Codziennik Zadumanej #37

Ktoś mądry powiedział mi dzisiaj, że umiejętność ucinania sobie krótkiej, regeneracyjnej drzemki można wypracować. Ponieważ od kilku dni około czternastej mój organizm zaczyna bardzo wyraźnie sugerować, że dalsza współpraca będzie możliwa dopiero po spełnieniu określonych warunków, pomyślałam, że może rzeczywiście warto się nauczyć. Dziesięć, piętnaście minut, człowiek zamyka oczy, wyłącza głowę, po chwili wstaje świeży, wypoczęty i gotowy do dalszego życia. Brzmi pięknie. Usiadłam więc wygodnie na kanapie, zamknęłam oczy i rozpoczęłam trening.

Minęło może kilkanaście sekund, kiedy Sisi uznała, że skoro siedzę bezczynnie, to najwyraźniej czekam na propozycję wspólnej zabawy. Piłeczka wylądowała na moim brzuchu. Nie zareagowałam, więc została zabrana i precyzyjnie przełożona na dłoń. Nadal nic. Wobec tak skandalicznego braku współpracy Sisi spróbowała jeszcze z nogą, potem ponownie z brzuchem, poprawiała położenie piłeczki, zdejmowała ją i układała w kolejnym miejscu, najwyraźniej szukając tego jednego magicznego punktu na moim ciele, który uruchamia człowieka. W końcu, nie otwierając nawet oczu, złapałam piłkę i rzuciłam w stronę suszarki z praniem. Nie trafiłam. Za drugim razem się udało.

Nastała cisza.

Na jakieś trzy sekundy.

Potem usłyszałam charakterystyczne dreptanie małych sisinych szkitek po panelach. Sisi rozpoczęła okrążanie suszarki, próbując ustalić, w jaki sposób odzyskać piłeczkę, którą jej wyjątkowo perfidnie unieszkodliwiłam. Leżałam z zamkniętymi oczami i słuchałam: tup, tup, tup… chwila ciszy… tup, tup, tup… kolejne okrążenie. W końcu pomyślałam, że może problemem jest pozycja siedząca. W poradnikach człowiek zapewne „układa się wygodnie”, więc postanowiłam pójść krok dalej i po prostu się położyć.

I zadziałało. Sisi się uspokoiła.

Wtedy zaczął Bubu.

Bubu nie widzi, więc kiedy obudził się na desce do prasowania, na której spał razem z Hektorem, i postanowił zejść, poinformował mnie o swoim problemie piszczeniem. Mogłam oczywiście udawać, że śpię, ale trudno osiągnąć stan głębokiej regeneracji, kiedy z okolic deski do prasowania dochodzi rozpaczliwe „miau”, a człowiek wie, że siedzi tam niewidomy kot zastanawiający się, gdzie właściwie kończy się świat. Wstałam, zdjęłam Bubu, wróciłam na kanapę, poprawiłam się, zamknęłam oczy i uznałam, że teraz już naprawdę zaczynam.

Bubu najwyraźniej uznał podobnie, bo chwilę później wskoczył prosto na mnie i rozpoczął ugniatanie mojego brzucha. Skoro nie udało się zasnąć, dostałam przynajmniej masaż. Przez chwilę pracował bardzo sumiennie, po czym bez słowa zakończył zabieg i ulotnił się do sypialni. Zostałam sama. Cisza. Oczy zamknięte. Ciało rozluźnione. Byłam coraz bliżej sukcesu.

I wtedy na deskę do prasowania wskoczył Riko.

Na desce nadal spał Hektor.

Hektor po przebudzeniu zdecydowanie nie należy do tych, którzy przeciągają się, uśmiechają do świata i z wdzięcznością witają kolejny dzień. Obudzony przez Riko przeszedł błyskawicznie od snu do furii i rozpoczęły się kocie zapasy. Deska zaczęła się niebezpiecznie kołysać, koty kotłowały się na niej w najlepsze, a ja po raz kolejny zerwałam się z kanapy, tym razem żeby ratować deskę, żelazko i wszystko, co znajdowało się w zasięgu walczących zawodników.

Riko ostatecznie uznał, że życie jest zbyt krótkie na konflikty i udał się na balkon. Hektor został. Problem polega na tym, że Hektor po drzemce jest zawsze głodny, a informowanie mnie o tym opanował do perfekcji. Nie miauczy bez sensu, nie chodzi za mną i nie liczy na domyślność. Hektor stosuje komunikację skuteczną: staje na stole i zaczyna zrzucać z niego przedmioty. Jeden po drugim. Tego dnia leżało tam kilka rzeczy zdecydowanie zbyt cennych, żeby pozwolić mu rozwinąć negocjacje, więc wstałam już naprawdę wściekła i poszłam do kuchni wyłożyć paniczowi saszetę.

A skoro już stałam w kuchni…

wstawiłam wodę na kawę.

Tak zakończyła się moja pierwsza próba wypracowania regeneracyjnej drzemki. Nie wiem dokładnie, ile trwała, ale w jej trakcie rzucałam piłką, obserwowałam psa okrążającego suszarkę, zdejmowałam niewidomego kota z deski do prasowania, zostałam wymasowana, rozdzielałam kocią bójkę, ratowałam wyposażenie domu, karmiłam Hektora i zrobiłam sobie kawę. Regeneracja pełną parą. 😁

Ktoś mądry miał więc rację — drzemkę prawdopodobnie można wypracować. Tylko podejrzewam, że ten ktoś nie mieszkał z Sisi, Bubu, Riko i Hektorem. Ja po dzisiejszym treningu dochodzę do wniosku, że niektórych rzeczy wcale nie trzeba w życiu opanować. Czasem lepiej zaakceptować własne warunki lokalowe, zrobić sobie kawę i odpocząć na jawie.

Przynajmniej wtedy człowiek widzi, z której strony nadciąga kot.

A skoro już dokładnie wiecie, kto odpowiada za spektakularną porażkę mojego pierwszego treningu drzemki regeneracyjnej, wypadałoby jeszcze pokazać wszystkich winowajców. I tu pojawił się kolejny problem, bo zrobienie wspólnego zdjęcia Sisi, Hektora, Riko i Bubu jest mniej więcej tak realne jak moja dzisiejsza piętnastominutowa drzemka. 😁 Każde z nich osobno potrafi wyglądać niewinnie jak aniołek, ale zgromadzenie całej czwórki w jednym miejscu, przekonanie ich, żeby przez kilka sekund pozostali tam, gdzie ich posadziłam, i jeszcze spojrzeli w stronę aparatu zdecydowanie przekracza moje możliwości organizacyjne. Dlatego dzisiejsze zdjęcie jest wygenerowane na podstawie ich prawdziwych fotografii i zdjęcia mojego salonu. Oni naprawdę tak wyglądają, salon naprawdę jest mój, tylko to zgodne posiedzenie całej czwórki nigdy się nie wydarzyło. Technologia zrobiła więc dla mnie to, czego natura zrobić nie zamierzała – zebrała wszystkich podejrzanych w jednym miejscu. 😁

Patrzę teraz na tę czwórkę i najbardziej bawi mnie to, że na zdjęciu wyglądają jak wyjątkowo zgodna, spokojna rodzina, która całe popołudnie spędza na cichym kontemplowaniu życia. Ja natomiast znam prawdę. Kilka minut wcześniej jeden domagał się piłeczki, drugi potrzebował pomocy przy zejściu z deski, trzeci wszczął awanturę, a czwarty rozpoczął zrzucanie przedmiotów ze stołu. I chyba właśnie dlatego nie zamierzam już dzisiaj walczyć ani o drzemkę, ani o ciszę idealną. W moim domu odpoczynek najwyraźniej nie polega na tym, że nic się nie dzieje. Polega na tym, że człowiek z czasem uczy się odpoczywać pośród tego całego zamieszania.

Chociaż po dzisiejszym eksperymencie nadal uważam, że kawa ma zdecydowanie lepsze warunki do rozwoju niż moja drzemka regeneracyjna. 😁

Świecznik z tego, co już miałam

Mam chyba wyjątkowy talent do odkładania różnych drobiazgów z myślą, że „kiedyś się przydadzą”. Drewniana podstawka, która od dawna nie miała żadnego konkretnego zajęcia, kilka świec z szuflady, trochę kamyczków i parę gałązek znalezionych podczas spaceru najwyraźniej właśnie doczekały się swojego „kiedyś”. Tym razem nie planowałam wielkiego rękodzielniczego przedsięwzięcia, bo najbardziej lubię te domowe pomysły, które powstają przy okazji i nie kończą się stołem zastawionym klejem, farbami oraz narzędziami, o których istnieniu człowiek jeszcze godzinę wcześniej nie miał pojęcia.

Na drewnianym spodku ustawiłam kilka prostych świec różnej wysokości, a wolne miejsca wypełniłam tym, co akurat miałam pod ręką. Kilka jasnych kamyków, nieduża szyszka, trochę drobnych gałązek i właściwie tyle. Niczego nie przyklejałam, nie mocowałam na wieczność i właśnie to podoba mi się w tym świeczniku najbardziej. Kiedy przyjdzie jesień, między świecami mogą pojawić się szyszki, żołędzie i kawałki kory, zimą kilka świerkowych gałązek, wiosną drobne kamyczki i zieleń, a latem muszelki przywiezione znad morza. Jedna podstawka, a dekoracja może zmieniać się razem z porą roku i moim aktualnym nastrojem, który w kwestii wystroju domu potrafi być zdecydowanie bardziej zmienny niż pogoda.

Przy takich dekoracjach zawsze przypomina mi się, że dom wcale nie potrzebuje ciągle nowych rzeczy. Czasem wystarczy zajrzeć do szafki, pudełka z różnościami albo tej szuflady, którą każdy ma, ale rozsądniej nie pytać, co dokładnie się w niej znajduje. 😄 Nagle okazuje się, że drewniana deseczka, której szkoda było wyrzucić, kilka niedopalonych świec i skarby przyniesione ze spaceru mogą razem wyglądać całkiem dobrze. Do tego nie ma presji, że kompozycja musi pozostać taka sama przez następne pięć lat, bo kiedy mi się znudzi, rozsypuję wszystko, chowam do pudełka i układam od początku.

I chyba właśnie takie tworzenie lubię najbardziej. Bez perfekcyjnego projektu, bez dokładnego odmierzania każdego centymetra i bez przekonania, że efekt końcowy musi wyglądać jak z katalogu. Ma pasować do mojego domu, sprawiać mi przyjemność i wieczorem dawać trochę ciepłego światła. Reszta jest naprawdę mało istotna.

