Codziennik Zadumanej #23

Dzisiaj postanowiłam udawać, że do rozpoczęcia roku szkolnego zostało jeszcze mnóstwo czasu, ale kalendarz jest bezlitosny i najwyraźniej nie zamierza uczestniczyć w tej zabawie. Czuję już na plecach oddech września, a właściwie całego szkolnego zamieszania, które od przyszłego tygodnia zacznie się rozkręcać: rady, spotkania, szkolenia, przygotowania i wszystkie te rzeczy, dzięki którym nauczyciel orientuje się, że wakacje dobiegają końca, zanim jeszcze zdąży oficjalnie się z nimi pożegnać. Uznałam więc, że skoro nie mogę zatrzymać czasu, mogę przynajmniej wejść w nowy rok szkolny z porządkiem w domu. Nie wiem, skąd bierze się we mnie przekonanie, że wysprzątana szafka ma jakikolwiek wpływ na moje zawodowe przygotowanie do września, ale działa to na mnie znakomicie. Kiedy wokół robi się czyściej, jakoś łatwiej uwierzyć, że również w głowie wszystko wskoczy na odpowiednie półeczki.

Sprzątałam więc, przekładałam, wyrzucałam i podejmowałam te niezwykle odpowiedzialne dorosłe decyzje dotyczące przedmiotów, których przez ostatni rok ani razu nie użyłam, ale przecież któregoś dnia mogą okazać się absolutnie niezbędne. Przy okazji coraz częściej zerkałam w stronę kalendarza i docierało do mnie, że moje dzieciaki za chwilę wrócą już jako drugoklasiści. Jeszcze niedawno byli pierwszakami, którzy dopiero uczyli się szkolnego świata, a teraz proszę bardzo – klasa druga. Mam wrażenie, że oni rosną zdecydowanie szybciej, niż przewidują przepisy oświatowe. Jestem ogromnie ciekawa, co przyniesie nam ten rok, jakie będą ich małe i wielkie sukcesy, czym mnie rozbawią, czym zaskoczą, ile razy usłyszę coś, po czym będę musiała zachować powagę należną nauczycielowi, chociaż w środku będę konała ze śmiechu. Szkoła ma tę niezwykłą właściwość, że można przepracować w niej wiele lat, a i tak każdy wrzesień jest trochę jak otwieranie książki, której zna się bohaterów, ale jeszcze nie ma pojęcia, co autor dla nich wymyślił.

Po całym dniu domowych rewolucji wreszcie usiadłam z książką i wtedy wydarzyło się coś naprawdę luksusowego – nic. Nikt niczego ode mnie nie chciał, nic nie musiałam sprawdzać, przekładać ani organizować, wokół zrobiło się cicho, a ja mogłam po prostu czytać. I chyba właśnie takich chwil będzie mi za moment najbardziej brakowało, bo wakacyjna cisza ma zupełnie inny smak, kiedy człowiek już wie, że zostało jej niewiele. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że przede mną całe lato, a dziś siedzę z książką i słyszę, jak gdzieś za rogiem wrzesień chrząka znacząco i sprawdza, czy jestem gotowa.

Nie jestem. I chyba nigdy pod koniec sierpnia nie jestem tak naprawdę gotowa. Trochę żal mi wakacyjnego rytmu, spokojnych poranków i możliwości decydowania, że dziś zrobię dużo, mało albo absolutnie nic, ale jednocześnie pojawia się już znajoma ciekawość tego, co będzie dalej. Może właśnie dlatego końcówka wakacji jest taka szczególna – człowiek jedną ręką jeszcze trzyma lato, a drugą powoli otwiera drzwi do czegoś nowego. Ja na razie trzymam książkę obiema. Drzwi otworzę w przyszłym tygodniu. 😁

Czy naprawdę muszę mieć zdanie na każdy temat?

Ostatnio siedziałam przy stole w towarzystwie kilku osób i rozmowa płynęła sobie całkiem przyjemnie, dopóki ktoś nie poruszył tematu, o którym miałam mniej więcej takie pojęcie jak mój fikus o podatkach. Słuchałam więc grzecznie, popijałam herbatę i nawet było mi z tym dobrze, aż nagle wszystkie oczy skierowały się na mnie. Najwyraźniej nadeszła moja kolej na wygłoszenie stanowiska. Mogłam oczywiście zrobić to, co człowiek robi zaskakująco często, czyli zebrać trzy zasłyszane informacje, doprawić je pewnym tonem głosu i stworzyć opinię na poczekaniu. Zamiast tego powiedziałam, że właściwie nie mam na ten temat zdania, bo za mało wiem. Zapadła taka cisza, jakbym właśnie przyznała, że od lat trzymam w piwnicy krokodyla.

Kiedyś taka sytuacja pewnie by mnie speszyła. Miałam przekonanie, że dorosły, świadomy człowiek powinien wiedzieć, co myśli o wszystkim, najlepiej natychmiast i jeszcze umieć tego stanowiska bronić przy stole, w kolejce do lekarza oraz w komentarzach pod artykułem, którego przeczytał jedynie nagłówek. Dzisiaj coraz bardziej podoba mi się zdanie: „Nie wiem wystarczająco dużo, żeby się wypowiadać”. Jest w nim zaskakująco dużo wolności, chociaż przyznaję, że dojście do tego zajęło mi trochę czasu.

Internet dodatkowo przyzwyczaił nas do świata, w którym każda sprawa natychmiast domaga się reakcji. Ktoś coś powiedział, wydarzyło się coś głośnego, pojawił się nowy trend i już po chwili wszyscy dzielą się na obozy, tłumaczą, oceniają oraz przekonują innych, że właśnie ich spojrzenie jest jedynym rozsądnym. Czasem mam wrażenie, że człowiek nie zdąży jeszcze dobrze zrozumieć, co właściwie się wydarzyło, a już powinien mieć opinię, najlepiej mocną, jednoznaczną i nadającą się do napisania wielkimi literami.

Tymczasem odkryłam ogromną przyjemność w niewiedzeniu.

Nie chodzi o obojętność ani chowanie głowy w piasek. Jeśli coś jest dla mnie ważne, chcę czytać, słuchać, sprawdzać i wyrabiać sobie własne zdanie. Tyle że przestałam czuć obowiązek robienia tego w każdej możliwej sprawie. Naprawdę mogę nie wiedzieć, który model samochodu jest najlepszy, czy pewien film zasłużył na wszystkie nagrody i dlaczego pół internetu właśnie kłóci się o rzecz, o której jeszcze wczoraj nikt nie pamiętał. Świat jakoś to znosi, ja również mam się całkiem dobrze.

Jeszcze ciekawsze jest to, że czasami mam zdanie, ale nie czuję potrzeby, żeby je wypowiadać. To dopiero był dla mnie poziom zaawansowany. Dawniej, kiedy ktoś mówił coś, z czym się nie zgadzałam, w mojej głowie natychmiast otwierało się biuro argumentów czynne całą dobę. Pierwszy argument gotowy, drugi już czekał, trzeci właśnie drukował dokumenty. Z czasem zauważyłam jednak, że nie każda różnica zdań wymaga debaty, a spokojne „rozumiem, że tak to widzisz” potrafi oszczędzić człowiekowi czterdziestu minut rozmowy, po której obie strony nadal myślą dokładnie to samo, tylko herbata zdążyła wystygnąć.

Chyba właśnie z wiekiem coraz bardziej doceniam ludzi, którzy potrafią powiedzieć, że czegoś nie wiedzą, muszą się zastanowić albo zwyczajnie nie mają zdania. Nie odbieram tego jako braku zainteresowania światem. Przeciwnie, jest w tym uczciwość, której czasami bardzo mi brakuje. Nikt przecież nie może znać się na wszystkim, rozumieć każdej sytuacji i mieć przemyślanej opinii na każdy temat od cen mieszkań po życie pingwinów na Antarktydzie. Sama mam wystarczająco dużo pracy z ogarnianiem własnego życia, żeby jeszcze pełnić funkcję jednoosobowego centrum opiniowania całej rzeczywistości.

