Codziennik Zadumanej #29

Dzisiejszy dzień chyba oficjalnie zakończył moje wakacyjne udawanie, że wrzesień jest jeszcze gdzieś bardzo daleko i na pewno nie wie, gdzie mieszkam. Rada pedagogiczna, szkolenie, zebrania, kolejne informacje, ustalenia, dokumenty i wszystko to, co sprawia, że po kilku godzinach człowiek wraca do domu z głową wypełnioną tyloma rzeczami, że najchętniej postawiłby ją na półce obok torebki i odebrał dopiero rano. Mój organizm najwyraźniej również uznał, że limit przyswajania treści został dziś wyczerpany, bo wieczorem potrafię już patrzeć przed siebie z ogromnym zainteresowaniem i jednocześnie nie mieć pojęcia, na co właściwie patrzę. 😁

Najbardziej symboliczne jest jednak zdjęcie mojej klasy, która na razie wygląda tak, jakby rok szkolny miał rozpocząć się mniej więcej w listopadzie. Surowo, pusto, daleko od tej sali, którą zostawiłam w czerwcu i jeszcze dalej od tej, którą chciałabym zobaczyć pierwszego września. Patrzę na nią i trochę mnie to bawi, bo nauczyciel ma chyba szczególną zdolność widzenia rzeczy, których jeszcze nie ma. Tam, gdzie dzisiaj jest pustka, ja już widzę dziecięce plecaki, książki, piórniki, pierwsze rozmowy po wakacjach, śmiech, zamieszanie i moje drugoklasistki i drugoklasistów, którzy wrócą zapewne więksi o co najmniej pół głowy i z absolutnym przekonaniem, że przez dwa miesiące wydarzyło się tyle, że koniecznie muszę wszystkiego wysłuchać jednocześnie.

Może właśnie dlatego, mimo dzisiejszego zmęczenia, całej papierologii i chwilowego marzenia o zaszyciu się w moim fotelu z książką oraz zakazem wypowiadania przy mnie słów „rada”, „dokument” i „szkolenie”, czuję gdzieś pod tym wszystkim zwyczajną radość. Za kilka dni ta pusta przestrzeń znowu będzie nasza, trochę niedoskonała, pewnie przygotowywana na ostatnią chwilę i zapewne z czymś, czego nie zdążę zrobić tak, jak sobie wymyśliłam. Tylko że szkoły przecież nie tworzą dekoracje, idealnie ustawione ławki ani piękne gazetki. Tworzą ją ludzie, którzy do niej przychodzą, relacje, które budują się dzień po dniu, małe sukcesy, trudniejsze chwile, śmiech z rzeczy kompletnie niezrozumiałych dla kogokolwiek spoza naszej klasy i historie, których dzisiaj jeszcze nie znam.

Patrzę więc na tę moją salę w stanie mocno roboczym i myślę, że właściwie jest trochę jak początek nowego roku szkolnego – jeszcze pusta, jeszcze niegotowa, z wieloma niewiadomymi, ale pełna miejsca na to, co dopiero się wydarzy. I chyba nie muszę dzisiaj wiedzieć, jaki będzie ten rok ani mieć wszystkiego dopiętego na ostatni guzik. Wystarczy, że za kilka dni otworzę drzwi, wejdą moje dzieciaki i zaczniemy pisać kolejną wspólną historię.

A na dzisiaj wystarczy. Moja wewnętrzna rada pedagogiczna właśnie jednogłośnie podjęła uchwałę o zakończeniu pracy i przejściu w tryb kanapowy. Uchwała wchodzi w życie natychmiast i wyjątkowo nie wymaga żadnej dodatkowej dokumentacji. 😁

Słoik dobrych chwil, czyli prezent, którego nie da się kupić

Mam słabość do prezentów, po których od razu widać, że ktoś nie złapał pierwszej rzeczy z półki pięć minut przed spotkaniem. Nie muszą być drogie ani perfekcyjnie zapakowane, właściwie im jestem starsza, tym bardziej wzruszają mnie drobiazgi, przy których ktoś musiał na chwilę usiąść, pomyśleć właśnie o mnie i poświęcić trochę swojego czasu. Dlatego dzisiaj mam pomysł z kategorii tych niebezpiecznie prostych, po których człowiek zaczyna rozglądać się po domu i dochodzi do wniosku, że właściwie wszystko ma pod ręką. Będziemy robić słoik dobrych chwil.

Potrzebny jest zwykły szklany słoik. Może być kupiony, ale równie dobrze może dostać drugie życie ten po ogórkach, dżemie czy czymkolwiek innym, pod warunkiem że dobrze go umyjemy i pozbędziemy się zapachu poprzedniego lokatora. Romantyczne wspomnienie zapisane na karteczce traci nieco uroku, kiedy po otwarciu pachnie kiszonym ogórkiem.

Do tego przydadzą się kawałki papieru, coś do pisania i odrobina tego, co akurat mamy w domu. Sznurek, tasiemka, koronka, kawałek materiału na przykrycie wieczka, mała zawieszka albo zwyczajna etykietka. Nie trzeba kupować specjalnego zestawu do wykonania słoika dobrych chwil, bo cała jego uroda polega właśnie na tym, że powstaje z prostych rzeczy. Ja oczywiście w takim momencie natychmiast przypominam sobie o wszystkich pudełkach z przydasiami, których istnienia regularnie bronię argumentem, że „to się jeszcze kiedyś przyda”. No i proszę bardzo. Przydało się.

Najważniejsze czeka jednak w środku.

Na niewielkich karteczkach zapisujemy to, co chcemy podarować drugiej osobie. Mogą to być wspólne wspomnienia, zdania, które poprawią jej humor, rzeczy, za które ją lubimy, zabawne sytuacje, o których pamiętamy tylko we dwie, albo małe życzenia na gorszy dzień. Nie muszą brzmieć jak cytaty z poradnika o szczęściu. Wręcz przeciwnie, im bardziej będą nasze, tym lepiej. „Pamiętam, jak zgubiłyśmy samochód na parkingu i przez pół godziny szukałyśmy go trzy alejki dalej” może znaczyć znacznie więcej niż najpiękniejsza sentencja znaleziona w internecie.

Karteczki można zrobić w jednym kolorze albo wykorzystać kilka odcieni papieru. Można je złożyć na pół, zwinąć w małe ruloniki albo zostawić zupełnie proste. Jeśli ktoś ma piękne pismo, może zaszaleć, a jeśli jego litery przypominają zapis sejsmografu podczas trzęsienia ziemi, drukarka przychodzi z pomocą i nikogo nie ocenia. Najważniejsza jest treść, nie konkurs kaligrafii.

Kiedy karteczki są gotowe, wkładamy je do słoika, ozdabiamy go po swojemu i właściwie prezent jest skończony. Można dołączyć krótką informację, żeby sięgać po jedną karteczkę wtedy, kiedy dzień jest kiepski, kiedy brakuje pewności siebie albo zwyczajnie wtedy, gdy ma się ochotę przypomnieć sobie coś dobrego. Jeśli robimy taki słoik dla kogoś bardzo bliskiego, warto przygotować więcej karteczek, bo właśnie ich czytanie będzie najważniejszą częścią prezentu.

Podoba mi się również wersja dla samej siebie. Stawiam pusty słoik w widocznym miejscu i przez kolejne miesiące wrzucam do niego zapisane dobre chwile. Nie muszą być wielkie. Udany dzień, miłe spotkanie, coś zabawnego, co się wydarzyło, komplement, który usłyszałam, miejsce, które odwiedziłam, albo zwykłe popołudnie, podczas którego było mi po prostu dobrze. Pod koniec roku można wszystkie karteczki wysypać na stół i zobaczyć, ile rzeczy zdążyło nam umknąć z pamięci.

I chyba właśnie ta wersja podoba mi się najbardziej, bo mamy przedziwny talent do pamiętania tego, co poszło nie tak. Jedno niemiłe zdanie potrafimy przechowywać w głowie przez trzy lata w jakości HD, natomiast pięć dobrych rzeczy z tego samego dnia ulatuje gdzieś po drodze. Słoik może trochę wyrównać te proporcje.

Można też zrobić go wspólnie w domu i przez cały rok wrzucać do niego rodzinne historie. Podejrzewam, że po kilku miesiącach obok wzruszających chwil znalazłyby się u mnie również zapiski o zaginionych skarpetkach, dziwnych zakupach i innych wydarzeniach, które w chwili wystąpienia wcale nie wydają się materiałem na wspomnienia, a później śmieszą najbardziej.

Lubię takie DIY. Nie wymaga specjalnych zdolności, drogich materiałów ani wolnego weekendu, podczas którego stół przez dwa dni wygląda jak zaplecze pracowni artystycznej. Wystarczy słoik, papier i trochę czasu. Można zrobić coś dla przyjaciółki, mamy, siostry, kogoś bliskiego albo dla siebie, a przy okazji podarować coś, czego naprawdę nie znajdziemy na sklepowej półce.

Kawałek wspólnej historii.

I chyba właśnie dlatego taki zwyczajny słoik może być wart więcej niż niejeden bardzo elegancki prezent.

Codziennik Zadumanej # 28

Dzisiejszy dzień zaczął się od wyprawy do Warszawy i to nie takiej z kategorii „kawka, spacerek i zobaczymy, gdzie mnie nogi poniosą”, tylko z bardzo konkretną i ważną sprawą do załatwienia. Jechałam z nadzieją na jeden scenariusz, życie miało przygotowany trochę inny i ostatecznie wróciłam z poczuciem, że niby sprawa ruszyła, niby coś zostało załatwione, ale zdecydowanie nie tak, jak sobie to wcześniej poukładałam w głowie. Skoro już jednak znalazłam się w swoich starych kątach, pozwoliłam sobie trochę po nich pochodzić, pozaglądać w znajome miejsca i powspominać. Dziwna rzecz z tymi miejscami – budynki stoją tam, gdzie stały, ulice prowadzą dokładnie tam, gdzie prowadziły, człowiek rozpoznaje zakręt, chodnik czy witrynę, a jednocześnie ma wrażenie, że ogląda fragment życia kogoś, kim sam kiedyś był. Trochę sentymentalnie, trochę z uśmiechem, bez wielkich wzruszeń i filmowej muzyki w tle, bo jednak Warszawa nie zatrzymała ruchu tylko dlatego, że ja akurat postanowiłam powspominać.