Codziennik Zadumanej #36

Od poniedziałku obserwuję u siebie zjawisko na tyle niepokojące, że chyba powinnam zacząć prowadzić dokumentację. Jestem gotowa do wyjścia na autobus pół godziny przed czasem. PÓŁ GODZINY. Ja, która jeszcze niedawno potrafiłam jednocześnie szukać kluczy, dopijać kawę, sprawdzać zawartość torby i zastanawiać się, czy zdążę, podczas gdy zegarek bezlitośnie informował, że odpowiedź brzmi „raczej nie”. Nie wiem, co wydarzyło się podczas tych wakacji, ale od kilku dni siedzę ubrana, spakowana i patrzę na godzinę odjazdu z miną człowieka, który właśnie odkrył w sobie zupełnie nową osobowość. Na razie jej nie płoszę, bo całkiem mi się podoba, chociaż znając życie, któregoś ranka stara ja wróci bez zapowiedzi i dla równowagi będę zakładała buty w windzie.

Szkolny dzień minął spokojnie, a największa sensacja ostatnich dni znalazła szczęśliwy finał – zaginione książki się odnalazły. Wszystkie. Możemy więc oficjalnie zamknąć śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia podręczników na trasie stolik–szafka i uznać, że szkolny Trójkąt Bermudzki chwilowo zaprzestał działalności. Od dzisiaj mam też w klasie nauczycielkę współorganizującą i po pierwszym dniu jestem bardzo zadowolona. Dobrze mieć obok drugą osobę, która widzi, słyszy i może zareagować, zanim ja zdążę wyhodować sobie dodatkową parę oczu, o której nauczyciele marzą mniej więcej od września do czerwca.

Największym wyzwaniem tego tygodnia okazuje się jednak nie szkoła, tylko moje popołudniowe zjazdy energetyczne. Pierwszy punktualnie około czternastej, drugi koło szesnastej i wtedy mój organizm bardzo wyraźnie sugeruje, że działalność na dziś należałoby zakończyć. Z nieukrywaną zazdrością patrzę na ludzi, którzy potrafią położyć się na dziesięć minut, zamknąć oczy, zasnąć, obudzić się odświeżeni i dalej funkcjonować. Dla mnie dziesięciominutowa drzemka jest zjawiskiem równie abstrakcyjnym jak składanie prześcieradła z gumką w idealny prostokąt. Albo nie zasnę wcale i przez dziesięć minut będę intensywnie myślała o tym, że powinnam zasnąć, albo gdybym już jakimś cudem zasnęła, istnieje spore prawdopodobieństwo, że obudzę się trzy godziny później, nie wiedząc, jaki mamy dzień, rok i czy nadal pracuję w tej samej szkole. Regeneracja musi więc odbywać się innymi metodami.

Na szczęście dzisiaj wróciłam wcześnie, nawet bardzo wcześnie, i zamiast rzucić się na kanapę, wykorzystałam piękną pogodę na długi spacer z Sisi. Ona jak zwykle miała własny harmonogram i żadnych zjazdów energetycznych, bo przecież świat pełen krzaków, trawy i zapachów nie pozwala marnować czasu na kryzysy o czternastej. Potem przygotowałam się do jutrzejszych lekcji, ogarnęłam sociale i w pewnym momencie zorientowałam się, że właściwie mogę już przestać być produktywna. Wszystko, co naprawdę trzeba było zrobić, zostało zrobione, więc dalsze wynajdywanie sobie zajęć byłoby zwyczajnym proszeniem się o kłopoty.

Teraz ogłaszam oficjalne zamknięcie interesu. Dobry film, shake proteinowy, później książka i ani jednego „jeszcze tylko szybko”. Znam to „szybko” i wiem, że potrafi pożreć cały wieczór, a przecież ostatnio coraz bardziej zależy mi na tym, żeby po pracy naprawdę z niej wracać, nie tylko fizycznie przekraczać próg mieszkania. Może zresztą ta moja tajemnicza gotowość pół godziny przed autobusem wcale nie jest przypadkiem. Może po latach biegania zaczynam wreszcie odkrywać, że nie wszystko trzeba robić na ostatnią chwilę, nie każdą wolną przestrzeń wypełniać obowiązkami i nie każdy dzień kończyć dopiero wtedy, kiedy człowiek pada.

Jeżeli tak wygląda dojrzewanie do spokojniejszego życia, to jestem za. Tylko nie przywiązuję się jeszcze zbyt mocno do tej nowej, zorganizowanej siebie. Dajmy jej przetrwać chociaż do piątku. 

Codziennik Zadumanej #35

Drugi dzień szkoły i już wiadomo, że wakacyjna łagodność oficjalnie się skończyła, chociaż pogoda najwyraźniej nie dostała tej informacji i zafundowała nam dzisiaj piękny, ciepły dzień. W szkole powoli wracamy na właściwe tory, a moje drugoklasisty odebrały książki z biblioteki, co natychmiast dostarczyło nam pierwszej wrześniowej zagadki kryminalnej. Książki pojawiły się na stolikach, miały trafić do szafek, odległość wynosiła jakieś kilka metrów, a mimo to niektóre zdołały zaginąć w akcji. Fascynuje mnie dziecięca zdolność do gubienia przedmiotów na przestrzeni, którą dorosły jest w stanie objąć jednym spojrzeniem. Podejrzewam, że gdybyśmy kiedyś odkryli mechanizm tego zjawiska, fizyka musiałaby dopisać kilka nowych rozdziałów do podręczników.

Poza tym szkolna codzienność ruszyła pełną parą, więc pojawiły się dokumenty, potem kolejne dokumenty, a dla urozmaicenia jeszcze trochę dokumentów. Na szczęście pomiędzy papierami były dziecięce opowieści o wakacjach, pokazywanie przywiezionych pamiątek i ten cudowny entuzjazm, z jakim ośmiolatek potrafi opowiadać o czymś, co dorosły zamknąłby w trzech zdaniach. I dobrze, bo dzięki temu szkoła nie składa się wyłącznie z planów, podpisów, formularzy i miejsc, w których należy postawić krzyżyk. Właśnie te historie, śmiech i drobne dziecięce zachwyty przypominają mi, dlaczego mimo całej papierowej otoczki tak bardzo lubię swoją pracę.

Po powrocie do domu postanowiłam jednak zostawić szkołę tam, gdzie jej miejsce, czyli przynajmniej na kilka godzin poza własną głową. Pogoda była zbyt piękna, żeby zmarnować ją na siedzenie w czterech ścianach, więc ruszyłyśmy z Sisi na długi spacer. Po całym dniu słuchania, odpowiadania, pilnowania, organizowania i pamiętania za kilka osób jednocześnie zwyczajne chodzenie przed siebie działa na mnie lepiej niż niejeden wymyślny sposób na relaks. Sisi ma przy tym własną filozofię spacerowania, według której każdy krzaczek zasługuje na szczegółową kontrolę, każda interesująca kępka trawy wymaga zatrzymania, a pośpiech jest wynalazkiem człowieka i nie należy go popierać. Trudno się z nią nie zgodzić.

Po drodze odebrałam jeszcze moje suplementowe zaopatrzenie: omega, probiotyk z prebiotykiem oraz D3 z K2. Człowiek dochodzi do takiego momentu w życiu, kiedy paczka z suplementami cieszy niemal jak kiedyś nowa torebka, i nawet nie wiem, kiedy dokładnie nastąpiła ta przemiana. Wszystko zostało grzecznie ustawione, a ja mogę teraz z pełnym przekonaniem oczekiwać, że skoro już posiadam odpowiedni zestaw kapsułek, to energia, odporność i doskonała forma powinny pojawić się najpóźniej jutro rano. Byłoby miło, bo pranie nie wykazało najmniejszego zainteresowania samodzielnym rozwieszeniem, mieszkanie również nie zamierzało posprzątać się z wdzięczności za mój powrót, a rzeczy na kolejny dzień jakoś uparcie nie chciały przygotować się bez mojego udziału.

Teraz jednak dom powoli przechodzi w tryb wieczorny, a ja mam przed sobą tę część dnia, którą bardzo lubię. Czeka mój czytelniczy kącik i książki, zawsze dwie, bo najwyraźniej jedna to dla mnie zdecydowanie za proste rozwiązanie. Jedna jest dla rozwoju i ducha, żeby czasem zatrzymać myśli przy czymś głębszym, druga wyłącznie dla przyjemności, żebym mogła wejść w cudzą historię i na chwilę zapomnieć o własnych dokumentach, praniu oraz książkach szkolnych posiadających niezwykłą umiejętność teleportacji. Czytam je równolegle, zależnie od nastroju, bo jednego wieczoru potrzebuję czegoś, co zostanie ze mną na dłużej, a innego chcę po prostu przewracać kolejne strony i dobrze się bawić.

Chyba właśnie tak chciałabym prowadzić ten Codziennik również teraz, kiedy szkoła znów zabiera sporą część mojego dnia. Praca jest ważna, lubię ją i trudno byłoby uczciwie opowiadać o swojej codzienności, całkowicie ją pomijając, ale przecież moje życie nie kończy się wraz z ostatnim dzwonkiem. Jest jeszcze Sisi i nasze spacery, dom, książki, moje małe rytuały, kawa, pisanie, zwyczajne obowiązki i te chwile, kiedy wreszcie można przestać patrzeć na zegarek. Może właśnie o to chodzi, żeby pośród wszystkiego, co trzeba zrobić, nie zgubić siebie w drodze od stolika do szafki.

Bo jak pokazuje dzisiejsze doświadczenie moich drugoklasistów, naprawdę różne rzeczy potrafią zaginąć na bardzo krótkim dystansie. 

"Dziewczyna z wnęki" - Agnieszka Peszek o tym, że przeszłość potrafi wrócić wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewamy

Dzisiaj miałam taki zwyczajny moment: kawa już prawie wypita, coś jeszcze do zrobienia w domu, a ja zamiast się ruszyć siedziałam z książką i mówiłam sobie, że przeczytam tylko kilka stron. Przy Agnieszce Peszek to jest chyba wyjątkowo ryzykowne założenie, bo krótkie rozdziały robią swoje, a potem człowiek orientuje się, że znowu „jeszcze tylko jeden” zamienił się w dobre pół godziny. Po Przez pomyłkę wiedziałam już, że chcę iść dalej za Dorotą Czerwińską, a Dziewczyna z wnęki tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że moja polska Freida McFadden naprawdę potrafi mnie zatrzymać przy książce.

