Złote kwiaty — Magdalena Sobota o tym, że po największym pęknięciu człowiek już nigdy nie wraca do dawnej wersji siebie

Są takie książki, przy których od początku czuć, że to nie będzie tylko zagadka do rozwiązania. Że pod warstwą śledztwa siedzi coś bardziej niewygodnego. Coś, co dotyczy nie tylko tego, co się wydarzyło, ale też co zostało w człowieku po wszystkim. Tak czytałam Złote kwiaty Magdaleny Soboty.

Najmocniej wybrzmiała dla mnie Hermina. Nie jako „twarda bohaterka od zadań specjalnych”, tylko jako ktoś, kto już swoje przeszedł i nie udaje, że nic się nie stało. To chyba właśnie lubię w takich historiach najbardziej - kiedy bohater nie jest z żelaza, tylko z emocji, ze zmęczenia, z prób pozbierania się po tym, co już go kiedyś złamało. Hermina w tym tomie dochodzi do siebie po poprzedniej sprawie, mieszka z matką i ojczymem, przechodzi rehabilitację i leczenie, a jednak znów wchodzi w coś, co może ją kosztować więcej, niż planowała.

I może właśnie dlatego ta książka nie działa na mnie jak zwykły kryminał. Tu nie chodzi tylko o tropy, napięcie i kolejne odkrycia. Bardziej o to, że człowiek czasem wraca do świata, zanim naprawdę zdąży odzyskać grunt pod nogami. Bo trzeba czymś zająć myśli. Bo cisza bywa gorsza niż ryzyko.

W Złotych kwiatach jest też coś, co bardzo lubię w thrillerach psychologicznych: poczucie, że prawda nie leży sobie grzecznie na środku stołu. Trzeba ją wydrapywać warstwa po warstwie. A im dalej, tym mniej człowiek ma pewności, czy naprawdę chce wiedzieć wszystko.

Podoba mi się też sam kontrast wpisany w ten tytuł. „Złote kwiaty” brzmią prawie delikatnie, może nawet ładnie, a przecież to nie jest historia miękka ani ozdobna. I właśnie to zderzenie robi klimat - coś pięknego z nazwy i coś mrocznego pod spodem. Zwracały na to uwagę także recenzje, podkreślając, że tytuł i okładka mogą mylić, bo sama opowieść jest dużo ciemniejsza, niż sugeruje pierwsze wrażenie.

Czytałam tę książkę z takim uczuciem, że nie wszystko da się naprawić szybko. Że są rany, które nie znikają po jednym „będzie dobrze”. I że czasem największą odwagą nie jest złapać sprawcę, tylko w ogóle wstać i wrócić do świata, kiedy najchętniej człowiek schowałby się przed nim cały.

To nie jest historia, która głaszcze czytelnika po głowie. Raczej taka, która siada obok i mówi: „No dobrze. To teraz zobaczmy, co zostało po burzy”. I chyba właśnie dlatego została ze mną dłużej.

Wiosenne bingo – czyli jak powoli wracać do życia

Wiosna nie wchodzi z hukiem. Nie robi zamieszania. Nie puka głośno do drzwi. Ona raczej… się pojawia. Najpierw trochę światła więcej. Potem mniej ciężkie poranki. A potem coś, czego nie da się do końca nazwać — jakby w środku robiło się lżej. I właśnie wtedy, gdzieś między „jeszcze zimą” a „już wiosną”, dobrze trafia do mnie coś bardzo prostego. Wiosenne bingo. Podobne do tego zimowego, tylko… inne w odczuciu. Bo zima była o przetrwaniu i szukaniu ciepła. A wiosna jest o powrocie. Powrocie do siebie. Do energii. Do życia, które znowu chce się wydarzać.


Bingo działa dokładnie tak samo jak zimą — bierzesz planszę, wpisujesz drobiazgi, które pasują do tej pory roku i… zauważasz. Bo właśnie o to w tym chodzi. Nie o robienie. O widzenie. Bo kiedy dorosłość zamienia wszystko w listę zadań, takie bingo robi coś odwrotnego - zamienia codzienność w coś lekkiego, prawie jak zabawę.

I nagle: otwarte okno to nie „trzeba przewietrzyć”, tylko małe zwycięstwo, spacer to nie obowiązek, tylko punkt na planszy, a uśmiech wraca trochę szybciej niż zwykle. Po co to wszystko? Po to, żeby nie przegapić momentu, w którym coś w nas zaczyna odmarzać. Bo wiosna nie zawsze przychodzi spektakularnie. Często przychodzi po cichu. A bingo pomaga ją zauważyć.