Do domu wróciłam z bólem głowy, co w moim przypadku jest wydarzeniem na tyle rzadkim, że zasługuje na zapisanie w kronikach. Najwyraźniej głowa uznała, że skoro ważna sprawa nie poszła dokładnie po mojej myśli, trochę wspomnień się nazbierało, a przede mną jeszcze reszta dnia, to ona dla urozmaicenia również dorzuci coś od siebie. Zafundowałam jej więc chwilę ciszy i odpoczynku, po czym zrobiłam rzecz niezwykle rozsądną, czyli zamiast dalej odpoczywać, zabrałam się do pracy. Nauczycielski koniec sierpnia ma bowiem tę cudowną właściwość, że człowiek teoretycznie jeszcze nie rozpoczął roku szkolnego, a praktycznie już dawno w nim siedzi po uszy.

I tak rozpoczęłam wędrówkę przez dokumenty, ankietę, Librusa i wszystkie te drobiazgi, które mają niezwykłą zdolność rozmnażania się wtedy, kiedy na chwilę odwrócę wzrok. Potem przyszła pora na Multibook do klasy drugiej i tutaj zrobiło mi się już zdecydowanie milej, bo zza całej papierologii zaczęła wyglądać prawdziwa szkoła. Moje dzieciaki są już drugoklasistami i chyba jeszcze nie do końca przyjmuję do wiadomości, że te zeszłoroczne pierwszaki tak po prostu awansowały, podczas gdy ja nawet nie zdążyłam się z tym faktem należycie oswoić. Przeglądałam kolejne materiały, coś sprawdzałam, coś zapisywałam, otwierałam jedną rzecz, która prowadziła do następnej, a ta oczywiście przypominała mi o trzeciej i w którymś momencie spojrzałam na zegarek z autentycznym zdziwieniem. Wieczór. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, po prostu przyszedł, podczas gdy ja najwyraźniej zgubiłam gdzieś po drodze kilka godzin.

Teraz zostało mi jeszcze przygotowanie wszystkiego na rano, bo jutro kolejna Rada i szkolenie BHP, czyli wakacyjny samolot definitywnie rozpoczął procedurę lądowania. Jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, co przyniesie nowy rok szkolny, a dziś mam wrażenie, że on już stoi w przedpokoju, trzyma torbę w ręku i nawet nie zamierza czekać, aż go zaproszę.

I może właśnie dzisiejszy dzień przypomniał mi coś, o czym łatwo zapominam, kiedy bardzo zależy mi na konkretnym rozwiązaniu. Nie każda ważna sprawa kończy się tak, jak sobie zaplanowaliśmy, nie każda droga prowadzi dokładnie tam, dokąd chcieliśmy dojść, ale to jeszcze nie znaczy, że prowadzi źle. Czasem trzeba wrócić do domu trochę rozczarowanym, z bolącą głową i planem, który właśnie wymaga poprawek, żeby po kilku dniach czy miesiącach zobaczyć, że życie zwyczajnie wybrało inną trasę. Nie wiem jeszcze, dokąd prowadzi moja dzisiejsza. Na razie wiem tylko, że jutro prowadzi prosto na Radę Pedagogiczną i BHP, więc filozofię odkładam na bok i idę szykować rzeczy.

Bo o ile życie może sobie pozwolić na spontaniczną zmianę planów, o tyle ja rano naprawdę muszę wiedzieć, gdzie mam klucze. 

Codziennik Zadumanej #27

No i zaczęło się. Jeszcze wczoraj patrzyłam na ciężkie chmury za oknem, popijałam Inkę i tłumaczyłam sobie, że nie ma się czym denerwować, bo przecież lubię swoją pracę, znam ją od lat i naprawdę wiem, z czym się je szkołę. Dzisiaj po Radzie Pedagogicznej moja głowa osiągnęła jednak rozmiary, przy których powinnam chyba zacząć sprawdzać, czy nadal mieszczę się w drzwiach. Człowiek przychodzi po wakacjach wypoczęty, pełen pomysłów, nawet trochę stęskniony za dzieciakami, po czym siada na kilka godzin i dowiaduje się, ile nowych rzeczy będzie robił, dokumentował, zapisywał, analizował, potwierdzał, planował, monitorował, a zapewne w wolnej chwili również dokumentował fakt, że wcześniej coś udokumentował. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, że podstawowym narzędziem pracy współczesnego nauczyciela nie jest już tablica, książka ani nawet komputer, tylko segregator, najlepiej taki z możliwością rozmnażania się przez pączkowanie.

Najzabawniejsze jest to, że siedząc na Radzie człowiek jeszcze dzielnie kiwa głową, coś zapisuje, zakreśla, robi notatki i sprawia wrażenie osoby, która nad wszystkim panuje, natomiast prawdziwe przedstawienie rozpoczyna się dopiero po powrocie do domu. Usiadłam do swoich spraw i zaczęłam sobie to wszystko układać, bo najwyraźniej uznałam, że skoro głowa już puchnie, można sprawdzić, gdzie znajduje się jej granica wytrzymałości. Kartka tu, notatka tam, coś trzeba przygotować, coś sprawdzić, o czymś pamiętać, a pomiędzy tym wszystkim pojawia się ta dobrze mi znana myśl, że przecież za chwilę przyjdą dzieci. Moje zeszłoroczne pierwszaki, które nagle, zupełnie bez konsultacji ze mną, stały się drugoklasistami. I wtedy cała ta papierologia trochę traci na znaczeniu, bo można mieć piętnaście nowych procedur, trzydzieści rubryczek i dokument o dokumencie, ale ostatecznie szkoła zaczyna mieć sens dopiero wtedy, kiedy otwierają się drzwi klasy i wpada przez nie dziecięcy gwar.

Po kilku godzinach uznałam więc, że na dzisiaj wystarczy ratowania polskiej oświaty z własnego salonu. Świat się nie zawali, jeśli czegoś nie zaplanuję 25 sierpnia, segregatory cierpliwie poczekają, a moja głowa zdecydowanie zasłużyła na przejście w tryb prywatny. I chyba właśnie tego muszę sobie w tym roku częściej pilnować, bo szkoła ma niezwykły talent do rozpychania się w życiu człowieka. Najpierw zabiera kawałek stołu, potem kawałek wieczoru, następnie pół niedzieli, aż któregoś dnia orientujemy się, że nawet podczas robienia kawy zastanawiamy się nad jakimś dokumentem, który przecież spokojnie może poczekać do jutra.

Lubię swoją pracę i cieszę się na powrót. Naprawdę. Ale chyba właśnie dlatego nie chcę oddać jej wszystkiego. Chcę mieć jeszcze swoje książki, koty, Sisi, spacery, kawę, blogi, ciszę i zwyczajne wieczory, podczas których nie jestem panią od czegokolwiek, tylko sobą. Dobry nauczyciel nie musi przecież przez dwadzieścia cztery godziny na dobę udowadniać, że jest dobrym nauczycielem.

Na dzisiaj więc zamykam niewidzialny szkolny segregator. Jutro znowu będę odpowiedzialna, zorganizowana i gotowa stawić czoła kolejnym rubryczkom. A jeśli któraś okaże się szczególnie groźna, zastosuję trzydzieści lat doświadczenia zawodowego i najstarszą nauczycielską metodę przetrwania.

Zrobię sobie kawę i jakoś damy radę. 😁

Audiobook "Maria Skłodowska - Curie, opowieść o mojej matce" Camilla Ringquist o o tym, jak trudno pogodzić wielkość z ludzkimi słabościami

W szkole uczymy się o wielkich ludziach dość wygodnie. Nazwisko, data, odkrycie, zasługi i gotowe. Z czasem powstaje w naszej głowie taki pięknie uporządkowany portret, a człowiek trochę znika za własnym pomnikiem. Maria Skłodowska-Curie była dla mnie właśnie jedną z takich postaci. Polka, genialna uczona, dwukrotna noblistka, kobieta, która dokonała rzeczy niezwykłych w czasach, kiedy kobietom droga do świata nauki zdecydowanie nie była usłana różami. Podziwiałam ją i nadal podziwiam. Tyle że po wysłuchaniu „Marii Skłodowskiej-Curie. Opowieści o mojej matce” Camilli Ringquist patrzę na nią trochę inaczej.

I od razu muszę rozdzielić dwie rzeczy, bo nie chcę zrobić temu audiobookowi krzywdy. Sam audiobook jest naprawdę świetny. To nie jest sucha biografia czy odczytana chronologicznie lista wydarzeń. Historia została opowiedziana z perspektywy Ewy Curie, młodszej córki Marii i Pierre'a, a muzyka fortepianowa towarzysząca opowieści nadaje jej niezwykły, bardzo osobisty charakter. Camilla Ringquist skomponowała nawet specjalną Piano Suite Curie i połączenie słowa z muzyką było dla mnie jednym z największych atutów tego nagrania. Słuchałam z ogromną przyjemnością i pod względem realizacji naprawdę nie mam się do czego przyczepić.

Problem pojawił się gdzie indziej. Im więcej dowiadywałam się o Marii jako człowieku, tym trudniej było mi pogodzić ten obraz z Marią, którą przez lata nosiłam w głowie.

Najmocniej uwierały mnie dwie rzeczy. Pierwsza to jej związek z Paulem Langevinem. Wiem, że historia nie była tak prosta, jak można ją zamknąć w zdaniu „miała romans z żonatym mężczyzną”. Langevin pozostawał w bardzo trudnym małżeństwie i był w separacji z żoną, a ujawnienie jego relacji z Marią w 1911 roku stało się pretekstem do potwornej nagonki na nią, podszytej także ksenofobią. To wszystko warto wiedzieć, zanim zacznie się kogokolwiek osądzać. Mimo tej wiedzy nie potrafię powiedzieć, że ten fragment jej życia jest mi obojętny. Nie jest. Po prostu kłóci się z moim własnym systemem wartości i nic na to nie poradzę.

