Małe domowe zwycięstwa, o których nikt nie robi postów
Mam teorię, że istnieją dwa rodzaje ludzi. Ci, którzy potrafią od razu po powrocie do domu rozpakować zakupy, i ci, którzy najpierw stawiają torby w kuchni z myślą: „Tylko na chwilę”. Potem ta „chwila” trwa do wieczora, a pomidory zdążą już chyba zaprzyjaźnić się z podłogą. Domyślacie się pewnie, do której grupy należę. 😄 Ostatnio złapałam się na tym, że przez cały dzień biegałam od jednej rzeczy do drugiej. Odpisać na maila. Zadzwonić. Wrzucić pranie. Włączyć zmywarkę. Przypomnieć sobie, po co właściwie weszłam do kuchni. Klasyka. Wieczorem usiadłam na kanapie i pomyślałam, że właściwie... niczego dziś nie zrobiłam. Po czym mój wzrok padł na pusty kosz na śmieci.
Rachunki były opłacone. Półka, która od tygodnia mnie irytowała, nagle wyglądała jak człowiek. Na wiadomość, na którą odkładałam odpowiedź od trzech dni, w końcu odpisałam. Pranie nie obraziło się i grzecznie wisiało już na suszarce. I nagle dotarło do mnie, że ja naprawdę coś zrobiłam. Tylko żadna z tych rzeczy nie nadaje się na spektakularny wpis w mediach społecznościowych.
Bo przecież nikt nie wrzuca zdjęcia z podpisem: „Kochani! Udało się! Wyniosłam śmieci!”. Chociaż... kto wie? Może byłby to początek nowego trendu. 😄
Mam wrażenie, że żyjemy w świecie wielkich osiągnięć. Wszędzie ktoś zdobywa szczyty, kończy maratony, remontuje dom albo właśnie otwiera własną firmę. A tymczasem większość naszego życia składa się z dużo mniej widowiskowych zwycięstw. Znalazłam pokrywkę od pojemnika za pierwszym razem. Przypomniałam sobie o praniu, zanim zaczęło pachnieć... podejrzanie. Nie musiałam szukać telefonu, bo leżał dokładnie tam, gdzie go odłożyłam. To akurat wydarza się rzadko, więc chyba zasługuje na osobne święto.
I wiecie co? Coraz bardziej lubię takie małe sukcesy. Bo one oznaczają, że życie, choć trochę chaotyczne, jednak toczy się do przodu.
Nie zawsze potrzebujemy przełomów. Czasem wystarczy ten moment, kiedy zamykasz szufladę, która od tygodnia czekała na uporządkowanie, i czujesz satysfakcję zupełnie nieproporcjonalną do wykonanej pracy. Albo kiedy wieczorem przechodzisz przez mieszkanie i nic nie woła do Ciebie: „Zrób mnie natychmiast!”. To jest ten rodzaj spokoju, którego nie da się kupić.
Śmieję się czasem, że dorosłość jest dziwnym miejscem. Jako dzieci marzyliśmy o wielkich przygodach, a dziś potrafimy szczerze ucieszyć się z tego, że lodówka jest pełna, rachunki opłacone, a w zmywarce zostało jeszcze jedno wolne miejsce na kubek. I chyba nie ma w tym nic złego. Bo szczęście naprawdę rzadko przychodzi z fajerwerkami. Znacznie częściej siedzi cicho na uporządkowanej półce, w pustym koszu na śmieci i w tej jednej wiadomości, którą w końcu przestaliśmy odkładać na później.
A jeśli do tego wieczorem można jeszcze usiąść z herbatą i pomyśleć: „Dobra, na dziś wystarczy”... to moim zdaniem jest to całkiem solidne zwycięstwo.
A jakie było Wasze małe domowe zwycięstwo dzisiaj? Jestem pewna, że każdy z nas ma przynajmniej jedno.