Od tamtej rozmowy przy stole kilka razy zdarzyło mi się powiedzieć po prostu, że nie wiem. Za każdym razem świat nadal się kręcił, nikt nie odebrał mi dowodu osobistego, a ja nie musiałam później zastanawiać się, dlaczego przez dziesięć minut broniłam poglądu, który wymyśliłam trzy minuty wcześniej.

Coraz bardziej lubię tę wersję siebie, która nie musi natychmiast reagować, oceniać i zajmować stanowiska. Może posłuchać, pomyśleć, czasem zmienić zdanie, a czasem w ogóle go nie mieć. Okazuje się, że między „zgadzam się” a „nie zgadzam się” znajduje się całkiem wygodne miejsce, w którym można spokojnie usiąść z herbatą i przyznać przed samą sobą, że nie wszystko trzeba wiedzieć.

I chyba zamierzam tam częściej przesiadywać.

Codziennik Zadumanej #22

Dzisiejszy dzień miał być bardzo produktywny i nawet przez chwilę wyglądało na to, że taki będzie. Zasiadłam do nadrabiania social mediów, zaczęłam planować ostatni tydzień wakacji, poprzekładałam sobie w głowie kilka pomysłów, otworzyłam odpowiednią liczbę zakładek, żeby komputer poczuł, że pracujemy na poważnie, i wtedy mój organizm uznał, że to doskonały moment na przejście w tryb zimowy. Ziewałam jak lew po wyjątkowo wyczerpującym polowaniu, choć jedyną rzeczą, na którą dziś polowałam, były resztki koncentracji. Ratowałam sytuację kawą, potem kolejną, a później już chyba tylko dolewałam ją z przyzwyczajenia, bo efekt był mniej więcej taki, jakbym próbowała uruchomić samochód, wlewając paliwo do bagażnika.

Podejrzewam o ten stan rzeczy pogodę, bo za oknem zrobiło się jakoś podejrzanie jesiennie, a przecież kalendarz nadal twierdzi, że mamy sierpień. Lato najwyraźniej postanowiło zrobić sobie wolne przed końcem sezonu, co z jednej strony bardzo mi odpowiada, bo upałów mam już serdecznie dość, z drugiej jednak chłodniejsze powietrze natychmiast uruchamia we mnie potrzebę koca, książki i drzemki. Tylko liści jeszcze nie pozwalam sobie rozrzucać po mieszkaniu, chociaż przyznaję, że moja wewnętrzna jesieniara już przebiera nogami i najchętniej ogłosiłaby sezon na świece, ciepłe skarpety i wszystko, co pachnie cynamonem. Rozsądek próbuje ją uciszać informacją, że do końca wakacji został jeszcze tydzień, ale obie wiemy, że ta walka jest właściwie przegrana.

Jedynymi istotami, na które aura nie działa usypiająco, są koty, zwłaszcza kiedy zbliżam się do kuchni. Mam ostatnio wrażenie, że prowadzę całodobowy punkt gastronomiczny, w którym obsługa jest jedna, klientów kilku, a reklamacje składane są głośno i bez zachowania jakichkolwiek procedur. Miski mogą być napełnione, ale wystarczy, że przejdę obok miejsca, w którym przechowuję karmę, i natychmiast pojawia się delegacja z informacją, że od ostatniego posiłku minęły co najmniej trzy lata. Patrząc na ich obecny apetyt, zaczynam podejrzewać, że wiedzą coś, czego nie podają jeszcze w prognozach pogody. Być może nadciąga zima stulecia i właśnie rozpoczęli strategiczne gromadzenie zapasów tłuszczu, choć istnieje też prostsze wyjaśnienie – są kotami i uznały, że skoro człowiek ma jedzenie, to powinien się nim dzielić bez zbędnych dyskusji.

Ostatecznie social media nadrobiłam, ostatni tydzień wakacji mniej więcej zaplanowałam, kawę wypiłam w ilości, która powinna postawić na nogi niewielką miejscowość, a mimo to nadal marzę o tym, żeby gdzieś się wygodnie zwinąć i przespać do jutra. I chyba właśnie taki był ten dzień – bez wielkich wydarzeń, za to z tym specyficznym sierpniowym nastrojem, kiedy lato jeszcze oficjalnie trwa, ale w powietrzu zaczyna się pojawiać zapowiedź czegoś nowego.

Może zresztą nie trzeba każdego dnia wyciskać jak cytryny tylko dlatego, że zostało jeszcze kilka punktów na liście. Czasem organizm wcześniej od kalendarza wie, że pora trochę zwolnić, a jeśli nie potrafimy odczytać jego subtelnych sugestii, zaczyna komunikować się z nami ziewaniem. W moim przypadku dzisiaj już właściwie ryczał.

Codziennik Zadumanej #21

Od poniedziałku Codziennik leżał sobie grzecznie i czekał, aż przypomnę sobie o jego istnieniu, ale mam bardzo dobre usprawiedliwienie – miałam gości, a kiedy mam gości, włącza mi się jakaś zupełnie niekontrolowana wersja gospodyni domowej. Nagle okazuje się, że człowiek, który na co dzień potrafi uznać kanapkę za pełnoprawną kolację, zaczyna planować obiadki, śniadania i wieczorne posiedzenia przy stole, jakby co najmniej prowadził niewielki pensjonat z opcją pełnego wyżywienia. Kuchnia pracowała więc na pełnych obrotach, lodówka otwierała się częściej niż Facebook, a ja przez kilka dni zastanawiałam się głównie nad tym, co jeszcze można ugotować, podać, pokroić albo postawić na stole, żeby przypadkiem nikt przez siedem minut nie poczuł głodu.

I bardzo to lubię. Naprawdę. Lubię, kiedy w domu jest ktoś bliski, przy stole siedzi więcej osób niż zwykle, rozmowa zaczyna się przy śniadaniu, ciągnie przez kawę, zahacza o obiad i zupełnie nie wiadomo kiedy robi się wieczór. Nawet gotowanie wtedy smakuje inaczej, bo przecież czym innym jest zrobić sobie coś na szybko, a czym innym krzątać się po kuchni ze świadomością, że za chwilę wszyscy usiądziemy razem. Oczywiście po kilku dniach człowiek zaczyna spoglądać na zmywarkę z uczuciem, którego wcześniej nie podejrzewał, i zastanawia się, czy ona przypadkiem nie zasługuje na premię, urlop oraz pakiet medyczny, ale to już koszty prowadzenia życia towarzyskiego.

W tych dniach nie wydarzyło się nic, co nadawałoby się na pierwsze strony gazet, a jednak wydarzyło się całkiem sporo. Były rozmowy, śmiech, wspólne jedzenie, zwyczajne siedzenie przy stole i ta przyjemna obecność drugiego człowieka, przy której nie trzeba wymyślać atrakcji, żeby było dobrze. Codziennik nie został napisany, kilka innych rzeczy również cierpliwie czekało na swoją kolej, ale pierwszy raz od dawna nawet nie próbowałam mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie każda chwila musi zostać natychmiast opisana, sfotografowana, zaplanowana i odhaczona. Niektóre najlepiej po prostu przeżyć.

Dziś dom znowu wraca do swojego zwykłego rytmu, kuchnia może trochę odpocząć, zmywarka prawdopodobnie pisze wniosek o urlop, a ja nadrabiam Codziennik i myślę sobie, że dobrze czasem wypaść z własnego planu właśnie z takiego powodu. Bo lista rzeczy do zrobienia nigdzie nie ucieknie, pranie również wykazuje zadziwiającą lojalność i zawsze na mnie czeka, za to wspólny obiad, długa rozmowa przy kawie czy śniadanie przeciągnięte zdecydowanie ponad rozsądne normy mają swój konkretny czas.

A teraz oficjalnie zamykam działalność gastronomiczną i wracam do normalnego życia. Przynajmniej do następnych gości.