To drugi tom cyklu i tym razem Dorota jest zdecydowanie bardziej na pierwszym planie. Autorka prowadzi równolegle dwie sprawy – tę współczesną i nierozwiązaną historię sprzed dwudziestu pięciu lat, która dotyka również jej rodziny. Nie będę opowiadała Wam szczegółów, bo właśnie przy takich kryminałach im mniej się wie przed czytaniem, tym lepiej. Powiem tylko, że ten zabieg bardzo mi odpowiadał. Człowiek dostaje jeden trop, za chwilę drugi, zaczyna sobie wszystko układać, jest już prawie dumny ze swojej przenikliwości… i wtedy Peszek grzecznie zabiera mu tę satysfakcję. Recenzenci często podkreślają właśnie wielotorową intrygę, szybkie tempo i to, że finału trudno się domyślić, choć pojawiają się też głosy, że końcówka rozwiązuje część wątków trochę zbyt szybko.

Mnie najmocniej zostało jednak coś innego niż sama zagadka. Niewiedza. Ta książka bardzo dobrze pokazuje, jak potwornie męczące może być życie bez odpowiedzi. Kiedy ktoś znika, kiedy jakaś historia zostaje urwana, kiedy przez lata nie wiadomo, co naprawdę się wydarzyło, człowiek nie ma nawet czego domknąć. Może tworzyć własne wersje, wracać do dawnych rozmów, zastanawiać się, czy czegoś nie przeoczył. I chyba właśnie to jest czasem trudniejsze niż najgorsza prawda – bo prawda przynajmniej stawia kropkę. Sama książka wraca zresztą do tej myśli wprost: najgorsza może być właśnie niewiedza.

Podobało mi się też, że druga część jest mroczniejsza niż Przez pomyłkę. Więcej tu napięcia, mniej poczucia, że czytamy po prostu klasyczne policyjne dochodzenie. Dorota jest już bohaterką, którą znamy trochę lepiej, więc łatwiej wejść również w jej emocje i prywatne uwikłania. Nie wszystko jest idealne i nie każdy dialog brzmi tak naturalnie, jak bym chciała, ale tym razem kompletnie nie przeszkadzało mi to w czytaniu. Chciałam wiedzieć, co dalej. A dla kryminału to chyba najlepszy komplement.

Czy warto przeczytać?

Tak, zdecydowanie. Szczególnie jeśli po Przez pomyłkę polubiliście Dorotę Czerwińską i chcecie zobaczyć, jak ta seria się rozwija. Dla mnie Dziewczyna z wnęki jest nawet bardziej wciągająca od pierwszej części: mroczniejsza, bardziej wielowątkowa i mocniej bawiąca się z czytelnikiem. Zakończenie mogłoby dostać trochę więcej miejsca, ale nie zmienia to faktu, że książkę zamknęłam z bardzo przyjemnym poczuciem: znowu mnie zrobiła w konia.

A skoro przy Agnieszce Peszek zaczynam mieć dokładnie to samo, co przy Freidzie McFadden – pewność, że tym razem na pewno wszystko rozgryzę – to chyba już wiadomo, jak skończy się moje spotkanie z kolejnym tomem. 😄

Codziennik Zadumanej #34

No i stało się. Wakacje oficjalnie zostały zamknięte, sandały mogą jeszcze wprawdzie protestować, kawa na balkonie nadal ma pełne prawo bytu, ale dzisiaj rozpoczęliśmy nowy rok szkolny i nie było już żadnego „jeszcze chwileczkę”. Uroczysta Msza Święta, rozpoczęcie, spotkania, znajome twarze, trochę organizacyjnego zamieszania i przede wszystkim moje dzieciaki, które jeszcze niedawno żegnałam jako pierwszaki, a dzisiaj wróciły już do mnie jako druga klasa. Większe, rozgadane, uśmiechnięte i najwyraźniej naprawdę stęsknione, bo usłyszałam nawet, że tęsknili i chcieli już przyjść do szkoły. Zamierzam zachować te słowa bardzo głęboko w pamięci, najlepiej w jakimś pancernym sejfie, żeby móc je sobie przypomnieć mniej więcej w listopadzie, kiedy na hasło „wyjmujemy zeszyty” ktoś zacznie patrzeć na mnie tak, jakbym właśnie zaproponowała trzygodzinny marsz przez pustynię.

Było dziś jednak dużo zwyczajnej radości. Dobrze było zobaczyć dzieci, porozmawiać z rodzicami, poczuć ich sympatię i tę atmosferę początku, kiedy wszyscy jeszcze mają świeże pokłady energii, nowe piórniki wyglądają jak nowe, gumki do mazania istnieją, kleje mają zakrętki, a kredki występują w pełnych kompletach. Przed nami cały rok, o którym dzisiaj właściwie nic jeszcze nie wiemy, i chyba właśnie to lubię w pierwszym września najbardziej. Można mieć plany, kalendarze, projekty, pomysły i pięknie poukładane dokumenty, ale prawdziwa historia tej klasy zacznie się dopiero jutro.

Po powrocie do domu rozsądny człowiek zapewne uczciłby rozpoczęcie roku odpoczynkiem. Na szczęście nikt nigdy nie oskarżał mnie o przesadny rozsądek w sprawach szkolnych, więc całe popołudnie spędzam na przygotowaniach do jutra. Układam, sprawdzam, drukuję, przekładam i dokładam kolejne rzeczy do zabrania, a sterta rośnie w tempie, które zaczyna budzić moje uzasadnione obawy, czy rano powinnam pojechać do szkoły autobusem, czy zamówić transport paletowy. Teoretycznie idę prowadzić lekcje w drugiej klasie, praktycznie wyglądam, jakbym planowała przeprowadzkę wraz z wyposażeniem niewielkiej placówki edukacyjnej. Jutro ruszę więc objuczona jak wielbłąd, z torbami, pomocami i całym tym nauczycielskim dobytkiem, który wieczorem wydaje się absolutnie niezbędny, a rano człowiek zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę potrzebował wszystkiego naraz.

Na początek czekają mnie dwa tygodnie samych lekcji, więc można powiedzieć, że szkoła łaskawie przewidziała dla mnie wersję rozgrzewkową. Dopiero później dojdzie terapia i wtedy mój kalendarz pokaże swoje prawdziwe oblicze, a ja zapewne zacznę rozwijać umiejętność przemieszczania się pomiędzy salami z prędkością dotąd niespotykaną u przedstawicieli mojego gatunku. Na razie jednak nie będę wybiegać za daleko. Dzisiaj wystarczy mi świadomość, że wróciłam do tego mojego szkolnego szaleństwa i – co chyba najlepiej świadczy o tym, że wybrałam sobie właściwy zawód – naprawdę się z tego cieszę.

Bo można narzekać na dokumenty, rady, szkolenia, tabelki, terminy i tysiąc rzeczy dziejących się wokół samego uczenia, ale potem przychodzi pierwszego września dziecko, patrzy na człowieka z uśmiechem i mówi, że tęskniło. I nagle wszystko wraca na właściwe miejsce. Przypomina się, po co właściwie robimy całą tę resztę.

A teraz wracam do pakowania, bo sterta nadal rośnie. Jutro rano będę wyglądała jak wielbłąd wyruszający na miesięczną wyprawę przez pustynię, z tą drobną różnicą, że moja karawana zmierza do drugiej klasy. I pomyśleć, że idę tam tylko na kilka godzin.

Codziennik Zadumanej #33

Ostatni dzień sierpnia postanowił bardzo uprzejmie przypomnieć mi, że wakacje właśnie pakują walizki, a szkoła stoi już pod drzwiami i nawet nie zamierza udawać, że przyszła tylko na chwilę. O dziesiątej rada pedagogiczna, potem plan zajęć, uzupełnianie szkolnego kalendarza, drukowanie dokumentów do podpisu dla rodziców i cała ta przedwrześniowa układanka, w której człowiek próbuje przewidzieć najbliższe miesiące, chociaż doskonale wie, że szkoła ma wyjątkowy talent do produkowania rzeczy, których w żadnym kalendarzu przewidzieć się nie da. Patrzyłam na kolejne daty, wpisywałam, zaznaczałam, drukarka pracowała dzielnie, a mój mózg powoli przestawiał się z trybu wakacyjnego na nauczycielski, czyli taki, w którym jednocześnie pamięta się o piętnastu sprawach, szesnastą zapisuje na kartce, a siedemnasta przypomina się człowiekowi dokładnie wtedy, kiedy kładzie się spać.

Po powrocie przyszła pora na zadanie zdecydowanie poważniejsze niż cała dzisiejsza dokumentacja – outfit na rozpoczęcie roku. Jutro przecież trzeba wyglądać jak człowiek, który jest wypoczęty, przygotowany, doskonale zorganizowany i od tygodni z niecierpliwością czeka na pierwszy dzwonek. To, że jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, czy naprawdę muszę już mentalnie opuszczać wakacje, pozostanie między mną a tym Codziennikiem. Ubranie zostało więc wybrane, przymiarki zakończone sukcesem, a ja mogłam uznać, że przynajmniej w jednej dziedzinie jutrzejszy dzień mam pod kontrolą. Cała reszta niech się dzieje zgodnie z planem albo przynajmniej w jego ogólnych okolicach.

A potem poszłam na spacer i sierpień zrobił mi na pożegnanie prezent idealnie dopasowany do mojej natury – deszcz. Zamiast ostatniego wakacyjnego słońca dostałam mokre chodniki, szare niebo i powietrze, które pachniało tak, że moja wewnętrzna jesieniara natychmiast wyszła z ukrycia, poprawiła sobie niewidzialny szalik i oznajmiła, że właściwie to ona jest już gotowa. Jeszcze niedawno broniłam się przed zamykaniem okna w sierpniu, a dziś maszerowałam w deszczu całkiem zadowolona i pomyślałam, że moja lojalność wobec lata ma jednak bardzo krótką datę ważności. Wystarczy trochę chłodu, mokre liście pod nogami i odpowiednio ponure niebo, żebym zaczęła mentalnie ustawiać świece, wyciągać koce i zastanawiać się, kiedy picie gorącej kawy pod kocem przestaje być przesadą, a zaczyna oficjalnym sezonem.