Daje zgodę na to, że nie trzeba od razu mieć energii do wszystkiego. Że można wracać powoli. Że można być jeszcze trochę zmęczonym — i to też jest w porządku. I może właśnie dlatego warto w tej porze roku zamienić „muszę się ogarnąć” na: „zobaczę, co dziś się wydarzy”. A co może znaleźć się w wiosennym bingo?

Na przykład takie drobiazgi:

  • otworzyć okno na dłużej niż zwykle

  • poczuć słońce na twarzy

  • wyjść na spacer bez kurtki (albo w lżejszej)

  • zauważyć pierwsze kwiaty

  • posłuchać śpiewu ptaków

  • zrobić coś spontanicznie

  • wypić kawę lub herbatę przy otwartym oknie

  • zrobić małe porządki w jednej przestrzeni

  • wpuścić świeże powietrze do domu

  • założyć coś jaśniejszego niż zwykle

  • złapać chwilę energii i nie zmarnować jej na „muszę”

  • pozwolić sobie na nowy początek (choćby mały)

  • zapisać jedną dobrą myśl

  • poczuć, że „już trochę lżej”

  • zrobić coś pierwszy raz po zimie

  • uśmiechnąć się bez powodu

Nic wielkiego. A jednak wystarczająco, żeby poczuć zmianę.

Wiosenne bingo nie zmieni życia. Ale może zmienić sposób, w jaki je przeżywasz. I może właśnie o to chodzi. Nie żeby wiosna była idealna. Tylko żeby była zauważona.


Porządek – czego potrzebuję w domu i w głowie

Powiem Ci coś szczerze. Ja nie jestem osobą, która ma zawsze idealny porządek. Serio. Zdarza mi się zostawić kubek na stole. Książkę na kanapie. Notatnik w trzech różnych miejscach jednocześnie. I jeszcze przez chwilę udawać, że „to tylko na moment”. Tyle że z czasem zauważyłam jedną rzecz. Bałagan w domu bardzo często robi bałagan w głowie. Może też tak masz?


Dom mówi o tym, jak się czujemy

Kiedy w życiu jest spokojniej, jakoś łatwiej utrzymać porządek. Naczynia znikają ze zlewu szybciej. Rzeczy wracają na swoje miejsce. Ale kiedy w środku jest chaos… dom zaczyna to pokazywać. Stosy papierów. Rzeczy „do ogarnięcia później”. Szafka, której lepiej nie otwierać przy świadkach. I nie mówię tego z pozycji perfekcjonistki. Mówię to jako ktoś, kto wiele razy odkładał porządkowanie, bo w głowie było za dużo.

Porządek nie oznacza idealności

Kiedyś myślałam, że porządek to dom z katalogu. Wiesz – wszystko białe, równe, poukładane, pachnące jak reklama płynu do podłóg. Ale prawdziwy porządek wygląda trochę inaczej. To nie perfekcja. To spokój. To świadomość, że wiesz gdzie coś jest. Że nie potykasz się o rzeczy z przeszłości. Że Twój dom nie krzyczy do Ciebie z każdego kąta: „zrób coś ze mną”.

Czasem porządek to po prostu:

– ogarnięty stół
– świeża pościel
– pusty zlew
– kilka rzeczy mniej

I już oddycha się trochę lżej.

Największy porządek robi się w głowie

Ale prawda jest taka, że najtrudniejszy bałagan wcale nie leży na półce. On siedzi w głowie. Myśli, które krążą w kółko. Sprawy, które ciągną się miesiącami. Decyzje odkładane na później. Czasem potrzebujemy zrobić dokładnie to samo, co w domu. Posprzątać. Zadać sobie pytanie: co jest naprawdę ważne, a co tylko zajmuje miejsce?

Bo nie wszystko trzeba nosić ze sobą. Niektóre sprawy można zamknąć. Niektóre relacje odłożyć. Niektóre oczekiwania po prostu wyrzucić. I nagle robi się więcej przestrzeni.