"Rewolta AI" - Marcin Faliński i Rafał Barnaś o tym, czy nadal to my korzystamy z technologii, czy już ona korzysta z nas

Ostatnio złapałam się na czymś bardzo zwyczajnym. Wzięłam telefon tylko po to, żeby sprawdzić jedną rzecz, a po kilkunastu minutach nadal siedziałam z nim w ręku i właściwie już nie pamiętałam, po co go wzięłam. Wiadomość, Facebook, coś przeczytane po drodze, jeszcze jedno kliknięcie… Znacie to? Pomyślałam wtedy, że chyba nawet nie zauważamy, jak mocno technologia wrosła w nasze życie. I właśnie w tym czasie czytałam „Rewoltę AI” Marcina Falińskiego i Rafała Barnasia. Zbieg okoliczności całkiem niezły.

Od razu Wam powiem - nie była to książka, przy której przepadłam. Pomysł bardzo mnie zainteresował, bo sztuczna inteligencja jest już przecież częścią naszej codzienności i sama korzystam z niej częściej, niż jeszcze kilka lat temu mogłabym przypuszczać. Do tego świat wywiadu, cyberbezpieczeństwo, polityka i pytanie o granice technologii - naprawdę było z czego stworzyć historię, która nie pozwoli mi odłożyć książki. A jednak podczas czytania kilka razy zwyczajnie odpływałam. Wracałam do akapitu, orientowałam się, że oczy przeczytały stronę, ale głowa była zupełnie gdzie indziej. Zabrakło mi emocji i tego charakterystycznego „jeszcze jeden rozdział i idę spać”, które dla mnie jest najlepszym testem dobrej książki.

Nie chcę jednak powiedzieć, że „Rewolta AI” jest złą powieścią. Po prostu nie do końca trafiła w mój czytelniczy gust. Autorzy mają doświadczenie w tematyce służb i świat wywiadowczy jest tutaj mocno obecny. Czytelnicy zainteresowani geopolityką, cyberbezpieczeństwem i mechanizmami działania służb mogą odebrać tę historię zupełnie inaczej niż ja. W recenzjach spotkałam zresztą zarówno duży zachwyt nad realizmem i aktualnością tematu, jak i opinie bardzo podobne do mojej — świetny pomysł, ale podczas czytania trudno utrzymać zainteresowanie.

A jednak coś z tej książki zabieram ze sobą. I paradoksalnie nie jest to żaden szpiegowski wątek, lecz pytanie o naszą relację z technologią. Bo AI nie jest już futurystyczną wizją z filmu science fiction. Jest obok nas. Pomaga pisać, wyszukiwać informacje, pracować, tworzyć obrazy, analizować dane. Potrafi być fantastycznym narzędziem, ale właśnie - narzędziem. „Rewolta AI” przypomniała mi, że warto czasem zadać sobie pytanie, gdzie przebiega granica między korzystaniem z technologii a pozwalaniem, żeby to ona zaczęła wpływać na nasze decyzje, emocje i relacje.

I chyba właśnie tutaj autorzy trafili do mnie najmocniej. Nie przestraszyli mnie wizją robotów przejmujących świat. Bardziej niepokojące okazało się coś znacznie prostszego - świadomość, jak chętnie oddajemy technologii kolejne kawałki własnej codzienności, bo jest szybciej, łatwiej i wygodniej. Nie oznacza to oczywiście, że mamy nagle wyrzucić telefony przez okno. Sama swojego nie oddaję. Ale może od czasu do czasu warto sprawdzić, czy jeszcze to my decydujemy, kiedy odłożyć ekran.

Czy warto przeczytać?

Tutaj nie będzie mojego zwyczajowego „koniecznie!”. Mnie „Rewolta AI” nie porwała i momentami naprawdę musiałam się pilnować, żeby nie zgubić się myślami gdzieś obok książki. Nie czułam napięcia, którego oczekuję od thrillera, a sposób prowadzenia historii nie zawsze mi odpowiadał. Mimo to nie żałuję, że ją przeczytałam, bo sam temat jest aktualny, ciekawy i daje do myślenia. Jeśli interesują Was służby specjalne, cyberbezpieczeństwo, geopolityka i rozwój sztucznej inteligencji, dałabym jej szansę. Jeśli natomiast szukacie thrillera, który chwyci Was od pierwszych stron i będziecie czytać z wypiekami na twarzy — ja tego tutaj nie znalazłam.

I wiecie co? Chyba dobrze, że od czasu do czasu trafia mi się również taka książka. Przecież gdyby każda była „rewelacyjna, genialna i nieodkładalna”, to te naprawdę wyjątkowe przestałyby być wyjątkowe.

Kiedy miasto stygnie po gorącym dniu

Lubię lato, naprawdę lubię, ale przychodzi taki moment, zwykle gdzieś około piętnastej, kiedy zaczynam podejrzewać, że słońce ma do mnie coś osobistego. Asfalt parzy, powietrze stoi, rolety w mieszkaniu są opuszczone niemal jak podczas tajnej operacji, a ja przemieszczam się pomiędzy pokojami z miną człowieka, który właśnie odkrył, że nawet oddychanie może być męczące. W takie dni moje wielkie życiowe ambicje ograniczają się do znalezienia najchłodniejszego miejsca w domu i upewnienia się, że w lodówce jest coś zimnego do picia.

A potem przychodzi wieczór i wszystko zaczyna się zmieniać.

Najpierw bardzo nieśmiało. Otwieram okno i zamiast kolejnej porcji gorącego powietrza czuję lekki chłód. Jeszcze niewielki, ledwie zauważalny, ale wystarczający, żeby natychmiast otworzyć drugie okno, bo skoro pojawił się przeciąg, trzeba korzystać, zanim lato się rozmyśli. Po całym dniu człowiek potrafi cieszyć się z podmuchu powietrza jak z wygranej na loterii.

Miasto też wtedy jakby odpuszcza. Samochodów jest mniej, chodniki przestają świecić od słońca, na balkonach pojawiają się ludzie. Ktoś podlewa kwiaty, ktoś wychodzi z psem, który najwyraźniej przez cały dzień podzielał moje zdanie na temat temperatury, ktoś inny niesie siatkę z zakupami i już nawet się nie spieszy. Z otwartych okien dochodzą fragmenty rozmów, brzęk naczyń, czasem telewizor, a gdzieś dalej dzieci wykorzystują ostatnie minuty dnia, jakby jutro miało już nie nadejść.

Bardzo lubię ten moment.

Po upalnym dniu wieczór smakuje inaczej. Można wreszcie wyjść bez zastanawiania się, czy człowiek stopi się przed najbliższym skrzyżowaniem. Ławki znowu mają swoich stałych bywalców, na chodnikach pojawiają się spacerowicze, a osiedle, które kilka godzin wcześniej wyglądało na wymarłe, zaczyna żyć. Tylko spokojniej, bez dziennego pośpiechu.

Czasem wychodzę wtedy choćby na krótki spacer. Bez konkretnego celu, bez listy rzeczy do załatwienia i bez sprawdzania, ile zrobiłam kroków, bo nie każda czynność musi od razu produkować statystyki. Idę między blokami, patrzę na zapalone okna i mam tę swoją przypadłość, że natychmiast zaczynam się zastanawiać, co dzieje się za nimi. Ktoś właśnie robi kolację, ktoś wrócił z pracy, ktoś rozmawia przez telefon, a ktoś siedzi przy otwartym oknie dokładnie tak jak ja i cieszy się, że wreszcie można oddychać.

W mieście łatwo mieć poczucie, że każdy żyje osobno. Zamykamy drzwi mieszkań, mijamy się na schodach, w windzie wymieniamy krótkie „dzień dobry” i biegniemy dalej. Letnie wieczory trochę to zmieniają. Otwierają okna, wyciągają ludzi na balkony, ławki i chodniki, jakby upał przez cały dzień trzymał nas w ukryciu, a teraz wreszcie pozwolił wyjść.

Najpiękniejsze jest światło. Słońce nie atakuje już z góry, tylko miękko zagląda pomiędzy budynki, kładzie długie cienie na chodniku i nagle nawet zwyczajny blok, śmietnik oraz zaparkowany pod nim samochód wyglądają odrobinę bardziej filmowo. Przez kilka minut wszystko robi się złote, potem niebo powoli blednie, zapalają się pierwsze latarnie i dzień zaczyna zwijać swój kram.

Właśnie wtedy najbardziej lubię lato.