Jeszcze bardziej zatrzymała mnie jednak jej relacja z Ewą. Może dlatego, że opowieść poznajemy właśnie z perspektywy córki, która wybrała zupełnie inną drogę niż matka i starsza siostra. Ewa nie została naukowcem. Kochała muzykę, została pianistką, później pisarką i dziennikarką. I słuchając o tej rodzinie, coraz częściej myślałam nie o wielkiej noblistce, tylko o dziewczynce dorastającej w cieniu niezwykłej matki. O tym, jak trudno musiało być znaleźć własne miejsce w domu, w którym nauka była czymś niemal naturalnym, kiedy własny świat znajdowało się przy fortepianie.

Nie chcę przy tym wydawać łatwego wyroku, że Maria była „złą matką”, bo byłoby to niesprawiedliwe i zbyt daleko idące. Relacje rodzinne rzadko dają się uczciwie zamknąć w jednym określeniu, a ta historia jest dodatkowo opowiadana z określonej perspektywy. Mogę natomiast powiedzieć, co zrobiła ze mną jako słuchaczką: zrobiło mi się Ewy zwyczajnie żal. I chyba właśnie ten wątek poruszył mnie bardziej niż wszystko inne.

Po skończeniu audiobooka pomyślałam nawet, że trochę żałuję, że go przesłuchałam. Nie dlatego, że był słaby — paradoksalnie było dokładnie odwrotnie. Był na tyle dobry, że skutecznie zburzył mój wygodny, podręcznikowy obraz Marii Skłodowskiej-Curie. A czasem człowiek wolałby jednak zostawić bohatera na piedestale i nie zaglądać mu do domu.

Po chwili doszłam jednak do wniosku, że może właśnie dlatego warto było go wysłuchać. Dojrzałe patrzenie na ludzi chyba polega również na tym, że potrafimy pomieścić dwie prawdy jednocześnie. Maria Skłodowska-Curie była genialną uczoną, której osiągnięć absolutnie nie zamierzam umniejszać. Jej miejsce w historii nauki pozostaje takie samo. Jednocześnie była człowiekiem — ze swoimi wyborami, słabościami, skomplikowanymi relacjami i decyzjami, których nie muszę pochwalać tylko dlatego, że podziwiam jej dokonania.

Czy warto przesłuchać?

Tak, zdecydowanie. Tylko nie nastawiałabym się na kolejną opowieść o pomnikowej noblistce. To znacznie bardziej osobiste spotkanie z Marią widzianą oczami córki, pięknie dopełnione muzyką, która naprawdę robi tutaj różnicę. Mnie ten audiobook momentami uwierał i odebrał trochę dawnego zachwytu nad Marią jako człowiekiem, ale jednocześnie przypomniał mi coś ważnego: można podziwiać czyjeś wielkie dokonania i nie podziwiać wszystkich jego życiowych wyborów. Jedno nie unieważnia drugiego.

A może nawet dobrze czasem zejść z kimś z pomnika i spotkać go na chwilę jako zwykłego człowieka. Nawet jeśli to spotkanie nie zawsze jest przyjemne.

Codziennik Zadumanej #26

Dzisiaj za oknem wszystko wyglądało tak, jakby sierpień nagle przypomniał sobie, że za chwilę oddaje zmianę. Co chwilę padało, niebo było ciężkie, szare, momentami aż teatralne, a świat zrobił się jakiś przygaszony, jakby ktoś pokręcił suwakiem od nasycenia. Nawet moje samopoczucie postanowiło dopasować się do pogody i od rana było takie… bez fajerwerków. Ani źle, ani dobrze, po prostu trochę buro, trochę pstrokato i zdecydowanie bez efektu wow.

Podejrzewam, że swój udział ma w tym jutrzejsza rada pedagogiczna, bo choć naprawdę lubię swoją pracę i po tylu latach szkoła nadal potrafi mnie cieszyć, to koniec wakacji zawsze uruchamia we mnie ten dziwny stan zawieszenia. Z jednej strony człowiek już myśli o klasie, dzieciach, planach i wszystkim, co za chwilę ruszy z kopyta, a z drugiej jeszcze bardzo mocno trzyma się resztek wakacyjnego rytmu. I chyba właśnie dlatego napięcie potrafi pojawić się zupełnie bez pytania, chociaż rozum tłumaczy, że przecież nie ma czego się bać.

Uznałam więc, że skoro psychika dziś marudzi, trzeba ją przekupić. Padło na sushi i była to decyzja zdecydowanie bardziej skuteczna niż wszystkie mądre rady świata. Zjadłam z takim apetytem, jakbym miała przed sobą nie kolację, tylko ostatni posiłek przed zimą, a chwilę później siedziałam nasycona po czubek głowy i czułam się jak dobrze odżywiony bąk, który już nigdzie nie zamierza lecieć. Najwyraźniej pocieszenie też ma swoją wagę i ja dziś poznałam ją bardzo dokładnie.

Teraz przede mną plan o wiele bardziej ambitny niż cokolwiek zawodowego: długa kąpiel, ciepła piżama, świeczka, książka i Inka w moim czytelniczym kąciku. Po takim dniu nie potrzebuję wielkich atrakcji, tylko odrobiny ciszy i poczucia, że już niczego nie muszę przyspieszać. Jutro zacznie się szkolny rozruch, pojawią się spotkania, rozmowy, plany i cała ta dobrze znana machina, która zawsze pod koniec sierpnia zaczyna powoli nabierać tempa.

Patrząc dziś na to ciężkie niebo, pomyślałam, że chyba właśnie takie dni najlepiej pokazują, że nie trzeba przez cały czas być pełnym energii i zachwytu nad życiem. Czasem wystarczy zwyczajnie przejść przez dzień, trochę się ponapięciać, trochę pośmiać z samej siebie, zjeść za dużo sushi i wieczorem zrobić sobie dobrze po swojemu. Jutro pewnie znów wszystko wskoczy na swoje miejsce, a jeśli nie, to przynajmniej wiem już, że świeczka, książka i Inka mają całkiem niezłe właściwości terapeutyczne.

Na razie jednak nie wybiegam myślami za daleko. Dziś kończę dzień po cichu, w ciepłej piżamie i z przekonaniem, że nowy rozdział może spokojnie poczekać do rana.

Codziennik Zadumanej #25

Dzisiaj wieczorem zrobiłam coś, czego jeszcze kilka tygodni temu nie brałam nawet pod uwagę – zamknęłam okno, bo zrobiło mi się chłodno. W sierpniu. Oczywiście nie zrobiłam tego od razu, bo człowiek ma swoją godność i jakieś zasady, a poza tym jeszcze niedawno moje mieszkanie funkcjonowało w trybie jaskini zbójców. Rolety opuszczone, okna otwierane i zamykane według strategii godnej centrum zarządzania kryzysowego, zwierzęta rozłożone po podłodze w stanie wskazującym na całkowitą rezygnację z życia, a ja marząca o jednym porządnym podmuchu chłodnego powietrza. No i proszę, podmuch przyszedł, a ja zamiast rzucić mu się z wdzięcznością w ramiona, po kilku minutach wstałam i zamknęłam mu okno przed nosem.

Najpierw jednak próbowałam negocjować z własnym organizmem. Poprawiłam się na kanapie, podwinęłam nogi i przez chwilę bardzo konsekwentnie utrzymywałam, że wcale nie jest mi zimno, tylko tak jakoś… świeżo. Zamknięcie okna wydawało mi się bowiem czymś znacznie poważniejszym niż zwykłe przekręcenie klamki. To już prawie deklaracja, że lato zaczyna pakować walizki, a ja przecież żadnej zgody na jego wyprowadzkę jeszcze nie podpisywałam. Niestety moje stopy nie wykazały podobnego przywiązania do zasad i po kilku minutach poinformowały mnie dość stanowczo, że albo zamknę okno, albo one przechodzą na tryb listopadowy.

Stanęłam więc przy oknie i na chwilę zostałam. Za nim nic szczególnego – moje zwyczajne osiedle, ktoś szedł z psem, trzasnęły drzwi samochodu, na którymś balkonie jeszcze trwała rozmowa, w oknach powoli zapalały się światła. Wszystko wyglądało znajomo, a jednak wieczór był już trochę inny. Ciemność przyszła wcześniej, powietrze straciło ten charakterystyczny zapach rozgrzanego dnia i po raz pierwszy od dawna do mieszkania nie wpadało coś przypominającego oddech suszarki nastawionej na najwyższą moc. Nawet spacery z Sisi zrobiły się przyjemniejsze, bo można wyjść z domu bez wcześniejszego sprawdzania, czy asfalt przypadkiem nie planuje nas usmażyć.

Lubię końcówkę sierpnia właśnie za te drobne sygnały, chociaż zawsze jest w nich odrobina żalu. Nic jeszcze naprawdę się nie kończy, lato nadal tu jest, sandały stoją w gotowości, balkon absolutnie nie zamierza przechodzić w stan jesienny, a prognoza pogody może za dwa dni bardzo skutecznie wybić mi z głowy wszystkie dzisiejsze rozważania. Wystarczy jeden porządny upał i znów będę siedziała przy opuszczonych roletach, złorzecząc słońcu i marząc o listopadzie. Znam siebie i wiem, że moja miłość do chłodu jest wielka, szczera oraz uzależniona od bardzo konkretnego przedziału temperatur.

