona tam jest. Jakby mogła w międzyczasie uciec.

Poza tym dzień był podejrzanie normalny. W pracy dobrze. W domu dobrze. Nikt niczego spektakularnie nie zniszczył, żaden fikus nie zemdlał, autobus mi nie uciekł, nie wracałam trzy kilometry w ulewie i nawet życie nie przygotowało mi żadnej większej katastrofy do opisania. A przecież właśnie takie dni też są potrzebne. Może nawet bardziej, niż nam się wydaje.

Bo chyba zbyt często czekamy na te wielkie powody do radości, podczas gdy życie składa się głównie z małych. Z dobrej kawy, spokojnego dnia w pracy, powrotu do własnego domu, wieczoru, na który nie trzeba mieć żadnego planu, i książki, po którą człowiek jedzie dzień wcześniej, bo zwyczajnie nie potrafi czekać.

Dzisiaj moja radość ma okładkę i pachnie nową książką.

A teraz pozostaje najtrudniejsza decyzja tego dnia: zacząć czytać od razu czy przez chwilę jeszcze nacieszyć się samym faktem, że ją mam.

Znając mnie, ta „chwila” potrwa mniej więcej do zrobienia kawy.