Nie w samo południe, nie na rozgrzanym chodniku i zdecydowanie nie wtedy, kiedy wchodzę do mieszkania i pierwszą rzeczą, jaką robię, jest zaprzyjaźnienie się z wentylatorem. Lubię je wieczorem, kiedy temperatura wreszcie spada, miasto cichnie, a człowiek przestaje z nim walczyć.

Jest w tym jakaś mała ulga, której trudno nie zauważyć. Gorący dzień się kończy, sprawy, które rano wydawały się pilne, mogą poczekać do jutra, a ja mogę po prostu usiąść przy otwartym oknie i posłuchać miasta.

Jeszcze ktoś przejdzie chodnikiem, gdzieś zamkną się drzwi samochodu, zaszczeka pies, z balkonu obok doleci śmiech. Nic szczególnego się nie wydarzy, nikt nie zrobi z tego wiadomości dnia, a jednak właśnie takie chwile zostają ze mną najdłużej.

Miasto powoli stygnie.

Ja chyba razem z nim.

Codziennik Zadumanej #20

Miałam dziś bardzo ambitny plan na popołudnie: usiąść na chwilę z książką. I właściwie na tym można byłoby zakończyć opowieść, gdyby nie fakt, że u mnie „na chwilę” jest pojęciem wyjątkowo elastycznym, szczególnie kiedy trafię na książkę, która bezczelnie nie pozwala się odłożyć. Znalazłam więc ławkę schowaną w zieleni, usiadłam w cieniu i postanowiłam przeczytać kilka stron, tak dla odpoczynku, zanim wrócę do normalnego życia. Kilka stron szybko zamieniło się w rozdział, rozdział zaczął podejrzanie ciągnąć za sobą następny, a normalne życie musiało grzecznie poczekać, bo przecież nie można zostawić bohaterów w takim momencie. Mam swoje zasady.

Lubię takie miejsca, w których świat trochę przycisza głos. Drzewa szumią, gdzieś w oddali toczy się zwyczajne życie, ktoś przechodzi alejką, ptaki prowadzą swoje ważne narady, a ja przez moment nie muszę nigdzie zdążyć. Mogę siedzieć z książką na kolanach, od czasu do czasu oderwać wzrok od strony i zwyczajnie popatrzeć przed siebie. Bez planu, bez poczucia, że ten czas trzeba jakoś rozsądnie wykorzystać. Zresztą coraz częściej dochodzę do wniosku, że siedzenie pod drzewem i czytanie książki jest bardzo rozsądnym wykorzystaniem czasu, tylko nas nauczono, że odpoczynek powinien mieć jakieś alibi.

Kiedyś chyba łatwiej przychodziło mi wymyślanie sobie powodów, dla których najpierw trzeba zrobić jeszcze to, tamto i piętnaście innych rzeczy, a dopiero potem wolno usiąść. Problem polegał na tym, że owo „potem” miało paskudny zwyczaj nie nadchodzić. Zawsze znalazło się coś do zrobienia, poprawienia, posprzątania albo sprawdzenia, a człowiek potrafi być przecież niezwykle kreatywny, kiedy trzeba sobie odebrać pół godziny przyjemności. Teraz uczę się trochę innej kolejności. Jeśli mam ochotę usiąść z książką, to siadam. Kurz naprawdę potrafi zaczekać i, co gorsza, robi to z zadziwiającą cierpliwością.

Dzisiejsze popołudnie nie przyniosło więc żadnych wielkich wydarzeń, przełomów ani historii, którą należałoby opowiadać wnukom przy kominku. Była ławka, książka, dużo zieleni, ciepłe światło przeciskające się przez liście i ja, która przez kawałek dnia była dokładnie tam, gdzie chciała być. I może właśnie dlatego warto je zapisać, bo życie wcale nie składa się wyłącznie z rzeczy wielkich. Znacznie częściej składa się z takich zwyczajnych chwil, które łatwo przeoczyć, czekając na coś bardziej spektakularnego.

A ja chyba coraz mniej czekam. Coraz bardziej lubię to, co jest. Nawet jeśli jest to tylko kawałek cienia pod drzewem, dobra książka i świadomość, że przez najbliższą godzinę świat doskonale poradzi sobie beze mnie. I powiem Wam, że to ostatnie jest wyjątkowo wyzwalające.

Codziennik Zadumanej #19

Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie własny kącik do czytania, taki naprawdę mój, gdzie można zniknąć z książką na godzinę, dwie albo do momentu, kiedy człowiek zorientuje się, że jest ciemno, herbata dawno wystygła, a zwierzęta zaczynają demonstracyjnie przypominać o kolacji. W końcu przestałam tylko o nim myśleć, kupiłam fotel oraz lampę połączoną ze stolikiem i urządziłam sobie mały czytelniczy azyl. Wszystko pięknie ustawiłam, dołożyłam poduszkę ze słonecznikiem, książkę, świeczkę i zadowolona spojrzałam na efekt. Brakowało tylko mnie. Jak się szybko okazało, zupełnie niepotrzebnie.

Koty przeprowadziły odbiór techniczny jeszcze zanim zdążyłam porządnie nacieszyć się zakupem. Fotel został obwąchany, obejrzany, sprawdzony pod kątem miękkości i najwyraźniej zatwierdzony do użytku. Koci oczywiście. Człowiek może sobie kupić fotel, zapłacić za niego, przywieźć do domu, ustawić w wybranym miejscu, a nawet naiwnie nazwać go „swoim”, ale ostateczna decyzja dotycząca własności zapada gdzieś zupełnie wyżej. Patrząc na Rikarda - lokatora widocznego na zdjęciu, mam wrażenie, że decyzja już zapadła i nie przewidziano procedury odwoławczej.

Muszę jednak przyznać, że wyszło dokładnie tak, jak chciałam. Mam książki na wyciągnięcie ręki, wygodny fotel, ciepłe światło lampy, obok miejsce na kubek, a dookoła moje rośliny i wszystkie te drobiazgi, dzięki którym mieszkanie przestaje być tylko mieszkaniem, a staje się domem. Pewnie czasem zamiast czytać będę siedziała i patrzyła przez okno, czasem przysnę po trzech stronach, innym razem przeczytam pół książki za jednym zamachem, a bardzo możliwe, że najczęściej będę prowadziła negocjacje z kotami w sprawie udostępnienia mi choć połowy fotela.

I chyba właśnie takie małe miejsca lubię najbardziej. Nie muszą wyglądać jak z katalogu, nie potrzebują wielkiego metrażu ani specjalnej okazji, żeby z nich korzystać. Wystarczy kawałek domu, w którym człowiekowi po prostu dobrze się siedzi, czyta, myśli albo nic nie robi bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Z wiekiem coraz bardziej doceniam właśnie takie drobne przyjemności i coraz mniej potrzebuję powodów, żeby je sobie sprawiać.

Pozostaje tylko ustalić grafik korzystania z fotela. Mam pewne podejrzenia, że jako osoba finansująca całe przedsięwzięcie dostanę najmniej dogodny termin.

Słowa, które dobrze mieć na oku

Mam słabość do słów. Nie do tych wielkich, nadętych i brzmiących tak poważnie, że człowiek od razu powinien usiąść prosto, tylko do takich, które trafiają dokładnie tam, gdzie trzeba. Czasem przeczytam jedno zdanie w książce, zobaczę cytat gdzieś przypadkiem albo usłyszę coś w rozmowie i nagle myślę: „O, to jest moje”. Zapisuję, robię zdjęcie, wysyłam sama sobie, żeby na pewno nie zgubić, po czym oczywiście po tygodniu nie mam zielonego pojęcia, gdzie to zapisałam. Telefon twierdzi, że posiada kilka tysięcy zdjęć, ja twierdzę, że gdzieś wśród nich jest ten genialny cytat, a znalezienie go zaczyna przypominać poszukiwanie bursztynowej komnaty.