Mój ulubiony rodzaj porządku

Najbardziej lubię taki zwyczajny. Nie sterylny. Nie katalogowy. Taki, w którym: na stole stoi kubek z herbatą, książka jest trochę rozczytana, a w domu czuć życie. Ale jednocześnie jest lekko. Nie przytłacza mnie ilość rzeczy. Nie gubię się w swoim własnym świecie. Po prostu wiem, gdzie jestem.

A Ty?

Jestem ciekawa jednej rzeczy. Czego Ty najbardziej potrzebujesz, żeby poczuć porządek – w domu albo w głowie? Czasem to wcale nie jest wielkie sprzątanie. Czasem wystarczy jedna decyzja. Jedna rozmowa. Jedna szuflada mniej. I nagle robi się trochę więcej miejsca na… spokój.

Ostatni #Live (audiobook) — Artur Venivinci o tym, jak łatwo pomylić oglądanie życia z jego przeżywaniem

Słuchanie audiobooków ma w sobie coś wyjątkowego. Można robić tysiąc rzeczy – spacerować, sprzątać, gotować – a jednocześnie zanurzyć się w czyjejś historii. I czasem ta historia wchodzi w głowę mocniej, niż się człowiek spodziewa. Tak było u mnie z audiobookiem „Ostatni #Live” Artura Venivinciego. Już sam pomysł jest mocno osadzony w naszej rzeczywistości: świat transmisji na żywo, internetowej popularności, ludzi obserwujących cudze życie niemal w czasie rzeczywistym. Niby wszyscy to znamy. Niby to codzienność. A jednak kiedy zaczyna się słuchać tej historii, pojawia się pytanie: ile w tym jeszcze prawdziwego życia, a ile już tylko spektaklu?

Ta opowieść ma w sobie napięcie, ale nie tylko takie thrillerowe. Bardziej psychologiczne. Takie, które sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad tym, jak bardzo media społecznościowe potrafią zmieniać sposób patrzenia na świat i na innych ludzi.

Podczas słuchania kilka razy złapałam się na myśli, że to trochę przerażające, jak łatwo dziś wszystko może stać się widowiskiem. Emocje, dramaty, prywatność… wszystko można pokazać na żywo. A ktoś po drugiej stronie ekranu kliknie „lubię to”, napisze komentarz i pójdzie dalej.

Audiobook ma jeszcze jedną zaletę – tempo. Dobrze się go słucha, historia prowadzi słuchacza do przodu i trudno zrobić sobie przerwę. A to zawsze dla mnie dobry znak.

Ale najbardziej zostało mi po nim coś innego. Myśl, że w świecie, w którym wszystko można transmitować na żywo, coraz trudniej znaleźć miejsce na ciszę. Na prywatność. Na bycie sobą bez publiczności.

I może właśnie dlatego ta historia zostaje w głowie trochę dłużej. Bo przypomina, że życie nie zawsze powinno być „na żywo”. Czasem warto je po prostu przeżyć.

Niepewność – czego mnie uczy

Są takie dni, kiedy wszystko wydaje się trochę… zawieszone w powietrzu. Nie wiadomo, co będzie dalej. Czy plan się uda. Czy decyzja była dobra. Czy to, co budujesz, naprawdę dokądś prowadzi. Jeśli masz dziś taki dzień – usiądź na chwilę obok mnie. Pogadamy o niepewności. Bo wiesz co? Ja się jej kiedyś bardzo bałam. Niepewność była dla mnie jak mgła na drodze. Taka gęsta, że człowiek ma ochotę zawrócić do domu i schować się pod kocem z herbatą. Najlepiej malinową. Z dużą ilością miodu. I świętym spokojem. Tylko że życie rzadko pyta nas o zgodę na mgłę.

Niepewność uczy pokory

Kiedy wszystko w życiu jest poukładane, łatwo uwierzyć, że mamy nad wszystkim kontrolę. Plan, lista, kalendarz, harmonogram. A potem przychodzi życie i mówi: „No dobrze, zobaczymy.” Niepewność przypomina mi, że nie wszystko zależy ode mnie. I wbrew pozorom – to jest bardzo uwalniające. Bo nie muszę wiedzieć wszystkiego. Nie muszę mieć planu na każdą minutę przyszłości. Czasem wystarczy zrobić następny mały krok.