Jesień zresztą nigdy nie przychodzi do mnie z fanfarami. Najpierw któregoś wieczoru zamykam okno, potem przy wyjściu zaczynam zerkać na coś z długim rękawem, lampę zapalam odrobinę wcześniej, herbata przestaje być wyłącznie napojem, a koc, który przez całe lato pełnił na kanapie funkcję reprezentacyjną, zostaje przywrócony do czynnej służby. I właśnie takie chwile coraz bardziej lubię zapisywać w Codzienniku, bo gdybym tego nie zrobiła, dzisiejsza historia skończyłaby się na zwyczajnym „zrobiło mi się chłodno”. Jutro pewnie nawet bym o niej nie pamiętała, a przecież życie w ogromnej części składa się właśnie z takich małych, pozornie nieistotnych momentów. Dopiero kiedy się im przyjrzymy, okazuje się, że po cichutku pokazują nam, jak wszystko się zmienia, przesuwa i robi miejsce następnemu.

Okno więc zamknęłam, osiedle zostało trochę przyciszone szybą, a ja wróciłam na kanapę z mocnym postanowieniem, że koca nie wyciągnę. Bez przesady. Mamy sierpień, lato trwa i jakieś granice trzeba mieć.

Wytrzymałam może pięć minut.

Teraz siedzę pod kocem i pragnę stanowczo zaznaczyć, że nie ma to absolutnie nic wspólnego z nadchodzącą jesienią.

Po prostu zrobiło mi się chłodno. 😁

Dlaczego odkładamy dobre rzeczy na specjalną okazję?

Przez długi czas miałam w szafce filiżanki, których prawie nie używałam. Ładne, delikatne, takie trochę „od święta”. Stały sobie bezpiecznie za tymi zwyczajnymi i cierpliwie czekały na moment godny ich urody. Problem polegał na tym, że najwyraźniej moje życie nie dostarczało wystarczająco eleganckich okazji, więc ja codziennie piłam herbatę z pierwszego lepszego kubka, a piękne filiżanki obrastały kurzem i poczuciem własnej wyjątkowości.

Któregoś dnia wyjęłam jedną bez żadnego powodu. Nie było gości, urodzin, imienin ani nawet niedzieli. Był zwykły wtorek, na stole leżał rachunek do zapłacenia, pralka właśnie skończyła wirować, a ja miałam na sobie strój, którego z całą pewnością nie pokazaliby w magazynie wnętrzarskim przy artykule o celebrowaniu codzienności. Zrobiłam herbatę, nalałam ją do tej filiżanki i nagle pomyślałam, jakie to właściwie dziwne, że przez tyle czasu sama sobie jej żałowałam.

Od tamtej pory coraz częściej przyłapuję się na różnych rzeczach czekających na „kiedyś”. Ładna świeca stoi nietknięta, bo szkoda jej palić. Nowa bluzka czeka na lepsze wyjście, chociaż spokojnie mogłabym założyć ją na spotkanie z koleżanką. Pachnący balsam leży w łazience, bo jest taki dobry, że używam go oszczędnie, jakby producent ogłosił właśnie, że zamyka fabrykę i nigdy więcej go nie zrobi. Nawet serwetki potrafimy mieć lepsze i gorsze, co samo w sobie pokazuje, jak daleko zaszliśmy w specjalizacji codziennego życia.

Najbardziej rozczula mnie jednak nasze przekonanie, że przyjemność trzeba sobie jakoś uzasadnić. Ciasto bez urodzin wydaje się podejrzanie rozpustne, kwiaty kupione samej sobie wymagają niemal wyjaśnienia, a jeśli człowiek w środku tygodnia nakryje ładnie do stołu, to zaraz wygląda, jakby za chwilę miała przyjechać co najmniej delegacja zagraniczna. Tymczasem można zapalić świecę tylko dlatego, że wieczorem ładnie wygląda. Można użyć najlepszej pościeli w środę, zjeść śniadanie z talerza, który najbardziej lubimy, i założyć kolczyki do sklepu po ziemniaki. Ziemniaki raczej nie docenią, ale my możemy.

Chyba długo uczono nas oszczędzania dobrych rzeczy. Babcie miały komplety naczyń stojące za szybą, ręczniki przeznaczone dla gości i obrusy, których prawie nie wolno było dotykać. Rozumiem to, bo wiele przedmiotów zdobywało się trudniej i miały większą wartość niż dzisiaj. Coś z tego jednak zostało nam w głowach. Nadal potrafimy chronić przed użyciem rzeczy stworzone właśnie po to, żeby ich używać.

Tylko że ostatnio zaczęłam patrzeć na to trochę inaczej. Świeca, której nigdy nie zapalę, nie da mi żadnego światła. Perfumy zachowane na wyjątkowy dzień mogą kiedyś po prostu stracić zapach. Sukienka może wisieć tak długo, aż przestanie mi się podobać albo, co jest jeszcze bardziej bezczelne z jej strony, nagle okaże się za mała. Filiżanka może przeżyć dwadzieścia lat w idealnym stanie i ani razu nie zrobić tego, do czego została stworzona.

Szkoda mi już takich rzeczy. Jeszcze bardziej szkoda mi dni, które uznajemy za zbyt zwyczajne, żeby dać im coś dobrego.

Bo przecież większość życia to właśnie one. Nie święta, wyjazdy, jubileusze i wielkie wydarzenia, ale wtorkowe śniadania, czwartkowe wieczory, pranie rozwieszone w salonie, szybkie zakupy po pracy i chwila ciszy, kiedy wreszcie można usiąść. Jeśli wszystko, co najlepsze, będziemy zostawiać na specjalne okazje, to przez ogromną część życia będziemy korzystać z wersji „na co dzień”, jakby codzienność była czymś gorszym.

Nie zamierzam oczywiście od jutra jeść kanapek na porcelanie i chodzić po domu w sukni wieczorowej, chociaż wizja wynoszenia śmieci w perłach ma w sobie coś kuszącego. Chodzi mi raczej o małe pozwolenie, które można sobie dać bez okazji. Użyć tego, co lubimy. Otworzyć coś, co czeka. Założyć coś ładnego. Kupić sobie kilka kwiatów. Nie odkładać każdej drobnej przyjemności na dzień, który będzie bardziej odpowiedni.

Moja filiżanka „od święta” już dawno przestała być od święta. Piję z niej herbatę podczas zupełnie zwyczajnych dni i czasem nawet stawiam ją obok talerza z kanapką, co pewnie mocno obniżyło jej standardy. Nic strasznego się nie wydarzyło. Za to ja częściej mam małe poczucie, że zrobiłam dla siebie coś miłego.

I chyba właśnie o to chodzi.

Specjalna okazja nie zawsze musi być zaznaczona w kalendarzu. Czasami wystarczy, że jest dzisiaj.

Codziennik Zadumanej #24

Rok po przeprowadzce można chyba oficjalnie uznać za moment, w którym człowiek powinien przestać mówić, że „jeszcze ma kilka rzeczy do zabrania”. U mnie ten etap właśnie się zakończył, bo dzisiaj przywiozłam ostatnią część swojego dobytku i tym samym zamknęłam przeprowadzkę, która najwyraźniej postanowiła trwać dłużej niż niejeden remont. Oczywiście nie mogło się skończyć na szybkim zabraniu swoich rzeczy, bo skoro już człowiek znalazł się w garażu, to garaż spojrzał na niego znacząco i było wiadomo, że lekko nie będzie. Czego tam nie było! Przedmioty potrzebne, niepotrzebne, prawdopodobnie potrzebne, być może potrzebne, a przede wszystkim te należące do niezwykle licznej kategorii „zostaw, bo kiedyś się przyda”. Moja przyjaciółka jest bowiem wyznawczynią teorii, że każda rzecz ma przed sobą drugie życie, trzeba tylko cierpliwie poczekać jakieś trzydzieści siedem lat, aż nadejdzie jej moment. Gdybym pozwoliła jej działać samodzielnie, porządki polegałyby zapewne na bardzo starannym przełożeniu wszystkiego z lewego kąta do prawego, po czym obie mogłybyśmy z dumą stwierdzić, że garaż został gruntownie zreorganizowany.

Musiałam więc wystąpić w roli bezwzględnej komisji do spraw rzeczy, które „jeszcze są dobre”, i przyznaję, że chwilami czułam się jak urzędnik wydający decyzję administracyjną bez prawa do odwołania. Śmieci wędrowały do śmieci, rzeczy, które mogły komuś naprawdę posłużyć, znalazły nowych właścicieli, a argument „ale może kiedyś…” tracił ważność mniej więcej w połowie zdania. Wyniosłyśmy tego tyle, że pod koniec zaczęłam podejrzewać, iż garaż w nocy produkuje przedmioty, bo trudno uwierzyć, że wszystko to wcześniej mieściło się w jednym pomieszczeniu. Najfajniejsze było jednak patrzenie, jak rzeczy zupełnie nam niepotrzebne cieszą kogoś, kto rzeczywiście ich chce. Zamiast przez kolejne lata pilnować pudeł, reklamówek i różnych „przydasiów”, można po prostu pozwolić im pójść dalej i nagle robi się luźniej nie tylko na półkach.

Wróciłam do domu zmęczona jak po solidnym treningu, tylko zamiast hantli miałam kartony, worki i niezliczoną liczbę kursów tam i z powrotem, ale z tym bardzo przyjemnym poczuciem, że kawał dobrej roboty został za nami. Nie wszystko, bo garaż zachował sobie jeszcze mały rewanż na poniedziałek, jednak dzisiaj ogłaszam zawieszenie broni. Domowe spa, coś dobrego do picia, Netflix i absolutny zakaz podejmowania decyzji dotyczących jakichkolwiek przedmiotów.

I chyba najbardziej podoba mi się w tym dniu coś więcej niż wysprzątany garaż. Po roku zabrałam stamtąd ostatnie swoje rzeczy, jakbym domknęła jeszcze jedne drzwi za tym, co było, i ostatecznie przeniosła się do życia, które jest teraz. Czasem człowiek długo przechowuje różne rzeczy „na wszelki wypadek”, nie tylko w garażu. A potem przychodzi taki dzień, kiedy okazuje się, że całkiem dobrze żyje się bez nich, za to z dużo większą ilością miejsca. Tylko przyjaciółce na razie tego nie mówię, bo w poniedziałek muszę zostać wpuszczona do garażu. 