Teraz natomiast leżę i pachnę. To bardzo ważny etap przygotowania pedagogicznego, o którym zdecydowanie za mało mówi się na szkoleniach. Wszystko, co mogłam zrobić na jutro, jest zrobione, dokumenty wydrukowane, outfit czeka, ja jestem wykąpana, wypielęgnowana i chwilowo nie zamierzam już niczego ulepszać, dopisywać ani sprawdzać. Jutro rano wstanę, ogarnę się, założę przygotowane ubranie i pójdę rozpocząć kolejny rok z moimi dzieciakami, które jeszcze chwilę temu były pierwszakami, a teraz wracają już jako pełnoprawna druga klasa.

I chyba właśnie dziś najmocniej poczułam ten moment pomiędzy. Wakacje jeszcze formalnie trwają, ale myślami jestem już trochę po drugiej stronie. Lubię swoją pracę i cieszę się na powrót do dzieci, choć wiem, że za chwilę zacznie się tempo, w którym dni potrafią przelatywać jeden za drugim, zanim człowiek zdąży się im dobrze przyjrzeć. Dlatego w tym roku chciałabym pilnować nie tylko szkolnego kalendarza, terminów, dokumentów i wszystkiego, co „trzeba”, ale również tych zwyczajnych chwil poza szkołą. Spaceru w deszczu, książki wieczorem, kawy wypitej bez pośpiechu, mojego pisania i czasu, w którym nie muszę być panią od niczego.

A dzisiaj już naprawdę niczego nie muszę. Leżę, pachnę i wyglądam na osobę całkowicie przygotowaną do rozpoczęcia roku szkolnego. Przynajmniej dopóki się nie podniosę i nie przypomnę sobie o czymś, co „koniecznie trzeba jeszcze wydrukować”. Dlatego dla bezpieczeństwa postanowiłam się nie podnosić. 😁

Osłonka na doniczkę za kilka złotych, czyli znowu szkoda mi było wyrzucić

Mam tę przypadłość, że zanim coś wyrzucę, najpierw patrzę na to kilka sekund dłużej, a potem włącza mi się bardzo niebezpieczne: „przecież można coś z tego zrobić”. I właśnie w ten sposób zwykła puszka po kawie zamiast grzecznie trafić do kosza została osłonką na doniczkę. Cała operacja nie wymagała ani wielkich zdolności artystycznych, ani osobnego pokoju do rękodzieła, ani zamówienia siedemnastu specjalistycznych produktów, które później przez trzy lata leżą w szufladzie. 

Puszkę dokładnie umyłam, odtłuściłam i pomalowałam farbą, którą już miałam w domu. Chciałam, żeby powierzchnia była trochę nierówna i przypominała kamień lub ceramikę, więc do farby dodałam odrobinę sody oczyszczonej. Można też wymieszać sodę z niewielką ilością kleju i zrobić delikatną strukturę przed malowaniem. Nie chodzi o idealnie gładką powierzchnię, wręcz przeciwnie, tutaj wszystkie nierówności pracują na naszą korzyść, co jest bardzo wygodne dla osób takich jak ja, które lubią tworzyć, ale cierpliwość do perfekcyjnego wygładzania kończy im się mniej więcej po trzecim ruchu pędzla. 😄 

Kiedy wszystko wyschło, dodałam kawałek zwykłego sznurka, bez kokardek, błyskotek i miliona ozdobników, bo chciałam, żeby osłonka była prosta i pasowała do mieszkania. Do środka wstawiłam doniczkę z rośliną i nagle puszka, która jeszcze dzień wcześniej nie przedstawiała sobą większej wartości dekoracyjnej, wyglądała całkiem przyzwoicie. Najbardziej lubię właśnie takie domowe DIY: tanie, nieskomplikowane i robione z tego, co akurat mamy pod ręką. Nie trzeba urządzać wielkiego projektu ani spędzać pół dnia przy stole, czasem wystarczy puszka, trochę farby i ten mój odwieczny problem z wyrzucaniem rzeczy, które „jeszcze mogą się przydać”. Tym razem, wyjątkowo, naprawdę się przydały.

Codziennik Zadumanej #32

Niedziela upłynęła mi pod znakiem bardzo ekscytującej dyscypliny sportowej pod tytułem „zrób dzisiaj wszystko, na co od jutra nie będziesz miała czasu”. Znam przecież siebie i doskonale wiem, jak wyglądają moje pierwsze tygodnie szkoły. Wchodzę rano z niewinnym przekonaniem, że tym razem zachowam równowagę między pracą a resztą życia, po czym szkoła mówi „potrzymaj mi kawę” i zanim się obejrzę, żyję planem lekcji, Librusem, przygotowaniami, terapią, pomysłami dla dzieci i rzeczami, które absolutnie koniecznie muszę zrobić jeszcze tylko dzisiaj. Dlatego postanowiłam wykorzystać ostatnią spokojną niedzielę i przygotować posty oraz wpisy na sociale na cały tydzień, żeby przyszła ja któregoś wieczoru mogła spojrzeć na dzisiejszą mnie z wdzięcznością, zamiast siedzieć o dwudziestej drugiej przed laptopem i zastanawiać się, co właściwie chciałam powiedzieć światu.

I tak sobie planowałam, pisałam, poprawiałam, przesuwałam, zaglądałam do kalendarza, po czym przypominałam sobie o czymś jeszcze i oczywiście otwierałam kolejną rzecz, bo najwyraźniej mój mózg również postanowił zrobić zapasy na zimę. W pewnym momencie zorientowałam się, że niedziela, która miała być spokojna, zaczyna podejrzanie przypominać dzień pracy, tylko bez konieczności wychodzenia z domu. Na szczęście tym razem w porę zarządziłam ewakuację, bo naprawdę nie zamierzam rozpoczynać roku szkolnego już zmęczona samym przygotowywaniem się do jego rozpoczęcia.

Wieczorem planuję więc zmianę repertuaru. Zamiast ekranu laptopa będzie domowe spa, a potem partyjka Snake Escape, czyli mojego ostatniego odkrycia telefonicznego, które miało być niewinną rozrywką, a okazuje się całkiem niezłym przygotowaniem do roku szkolnego. Trzeba w określonym czasie wyprowadzić wszystkie węże, każdy może ruszyć tylko do przodu, nie wolno dopuścić do żadnego zderzenia, a na pomyłki ma się zaledwie trzy szanse. Brzmi znajomo? 😁 Trochę jak zarządzanie klasą, tylko w Snake Escape przynajmniej wszyscy poruszają się zgodnie z zasadami i żaden wąż nie oznajmia nagle, że on nic nie zrobił, bo to tamten zaczął. Zobaczymy, czy po całym dniu planowania mój mózg będzie jeszcze zdolny przewidzieć, który powinien ruszyć pierwszy, czy po trzech minutach wszystkie trzy szanse pójdą w diabły, a ja uznam, że jednak książka jest bezpieczniejszą formą niedzielnej rozrywki. Potem już tylko książka na dobranoc i żadnego „jeszcze szybko sprawdzę”, bo znam również tę pułapkę. „Szybko” w internecie jest jednostką czasu obejmującą wszystko od pięciu minut do półtorej godziny.

Niby więc dzisiaj nic szczególnego się nie wydarzyło, ale coraz bardziej lubię właśnie takie dni. Bez wyjazdów, wielkich wydarzeń i historii, które aż proszą się o zapisanie. Zwyczajna niedziela, trochę pracy, trochę przewidywania własnego chaosu, a na koniec kilka małych przyjemności. Może zresztą wcale nie trzeba codziennie mieć czego opowiadać, żeby dzień był dobry. Życie nie składa się przecież wyłącznie z chwil, które nadają się na pierwszą stronę pamiętnika; ogromna jego część dzieje się pomiędzy nimi i chyba właśnie tam najłatwiej poczuć, że jest nam po prostu dobrze.

We wtorek zaczynamy już naprawdę. Jutro zostaje mi jeszcze jeden dzień tego dziwnego zawieszenia między wakacyjnym „mam czas” a szkolnym „dlaczego jest już wieczór i skąd się wzięło tyle rzeczy do zrobienia?”. Tornister wprawdzie mnie ominie, ale cała reszta szkolnego świata już stoi w blokach startowych i podejrzewam, że we wtorek wystartuje bez najmniejszej rozgrzewki. Mam tylko jedno ambitne postanowienie na ten rok: nie pozwolić, żeby praca, którą naprawdę lubię, zjadła wszystko inne, co również lubię. Zamierzam pamiętać o książkach, moim kąciku, spokojnych wieczorach, pisaniu i zwyczajnym nicnierobieniu, chociaż znając siebie, już za chwilę mogę próbować wcisnąć „jeszcze tylko jedną rzecz” pomiędzy kolację a mycie zębów. 😁

Na wszelki wypadek dzisiejsza ja przygotowała więc posty na cały tydzień. Najwyraźniej zna wrześniową mnie znacznie lepiej, niż chciałabym przyznać. 😁

Codziennik Zadumanej #31

Sobota w polskim domu ma swoje prawa i najwyraźniej tylko Hektor nie został o nich poinformowany. Od rana trwało więc to, co w soboty trwać musi: pralka kręciła kolejne rundy, rzeczy wędrowały z miejsca na miejsce, odkurzacz przemierzał mieszkanie, zakupy same oczywiście zrobić się nie chciały, a gdzieś w tle czekało jeszcze prasowanie, które od lat konsekwentnie udowadnia mi, że potrafi się rozmnażać bez najmniejszej ingerencji człowieka. Wystarczy odwrócić wzrok, a sterta jest większa. Fenomen przyrodniczy, którego nauka wciąż chyba należycie nie zbadała.

W samym środku tego domowego zamieszania był jednak ktoś, kto zachował godny podziwu spokój. Hektor. Człowiek biega, sprząta, przekłada, wyciera, wynosi, przynosi i próbuje sobie przypomnieć, po co właściwie wszedł do kuchni, a ten leży zwinięty na swoim posłaniu, ukryty za liśćmi i śpi tak głęboko, jakby właśnie zakończył dwunastogodzinną zmianę w kopalni. Łapki elegancko złożone, brzuszek wystawiony, mina niewiniątka i absolutna pewność, że cały ten sobotni cyrk odbywa się bez jego udziału. Patrząc na niego, można wręcz odnieść wrażenie, że to ja mam jakieś dziwne hobby polegające na lataniu ze ścierką po mieszkaniu, podczas gdy normalni mieszkańcy tego domu odpoczywają.