Dlatego jakiś czas temu pomyślałam, że skoro pewne słowa są dla mnie ważne, to może zamiast chować je w telefonie, warto postawić je sobie przed nosem. Dosłownie. Wystarczy zwykła ramka, kartka papieru i coś do pisania, a jeśli ktoś ma drukarkę, można zaszaleć i poczuć się przez pięć minut jak właściciel profesjonalnej pracowni graficznej. Wybieram zdanie, które akurat jest mi bliskie, drukuję je albo zapisuję ręcznie, wkładam do ramki i gotowe. Bez wielkiego projektu, zakupów za pół pensji i oglądania siedemnastu tutoriali pod tytułem „proste DIY”, po których okazuje się, że do wykonania potrzebna jest piła stołowa, specjalistyczny klej sprowadzany z Japonii i trzy wolne weekendy.

Najbardziej podoba mi się właśnie ta prostota. Ramkę można znaleźć w domu, wykorzystać starą, przemalować albo kupić za kilka złotych. Tło może być zupełnie białe, kolorowe, z kawałka ładnego papieru albo materiału. Jeśli charakter pisma przypomina zapis człowieka jadącego autobusem po bardzo dziurawej drodze, pozostaje drukarka. Jeśli przeciwnie, lubicie własne pismo, tym lepiej, bo taki obrazek staje się jeszcze bardziej osobisty. Nie musi być równiutko i perfekcyjnie, bo przecież ma wisieć albo stać w naszym domu, a nie zdawać egzamin z kaligrafii.

Najważniejsze jest dla mnie to, co znajdzie się w środku. Nie wybieram zdań dlatego, że są modne albo pięknie wyglądają na grafice. Szukam takich, przy których coś we mnie się zatrzymuje. Czasami potrzebuję przypomnienia, żeby nie martwić się na zapas, innym razem, żeby bardziej doceniać to, co już mam, a jeszcze kiedy indziej przydaje mi się zwyczajne: dasz radę, tylko nie próbuj zrobić wszystkiego jednego dnia. To ostatnie powinnam chyba oprawić w największą ramę, jaką znajdę.

Lubię stawiać takie obrazki tam, gdzie naprawdę na nie patrzę. Nie w kącie, do którego zaglądam dwa razy w roku podczas większych porządków, ale na komodzie, półce, przy biurku czy w kuchni. Dzięki temu zdanie, które było ważne w chwili, kiedy je wybrałam, wraca do mnie przy okazji zupełnie zwyczajnych czynności. Przechodzę obok z praniem, szukam kluczy, poprawiam kwiatka, który zdecydowanie rośnie w innym kierunku, niż sobie zaplanowałam, i kątem oka widzę kilka słów. Czasem właśnie wtedy są najbardziej potrzebne.

Nie wierzę, że cytat w ramce rozwiąże problemy, odmieni życie do poniedziałku i sprawi, że od rana będziemy pełni energii, wdzięczności i gotowi przebiec dziesięć kilometrów przed śniadaniem. U mnie na pewno tak to nie działa. Lubię jednak otaczać się rzeczami, które przypominają mi o tym, co dla mnie ważne. Skoro i tak na ścianach i półkach coś stoi, może oprócz dekoracji znaleźć się tam również kilka słów, które mają znaczenie.

Takie obrazki mają jeszcze jedną zaletę. Można je zmieniać. Zdanie, którego potrzebowałam pół roku temu, dziś może już zupełnie do mnie nie przemawiać i nie ma w tym nic dziwnego. Wyjmuję kartkę, wkładam nową i ramka zaczyna opowiadać kolejny kawałek mojego życia. Trochę jak mały pamiętnik, tylko zamiast chować go w szufladzie, stawiam go na widoku.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo lubię takie proste domowe projekty. Powstają z rzeczy, które często już mamy, nie wymagają szczególnych zdolności, a mimo to są naprawdę nasze. Można zrobić jeden obrazek albo kilka, ustawić je razem, podarować komuś bliskiemu albo co jakiś czas wymieniać znajdujące się w nich słowa. Najważniejsze, żeby nie wybierać cytatu dla innych, tylko dla siebie.

Bo czasem człowiek naprawdę potrzebuje, żeby ktoś mu przypomniał coś ważnego. A skoro akurat nikogo nie ma pod ręką, dobrze mieć to napisane w ramce.

Codziennik Zadumanej #18

No i stało się. Oficjalnie otworzyłam sezon na jesienne szaleństwo, chociaż kalendarz patrzy na mnie z lekkim politowaniem, lato jeszcze całkiem nieźle sobie radzi, a człowiek powinien raczej zastanawiać się, czy wieczorem usiądzie na balkonie, niż ustawiać na stole dynie i muchomory. Na swoją obronę mam jednak bardzo mocny argument – wyprzedaże. Skoro sklepy zaczęły przeceniać jesienne dekoracje w połowie sierpnia, to przecież nie będę się sprzeciwiała gospodarce. Poszłam tylko zobaczyć, a wróciłam z dynią, serwetkami, podkładkami, dwoma dorodnymi muchomorami i dyfuzorami wyglądającymi jak małe dynie. Czyli klasycznie: niczego nie potrzebowałam, wszystko było konieczne.

Jesień ma nade mną jakąś przedziwną władzę. Mogę przez pół roku rozsądnie omijać półki z dekoracjami, przekonywać samą siebie, że mam już wszystko, czego potrzebuję, a potem pojawia się pierwsza dynia i cały rozsądek idzie na urlop. Uwielbiam ten moment, kiedy wieczory robią się chłodniejsze, można wreszcie otworzyć okna bez wpuszczania do domu powietrza z piekarnika, zapalić świece i lampki, zrobić herbatę w wielkim kubku, przykryć się kocem i bez najmniejszych wyrzutów sumienia spędzić pół wieczoru z książką. Lubię zapach mokrych liści, poranne mgły, kasztany, kolory drzew i ten charakterystyczny jesienny spokój, który przychodzi po rozbieganym lecie. Nawet deszcz mi wtedy specjalnie nie przeszkadza, pod warunkiem oczywiście, że oglądam go przez okno, a nie stoję na przystanku z wodą chlupiącą w butach, bo moja miłość do jesieni ma jednak swoje granice.

Najbardziej bawi mnie tylko to, że jeszcze niedawno człowiek czekał na pierwsze jesienne dekoracje pod koniec sierpnia, a teraz w połowie miesiąca trafia na ich wyprzedaż. W tym tempie za chwilę pójdę po płyn do naczyń i między chemią gospodarczą a karmą dla kota znajdę bombki. Nie zdziwię się nawet szczególnie, tylko sprawdzę cenę, bo najwyraźniej współczesne pory roku trzeba brać wtedy, kiedy akurat są w promocji.

Moje dzisiejsze zdobycze stoją więc już na stole i bardzo dobrze się tam czują. Muchomory wyglądają, jakby właśnie wyszły z jakiejś bajki, dynie rozpoczęły bezkrwawą okupację mieszkania, a ja patrzę na to wszystko zadowolona i nawet nie próbuję udawać, że będę czekała do września. Przecież nie muszę od razu chować letnich sukienek, wyciągać koców i gotować zupy dyniowej. Mogę po prostu powoli wpuszczać do domu tę porę roku, którą tak lubię, po jednej dyni, jednym zapachu i jednym małym szaleństwie naraz.

Bo chyba właśnie z takich drobiazgów składa się przyjemność z codzienności. Nie zawsze trzeba czekać na właściwy dzień w kalendarzu, wielką okazję albo czyjeś pozwolenie, żeby zrobić sobie trochę dobrze. Czasem wystarczy kupić przecenionego muchomora w sierpniu i mieć z niego absurdalnie dużo radości.

A skoro radość była na wyprzedaży, to grzechem byłoby nie skorzystać.

Codziennik Zadumanej #17

Miał to być zupełnie zwyczajny dzień. Taki, w którym spokojnie siadam do komputera, dopracowuję kilka pomysłów, piszę, planuję i odhaczam kolejne punkty z listy. Los jednak uznał, że najwyraźniej za bardzo się nudzę, więc zamiast autorki bloga i profili w mediach społecznościowych zostałam detektywem internetowym z awansem na specjalistkę od zbierania dowodów.