Codziennik Zadumanej #23

Dzisiaj postanowiłam udawać, że do rozpoczęcia roku szkolnego zostało jeszcze mnóstwo czasu, ale kalendarz jest bezlitosny i najwyraźniej nie zamierza uczestniczyć w tej zabawie. Czuję już na plecach oddech września, a właściwie całego szkolnego zamieszania, które od przyszłego tygodnia zacznie się rozkręcać: rady, spotkania, szkolenia, przygotowania i wszystkie te rzeczy, dzięki którym nauczyciel orientuje się, że wakacje dobiegają końca, zanim jeszcze zdąży oficjalnie się z nimi pożegnać. Uznałam więc, że skoro nie mogę zatrzymać czasu, mogę przynajmniej wejść w nowy rok szkolny z porządkiem w domu. Nie wiem, skąd bierze się we mnie przekonanie, że wysprzątana szafka ma jakikolwiek wpływ na moje zawodowe przygotowanie do września, ale działa to na mnie znakomicie. Kiedy wokół robi się czyściej, jakoś łatwiej uwierzyć, że również w głowie wszystko wskoczy na odpowiednie półeczki.

Sprzątałam więc, przekładałam, wyrzucałam i podejmowałam te niezwykle odpowiedzialne dorosłe decyzje dotyczące przedmiotów, których przez ostatni rok ani razu nie użyłam, ale przecież któregoś dnia mogą okazać się absolutnie niezbędne. Przy okazji coraz częściej zerkałam w stronę kalendarza i docierało do mnie, że moje dzieciaki za chwilę wrócą już jako drugoklasiści. Jeszcze niedawno byli pierwszakami, którzy dopiero uczyli się szkolnego świata, a teraz proszę bardzo – klasa druga. Mam wrażenie, że oni rosną zdecydowanie szybciej, niż przewidują przepisy oświatowe. Jestem ogromnie ciekawa, co przyniesie nam ten rok, jakie będą ich małe i wielkie sukcesy, czym mnie rozbawią, czym zaskoczą, ile razy usłyszę coś, po czym będę musiała zachować powagę należną nauczycielowi, chociaż w środku będę konała ze śmiechu. Szkoła ma tę niezwykłą właściwość, że można przepracować w niej wiele lat, a i tak każdy wrzesień jest trochę jak otwieranie książki, której zna się bohaterów, ale jeszcze nie ma pojęcia, co autor dla nich wymyślił.

Po całym dniu domowych rewolucji wreszcie usiadłam z książką i wtedy wydarzyło się coś naprawdę luksusowego – nic. Nikt niczego ode mnie nie chciał, nic nie musiałam sprawdzać, przekładać ani organizować, wokół zrobiło się cicho, a ja mogłam po prostu czytać. I chyba właśnie takich chwil będzie mi za moment najbardziej brakowało, bo wakacyjna cisza ma zupełnie inny smak, kiedy człowiek już wie, że zostało jej niewiele. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że przede mną całe lato, a dziś siedzę z książką i słyszę, jak gdzieś za rogiem wrzesień chrząka znacząco i sprawdza, czy jestem gotowa.

Nie jestem. I chyba nigdy pod koniec sierpnia nie jestem tak naprawdę gotowa. Trochę żal mi wakacyjnego rytmu, spokojnych poranków i możliwości decydowania, że dziś zrobię dużo, mało albo absolutnie nic, ale jednocześnie pojawia się już znajoma ciekawość tego, co będzie dalej. Może właśnie dlatego końcówka wakacji jest taka szczególna – człowiek jedną ręką jeszcze trzyma lato, a drugą powoli otwiera drzwi do czegoś nowego. Ja na razie trzymam książkę obiema. Drzwi otworzę w przyszłym tygodniu. 😁

Czy naprawdę muszę mieć zdanie na każdy temat?

Ostatnio siedziałam przy stole w towarzystwie kilku osób i rozmowa płynęła sobie całkiem przyjemnie, dopóki ktoś nie poruszył tematu, o którym miałam mniej więcej takie pojęcie jak mój fikus o podatkach. Słuchałam więc grzecznie, popijałam herbatę i nawet było mi z tym dobrze, aż nagle wszystkie oczy skierowały się na mnie. Najwyraźniej nadeszła moja kolej na wygłoszenie stanowiska. Mogłam oczywiście zrobić to, co człowiek robi zaskakująco często, czyli zebrać trzy zasłyszane informacje, doprawić je pewnym tonem głosu i stworzyć opinię na poczekaniu. Zamiast tego powiedziałam, że właściwie nie mam na ten temat zdania, bo za mało wiem. Zapadła taka cisza, jakbym właśnie przyznała, że od lat trzymam w piwnicy krokodyla.

Kiedyś taka sytuacja pewnie by mnie speszyła. Miałam przekonanie, że dorosły, świadomy człowiek powinien wiedzieć, co myśli o wszystkim, najlepiej natychmiast i jeszcze umieć tego stanowiska bronić przy stole, w kolejce do lekarza oraz w komentarzach pod artykułem, którego przeczytał jedynie nagłówek. Dzisiaj coraz bardziej podoba mi się zdanie: „Nie wiem wystarczająco dużo, żeby się wypowiadać”. Jest w nim zaskakująco dużo wolności, chociaż przyznaję, że dojście do tego zajęło mi trochę czasu.

Internet dodatkowo przyzwyczaił nas do świata, w którym każda sprawa natychmiast domaga się reakcji. Ktoś coś powiedział, wydarzyło się coś głośnego, pojawił się nowy trend i już po chwili wszyscy dzielą się na obozy, tłumaczą, oceniają oraz przekonują innych, że właśnie ich spojrzenie jest jedynym rozsądnym. Czasem mam wrażenie, że człowiek nie zdąży jeszcze dobrze zrozumieć, co właściwie się wydarzyło, a już powinien mieć opinię, najlepiej mocną, jednoznaczną i nadającą się do napisania wielkimi literami.

Tymczasem odkryłam ogromną przyjemność w niewiedzeniu.

Nie chodzi o obojętność ani chowanie głowy w piasek. Jeśli coś jest dla mnie ważne, chcę czytać, słuchać, sprawdzać i wyrabiać sobie własne zdanie. Tyle że przestałam czuć obowiązek robienia tego w każdej możliwej sprawie. Naprawdę mogę nie wiedzieć, który model samochodu jest najlepszy, czy pewien film zasłużył na wszystkie nagrody i dlaczego pół internetu właśnie kłóci się o rzecz, o której jeszcze wczoraj nikt nie pamiętał. Świat jakoś to znosi, ja również mam się całkiem dobrze.

Jeszcze ciekawsze jest to, że czasami mam zdanie, ale nie czuję potrzeby, żeby je wypowiadać. To dopiero był dla mnie poziom zaawansowany. Dawniej, kiedy ktoś mówił coś, z czym się nie zgadzałam, w mojej głowie natychmiast otwierało się biuro argumentów czynne całą dobę. Pierwszy argument gotowy, drugi już czekał, trzeci właśnie drukował dokumenty. Z czasem zauważyłam jednak, że nie każda różnica zdań wymaga debaty, a spokojne „rozumiem, że tak to widzisz” potrafi oszczędzić człowiekowi czterdziestu minut rozmowy, po której obie strony nadal myślą dokładnie to samo, tylko herbata zdążyła wystygnąć.

Chyba właśnie z wiekiem coraz bardziej doceniam ludzi, którzy potrafią powiedzieć, że czegoś nie wiedzą, muszą się zastanowić albo zwyczajnie nie mają zdania. Nie odbieram tego jako braku zainteresowania światem. Przeciwnie, jest w tym uczciwość, której czasami bardzo mi brakuje. Nikt przecież nie może znać się na wszystkim, rozumieć każdej sytuacji i mieć przemyślanej opinii na każdy temat od cen mieszkań po życie pingwinów na Antarktydzie. Sama mam wystarczająco dużo pracy z ogarnianiem własnego życia, żeby jeszcze pełnić funkcję jednoosobowego centrum opiniowania całej rzeczywistości.

Od tamtej rozmowy przy stole kilka razy zdarzyło mi się powiedzieć po prostu, że nie wiem. Za każdym razem świat nadal się kręcił, nikt nie odebrał mi dowodu osobistego, a ja nie musiałam później zastanawiać się, dlaczego przez dziesięć minut broniłam poglądu, który wymyśliłam trzy minuty wcześniej.

Coraz bardziej lubię tę wersję siebie, która nie musi natychmiast reagować, oceniać i zajmować stanowiska. Może posłuchać, pomyśleć, czasem zmienić zdanie, a czasem w ogóle go nie mieć. Okazuje się, że między „zgadzam się” a „nie zgadzam się” znajduje się całkiem wygodne miejsce, w którym można spokojnie usiąść z herbatą i przyznać przed samą sobą, że nie wszystko trzeba wiedzieć.

I chyba zamierzam tam częściej przesiadywać.

Codziennik Zadumanej #22

Dzisiejszy dzień miał być bardzo produktywny i nawet przez chwilę wyglądało na to, że taki będzie. Zasiadłam do nadrabiania social mediów, zaczęłam planować ostatni tydzień wakacji, poprzekładałam sobie w głowie kilka pomysłów, otworzyłam odpowiednią liczbę zakładek, żeby komputer poczuł, że pracujemy na poważnie, i wtedy mój organizm uznał, że to doskonały moment na przejście w tryb zimowy. Ziewałam jak lew po wyjątkowo wyczerpującym polowaniu, choć jedyną rzeczą, na którą dziś polowałam, były resztki koncentracji. Ratowałam sytuację kawą, potem kolejną, a później już chyba tylko dolewałam ją z przyzwyczajenia, bo efekt był mniej więcej taki, jakbym próbowała uruchomić samochód, wlewając paliwo do bagażnika.