Najbardziej rozczula mnie kocia umiejętność całkowitego ignorowania spraw, które ludzie uznali za pilne. Hektor nie wie, że pranie trzeba rozwiesić natychmiast, bo inaczej się wygniecie, a później trzeba będzie prasować to, czego można było nie prasować. Nie interesuje go, że skończyło się coś, co koniecznie trzeba kupić właśnie dzisiaj, ani że podłoga pięć minut po umyciu przestaje wyglądać jak podłoga pięć minut po umyciu. On ma swoje priorytety: zjeść, sprawdzić, czy przypadkiem nie można zjeść ponownie, znaleźć najlepsze miejsce do spania, a następnie odpocząć po trudach związanych z realizacją trzech poprzednich punktów. I zaczynam podejrzewać, że to właśnie koty, a nie wszystkie poradniki o równowadze życiowej, opanowały temat najlepiej.

Bo prawda jest taka, że ja lubię te moje zwyczajne soboty. Lubię moment, kiedy po całym tym krzątaniu mieszkanie jest ogarnięte, zakupy schowane, pralka wreszcie milczy, a człowiek może usiąść z przyjemnym poczuciem, że zrobił wszystko, co miał zrobić. Tylko może nie zawsze trzeba dochodzić do tego momentu na ostatnich procentach baterii. Świat naprawdę nie runie, jeśli jakaś koszulka poczeka na żelazko do jutra, kurz przeżyje kilka dodatkowych godzin w kącie, a ja zamiast szukać sobie kolejnego zajęcia po prostu usiądę.

Dzisiaj więc zamierzam trochę pouczyć się od Hektora. Nie pójdę wprawdzie spać na drapaku za fikusem, bo mogłoby się to skończyć koniecznością zakupu nowego drapaka, fikusa i prawdopodobnie kręgosłupa, ale oficjalnie uznaję sobotnie obowiązki za zakończone. Reszta może poczekać.

Hektor od rana wiedział, że może. 😁

"Przez pomyłkę" - Agnieszka Peszek o tym, że przeszłość zawsze wystawia rachunek

We wtorek wieczorem miałam plan idealny: poczytam chwilę przed snem. Naprawdę chwilę. Tylko że moje „jeszcze jeden rozdział” ma mniej więcej tyle samo wspólnego z rzeczywistością, co „wchodzę tylko po jedną rzecz” wypowiedziane przed wejściem do sklepu. Szczególnie kiedy trafiam na książkę z krótkimi rozdziałami, bo przecież następny zajmie tylko kilka minut. Potem kolejny też tylko kilka. I nagle robi się zdecydowanie później, niż rozsądek przewidywał. Tak właśnie czytało mi się „Przez pomyłkę” Agnieszki Peszek od razu muszę Wam coś powiedzieć: chyba znalazłam moją polską Freidę McFadden. A jeśli zaglądacie tu częściej, wiecie, że z moich ust to naprawdę duży komplement. Za Freidą szaleję przede wszystkim dlatego, że uwielbiam moment, w którym jestem już święcie przekonana, że wszystko rozgryzłam, po czym okazuje się, że autorka właśnie wyprowadziła mnie na spacer w zupełnie niewłaściwym kierunku. Agnieszka Peszek dała mi bardzo podobną przyjemność z czytania.

Nie będę opowiadała Wam fabuły, bo przy takich książkach najlepiej wiedzieć jak najmniej. Powiem tylko, że „Przez pomyłkę” jest historią, w której przeszłość bardzo mocno upomina się o swoje. Autorka prowadzi opowieść na kilku płaszczyznach czasowych i pokazuje wydarzenia z perspektywy różnych osób. Początkowo trzeba więc trochę uważniej czytać, ale bardzo szybko zaczęło mi się to podobać, bo z każdego fragmentu dostawałam kolejny kawałek układanki. I oczywiście układałam. Przesuwałam elementy, podejrzewałam jednego, potem drugiego, byłam coraz bardziej zadowolona ze swoich detektywistycznych zdolności… aż Agnieszka Peszek przypomniała mi, że może jednak nie powinnam jeszcze składać podania do wydziału kryminalnego.

Najbardziej została ze mną jednak nie sama zagadka, lecz przeszłość. To, jak wydarzenia sprzed wielu lat potrafią siedzieć w człowieku znacznie dłużej, niż chciałby przyznać. Można wyjechać, dorosnąć, urządzić sobie życie, udawać przed światem, a czasem nawet przed samym sobą, że pewne sprawy zostały zamknięte. Tylko że nie wszystko da się schować do szuflady i przekręcić klucz. Szczególnie jeśli po drodze zostały krzywda, poczucie winy, zazdrość czy niewypowiedziane pretensje. Właśnie ten motyw konsekwencji dawnych decyzji podkreślają również czytelnicy w swoich recenzjach.

Podobało mi się też, że bohaterowie nie są tutaj grzecznie podzieleni na dobrych i złych. Im dłużej ich poznajemy, tym trudniej wydawać proste wyroki. Każdy coś niesie, każdy ma swoją wersję wydarzeń, swoje słabości i rzeczy, o których najchętniej nigdy więcej by nie mówił. I chyba właśnie dlatego ta historia tak dobrze pokazuje, jak niebezpieczne potrafi być ocenianie człowieka na podstawie tego, co widzimy dzisiaj.

Czy wszystko było idealne? Nie. Momentami chciałabym trochę głębiej wejść w psychikę niektórych postaci, a przy kilku rozwiązaniach można się zastanawiać nad ich realizmem — podobne uwagi pojawiają się zresztą również w opiniach czytelników. Ale wiecie co? Przy tej książce kompletnie mi to nie przeszkodziło w dobrej zabawie. Czytałam szybko, chciałam wiedzieć, co będzie dalej, snułam własne teorie, zmieniałam je i przede wszystkim nie nudziłam się ani przez chwilę.

Czy warto przeczytać?

Tak. Szczególnie jeśli tak jak ja lubicie kryminały i thrillery, w których autor podrzuca kolejne elementy układanki i pozwala czytelnikowi uwierzyć, że już zna rozwiązanie. „Przez pomyłkę” nie jest ciężkim, brutalnym kryminałem. To raczej bardzo sprawnie opowiedziana historia o tajemnicach, konsekwencjach dawnych decyzji i przeszłości, która pewnego dnia może zapukać do drzwi.

A ja? Ja już wiem, że na jednym spotkaniu z Agnieszką Peszek się nie skończy.

Skoro nazwałam ją moją polską Freidą McFadden, to chyba właśnie wpisałam się na kolejne czytelnicze kłopoty. I bardzo dobrze. 

Codziennik Zadumanej #30

Dzisiejszy dzień zaczął się w szkole i od razu na wysokich obrotach, bo czekało mnie szkolenie z integracji bilateralnej, które – ku mojej wielkiej radości – okazało się jednym z tych, po których człowiek nie wychodzi jedynie z zaświadczeniem do kolekcji, ale również z głową pełną pomysłów. Świetne ćwiczenia, mnóstwo rzeczy do wykorzystania podczas terapii, na WF-ie czy nawet w czasie krótkich przerw śródlekcyjnych, więc mój nauczycielski chomik natychmiast zaczął wszystko gromadzić, segregować i zastanawiać się, gdzie to zastosuje. Najwyraźniej trzydzieści lat w zawodzie nadal nie wyleczyło mnie z przypadłości pod tytułem „o, to jest świetne, muszę spróbować”, choć podobno na pewnym etapie człowiek powinien już tylko spokojnie odcinać kupony od doświadczenia. Ja najwyraźniej instrukcji nie przeczytałam.

Przy okazji szkolnego pobytu dostałam też małą porcję życiowej refleksji, bo niezmiennie fascynują mnie osoby, które same bardzo rozsądnie oszczędzają energię, za to niezwykle troszczą się o tych, którzy zużywają jej trochę więcej. 😁 Kiedy więc usłyszałam, że może już wystarczy tych innowacji i projektów, przez moment poczułam się niemal winna, że znowu coś wymyślam, organizuję i próbuję robić inaczej. Na szczęście poczucie winy trwało mniej więcej tyle, ile trwa u mnie postanowienie, że kupię tylko jedną książkę. Każdy ma przecież własny sposób na bycie nauczycielem. Jedni lubią projekty, innowacje, nowe pomysły i sprawdzanie, co jeszcze można zrobić z dzieciakami, inni wolą spokojniejszą wersję tego zawodu, a jeszcze inni najwyraźniej rozwijają kompetencje w zakresie komentowania cudzej aktywności. I właściwie dobrze, że jesteśmy różni, chociaż tej ostatniej specjalizacji raczej nie wpiszę sobie do planu rozwoju. 😉

Po szkoleniu, zamiast wykazać się resztką rozsądku i wrócić prosto do domu, zrobiłam coś naprawdę zaskakującego – pojechałam do Warszawy. Tak, ja. Do Warszawy. Ostatnio zaczynam tam bywać z częstotliwością, która może budzić podejrzenia, że potajemnie próbuję zostać warszawianką. 😁 Miałam jedno miejsce do sprawdzenia, więc skoro już dotarłam, trochę pospacerowałam, popatrzyłam na miasto i nawet przez chwilę wydawało mi się, że mam jeszcze całkiem sporo energii. Było to bardzo optymistyczne założenie, które mój organizm zweryfikował natychmiast po powrocie do domu.