Przyznam, że nie spodziewałam się, jak szybko można nauczyć się robienia zrzutów ekranu, porównywania treści i przedzierania przez kolejne formularze zgłoszeń. Gdyby istniały mistrzostwa świata w dokumentowaniu naruszeń praw autorskich, po dzisiejszym dniu miałabym całkiem niezłe szanse na miejsce w pierwszej dziesiątce.

Oczywiście wolałabym zdobywać zupełnie inne umiejętności. Na przykład nauczyć się piec idealny sernik albo wreszcie opanować składanie prześcieradła z gumką. Tymczasem życie uznało, że bardziej przyda mi się kurs pod tytułem „Jak nie dać sobie ukraść własnej pracy”.

Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że po pierwszej złości przyszło... coś zupełnie innego. Spokój. Pomyślałam sobie, że ktoś może skopiować zdjęcie, przepisać tekst albo wykorzystać czyjś pomysł, ale nie da się skopiować człowieka. Nie da się ukraść doświadczeń, godzin spędzonych nad klawiaturą, setek poprawek, wszystkich prób i błędów ani tego, co sprawia, że każdy z nas pisze po swojemu. To właśnie jest największa wartość i tego nie da się skopiować metodą „kopiuj – wklej”.

Wieczorem zamknęłam komputer z poczuciem, że dzisiejszy dzień nie potoczył się tak, jak planowałam. Był bardziej nerwowy, bardziej męczący i zdecydowanie mniej twórczy. A jednak przypomniał mi coś ważnego. Warto dbać o to, co tworzymy. Nie z próżności, ale z szacunku do własnej pracy. Bo jeśli sami nie będziemy jej szanować, trudno oczekiwać, że zrobią to inni.

Jutro z przyjemnością odwieszę detektywistyczną lupę na kołek i wrócę do tego, co naprawdę lubię. Tworzenie jest znacznie przyjemniejsze niż śledztwa, a ja zdecydowanie lepiej odnajduję się przy klawiaturze niż w roli internetowego Sherlocka Holmesa. 😊

"Skazany" - Freida McFadden o tym, że prawda nigdy nie jest tak oczywista, jak się wydaje

Dzisiaj rano, kiedy ścieliłam łóżko, zauważyłam książkę leżącą na szafce nocnej. Uśmiechnęłam się, bo pomyślałam, że z Freidą McFadden mam już taki rytuał. Kupuję jej nową książkę, mówię sobie, że przeczytam tylko jeden rozdział... i za chwilę orientuję się, że jest środek nocy.

Mam wszystkie jej książki wydane po polsku. Bez wyjątku. I nawet przez chwilę nie zastanawiam się, czy kupić następną. Po prostu czekam, aż pojawi się zapowiedź kolejnej premiery.

„Skazany” tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że Freida doskonale wie, jak prowadzić czytelnika. Nie zasypuje zwrotami akcji na każdej stronie, nie próbuje szokować na siłę. Robi coś znacznie trudniejszego. Pozwala mi uwierzyć, że już wszystko rozumiem. Że poukładałam sobie tę historię w głowie. A potem jednym ruchem rozsypuje te puzzle i pokazuje, jak bardzo się pomyliłam.

To właśnie uwielbiam w jej książkach. Nie pamiętam drugiej autorki, która z taką konsekwencją potrafiłaby wyprowadzać mnie w pole. Za każdym razem obiecuję sobie, że tym razem będę uważniejsza, że nie dam się nabrać. I za każdym razem kończy się tak samo. Zamykam książkę i śmieję się sama do siebie, bo znowu dałam się zaskoczyć.

Nie chcę opowiadać Wam o fabule, bo w thrillerach psychologicznych to byłaby największa krzywda, jaką można zrobić przyszłemu czytelnikowi. Powiem tylko, że po raz kolejny dostałam dokładnie to, czego oczekuję od Freidy McFadden – napięcie, niepewność i to cudowne uczucie, kiedy już niczego nie jestem pewna.

Czy warto przeczytać? Jeśli jeszcze nie znacie Freidy McFadden, to ostrzegam... łatwo przepaść. A jeśli już ją lubicie, „Skazany” jest kolejnym dowodem na to, że ta autorka ma niezwykły talent do zaskakiwania. Dla mnie od dawna jest numerem jeden. Mam wszystkie jej książki wydane w Polsce i z niecierpliwością czekam na następne. Bo choć wiem, że znowu mnie oszuka, to właśnie za to ją uwielbiam.

Codziennik Zadumanej #16

Dzisiaj moje mieszkanie zrobiło głęboki wydech. Nie dlatego, że kupiłam nowe meble. Wręcz przeciwnie. Z domu wyjechała toaletka, stolik nocny, lampa i jeszcze kilka drobiazgów, które przez długi czas cierpliwie czekały na swoje „może kiedyś”. To „kiedyś” w końcu nadeszło.


W Piastowie działa Współdzielnia – facebookowa grupa, dzięki której mieszkańcy oddają, wymieniają albo szukają rzeczy, których potrzebują. Pomysł jest prosty. Robisz zdjęcie, dodajesz post i czekasz. A potem zaczyna dzwonić telefon.

Przez cały dzień co chwilę ktoś pukał do drzwi. Jedni przyjechali po toaletkę, inni po lampę, ktoś zabrał stolik, ktoś drobiazgi. Każde spotkanie trwało kilka minut, ale każde kończyło się dokładnie tak samo – uśmiechem, krótką rozmową i życzeniem miłego dnia.

Muszę przyznać, że to właśnie zaskoczyło mnie najbardziej.

Nie zrobiło na mnie największego wrażenia to, że zwolniło się trochę miejsca w mieszkaniu. Najbardziej ucieszyło mnie to, że dzięki kilku przedmiotom poznałam ludzi, którzy mieszkają praktycznie obok. Gdyby nie ta grupa, pewnie nigdy byśmy się nie spotkali.

Lubię myśleć, że moje rzeczy nie skończyły swojej historii. Po prostu zmieniły adres. Toaletka będzie towarzyszyć komuś podczas porannych przygotowań, stolik nocny przechowa kolejną książkę odłożoną przed snem, a lampa znów wieczorem zapali światło w czyimś domu. Chyba właśnie po to powstały – żeby służyć, a nie kurzyć się w kącie.

Kiedy zamknęły się za ostatnim gościem drzwi, spojrzałam na pusty kąt pokoju. Jeszcze kilka dni temu pewnie od razu pomyślałabym, czym go zapełnić. Tym razem pomyślałam coś zupełnie odwrotnego. Jak dobrze, że jest pusty.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie każdą wolną przestrzeń trzeba natychmiast czymś wypełniać. Dotyczy to nie tylko mieszkań. Czasem warto zostawić trochę miejsca również w swoim życiu. Nie dlatego, że czegoś w nim brakuje, ale dlatego, że dopiero wtedy może pojawić się coś nowego.

I chyba właśnie tego uczę się najbardziej. Że czasami najlepszą decyzją nie jest to, co do swojego życia dodajemy. Tylko to, z czym odważymy się wreszcie pożegnać.

Codziennik Zadumanej #15

Dziś przez kilka godzin chodziłam po mieszkaniu z jednym prostym pytaniem: "Naprawdę jeszcze tego potrzebuję?" To zaskakujące, jak trudno odpowiedzieć sobie na takie pytanie.

Człowiek bierze do ręki kubek. Przecież jest cały. Szkoda wyrzucić.

Potem świecznik. Ładny.

Ramkę. Jeszcze ładniejsza.

I nagle okazuje się, że nie zastanawia się już nad przedmiotami, tylko nad wspomnieniami, które są do nich przyklejone.

Mam wrażenie, że rzeczy mają wyjątkowy talent do przechowywania historii. Niektóre przypominają wakacje, inne pierwsze mieszkanie, jeszcze inne ludzi, których już dawno nie ma obok nas. I choć same w sobie są tylko kubkiem, ramką czy poduszką, potrafią ważyć znacznie więcej, niż wskazuje metka.

Dzisiaj postanowiłam trochę to odchudzić.

Nie dlatego, że robię miejsce na nowe zakupy.

Raczej dlatego, że robię miejsce na nowe życie.