Podejrzewam o ten stan rzeczy pogodę, bo za oknem zrobiło się jakoś podejrzanie jesiennie, a przecież kalendarz nadal twierdzi, że mamy sierpień. Lato najwyraźniej postanowiło zrobić sobie wolne przed końcem sezonu, co z jednej strony bardzo mi odpowiada, bo upałów mam już serdecznie dość, z drugiej jednak chłodniejsze powietrze natychmiast uruchamia we mnie potrzebę koca, książki i drzemki. Tylko liści jeszcze nie pozwalam sobie rozrzucać po mieszkaniu, chociaż przyznaję, że moja wewnętrzna jesieniara już przebiera nogami i najchętniej ogłosiłaby sezon na świece, ciepłe skarpety i wszystko, co pachnie cynamonem. Rozsądek próbuje ją uciszać informacją, że do końca wakacji został jeszcze tydzień, ale obie wiemy, że ta walka jest właściwie przegrana.

Jedynymi istotami, na które aura nie działa usypiająco, są koty, zwłaszcza kiedy zbliżam się do kuchni. Mam ostatnio wrażenie, że prowadzę całodobowy punkt gastronomiczny, w którym obsługa jest jedna, klientów kilku, a reklamacje składane są głośno i bez zachowania jakichkolwiek procedur. Miski mogą być napełnione, ale wystarczy, że przejdę obok miejsca, w którym przechowuję karmę, i natychmiast pojawia się delegacja z informacją, że od ostatniego posiłku minęły co najmniej trzy lata. Patrząc na ich obecny apetyt, zaczynam podejrzewać, że wiedzą coś, czego nie podają jeszcze w prognozach pogody. Być może nadciąga zima stulecia i właśnie rozpoczęli strategiczne gromadzenie zapasów tłuszczu, choć istnieje też prostsze wyjaśnienie – są kotami i uznały, że skoro człowiek ma jedzenie, to powinien się nim dzielić bez zbędnych dyskusji.

Ostatecznie social media nadrobiłam, ostatni tydzień wakacji mniej więcej zaplanowałam, kawę wypiłam w ilości, która powinna postawić na nogi niewielką miejscowość, a mimo to nadal marzę o tym, żeby gdzieś się wygodnie zwinąć i przespać do jutra. I chyba właśnie taki był ten dzień – bez wielkich wydarzeń, za to z tym specyficznym sierpniowym nastrojem, kiedy lato jeszcze oficjalnie trwa, ale w powietrzu zaczyna się pojawiać zapowiedź czegoś nowego.

Może zresztą nie trzeba każdego dnia wyciskać jak cytryny tylko dlatego, że zostało jeszcze kilka punktów na liście. Czasem organizm wcześniej od kalendarza wie, że pora trochę zwolnić, a jeśli nie potrafimy odczytać jego subtelnych sugestii, zaczyna komunikować się z nami ziewaniem. W moim przypadku dzisiaj już właściwie ryczał.

Codziennik Zadumanej #21

Od poniedziałku Codziennik leżał sobie grzecznie i czekał, aż przypomnę sobie o jego istnieniu, ale mam bardzo dobre usprawiedliwienie – miałam gości, a kiedy mam gości, włącza mi się jakaś zupełnie niekontrolowana wersja gospodyni domowej. Nagle okazuje się, że człowiek, który na co dzień potrafi uznać kanapkę za pełnoprawną kolację, zaczyna planować obiadki, śniadania i wieczorne posiedzenia przy stole, jakby co najmniej prowadził niewielki pensjonat z opcją pełnego wyżywienia. Kuchnia pracowała więc na pełnych obrotach, lodówka otwierała się częściej niż Facebook, a ja przez kilka dni zastanawiałam się głównie nad tym, co jeszcze można ugotować, podać, pokroić albo postawić na stole, żeby przypadkiem nikt przez siedem minut nie poczuł głodu.

I bardzo to lubię. Naprawdę. Lubię, kiedy w domu jest ktoś bliski, przy stole siedzi więcej osób niż zwykle, rozmowa zaczyna się przy śniadaniu, ciągnie przez kawę, zahacza o obiad i zupełnie nie wiadomo kiedy robi się wieczór. Nawet gotowanie wtedy smakuje inaczej, bo przecież czym innym jest zrobić sobie coś na szybko, a czym innym krzątać się po kuchni ze świadomością, że za chwilę wszyscy usiądziemy razem. Oczywiście po kilku dniach człowiek zaczyna spoglądać na zmywarkę z uczuciem, którego wcześniej nie podejrzewał, i zastanawia się, czy ona przypadkiem nie zasługuje na premię, urlop oraz pakiet medyczny, ale to już koszty prowadzenia życia towarzyskiego.

W tych dniach nie wydarzyło się nic, co nadawałoby się na pierwsze strony gazet, a jednak wydarzyło się całkiem sporo. Były rozmowy, śmiech, wspólne jedzenie, zwyczajne siedzenie przy stole i ta przyjemna obecność drugiego człowieka, przy której nie trzeba wymyślać atrakcji, żeby było dobrze. Codziennik nie został napisany, kilka innych rzeczy również cierpliwie czekało na swoją kolej, ale pierwszy raz od dawna nawet nie próbowałam mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie każda chwila musi zostać natychmiast opisana, sfotografowana, zaplanowana i odhaczona. Niektóre najlepiej po prostu przeżyć.

Dziś dom znowu wraca do swojego zwykłego rytmu, kuchnia może trochę odpocząć, zmywarka prawdopodobnie pisze wniosek o urlop, a ja nadrabiam Codziennik i myślę sobie, że dobrze czasem wypaść z własnego planu właśnie z takiego powodu. Bo lista rzeczy do zrobienia nigdzie nie ucieknie, pranie również wykazuje zadziwiającą lojalność i zawsze na mnie czeka, za to wspólny obiad, długa rozmowa przy kawie czy śniadanie przeciągnięte zdecydowanie ponad rozsądne normy mają swój konkretny czas.

A teraz oficjalnie zamykam działalność gastronomiczną i wracam do normalnego życia. Przynajmniej do następnych gości.

"Rewolta AI" - Marcin Faliński i Rafał Barnaś o tym, czy nadal to my korzystamy z technologii, czy już ona korzysta z nas

Ostatnio złapałam się na czymś bardzo zwyczajnym. Wzięłam telefon tylko po to, żeby sprawdzić jedną rzecz, a po kilkunastu minutach nadal siedziałam z nim w ręku i właściwie już nie pamiętałam, po co go wzięłam. Wiadomość, Facebook, coś przeczytane po drodze, jeszcze jedno kliknięcie… Znacie to? Pomyślałam wtedy, że chyba nawet nie zauważamy, jak mocno technologia wrosła w nasze życie. I właśnie w tym czasie czytałam „Rewoltę AI” Marcina Falińskiego i Rafała Barnasia. Zbieg okoliczności całkiem niezły.

Od razu Wam powiem - nie była to książka, przy której przepadłam. Pomysł bardzo mnie zainteresował, bo sztuczna inteligencja jest już przecież częścią naszej codzienności i sama korzystam z niej częściej, niż jeszcze kilka lat temu mogłabym przypuszczać. Do tego świat wywiadu, cyberbezpieczeństwo, polityka i pytanie o granice technologii - naprawdę było z czego stworzyć historię, która nie pozwoli mi odłożyć książki. A jednak podczas czytania kilka razy zwyczajnie odpływałam. Wracałam do akapitu, orientowałam się, że oczy przeczytały stronę, ale głowa była zupełnie gdzie indziej. Zabrakło mi emocji i tego charakterystycznego „jeszcze jeden rozdział i idę spać”, które dla mnie jest najlepszym testem dobrej książki.

Nie chcę jednak powiedzieć, że „Rewolta AI” jest złą powieścią. Po prostu nie do końca trafiła w mój czytelniczy gust. Autorzy mają doświadczenie w tematyce służb i świat wywiadowczy jest tutaj mocno obecny. Czytelnicy zainteresowani geopolityką, cyberbezpieczeństwem i mechanizmami działania służb mogą odebrać tę historię zupełnie inaczej niż ja. W recenzjach spotkałam zresztą zarówno duży zachwyt nad realizmem i aktualnością tematu, jak i opinie bardzo podobne do mojej — świetny pomysł, ale podczas czytania trudno utrzymać zainteresowanie.

A jednak coś z tej książki zabieram ze sobą. I paradoksalnie nie jest to żaden szpiegowski wątek, lecz pytanie o naszą relację z technologią. Bo AI nie jest już futurystyczną wizją z filmu science fiction. Jest obok nas. Pomaga pisać, wyszukiwać informacje, pracować, tworzyć obrazy, analizować dane. Potrafi być fantastycznym narzędziem, ale właśnie - narzędziem. „Rewolta AI” przypomniała mi, że warto czasem zadać sobie pytanie, gdzie przebiega granica między korzystaniem z technologii a pozwalaniem, żeby to ona zaczęła wpływać na nasze decyzje, emocje i relacje.

I chyba właśnie tutaj autorzy trafili do mnie najmocniej. Nie przestraszyli mnie wizją robotów przejmujących świat. Bardziej niepokojące okazało się coś znacznie prostszego - świadomość, jak chętnie oddajemy technologii kolejne kawałki własnej codzienności, bo jest szybciej, łatwiej i wygodniej. Nie oznacza to oczywiście, że mamy nagle wyrzucić telefony przez okno. Sama swojego nie oddaję. Ale może od czasu do czasu warto sprawdzić, czy jeszcze to my decydujemy, kiedy odłożyć ekran.

Czy warto przeczytać?

Tutaj nie będzie mojego zwyczajowego „koniecznie!”. Mnie „Rewolta AI” nie porwała i momentami naprawdę musiałam się pilnować, żeby nie zgubić się myślami gdzieś obok książki. Nie czułam napięcia, którego oczekuję od thrillera, a sposób prowadzenia historii nie zawsze mi odpowiadał. Mimo to nie żałuję, że ją przeczytałam, bo sam temat jest aktualny, ciekawy i daje do myślenia. Jeśli interesują Was służby specjalne, cyberbezpieczeństwo, geopolityka i rozwój sztucznej inteligencji, dałabym jej szansę. Jeśli natomiast szukacie thrillera, który chwyci Was od pierwszych stron i będziecie czytać z wypiekami na twarzy — ja tego tutaj nie znalazłam.