Teraz nie jestem zmęczona. Zmęczenie to byłoby zdecydowanie zbyt eleganckie określenie mojego obecnego stanu. Jestem skonana, moja bateria pokazuje jakieś minus siedem procent, a ciało najwyraźniej przeszło w tryb awaryjny i odmawia dalszych negocjacji. Dlatego dzisiaj nie będzie ambitnego wieczoru, nadrabiania czegokolwiek, czytania do późna ani udowadniania światu, że o osiemnastej porządni ludzie jeszcze funkcjonują. Kit z tym, że dopiero osiemnasta. Łóżko jest gotowe, ja również, a jeśli ktoś uważa, że to za wcześnie, może sobie w tym czasie zrobić jakąś innowację albo projekt. Ja wyjątkowo nie będę. 😁

I chyba właśnie z takim wnioskiem kończę ten intensywny dzień: nadal chcę być człowiekiem, któremu się chce. Chcę próbować nowych rzeczy, uczyć się, wymyślać, czasem przesadzać z liczbą pomysłów i wracać ze szkolenia z głową pełną „a może jeszcze to…”. Cudze komentarze mogą sobie spokojnie istnieć obok, bo nie wszystko, co ktoś mówi o naszych działaniach, musi od razu stawać się naszą prawdą. A jeśli kiedyś naprawdę uznam, że tych projektów i innowacji jest za dużo, chciałabym dojść do tego wniosku sama. Najlepiej po bardzo długim namyśle. I zdecydowanie nie dzisiaj, bo dzisiaj o osiemnastej kończę działalność edukacyjną, społeczną, kulturalną oraz miejską i udaję się na zasłużony spoczynek. Dobranoc. 😁

Codziennik Zadumanej #29

Dzisiejszy dzień chyba oficjalnie zakończył moje wakacyjne udawanie, że wrzesień jest jeszcze gdzieś bardzo daleko i na pewno nie wie, gdzie mieszkam. Rada pedagogiczna, szkolenie, zebrania, kolejne informacje, ustalenia, dokumenty i wszystko to, co sprawia, że po kilku godzinach człowiek wraca do domu z głową wypełnioną tyloma rzeczami, że najchętniej postawiłby ją na półce obok torebki i odebrał dopiero rano. Mój organizm najwyraźniej również uznał, że limit przyswajania treści został dziś wyczerpany, bo wieczorem potrafię już patrzeć przed siebie z ogromnym zainteresowaniem i jednocześnie nie mieć pojęcia, na co właściwie patrzę. 😁

Najbardziej symboliczne jest jednak zdjęcie mojej klasy, która na razie wygląda tak, jakby rok szkolny miał rozpocząć się mniej więcej w listopadzie. Surowo, pusto, daleko od tej sali, którą zostawiłam w czerwcu i jeszcze dalej od tej, którą chciałabym zobaczyć pierwszego września. Patrzę na nią i trochę mnie to bawi, bo nauczyciel ma chyba szczególną zdolność widzenia rzeczy, których jeszcze nie ma. Tam, gdzie dzisiaj jest pustka, ja już widzę dziecięce plecaki, książki, piórniki, pierwsze rozmowy po wakacjach, śmiech, zamieszanie i moje drugoklasistki i drugoklasistów, którzy wrócą zapewne więksi o co najmniej pół głowy i z absolutnym przekonaniem, że przez dwa miesiące wydarzyło się tyle, że koniecznie muszę wszystkiego wysłuchać jednocześnie.

Może właśnie dlatego, mimo dzisiejszego zmęczenia, całej papierologii i chwilowego marzenia o zaszyciu się w moim fotelu z książką oraz zakazem wypowiadania przy mnie słów „rada”, „dokument” i „szkolenie”, czuję gdzieś pod tym wszystkim zwyczajną radość. Za kilka dni ta pusta przestrzeń znowu będzie nasza, trochę niedoskonała, pewnie przygotowywana na ostatnią chwilę i zapewne z czymś, czego nie zdążę zrobić tak, jak sobie wymyśliłam. Tylko że szkoły przecież nie tworzą dekoracje, idealnie ustawione ławki ani piękne gazetki. Tworzą ją ludzie, którzy do niej przychodzą, relacje, które budują się dzień po dniu, małe sukcesy, trudniejsze chwile, śmiech z rzeczy kompletnie niezrozumiałych dla kogokolwiek spoza naszej klasy i historie, których dzisiaj jeszcze nie znam.

Patrzę więc na tę moją salę w stanie mocno roboczym i myślę, że właściwie jest trochę jak początek nowego roku szkolnego – jeszcze pusta, jeszcze niegotowa, z wieloma niewiadomymi, ale pełna miejsca na to, co dopiero się wydarzy. I chyba nie muszę dzisiaj wiedzieć, jaki będzie ten rok ani mieć wszystkiego dopiętego na ostatni guzik. Wystarczy, że za kilka dni otworzę drzwi, wejdą moje dzieciaki i zaczniemy pisać kolejną wspólną historię.

A na dzisiaj wystarczy. Moja wewnętrzna rada pedagogiczna właśnie jednogłośnie podjęła uchwałę o zakończeniu pracy i przejściu w tryb kanapowy. Uchwała wchodzi w życie natychmiast i wyjątkowo nie wymaga żadnej dodatkowej dokumentacji. 😁

Słoik dobrych chwil, czyli prezent, którego nie da się kupić

Mam słabość do prezentów, po których od razu widać, że ktoś nie złapał pierwszej rzeczy z półki pięć minut przed spotkaniem. Nie muszą być drogie ani perfekcyjnie zapakowane, właściwie im jestem starsza, tym bardziej wzruszają mnie drobiazgi, przy których ktoś musiał na chwilę usiąść, pomyśleć właśnie o mnie i poświęcić trochę swojego czasu. Dlatego dzisiaj mam pomysł z kategorii tych niebezpiecznie prostych, po których człowiek zaczyna rozglądać się po domu i dochodzi do wniosku, że właściwie wszystko ma pod ręką. Będziemy robić słoik dobrych chwil.

Potrzebny jest zwykły szklany słoik. Może być kupiony, ale równie dobrze może dostać drugie życie ten po ogórkach, dżemie czy czymkolwiek innym, pod warunkiem że dobrze go umyjemy i pozbędziemy się zapachu poprzedniego lokatora. Romantyczne wspomnienie zapisane na karteczce traci nieco uroku, kiedy po otwarciu pachnie kiszonym ogórkiem.

Do tego przydadzą się kawałki papieru, coś do pisania i odrobina tego, co akurat mamy w domu. Sznurek, tasiemka, koronka, kawałek materiału na przykrycie wieczka, mała zawieszka albo zwyczajna etykietka. Nie trzeba kupować specjalnego zestawu do wykonania słoika dobrych chwil, bo cała jego uroda polega właśnie na tym, że powstaje z prostych rzeczy. Ja oczywiście w takim momencie natychmiast przypominam sobie o wszystkich pudełkach z przydasiami, których istnienia regularnie bronię argumentem, że „to się jeszcze kiedyś przyda”. No i proszę bardzo. Przydało się.

Najważniejsze czeka jednak w środku.

Na niewielkich karteczkach zapisujemy to, co chcemy podarować drugiej osobie. Mogą to być wspólne wspomnienia, zdania, które poprawią jej humor, rzeczy, za które ją lubimy, zabawne sytuacje, o których pamiętamy tylko we dwie, albo małe życzenia na gorszy dzień. Nie muszą brzmieć jak cytaty z poradnika o szczęściu. Wręcz przeciwnie, im bardziej będą nasze, tym lepiej. „Pamiętam, jak zgubiłyśmy samochód na parkingu i przez pół godziny szukałyśmy go trzy alejki dalej” może znaczyć znacznie więcej niż najpiękniejsza sentencja znaleziona w internecie.

Karteczki można zrobić w jednym kolorze albo wykorzystać kilka odcieni papieru. Można je złożyć na pół, zwinąć w małe ruloniki albo zostawić zupełnie proste. Jeśli ktoś ma piękne pismo, może zaszaleć, a jeśli jego litery przypominają zapis sejsmografu podczas trzęsienia ziemi, drukarka przychodzi z pomocą i nikogo nie ocenia. Najważniejsza jest treść, nie konkurs kaligrafii.

Kiedy karteczki są gotowe, wkładamy je do słoika, ozdabiamy go po swojemu i właściwie prezent jest skończony. Można dołączyć krótką informację, żeby sięgać po jedną karteczkę wtedy, kiedy dzień jest kiepski, kiedy brakuje pewności siebie albo zwyczajnie wtedy, gdy ma się ochotę przypomnieć sobie coś dobrego. Jeśli robimy taki słoik dla kogoś bardzo bliskiego, warto przygotować więcej karteczek, bo właśnie ich czytanie będzie najważniejszą częścią prezentu.

Podoba mi się również wersja dla samej siebie. Stawiam pusty słoik w widocznym miejscu i przez kolejne miesiące wrzucam do niego zapisane dobre chwile. Nie muszą być wielkie. Udany dzień, miłe spotkanie, coś zabawnego, co się wydarzyło, komplement, który usłyszałam, miejsce, które odwiedziłam, albo zwykłe popołudnie, podczas którego było mi po prostu dobrze. Pod koniec roku można wszystkie karteczki wysypać na stół i zobaczyć, ile rzeczy zdążyło nam umknąć z pamięci.

I chyba właśnie ta wersja podoba mi się najbardziej, bo mamy przedziwny talent do pamiętania tego, co poszło nie tak. Jedno niemiłe zdanie potrafimy przechowywać w głowie przez trzy lata w jakości HD, natomiast pięć dobrych rzeczy z tego samego dnia ulatuje gdzieś po drodze. Słoik może trochę wyrównać te proporcje.

Można też zrobić go wspólnie w domu i przez cały rok wrzucać do niego rodzinne historie. Podejrzewam, że po kilku miesiącach obok wzruszających chwil znalazłyby się u mnie również zapiski o zaginionych skarpetkach, dziwnych zakupach i innych wydarzeniach, które w chwili wystąpienia wcale nie wydają się materiałem na wspomnienia, a później śmieszą najbardziej.

Lubię takie DIY. Nie wymaga specjalnych zdolności, drogich materiałów ani wolnego weekendu, podczas którego stół przez dwa dni wygląda jak zaplecze pracowni artystycznej. Wystarczy słoik, papier i trochę czasu. Można zrobić coś dla przyjaciółki, mamy, siostry, kogoś bliskiego albo dla siebie, a przy okazji podarować coś, czego naprawdę nie znajdziemy na sklepowej półce.

Kawałek wspólnej historii.

I chyba właśnie dlatego taki zwyczajny słoik może być wart więcej niż niejeden bardzo elegancki prezent.

Codziennik Zadumanej #28

Dzisiejszy dzień zaczął się od wyprawy do Warszawy i to nie takiej z kategorii „kawka, spacerek i zobaczymy, gdzie mnie nogi poniosą”, tylko z bardzo konkretną i ważną sprawą do załatwienia. Jechałam z nadzieją na jeden scenariusz, życie miało przygotowany trochę inny i ostatecznie wróciłam z poczuciem, że niby sprawa ruszyła, niby coś zostało załatwione, ale zdecydowanie nie tak, jak sobie to wcześniej poukładałam w głowie. Skoro już jednak znalazłam się w swoich starych kątach, pozwoliłam sobie trochę po nich pochodzić, pozaglądać w znajome miejsca i powspominać. Dziwna rzecz z tymi miejscami – budynki stoją tam, gdzie stały, ulice prowadzą dokładnie tam, gdzie prowadziły, człowiek rozpoznaje zakręt, chodnik czy witrynę, a jednocześnie ma wrażenie, że ogląda fragment życia kogoś, kim sam kiedyś był. Trochę sentymentalnie, trochę z uśmiechem, bez wielkich wzruszeń i filmowej muzyki w tle, bo jednak Warszawa nie zatrzymała ruchu tylko dlatego, że ja akurat postanowiłam powspominać.