To zabawne, bo jeszcze kilka lat temu pewnie walczyłabym o każdą drobnostkę. Dzisiaj coraz częściej dochodzę do wniosku, że największym luksusem nie jest mieć więcej.

Największym luksusem jest umieć powiedzieć: "Dziękuję. Już cię nie potrzebuję."

Oczywiście nie obyło się bez małych negocjacji z samą sobą.

– A może jednak zostawić?

– Ale po co?

– Bo kiedyś...

– No właśnie. Kiedyś.

Muszę przyznać, że ta druga wersja mnie wygrała.

Coraz bardziej lubię otaczać się rzeczami, które opowiadają moje obecne życie, a nie tylko przypominają o tym, które już się skończyło. Nie dlatego, że chcę o nim zapomnieć. Ono zawsze będzie częścią mnie. Po prostu nie chcę, żeby urządzało mi mieszkanie.

I chyba właśnie na tym polega dorastanie.

Nie na tym, że przestajemy oglądać się za siebie.

Na tym, że coraz częściej wybieramy patrzenie przed siebie.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze?

Po kilku godzinach porządków mieszkanie wygląda prawie tak samo.

Zmieniło się tylko jedno.

Oddycha mi się w nim jakoś lżej.

Kiedy pranie staje się filozofią życia

Nie wiem, kto wymyślił powiedzenie, że pranie samo się nie zrobi, ale mam podejrzenie, że nigdy nie mieszkał sam. Bo pranie owszem, samo się nie zrobi, za to doskonale potrafi się rozmnażać. Jestem przekonana, że zostawione na dwa dni w koszu zaczyna prowadzić własne tajne życie.

Najbardziej lubię ten moment, kiedy wrzucam do pralki ostatnią bluzkę i z satysfakcją myślę: „No, mam to z głowy”. Godzinę później okazuje się, że w łazience czeka jeszcze ręcznik, skarpetka schowana pod łóżkiem i ściereczka, która najwyraźniej uznała, że też chce się załapać na kąpiel.

Przez lata pranie było dla mnie po prostu kolejnym obowiązkiem. Trzeba posortować, nastawić, rozwiesić, zdjąć, złożyć i odłożyć na miejsce. Brzmi prosto, dopóki człowiek nie przypomni sobie o nim tuż przed snem albo nie odkryje, że zostawił mokre ubrania w pralce na tyle długo, że zaczynają pachnieć... powiedzmy, mało zachęcająco.

Ostatnio, rozwieszając kolejną porcję ubrań, złapałam się na dziwnej myśli. Życie chyba trochę przypomina takie pranie.

Są sprawy, które trzeba najpierw posegregować. Nie wszystko wrzuca się do jednego worka. Są emocje, które warto oddzielić od faktów, cudze słowa od własnych myśli, a to, na co mamy wpływ, od tego, czego i tak nie zmienimy.

Potem przychodzi moment, kiedy wszystko trochę wiruje. Czasem mocniej, niż byśmy chcieli. Wydaje się, że już za chwilę nic z tego nie będzie, a jednak po jakimś czasie wszystko powoli się uspokaja.

Najbardziej lubię jednak etap rozwieszania. Mokre ubrania nie nadają się jeszcze do szafy. Potrzebują czasu. Powietrza. Spokoju. Nikt przecież nie próbuje ich na siłę przyspieszyć suszarką do włosów tylko dlatego, że chciałby mieć je gotowe za pięć minut.

A my? Z nami bywa różnie.

Czasem chcemy, żeby smutek minął do jutra. Żeby rozczarowanie zniknęło po jednej dobrze przespanej nocy. Żeby po trudnej rozmowie wszystko od razu wróciło do normy. Tymczasem niektóre sprawy też trzeba po prostu... rozwiesić.

Dać im czas.

Nie zaglądać co chwilę, czy już wyschły.

Śmieję się, że jestem mistrzynią przyspieszania wszystkiego. Chciałabym mieć porządek od razu, odpowiedzi od razu i święty spokój najlepiej jeszcze przed obiadem. Życie jednak ma własne tempo i chyba nigdy nie pyta, czy akurat nam ono odpowiada.

Wiecie, co jest najlepsze? Po kilku godzinach wracam do suszarki i ubrania są gotowe. Nie dlatego, że nad nimi stałam i je poganiałam. Wyschły, bo dostały dokładnie tyle czasu, ile potrzebowały.

Może z nami jest podobnie.

Może nie każdą sprawę trzeba rozwiązać natychmiast. Może nie każda odpowiedź musi pojawić się tego samego dnia. Niektóre rzeczy dojrzewają w ciszy, kiedy przestajemy je szarpać i pozwalamy im po prostu być.

A jeśli przy okazji uda się odnaleźć drugą skarpetkę, która od tygodnia zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach... to już można mówić o prawdziwym życiowym sukcesie. 😄

A Wy? Też macie w domu skarpetki, które znikają w tajemniczych okolicznościach, czy tylko moja pralka prowadzi z nimi jakieś sekrety?

Codziennik Zadumanej #14

Lubię planować.

Kalendarze, listy, rozpisane pomysły – to moje naturalne środowisko. A jednak od czasu do czasu życie przypomina mi, że najpiękniejsze dni rzadko pytają o zgodę i jeszcze rzadziej zaglądają do terminarza.

Tak było dzisiaj. Padło jedno niewinne: „A może pojedziemy do Niepokalanowa?”.

Kilka minut później byłyśmy już w drodze.

Uwielbiam takie decyzje. Bez wielkich przygotowań, analizowania prognozy pogody i zastanawiania się, czy to na pewno dobry dzień. Po prostu jedziesz.

Niepokalanów ma w sobie coś, czego trudno szukać gdzie indziej. Człowiek zwalnia niemal od pierwszych kroków. Modlitwa przychodzi jakoś łatwiej, rozmowy stają się spokojniejsze, a nawet cisza przestaje być niezręczna. Spacerowaliśmy bez pośpiechu, zaglądaliśmy w dobrze znane miejsca, wspominaliśmy i śmialiśmy się z historii, które z roku na rok stają się coraz zabawniejsze. Chyba wszystkie wspomnienia mają tę niezwykłą właściwość, że z czasem wygładzają ostre kanty.

Najbardziej lubię jednak to, że z niektórymi ludźmi nie trzeba nieustannie szukać tematów do rozmowy. Można rozmawiać godzinami, można też przez chwilę nic nie mówić i nadal czuć się tak samo dobrze. To chyba jedna z najpiękniejszych definicji przyjaźni, jakie znam.

Wracałam do domu z poczuciem, że wydarzyło się coś ważnego, chociaż z boku mogłoby się wydawać, że przecież "tylko" pojechaliśmy do Niepokalanowa.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że szczęście bardzo rzadko robi wielkie wejście.

Najczęściej zaczyna się od krótkiego: „To jedziemy?”, a potem siada obok w samochodzie, towarzyszy podczas spaceru, uśmiecha się w środku rozmowy i wraca z nami do domu. Trzeba tylko mieć odwagę odpowiedzieć: „Jedziemy.”

Codziennik Zadumanej #13

Mieszkam tak blisko Warszawy, że teoretycznie mogłabym być tam co tydzień.

W praktyce bywam... zdecydowanie rzadziej. Chyba działa tu ta sama zasada, co z pięknymi miejscami w okolicy. Skoro są na wyciągnięcie ręki, to zawsze można pojechać jutro. Albo za tydzień. Albo kiedyś.

Tym razem nie było wymówek.

Dzień zaczęliśmy najlepiej, jak tylko można – od Mszy Świętej u Dominikanów na Starym Mieście. Lubię takie początki. Człowiek na chwilę zwalnia, wycisza głowę, a dopiero później rusza przed siebie.

Potem był obiad w Kompanii Piwnej, długie rozmowy i spacer po ogrodach na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej. Kilka metrów nad ulicami, a ma się wrażenie, jakby wielkie miasto nagle zostało gdzieś daleko. Zieleń, kwiaty, mostki i widok na Wisłę sprawiają, że łatwo zapomnieć, iż pod stopami toczy się zwyczajne miejskie życie.


Później złapaliśmy mrożoną kawę na wynos i usiedliśmy nad Wisłą. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.