I wiecie co? Chyba dobrze, że od czasu do czasu trafia mi się również taka książka. Przecież gdyby każda była „rewelacyjna, genialna i nieodkładalna”, to te naprawdę wyjątkowe przestałyby być wyjątkowe.

Kiedy miasto stygnie po gorącym dniu

Lubię lato, naprawdę lubię, ale przychodzi taki moment, zwykle gdzieś około piętnastej, kiedy zaczynam podejrzewać, że słońce ma do mnie coś osobistego. Asfalt parzy, powietrze stoi, rolety w mieszkaniu są opuszczone niemal jak podczas tajnej operacji, a ja przemieszczam się pomiędzy pokojami z miną człowieka, który właśnie odkrył, że nawet oddychanie może być męczące. W takie dni moje wielkie życiowe ambicje ograniczają się do znalezienia najchłodniejszego miejsca w domu i upewnienia się, że w lodówce jest coś zimnego do picia.

A potem przychodzi wieczór i wszystko zaczyna się zmieniać.

Najpierw bardzo nieśmiało. Otwieram okno i zamiast kolejnej porcji gorącego powietrza czuję lekki chłód. Jeszcze niewielki, ledwie zauważalny, ale wystarczający, żeby natychmiast otworzyć drugie okno, bo skoro pojawił się przeciąg, trzeba korzystać, zanim lato się rozmyśli. Po całym dniu człowiek potrafi cieszyć się z podmuchu powietrza jak z wygranej na loterii.

Miasto też wtedy jakby odpuszcza. Samochodów jest mniej, chodniki przestają świecić od słońca, na balkonach pojawiają się ludzie. Ktoś podlewa kwiaty, ktoś wychodzi z psem, który najwyraźniej przez cały dzień podzielał moje zdanie na temat temperatury, ktoś inny niesie siatkę z zakupami i już nawet się nie spieszy. Z otwartych okien dochodzą fragmenty rozmów, brzęk naczyń, czasem telewizor, a gdzieś dalej dzieci wykorzystują ostatnie minuty dnia, jakby jutro miało już nie nadejść.

Bardzo lubię ten moment.

Po upalnym dniu wieczór smakuje inaczej. Można wreszcie wyjść bez zastanawiania się, czy człowiek stopi się przed najbliższym skrzyżowaniem. Ławki znowu mają swoich stałych bywalców, na chodnikach pojawiają się spacerowicze, a osiedle, które kilka godzin wcześniej wyglądało na wymarłe, zaczyna żyć. Tylko spokojniej, bez dziennego pośpiechu.

Czasem wychodzę wtedy choćby na krótki spacer. Bez konkretnego celu, bez listy rzeczy do załatwienia i bez sprawdzania, ile zrobiłam kroków, bo nie każda czynność musi od razu produkować statystyki. Idę między blokami, patrzę na zapalone okna i mam tę swoją przypadłość, że natychmiast zaczynam się zastanawiać, co dzieje się za nimi. Ktoś właśnie robi kolację, ktoś wrócił z pracy, ktoś rozmawia przez telefon, a ktoś siedzi przy otwartym oknie dokładnie tak jak ja i cieszy się, że wreszcie można oddychać.

W mieście łatwo mieć poczucie, że każdy żyje osobno. Zamykamy drzwi mieszkań, mijamy się na schodach, w windzie wymieniamy krótkie „dzień dobry” i biegniemy dalej. Letnie wieczory trochę to zmieniają. Otwierają okna, wyciągają ludzi na balkony, ławki i chodniki, jakby upał przez cały dzień trzymał nas w ukryciu, a teraz wreszcie pozwolił wyjść.

Najpiękniejsze jest światło. Słońce nie atakuje już z góry, tylko miękko zagląda pomiędzy budynki, kładzie długie cienie na chodniku i nagle nawet zwyczajny blok, śmietnik oraz zaparkowany pod nim samochód wyglądają odrobinę bardziej filmowo. Przez kilka minut wszystko robi się złote, potem niebo powoli blednie, zapalają się pierwsze latarnie i dzień zaczyna zwijać swój kram.

Właśnie wtedy najbardziej lubię lato.

Nie w samo południe, nie na rozgrzanym chodniku i zdecydowanie nie wtedy, kiedy wchodzę do mieszkania i pierwszą rzeczą, jaką robię, jest zaprzyjaźnienie się z wentylatorem. Lubię je wieczorem, kiedy temperatura wreszcie spada, miasto cichnie, a człowiek przestaje z nim walczyć.

Jest w tym jakaś mała ulga, której trudno nie zauważyć. Gorący dzień się kończy, sprawy, które rano wydawały się pilne, mogą poczekać do jutra, a ja mogę po prostu usiąść przy otwartym oknie i posłuchać miasta.

Jeszcze ktoś przejdzie chodnikiem, gdzieś zamkną się drzwi samochodu, zaszczeka pies, z balkonu obok doleci śmiech. Nic szczególnego się nie wydarzy, nikt nie zrobi z tego wiadomości dnia, a jednak właśnie takie chwile zostają ze mną najdłużej.

Miasto powoli stygnie.

Ja chyba razem z nim.

Codziennik Zadumanej #20

Miałam dziś bardzo ambitny plan na popołudnie: usiąść na chwilę z książką. I właściwie na tym można byłoby zakończyć opowieść, gdyby nie fakt, że u mnie „na chwilę” jest pojęciem wyjątkowo elastycznym, szczególnie kiedy trafię na książkę, która bezczelnie nie pozwala się odłożyć. Znalazłam więc ławkę schowaną w zieleni, usiadłam w cieniu i postanowiłam przeczytać kilka stron, tak dla odpoczynku, zanim wrócę do normalnego życia. Kilka stron szybko zamieniło się w rozdział, rozdział zaczął podejrzanie ciągnąć za sobą następny, a normalne życie musiało grzecznie poczekać, bo przecież nie można zostawić bohaterów w takim momencie. Mam swoje zasady.

Lubię takie miejsca, w których świat trochę przycisza głos. Drzewa szumią, gdzieś w oddali toczy się zwyczajne życie, ktoś przechodzi alejką, ptaki prowadzą swoje ważne narady, a ja przez moment nie muszę nigdzie zdążyć. Mogę siedzieć z książką na kolanach, od czasu do czasu oderwać wzrok od strony i zwyczajnie popatrzeć przed siebie. Bez planu, bez poczucia, że ten czas trzeba jakoś rozsądnie wykorzystać. Zresztą coraz częściej dochodzę do wniosku, że siedzenie pod drzewem i czytanie książki jest bardzo rozsądnym wykorzystaniem czasu, tylko nas nauczono, że odpoczynek powinien mieć jakieś alibi.

Kiedyś chyba łatwiej przychodziło mi wymyślanie sobie powodów, dla których najpierw trzeba zrobić jeszcze to, tamto i piętnaście innych rzeczy, a dopiero potem wolno usiąść. Problem polegał na tym, że owo „potem” miało paskudny zwyczaj nie nadchodzić. Zawsze znalazło się coś do zrobienia, poprawienia, posprzątania albo sprawdzenia, a człowiek potrafi być przecież niezwykle kreatywny, kiedy trzeba sobie odebrać pół godziny przyjemności. Teraz uczę się trochę innej kolejności. Jeśli mam ochotę usiąść z książką, to siadam. Kurz naprawdę potrafi zaczekać i, co gorsza, robi to z zadziwiającą cierpliwością.

Dzisiejsze popołudnie nie przyniosło więc żadnych wielkich wydarzeń, przełomów ani historii, którą należałoby opowiadać wnukom przy kominku. Była ławka, książka, dużo zieleni, ciepłe światło przeciskające się przez liście i ja, która przez kawałek dnia była dokładnie tam, gdzie chciała być. I może właśnie dlatego warto je zapisać, bo życie wcale nie składa się wyłącznie z rzeczy wielkich. Znacznie częściej składa się z takich zwyczajnych chwil, które łatwo przeoczyć, czekając na coś bardziej spektakularnego.

A ja chyba coraz mniej czekam. Coraz bardziej lubię to, co jest. Nawet jeśli jest to tylko kawałek cienia pod drzewem, dobra książka i świadomość, że przez najbliższą godzinę świat doskonale poradzi sobie beze mnie. I powiem Wam, że to ostatnie jest wyjątkowo wyzwalające.

Codziennik Zadumanej #19

Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie własny kącik do czytania, taki naprawdę mój, gdzie można zniknąć z książką na godzinę, dwie albo do momentu, kiedy człowiek zorientuje się, że jest ciemno, herbata dawno wystygła, a zwierzęta zaczynają demonstracyjnie przypominać o kolacji. W końcu przestałam tylko o nim myśleć, kupiłam fotel oraz lampę połączoną ze stolikiem i urządziłam sobie mały czytelniczy azyl. Wszystko pięknie ustawiłam, dołożyłam poduszkę ze słonecznikiem, książkę, świeczkę i zadowolona spojrzałam na efekt. Brakowało tylko mnie. Jak się szybko okazało, zupełnie niepotrzebnie.

Koty przeprowadziły odbiór techniczny jeszcze zanim zdążyłam porządnie nacieszyć się zakupem. Fotel został obwąchany, obejrzany, sprawdzony pod kątem miękkości i najwyraźniej zatwierdzony do użytku. Koci oczywiście. Człowiek może sobie kupić fotel, zapłacić za niego, przywieźć do domu, ustawić w wybranym miejscu, a nawet naiwnie nazwać go „swoim”, ale ostateczna decyzja dotycząca własności zapada gdzieś zupełnie wyżej. Patrząc na Rikarda - lokatora widocznego na zdjęciu, mam wrażenie, że decyzja już zapadła i nie przewidziano procedury odwoławczej.