Do domu wróciłam z bólem głowy, co w moim przypadku jest wydarzeniem na tyle rzadkim, że zasługuje na zapisanie w kronikach. Najwyraźniej głowa uznała, że skoro ważna sprawa nie poszła dokładnie po mojej myśli, trochę wspomnień się nazbierało, a przede mną jeszcze reszta dnia, to ona dla urozmaicenia również dorzuci coś od siebie. Zafundowałam jej więc chwilę ciszy i odpoczynku, po czym zrobiłam rzecz niezwykle rozsądną, czyli zamiast dalej odpoczywać, zabrałam się do pracy. Nauczycielski koniec sierpnia ma bowiem tę cudowną właściwość, że człowiek teoretycznie jeszcze nie rozpoczął roku szkolnego, a praktycznie już dawno w nim siedzi po uszy.

I tak rozpoczęłam wędrówkę przez dokumenty, ankietę, Librusa i wszystkie te drobiazgi, które mają niezwykłą zdolność rozmnażania się wtedy, kiedy na chwilę odwrócę wzrok. Potem przyszła pora na Multibook do klasy drugiej i tutaj zrobiło mi się już zdecydowanie milej, bo zza całej papierologii zaczęła wyglądać prawdziwa szkoła. Moje dzieciaki są już drugoklasistami i chyba jeszcze nie do końca przyjmuję do wiadomości, że te zeszłoroczne pierwszaki tak po prostu awansowały, podczas gdy ja nawet nie zdążyłam się z tym faktem należycie oswoić. Przeglądałam kolejne materiały, coś sprawdzałam, coś zapisywałam, otwierałam jedną rzecz, która prowadziła do następnej, a ta oczywiście przypominała mi o trzeciej i w którymś momencie spojrzałam na zegarek z autentycznym zdziwieniem. Wieczór. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, po prostu przyszedł, podczas gdy ja najwyraźniej zgubiłam gdzieś po drodze kilka godzin.

Teraz zostało mi jeszcze przygotowanie wszystkiego na rano, bo jutro kolejna Rada i szkolenie BHP, czyli wakacyjny samolot definitywnie rozpoczął procedurę lądowania. Jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, co przyniesie nowy rok szkolny, a dziś mam wrażenie, że on już stoi w przedpokoju, trzyma torbę w ręku i nawet nie zamierza czekać, aż go zaproszę.

I może właśnie dzisiejszy dzień przypomniał mi coś, o czym łatwo zapominam, kiedy bardzo zależy mi na konkretnym rozwiązaniu. Nie każda ważna sprawa kończy się tak, jak sobie zaplanowaliśmy, nie każda droga prowadzi dokładnie tam, dokąd chcieliśmy dojść, ale to jeszcze nie znaczy, że prowadzi źle. Czasem trzeba wrócić do domu trochę rozczarowanym, z bolącą głową i planem, który właśnie wymaga poprawek, żeby po kilku dniach czy miesiącach zobaczyć, że życie zwyczajnie wybrało inną trasę. Nie wiem jeszcze, dokąd prowadzi moja dzisiejsza. Na razie wiem tylko, że jutro prowadzi prosto na Radę Pedagogiczną i BHP, więc filozofię odkładam na bok i idę szykować rzeczy.

Bo o ile życie może sobie pozwolić na spontaniczną zmianę planów, o tyle ja rano naprawdę muszę wiedzieć, gdzie mam klucze. 

Codziennik Zadumanej #27

No i zaczęło się. Jeszcze wczoraj patrzyłam na ciężkie chmury za oknem, popijałam Inkę i tłumaczyłam sobie, że nie ma się czym denerwować, bo przecież lubię swoją pracę, znam ją od lat i naprawdę wiem, z czym się je szkołę. Dzisiaj po Radzie Pedagogicznej moja głowa osiągnęła jednak rozmiary, przy których powinnam chyba zacząć sprawdzać, czy nadal mieszczę się w drzwiach. Człowiek przychodzi po wakacjach wypoczęty, pełen pomysłów, nawet trochę stęskniony za dzieciakami, po czym siada na kilka godzin i dowiaduje się, ile nowych rzeczy będzie robił, dokumentował, zapisywał, analizował, potwierdzał, planował, monitorował, a zapewne w wolnej chwili również dokumentował fakt, że wcześniej coś udokumentował. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, że podstawowym narzędziem pracy współczesnego nauczyciela nie jest już tablica, książka ani nawet komputer, tylko segregator, najlepiej taki z możliwością rozmnażania się przez pączkowanie.

Najzabawniejsze jest to, że siedząc na Radzie człowiek jeszcze dzielnie kiwa głową, coś zapisuje, zakreśla, robi notatki i sprawia wrażenie osoby, która nad wszystkim panuje, natomiast prawdziwe przedstawienie rozpoczyna się dopiero po powrocie do domu. Usiadłam do swoich spraw i zaczęłam sobie to wszystko układać, bo najwyraźniej uznałam, że skoro głowa już puchnie, można sprawdzić, gdzie znajduje się jej granica wytrzymałości. Kartka tu, notatka tam, coś trzeba przygotować, coś sprawdzić, o czymś pamiętać, a pomiędzy tym wszystkim pojawia się ta dobrze mi znana myśl, że przecież za chwilę przyjdą dzieci. Moje zeszłoroczne pierwszaki, które nagle, zupełnie bez konsultacji ze mną, stały się drugoklasistami. I wtedy cała ta papierologia trochę traci na znaczeniu, bo można mieć piętnaście nowych procedur, trzydzieści rubryczek i dokument o dokumencie, ale ostatecznie szkoła zaczyna mieć sens dopiero wtedy, kiedy otwierają się drzwi klasy i wpada przez nie dziecięcy gwar.

Po kilku godzinach uznałam więc, że na dzisiaj wystarczy ratowania polskiej oświaty z własnego salonu. Świat się nie zawali, jeśli czegoś nie zaplanuję 25 sierpnia, segregatory cierpliwie poczekają, a moja głowa zdecydowanie zasłużyła na przejście w tryb prywatny. I chyba właśnie tego muszę sobie w tym roku częściej pilnować, bo szkoła ma niezwykły talent do rozpychania się w życiu człowieka. Najpierw zabiera kawałek stołu, potem kawałek wieczoru, następnie pół niedzieli, aż któregoś dnia orientujemy się, że nawet podczas robienia kawy zastanawiamy się nad jakimś dokumentem, który przecież spokojnie może poczekać do jutra.

Lubię swoją pracę i cieszę się na powrót. Naprawdę. Ale chyba właśnie dlatego nie chcę oddać jej wszystkiego. Chcę mieć jeszcze swoje książki, koty, Sisi, spacery, kawę, blogi, ciszę i zwyczajne wieczory, podczas których nie jestem panią od czegokolwiek, tylko sobą. Dobry nauczyciel nie musi przecież przez dwadzieścia cztery godziny na dobę udowadniać, że jest dobrym nauczycielem.

Na dzisiaj więc zamykam niewidzialny szkolny segregator. Jutro znowu będę odpowiedzialna, zorganizowana i gotowa stawić czoła kolejnym rubryczkom. A jeśli któraś okaże się szczególnie groźna, zastosuję trzydzieści lat doświadczenia zawodowego i najstarszą nauczycielską metodę przetrwania.

Zrobię sobie kawę i jakoś damy radę. 😁

Audiobook "Maria Skłodowska - Curie, opowieść o mojej matce" Camilla Ringquist o o tym, jak trudno pogodzić wielkość z ludzkimi słabościami

W szkole uczymy się o wielkich ludziach dość wygodnie. Nazwisko, data, odkrycie, zasługi i gotowe. Z czasem powstaje w naszej głowie taki pięknie uporządkowany portret, a człowiek trochę znika za własnym pomnikiem. Maria Skłodowska-Curie była dla mnie właśnie jedną z takich postaci. Polka, genialna uczona, dwukrotna noblistka, kobieta, która dokonała rzeczy niezwykłych w czasach, kiedy kobietom droga do świata nauki zdecydowanie nie była usłana różami. Podziwiałam ją i nadal podziwiam. Tyle że po wysłuchaniu „Marii Skłodowskiej-Curie. Opowieści o mojej matce” Camilli Ringquist patrzę na nią trochę inaczej.

I od razu muszę rozdzielić dwie rzeczy, bo nie chcę zrobić temu audiobookowi krzywdy. Sam audiobook jest naprawdę świetny. To nie jest sucha biografia czy odczytana chronologicznie lista wydarzeń. Historia została opowiedziana z perspektywy Ewy Curie, młodszej córki Marii i Pierre'a, a muzyka fortepianowa towarzysząca opowieści nadaje jej niezwykły, bardzo osobisty charakter. Camilla Ringquist skomponowała nawet specjalną Piano Suite Curie i połączenie słowa z muzyką było dla mnie jednym z największych atutów tego nagrania. Słuchałam z ogromną przyjemnością i pod względem realizacji naprawdę nie mam się do czego przyczepić.

Problem pojawił się gdzie indziej. Im więcej dowiadywałam się o Marii jako człowieku, tym trudniej było mi pogodzić ten obraz z Marią, którą przez lata nosiłam w głowie.

Najmocniej uwierały mnie dwie rzeczy. Pierwsza to jej związek z Paulem Langevinem. Wiem, że historia nie była tak prosta, jak można ją zamknąć w zdaniu „miała romans z żonatym mężczyzną”. Langevin pozostawał w bardzo trudnym małżeństwie i był w separacji z żoną, a ujawnienie jego relacji z Marią w 1911 roku stało się pretekstem do potwornej nagonki na nią, podszytej także ksenofobią. To wszystko warto wiedzieć, zanim zacznie się kogokolwiek osądzać. Mimo tej wiedzy nie potrafię powiedzieć, że ten fragment jej życia jest mi obojętny. Nie jest. Po prostu kłóci się z moim własnym systemem wartości i nic na to nie poradzę.