O siedemnastej zero jeden z głośników popłynął polonez Wojciecha Kilara, a po Wiśle zaczęły sunąć łodzie i stateczki. Nie płynęły byle jak. Tańczyły. W rytm muzyki wykonywały układ, który przez kilka minut zamienił rzekę w salę balową pod gołym niebem. Stałam z kubkiem kawy w ręku i patrzyłam jak zahipnotyzowana. Czasem człowiek trafia na coś, o czym wcześniej nie miał pojęcia, a później zastanawia się, jak to możliwe, że nigdy wcześniej tego nie widział.




Do domu wróciłam dokładnie taka, jaka wraca każdy szanujący się introwertyk po całym dniu spędzonym wśród ludzi.

Szczęśliwa.

I potwornie zmęczona.

To zabawne, bo kiedyś myślałam, że zmęczenie zawsze oznacza coś złego. Dzisiaj wiem, że są dni, po których człowiek marzy tylko o ciszy i własnym fotelu, ale jednocześnie nie zamieniłby ani jednej przeżytej chwili.

Chyba najbardziej cieszy mnie jednak coś innego.

Że odkryłam Warszawę na nowo.

Nie dlatego, że nagle pojawiły się w niej nowe miejsca. One były tam od dawna. Zmieniło się tylko moje tempo. Zatrzymałam się, rozejrzałam i dałam sobie czas, żeby naprawdę je zobaczyć.

I pomyślałam, że z życiem jest dokładnie tak samo.

To, co mamy najbliżej, najłatwiej odkładamy na później, bo przecież "zdążymy". A potem wystarczy jeden dzień, dobre towarzystwo i kubek kawy wypity nad Wisłą, żeby przypomnieć sobie, ile pięknych rzeczy czekało tuż obok nas przez cały czas.

Kiedy człowiek uczy się nie odpowiadać od razu

Kiedyś byłam przekonana, że na wiadomości trzeba odpowiadać od razu. Telefon zawibrował? Odpisuję. Ktoś coś napisał? Reaguję. Nawet jeśli akurat gotowałam obiad, wychodziłam z domu albo próbowałam obejrzeć film, moja ręka i tak wędrowała po telefon. Jakby świat miał się zatrzymać, gdybym odpisała piętnaście minut później.

Najgorzej było wtedy, kiedy wiadomość wywoływała emocje. Pewnie znacie ten moment. Czytacie kilka zdań i od razu w głowie pojawia się gotowa odpowiedź. Ba, czasami nawet cała przemowa. Człowiek już pisze, kasuje, znowu pisze i jeszcze przez chwilę zastanawia się, czy dodać kropkę na końcu, bo przecież wszyscy wiedzą, że kropka potrafi zabrzmieć bardziej groźnie niż pół strony tekstu.

Śmieję się z tego dzisiaj, ale kiedyś naprawdę potrafiłam prowadzić długie dyskusje wyłącznie w swojej głowie. Dochodziłam do domu, robiłam herbatę, a ja nadal odpowiadałam komuś, kto od dwóch godzin nawet nie patrzył na telefon.

Z czasem odkryłam coś bardzo ciekawego. Większość wiadomości wcale nie wymaga natychmiastowej odpowiedzi. Wymaga spokojnej odpowiedzi.

To ogromna różnica.

Bo emocje mają jedną zabawną cechę. Są świetnymi doradcami... przez pierwsze trzy sekundy. Później zaczynają opowiadać historie, które najczęściej nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Nagle jesteśmy pewni, że ktoś chciał nas urazić, zlekceważył albo specjalnie napisał coś w taki sposób. A potem mija godzina, czytamy tę samą wiadomość jeszcze raz i dochodzimy do wniosku, że chyba jednak trochę poniosła nas wyobraźnia.

Dzisiaj coraz częściej odkładam telefon. Nie demonstracyjnie. Nie po to, żeby kogoś ukarać ciszą. Po prostu daję sobie chwilę. Robię herbatę, otwieram okno, zajmuję się czymś innym i dopiero wtedy wracam do rozmowy. Zadziwiająco często okazuje się, że połowy rzeczy, które chciałam napisać, już wcale nie mam ochoty wysyłać.

Myślę, że dorosłość ma wiele zaskakujących definicji. Dla mnie jedną z nich jest właśnie umiejętność zrobienia krótkiej pauzy. Nie dlatego, że brakuje mi argumentów. Wręcz przeciwnie. Czasem mam ich aż za dużo. Chodzi o to, żeby nie pozwolić, aby pierwsza emocja pisała wiadomości w moim imieniu.

Oczywiście nadal zdarza mi się odpisywać zbyt szybko. Nadal czasem pomyślę: „No nie, tego już za wiele”, a po chwili odkryję, że źle przeczytałam wiadomość albo zwyczajnie nie zrozumiałam intencji. Jestem tylko człowiekiem. Tym bardziej doceniam te chwile, kiedy udaje mi się odłożyć telefon i przypomnieć sobie, że nie wszystko wymaga natychmiastowej reakcji.

Wiecie, co jest w tym najlepsze?

Ta chwila ciszy działa nie tylko na relacje z innymi, ale też na relację z samym sobą. Zamiast nakręcać się coraz bardziej, można złapać oddech i sprawdzić, czy naprawdę warto oddawać komuś swój spokój.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie każda wiadomość zasługuje na odpowiedź od razu. Nie dlatego, że druga osoba jest nieważna. Dlatego, że moje emocje też zasługują na chwilę, żeby spokojnie usiąść przy stole, napić się herbaty i przestać biegać po całym domu.

I wiecie co?

Jeszcze nigdy nie żałowałam tego, że odpowiedziałam kilka godzin później.

Za to kilka odpowiedzi wysłanych zbyt szybko... pamiętam do dziś.

A Wy? Zdarza Wam się najpierw napisać odpowiedź w głowie, a dopiero później zdecydować, czy naprawdę warto ją wysłać?

Codziennik Zadumanej #12

Są takie dni, o których trudno powiedzieć cokolwiek spektakularnego.

Nikt nie zadzwonił z wiadomością zmieniającą życie, nie wydarzyło się nic, co nadawałoby się na pierwszą stronę gazety, a dzień upłynął dokładnie tak, jak wiele sobót przed nim. Trochę sprzątania, trochę porządków w kolejnym kącie mieszkania, trochę pracy nad blogiem i social mediami. Takie zwyczajne sprawy, które same się nie zrobią, choć czasem bardzo liczę, że jednak kiedyś zaczną.

Kiedy wszystko miałam już z głowy, spojrzałam na zegarek i pomyślałam, że... dziś zrobię sobie wieczór.

Nie dlatego, że jest jakaś wyjątkowa okazja. Właśnie dlatego, że nie ma żadnej.

Zapaliłam świece, włączyłam wszystkie moje lampki - tak, tak, u mnie lapki są cały rok - czytaj nie oceniaj :D, zrobiłam z salonu miejsce, z którego aż nie chce się wychodzić, i wykupiłam film Pomoc domowa. Książkę przeczytałam już jakiś czas temu i od początku wiedziałam, że filmu nie obejrzę wcześniej. Mam tak od zawsze. Najpierw książka, później ekran.

Jeśli zrobię odwrotnie, to później czytam już tylko po to, żeby sprawdzić, co scenarzysta pominął. A ja chcę najpierw poznać historię oczami autora, dopiero potem zobaczyć, jak wyobraził ją sobie ktoś inny.

To trochę jak z poznawaniem ludzi.

Najpierw wolę wyrobić sobie własne zdanie, a dopiero później słuchać opinii innych.

Siedzę więc wśród ciepłego światła świec i lampek, za chwilę nacisnę "play" i już wiem, że to będzie dobry wieczór.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że szczęście wcale nie przychodzi z fajerwerkami. Częściej siada po cichu obok nas na kanapie. Pachnie świecą, mruga lampkami i cierpliwie czeka, aż wreszcie przestaniemy myśleć, że zwyczajny dzień jest mniej ważny od tych wyjątkowych.

A może właśnie z takich zwyczajnych wieczorów składa się najlepsza część życia.