Niepewność uczy odwagi

To brzmi trochę paradoksalnie. Bo przecież odwaga kojarzy się z pewnością, prawda? Z kimś, kto wie dokładnie, dokąd idzie. Tylko że prawdziwa odwaga zaczyna się wtedy, gdy nie wiesz, a mimo to idziesz dalej. Kiedy robisz coś pierwszy raz. Kiedy zmieniasz swoje życie. Kiedy zaczynasz od nowa. I wiesz co jest w tym najlepsze? Za każdym razem, gdy przechodzisz przez coś niepewnego, okazuje się, że jesteś trochę silniejsza, niż myślałaś.

Niepewność uczy zaufania

Nie mówię tu tylko o zaufaniu do ludzi. Chodzi o coś głębszego. O to spokojne przekonanie, że nawet jeśli dziś czegoś nie rozumiem, to życie jakoś… się układa. Czasem wolniej. Czasem krzywo. Czasem zupełnie inaczej niż planowałam. Ale bardzo często – lepiej, niż się spodziewałam. I powiem Ci coś jeszcze. Niepewność potrafi otworzyć drzwi, których nigdy byśmy sami nie znaleźli.

Niepewność uczy wdzięczności

Kiedy nie wiesz, co będzie jutro, zaczynasz bardziej doceniać dzisiejszy dzień. Zwykłe rzeczy nagle stają się ważne. Ciepła herbata. Rozmowa z kimś życzliwym. Spacer bez pośpiechu. Mały sukces, który jeszcze rok temu wydawał się niemożliwy. Niepewność uczy mnie patrzeć na życie trochę uważniej. Bo skoro nie wszystko jest gwarantowane… to warto naprawdę przeżywać to, co jest teraz.

A jeśli dziś czujesz niepewność… to chcę Ci powiedzieć jedno. Nie jesteś w tym sam. Naprawdę bardzo wielu z nas idzie przez życie trochę po omacku. Tylko nie każdy się do tego przyznaje. Niepewność nie jest znakiem, że robisz coś źle. Czasem jest znakiem, że właśnie zaczynasz coś nowego. A nowe rzeczy zawsze mają w sobie trochę mgły. Dlatego zamiast z nią walczyć, spróbuj zrobić coś prostego: Zrób jeden krok. Potem drugi. A reszta drogi – powoli się pokaże. I kto wie… może za jakiś czas spojrzysz wstecz i pomyślisz: „To właśnie ta niepewność nauczyła mnie najwięcej.”

Jeśli masz ochotę, napisz w komentarzu: czego Ciebie nauczyła niepewność? Chętnie poczytam Twoją historię. Bo mam wrażenie, że każda z nich jest trochę inna… i każda jest ważna.

Pół miesiąca – co już się zmieniło

Minęło pół miesiąca. Tylko piętnaście dni. Niby nic wielkiego, prawda? A jednak… jeśli się zatrzymasz i spojrzysz uważniej, może się okazać, że coś już drgnęło. Może nie spektakularnie. Może nie z fajerwerkami. Ale jednak. Powiedz mi szczerze – zauważyłaś coś u siebie przez te ostatnie dni? Bo wiesz, my często czekamy na wielkie zmiany. Takie, które aż widać z kosmosu. Tymczasem życie zmienia się raczej po cichu. Jak wiosna, która nie robi konferencji prasowej, tylko nagle któregoś dnia widzisz pierwszy zielony listek.


I myślę, że z nami jest podobnie. Może zaczęłaś trochę inaczej patrzeć na siebie. Może coś odpuściłaś, co wcześniej trzymałaś kurczowo. Może jeden dzień był spokojniejszy. Może jedna rozmowa była bardziej prawdziwa. Może pierwszy raz od dawna powiedziałaś: „dobra, wystarczy na dziś”. To są małe rzeczy. Ale wiesz co? Z takich rzeczy składa się całe życie.

Ja też kiedyś myślałam, że zmiana to musi być wielki przełom. Taki moment: od dziś wszystko będzie inaczej! A potem życie pokazało mi, że prawdziwa zmiana jest trochę bardziej… niepozorna. Czasem wygląda jak:

– wypita kawa w ciszy
– spacer bez telefonu
– decyzja, żeby nie przejmować się czymś po raz setny
– albo zwykłe: „dziś dam sobie trochę łagodności”.

I nagle po dwóch tygodniach orientujesz się, że coś w środku jest spokojniejsze. Nie idealne. Spokojniejsze.

To jest ogromna różnica.

Bo wiesz, my często jesteśmy dla siebie strasznie surowi. Oczekujemy od siebie, że już, natychmiast, perfekcyjnie. A życie – jak na złość – jest bardziej jak powolne dojrzewanie niż szybka metamorfoza z programu w telewizji.