Jeszcze bardziej zatrzymała mnie jednak jej relacja z Ewą. Może dlatego, że opowieść poznajemy właśnie z perspektywy córki, która wybrała zupełnie inną drogę niż matka i starsza siostra. Ewa nie została naukowcem. Kochała muzykę, została pianistką, później pisarką i dziennikarką. I słuchając o tej rodzinie, coraz częściej myślałam nie o wielkiej noblistce, tylko o dziewczynce dorastającej w cieniu niezwykłej matki. O tym, jak trudno musiało być znaleźć własne miejsce w domu, w którym nauka była czymś niemal naturalnym, kiedy własny świat znajdowało się przy fortepianie.

Nie chcę przy tym wydawać łatwego wyroku, że Maria była „złą matką”, bo byłoby to niesprawiedliwe i zbyt daleko idące. Relacje rodzinne rzadko dają się uczciwie zamknąć w jednym określeniu, a ta historia jest dodatkowo opowiadana z określonej perspektywy. Mogę natomiast powiedzieć, co zrobiła ze mną jako słuchaczką: zrobiło mi się Ewy zwyczajnie żal. I chyba właśnie ten wątek poruszył mnie bardziej niż wszystko inne.

Po skończeniu audiobooka pomyślałam nawet, że trochę żałuję, że go przesłuchałam. Nie dlatego, że był słaby — paradoksalnie było dokładnie odwrotnie. Był na tyle dobry, że skutecznie zburzył mój wygodny, podręcznikowy obraz Marii Skłodowskiej-Curie. A czasem człowiek wolałby jednak zostawić bohatera na piedestale i nie zaglądać mu do domu.

Po chwili doszłam jednak do wniosku, że może właśnie dlatego warto było go wysłuchać. Dojrzałe patrzenie na ludzi chyba polega również na tym, że potrafimy pomieścić dwie prawdy jednocześnie. Maria Skłodowska-Curie była genialną uczoną, której osiągnięć absolutnie nie zamierzam umniejszać. Jej miejsce w historii nauki pozostaje takie samo. Jednocześnie była człowiekiem — ze swoimi wyborami, słabościami, skomplikowanymi relacjami i decyzjami, których nie muszę pochwalać tylko dlatego, że podziwiam jej dokonania.

Czy warto przesłuchać?

Tak, zdecydowanie. Tylko nie nastawiałabym się na kolejną opowieść o pomnikowej noblistce. To znacznie bardziej osobiste spotkanie z Marią widzianą oczami córki, pięknie dopełnione muzyką, która naprawdę robi tutaj różnicę. Mnie ten audiobook momentami uwierał i odebrał trochę dawnego zachwytu nad Marią jako człowiekiem, ale jednocześnie przypomniał mi coś ważnego: można podziwiać czyjeś wielkie dokonania i nie podziwiać wszystkich jego życiowych wyborów. Jedno nie unieważnia drugiego.

A może nawet dobrze czasem zejść z kimś z pomnika i spotkać go na chwilę jako zwykłego człowieka. Nawet jeśli to spotkanie nie zawsze jest przyjemne.

Codziennik Zadumanej #26

Dzisiaj za oknem wszystko wyglądało tak, jakby sierpień nagle przypomniał sobie, że za chwilę oddaje zmianę. Co chwilę padało, niebo było ciężkie, szare, momentami aż teatralne, a świat zrobił się jakiś przygaszony, jakby ktoś pokręcił suwakiem od nasycenia. Nawet moje samopoczucie postanowiło dopasować się do pogody i od rana było takie… bez fajerwerków. Ani źle, ani dobrze, po prostu trochę buro, trochę pstrokato i zdecydowanie bez efektu wow.

Podejrzewam, że swój udział ma w tym jutrzejsza rada pedagogiczna, bo choć naprawdę lubię swoją pracę i po tylu latach szkoła nadal potrafi mnie cieszyć, to koniec wakacji zawsze uruchamia we mnie ten dziwny stan zawieszenia. Z jednej strony człowiek już myśli o klasie, dzieciach, planach i wszystkim, co za chwilę ruszy z kopyta, a z drugiej jeszcze bardzo mocno trzyma się resztek wakacyjnego rytmu. I chyba właśnie dlatego napięcie potrafi pojawić się zupełnie bez pytania, chociaż rozum tłumaczy, że przecież nie ma czego się bać.

Uznałam więc, że skoro psychika dziś marudzi, trzeba ją przekupić. Padło na sushi i była to decyzja zdecydowanie bardziej skuteczna niż wszystkie mądre rady świata. Zjadłam z takim apetytem, jakbym miała przed sobą nie kolację, tylko ostatni posiłek przed zimą, a chwilę później siedziałam nasycona po czubek głowy i czułam się jak dobrze odżywiony bąk, który już nigdzie nie zamierza lecieć. Najwyraźniej pocieszenie też ma swoją wagę i ja dziś poznałam ją bardzo dokładnie.

Teraz przede mną plan o wiele bardziej ambitny niż cokolwiek zawodowego: długa kąpiel, ciepła piżama, świeczka, książka i Inka w moim czytelniczym kąciku. Po takim dniu nie potrzebuję wielkich atrakcji, tylko odrobiny ciszy i poczucia, że już niczego nie muszę przyspieszać. Jutro zacznie się szkolny rozruch, pojawią się spotkania, rozmowy, plany i cała ta dobrze znana machina, która zawsze pod koniec sierpnia zaczyna powoli nabierać tempa.

Patrząc dziś na to ciężkie niebo, pomyślałam, że chyba właśnie takie dni najlepiej pokazują, że nie trzeba przez cały czas być pełnym energii i zachwytu nad życiem. Czasem wystarczy zwyczajnie przejść przez dzień, trochę się ponapięciać, trochę pośmiać z samej siebie, zjeść za dużo sushi i wieczorem zrobić sobie dobrze po swojemu. Jutro pewnie znów wszystko wskoczy na swoje miejsce, a jeśli nie, to przynajmniej wiem już, że świeczka, książka i Inka mają całkiem niezłe właściwości terapeutyczne.

Na razie jednak nie wybiegam myślami za daleko. Dziś kończę dzień po cichu, w ciepłej piżamie i z przekonaniem, że nowy rozdział może spokojnie poczekać do rana.

Codziennik Zadumanej #25

Dzisiaj wieczorem zrobiłam coś, czego jeszcze kilka tygodni temu nie brałam nawet pod uwagę – zamknęłam okno, bo zrobiło mi się chłodno. W sierpniu. Oczywiście nie zrobiłam tego od razu, bo człowiek ma swoją godność i jakieś zasady, a poza tym jeszcze niedawno moje mieszkanie funkcjonowało w trybie jaskini zbójców. Rolety opuszczone, okna otwierane i zamykane według strategii godnej centrum zarządzania kryzysowego, zwierzęta rozłożone po podłodze w stanie wskazującym na całkowitą rezygnację z życia, a ja marząca o jednym porządnym podmuchu chłodnego powietrza. No i proszę, podmuch przyszedł, a ja zamiast rzucić mu się z wdzięcznością w ramiona, po kilku minutach wstałam i zamknęłam mu okno przed nosem.

Najpierw jednak próbowałam negocjować z własnym organizmem. Poprawiłam się na kanapie, podwinęłam nogi i przez chwilę bardzo konsekwentnie utrzymywałam, że wcale nie jest mi zimno, tylko tak jakoś… świeżo. Zamknięcie okna wydawało mi się bowiem czymś znacznie poważniejszym niż zwykłe przekręcenie klamki. To już prawie deklaracja, że lato zaczyna pakować walizki, a ja przecież żadnej zgody na jego wyprowadzkę jeszcze nie podpisywałam. Niestety moje stopy nie wykazały podobnego przywiązania do zasad i po kilku minutach poinformowały mnie dość stanowczo, że albo zamknę okno, albo one przechodzą na tryb listopadowy.

Stanęłam więc przy oknie i na chwilę zostałam. Za nim nic szczególnego – moje zwyczajne osiedle, ktoś szedł z psem, trzasnęły drzwi samochodu, na którymś balkonie jeszcze trwała rozmowa, w oknach powoli zapalały się światła. Wszystko wyglądało znajomo, a jednak wieczór był już trochę inny. Ciemność przyszła wcześniej, powietrze straciło ten charakterystyczny zapach rozgrzanego dnia i po raz pierwszy od dawna do mieszkania nie wpadało coś przypominającego oddech suszarki nastawionej na najwyższą moc. Nawet spacery z Sisi zrobiły się przyjemniejsze, bo można wyjść z domu bez wcześniejszego sprawdzania, czy asfalt przypadkiem nie planuje nas usmażyć.

Lubię końcówkę sierpnia właśnie za te drobne sygnały, chociaż zawsze jest w nich odrobina żalu. Nic jeszcze naprawdę się nie kończy, lato nadal tu jest, sandały stoją w gotowości, balkon absolutnie nie zamierza przechodzić w stan jesienny, a prognoza pogody może za dwa dni bardzo skutecznie wybić mi z głowy wszystkie dzisiejsze rozważania. Wystarczy jeden porządny upał i znów będę siedziała przy opuszczonych roletach, złorzecząc słońcu i marząc o listopadzie. Znam siebie i wiem, że moja miłość do chłodu jest wielka, szczera oraz uzależniona od bardzo konkretnego przedziału temperatur.

Jesień zresztą nigdy nie przychodzi do mnie z fanfarami. Najpierw któregoś wieczoru zamykam okno, potem przy wyjściu zaczynam zerkać na coś z długim rękawem, lampę zapalam odrobinę wcześniej, herbata przestaje być wyłącznie napojem, a koc, który przez całe lato pełnił na kanapie funkcję reprezentacyjną, zostaje przywrócony do czynnej służby. I właśnie takie chwile coraz bardziej lubię zapisywać w Codzienniku, bo gdybym tego nie zrobiła, dzisiejsza historia skończyłaby się na zwyczajnym „zrobiło mi się chłodno”. Jutro pewnie nawet bym o niej nie pamiętała, a przecież życie w ogromnej części składa się właśnie z takich małych, pozornie nieistotnych momentów. Dopiero kiedy się im przyjrzymy, okazuje się, że po cichutku pokazują nam, jak wszystko się zmienia, przesuwa i robi miejsce następnemu.

Okno więc zamknęłam, osiedle zostało trochę przyciszone szybą, a ja wróciłam na kanapę z mocnym postanowieniem, że koca nie wyciągnę. Bez przesady. Mamy sierpień, lato trwa i jakieś granice trzeba mieć.

Wytrzymałam może pięć minut.

Teraz siedzę pod kocem i pragnę stanowczo zaznaczyć, że nie ma to absolutnie nic wspólnego z nadchodzącą jesienią.

Po prostu zrobiło mi się chłodno. 😁