Muszę jednak przyznać, że wyszło dokładnie tak, jak chciałam. Mam książki na wyciągnięcie ręki, wygodny fotel, ciepłe światło lampy, obok miejsce na kubek, a dookoła moje rośliny i wszystkie te drobiazgi, dzięki którym mieszkanie przestaje być tylko mieszkaniem, a staje się domem. Pewnie czasem zamiast czytać będę siedziała i patrzyła przez okno, czasem przysnę po trzech stronach, innym razem przeczytam pół książki za jednym zamachem, a bardzo możliwe, że najczęściej będę prowadziła negocjacje z kotami w sprawie udostępnienia mi choć połowy fotela.

I chyba właśnie takie małe miejsca lubię najbardziej. Nie muszą wyglądać jak z katalogu, nie potrzebują wielkiego metrażu ani specjalnej okazji, żeby z nich korzystać. Wystarczy kawałek domu, w którym człowiekowi po prostu dobrze się siedzi, czyta, myśli albo nic nie robi bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Z wiekiem coraz bardziej doceniam właśnie takie drobne przyjemności i coraz mniej potrzebuję powodów, żeby je sobie sprawiać.

Pozostaje tylko ustalić grafik korzystania z fotela. Mam pewne podejrzenia, że jako osoba finansująca całe przedsięwzięcie dostanę najmniej dogodny termin.

Słowa, które dobrze mieć na oku

Mam słabość do słów. Nie do tych wielkich, nadętych i brzmiących tak poważnie, że człowiek od razu powinien usiąść prosto, tylko do takich, które trafiają dokładnie tam, gdzie trzeba. Czasem przeczytam jedno zdanie w książce, zobaczę cytat gdzieś przypadkiem albo usłyszę coś w rozmowie i nagle myślę: „O, to jest moje”. Zapisuję, robię zdjęcie, wysyłam sama sobie, żeby na pewno nie zgubić, po czym oczywiście po tygodniu nie mam zielonego pojęcia, gdzie to zapisałam. Telefon twierdzi, że posiada kilka tysięcy zdjęć, ja twierdzę, że gdzieś wśród nich jest ten genialny cytat, a znalezienie go zaczyna przypominać poszukiwanie bursztynowej komnaty.

Dlatego jakiś czas temu pomyślałam, że skoro pewne słowa są dla mnie ważne, to może zamiast chować je w telefonie, warto postawić je sobie przed nosem. Dosłownie. Wystarczy zwykła ramka, kartka papieru i coś do pisania, a jeśli ktoś ma drukarkę, można zaszaleć i poczuć się przez pięć minut jak właściciel profesjonalnej pracowni graficznej. Wybieram zdanie, które akurat jest mi bliskie, drukuję je albo zapisuję ręcznie, wkładam do ramki i gotowe. Bez wielkiego projektu, zakupów za pół pensji i oglądania siedemnastu tutoriali pod tytułem „proste DIY”, po których okazuje się, że do wykonania potrzebna jest piła stołowa, specjalistyczny klej sprowadzany z Japonii i trzy wolne weekendy.

Najbardziej podoba mi się właśnie ta prostota. Ramkę można znaleźć w domu, wykorzystać starą, przemalować albo kupić za kilka złotych. Tło może być zupełnie białe, kolorowe, z kawałka ładnego papieru albo materiału. Jeśli charakter pisma przypomina zapis człowieka jadącego autobusem po bardzo dziurawej drodze, pozostaje drukarka. Jeśli przeciwnie, lubicie własne pismo, tym lepiej, bo taki obrazek staje się jeszcze bardziej osobisty. Nie musi być równiutko i perfekcyjnie, bo przecież ma wisieć albo stać w naszym domu, a nie zdawać egzamin z kaligrafii.

Najważniejsze jest dla mnie to, co znajdzie się w środku. Nie wybieram zdań dlatego, że są modne albo pięknie wyglądają na grafice. Szukam takich, przy których coś we mnie się zatrzymuje. Czasami potrzebuję przypomnienia, żeby nie martwić się na zapas, innym razem, żeby bardziej doceniać to, co już mam, a jeszcze kiedy indziej przydaje mi się zwyczajne: dasz radę, tylko nie próbuj zrobić wszystkiego jednego dnia. To ostatnie powinnam chyba oprawić w największą ramę, jaką znajdę.

Lubię stawiać takie obrazki tam, gdzie naprawdę na nie patrzę. Nie w kącie, do którego zaglądam dwa razy w roku podczas większych porządków, ale na komodzie, półce, przy biurku czy w kuchni. Dzięki temu zdanie, które było ważne w chwili, kiedy je wybrałam, wraca do mnie przy okazji zupełnie zwyczajnych czynności. Przechodzę obok z praniem, szukam kluczy, poprawiam kwiatka, który zdecydowanie rośnie w innym kierunku, niż sobie zaplanowałam, i kątem oka widzę kilka słów. Czasem właśnie wtedy są najbardziej potrzebne.

Nie wierzę, że cytat w ramce rozwiąże problemy, odmieni życie do poniedziałku i sprawi, że od rana będziemy pełni energii, wdzięczności i gotowi przebiec dziesięć kilometrów przed śniadaniem. U mnie na pewno tak to nie działa. Lubię jednak otaczać się rzeczami, które przypominają mi o tym, co dla mnie ważne. Skoro i tak na ścianach i półkach coś stoi, może oprócz dekoracji znaleźć się tam również kilka słów, które mają znaczenie.

Takie obrazki mają jeszcze jedną zaletę. Można je zmieniać. Zdanie, którego potrzebowałam pół roku temu, dziś może już zupełnie do mnie nie przemawiać i nie ma w tym nic dziwnego. Wyjmuję kartkę, wkładam nową i ramka zaczyna opowiadać kolejny kawałek mojego życia. Trochę jak mały pamiętnik, tylko zamiast chować go w szufladzie, stawiam go na widoku.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo lubię takie proste domowe projekty. Powstają z rzeczy, które często już mamy, nie wymagają szczególnych zdolności, a mimo to są naprawdę nasze. Można zrobić jeden obrazek albo kilka, ustawić je razem, podarować komuś bliskiemu albo co jakiś czas wymieniać znajdujące się w nich słowa. Najważniejsze, żeby nie wybierać cytatu dla innych, tylko dla siebie.

Bo czasem człowiek naprawdę potrzebuje, żeby ktoś mu przypomniał coś ważnego. A skoro akurat nikogo nie ma pod ręką, dobrze mieć to napisane w ramce.

Codziennik Zadumanej #18

No i stało się. Oficjalnie otworzyłam sezon na jesienne szaleństwo, chociaż kalendarz patrzy na mnie z lekkim politowaniem, lato jeszcze całkiem nieźle sobie radzi, a człowiek powinien raczej zastanawiać się, czy wieczorem usiądzie na balkonie, niż ustawiać na stole dynie i muchomory. Na swoją obronę mam jednak bardzo mocny argument – wyprzedaże. Skoro sklepy zaczęły przeceniać jesienne dekoracje w połowie sierpnia, to przecież nie będę się sprzeciwiała gospodarce. Poszłam tylko zobaczyć, a wróciłam z dynią, serwetkami, podkładkami, dwoma dorodnymi muchomorami i dyfuzorami wyglądającymi jak małe dynie. Czyli klasycznie: niczego nie potrzebowałam, wszystko było konieczne.

Jesień ma nade mną jakąś przedziwną władzę. Mogę przez pół roku rozsądnie omijać półki z dekoracjami, przekonywać samą siebie, że mam już wszystko, czego potrzebuję, a potem pojawia się pierwsza dynia i cały rozsądek idzie na urlop. Uwielbiam ten moment, kiedy wieczory robią się chłodniejsze, można wreszcie otworzyć okna bez wpuszczania do domu powietrza z piekarnika, zapalić świece i lampki, zrobić herbatę w wielkim kubku, przykryć się kocem i bez najmniejszych wyrzutów sumienia spędzić pół wieczoru z książką. Lubię zapach mokrych liści, poranne mgły, kasztany, kolory drzew i ten charakterystyczny jesienny spokój, który przychodzi po rozbieganym lecie. Nawet deszcz mi wtedy specjalnie nie przeszkadza, pod warunkiem oczywiście, że oglądam go przez okno, a nie stoję na przystanku z wodą chlupiącą w butach, bo moja miłość do jesieni ma jednak swoje granice.

Najbardziej bawi mnie tylko to, że jeszcze niedawno człowiek czekał na pierwsze jesienne dekoracje pod koniec sierpnia, a teraz w połowie miesiąca trafia na ich wyprzedaż. W tym tempie za chwilę pójdę po płyn do naczyń i między chemią gospodarczą a karmą dla kota znajdę bombki. Nie zdziwię się nawet szczególnie, tylko sprawdzę cenę, bo najwyraźniej współczesne pory roku trzeba brać wtedy, kiedy akurat są w promocji.

Moje dzisiejsze zdobycze stoją więc już na stole i bardzo dobrze się tam czują. Muchomory wyglądają, jakby właśnie wyszły z jakiejś bajki, dynie rozpoczęły bezkrwawą okupację mieszkania, a ja patrzę na to wszystko zadowolona i nawet nie próbuję udawać, że będę czekała do września. Przecież nie muszę od razu chować letnich sukienek, wyciągać koców i gotować zupy dyniowej. Mogę po prostu powoli wpuszczać do domu tę porę roku, którą tak lubię, po jednej dyni, jednym zapachu i jednym małym szaleństwie naraz.

Bo chyba właśnie z takich drobiazgów składa się przyjemność z codzienności. Nie zawsze trzeba czekać na właściwy dzień w kalendarzu, wielką okazję albo czyjeś pozwolenie, żeby zrobić sobie trochę dobrze. Czasem wystarczy kupić przecenionego muchomora w sierpniu i mieć z niego absurdalnie dużo radości.

A skoro radość była na wyprzedaży, to grzechem byłoby nie skorzystać.