Zbrodnia wśród choinek, czyli jak domknęłam świąteczno-zimowe czytanie
Zimowe wyzwanie czytelnicze dobiegło u mnie końca. Czytałam książki świąteczno-zimowe aż do 2 lutego, trochę na przekór kalendarzowi, a trochę dlatego, że zima, przynajmniej ta wewnętrzna, nie kończy się razem z choinką. Na sam finał zostawiłam klasykę: Morderstwo w Boże Narodzenie Agathy Christie. Czytałam tę książkę już bez pośpiechu. Bez potrzeby „wchłaniania świąt”. Bardziej jak pożegnanie z tym okresem, spokojne, uważne, z lekką nostalgią. Christie, jak to ona, nie potrzebuje fajerwerków. Wystarczy jej dobrze postawiona zagadka, zamknięta przestrzeń i ludzie, którzy pod warstwą uprzejmości skrywają znacznie więcej, niż chcieliby pokazać.
Boże Narodzenie w tej powieści nie jest tłem ciepłym i miękkim. Jest kontrastem. Ciszą, w którą nagle wdziera się zbrodnia. A ten kontrast działa do dziś - może nawet mocniej, gdy czyta się już „po wszystkim”, kiedy świąteczny nastrój opadł, a codzienność wróciła na swoje miejsce.
To kryminał, który nie spieszy się z odpowiedziami. Poirot obserwuje, słucha, pozwala ludziom mówić - i milczeć. A my razem z nim uczymy się, że w rodzinnych spotkaniach bywa więcej napięcia, niż chcielibyśmy przyznać. I że święta, choć piękne, potrafią wydobyć na powierzchnię to, co przez resztę roku jest skrzętnie ukrywane.
Na zakończenie zimowego czytania ta książka wybrzmiała bardzo czysto. Bez emocjonalnego nadmiaru, bez sentymentalnego zamknięcia. Raczej jak spokojne zgaszenie światła w pokoju, w którym było ciepło, ale czas już wyjść. I chyba właśnie dlatego wybrałam ją na koniec. Bo Morderstwo w Boże Narodzenie nie rozprasza. Porządkuje. Zostawia czytelnika z myślą, że każda pora roku - także ta zimowa - ma swój właściwy moment zakończenia.
Zamykam więc zimowe wyzwanie w ciszy. Z książką odłożoną na półkę. Z wdzięcznością za czas, który pozwolił czytać wolniej i uważniej. I z poczuciem, że nie trzeba hałasu, by coś się naprawdę domknęło.