Pół miesiąca to dobry moment, żeby zadać sobie jedno pytanie: co już się zmieniło, choćby odrobinę?

Nie chodzi o to, żeby się rozliczać. Raczej żeby zauważyć dobro, które już się wydarzyło. Bo bardzo łatwo widzieć tylko to, czego jeszcze nie ma. A przecież w tobie już coś pracuje.

Może uczysz się większej cierpliwości. Może bardziej słuchasz siebie. Może mniej się porównujesz. Może po prostu próbujesz żyć trochę spokojniej. I to jest naprawdę dużo.

Dlatego dziś mam dla ciebie małą propozycję. Zatrzymaj się na chwilę. Tak naprawdę. I pomyśl:

– z czego w ostatnich dniach jesteś trochę dumna?
– co zrobiłaś inaczej niż kiedyś?
– gdzie byłaś dla siebie bardziej dobra?

Jeśli znajdziesz choć jedną rzecz – to znaczy, że ta droga już działa.

A jeśli jeszcze jej nie widzisz – spokojnie. Czasem zmiany są jak drożdżowe ciasto. Najpierw nic się nie dzieje, a potem nagle rośnie.

I wiesz co? Ja bardzo lubię ten moment, kiedy człowiek zaczyna rozumieć, że nie musi wszystkiego robić idealnie. Wystarczy robić krok po kroku. Pół miesiąca za nami. Kolejne dni przed nami. Idziemy dalej? Spokojnie. Razem. 

Ogród zły - Magdalena Sobota o miejscach, które potrafią przechowywać ludzkie historie

Są takie książki, które czyta się jak powieść. I są takie, które czyta się jak powolne odkrywanie czyjejś przeszłości — warstwa po warstwie, jakby ktoś odgarniał ziemię z dawno zapomnianych korzeni. Ogród zły Magdaleny Soboty należy właśnie do tej drugiej kategorii. To historia, która nie buduje napięcia krzykiem ani gwałtownymi zwrotami akcji. Raczej powoli prowadzi czytelnika przez miejsca, wspomnienia i emocje, które długo były ukryte. A im dalej się czyta, tym wyraźniej widać, że przeszłość wcale nie znika tylko dlatego, że ktoś przestaje o niej mówić.

Najbardziej poruszyło mnie w tej książce to, jak bardzo przestrzeń potrafi być nośnikiem pamięci. Domy, ogrody, stare miejsca — niby zwyczajne, a jednak przechowujące historie ludzi, którzy kiedyś w nich żyli. I choć czas mija, to pewne ślady zostają. Czasem w przedmiotach. Czasem w opowieściach. Czasem tylko w milczeniu.

Czytając, miałam wrażenie, że ta historia bardziej odsłania emocje niż wydarzenia. Wiele rzeczy dzieje się pomiędzy słowami. W spojrzeniach bohaterów, w niedopowiedzeniach, w tym, co przez lata było zamiatane pod dywan.

Magdalena Sobota pisze spokojnie, ale uważnie. Jej narracja nie przyspiesza życia bohaterów - raczej pozwala im wybrzmieć. Dzięki temu czytelnik ma czas zatrzymać się przy tym, co w tej historii najważniejsze: przy ludzkich wyborach, błędach i próbach pogodzenia się z tym, czego już nie da się zmienić.

Po skończeniu Ogrodu złego zostało we mnie poczucie, że niektórych miejsc nie da się całkiem opuścić. Nawet jeśli fizycznie z nich wyjedziemy, coś z nich zostaje w nas. Jak zapach ziemi po deszczu albo stara ścieżka, którą kiedyś chodziło się codziennie.

I może właśnie dlatego ta książka tak dobrze pasuje do spokojnego czytania - takiego, które nie szuka tylko historii, ale także chwili refleksji. Bo czasem trzeba zajrzeć do przeszłości nie po to, żeby ją zmieniać. Tylko po to, żeby w końcu ją zrozumieć.

Kolory, które wracają po zimie

Zima ma w sobie dużo ciszy. Krótkie dni, długie wieczory, świat trochę przygaszony. Kolory są jakby spokojniejsze. Biel, szarość, czasem ciemne niebo nad miastem. Lubię tę ciszę zimy, ale zawsze przychodzi moment, kiedy zaczynam tęsknić za kolorami.


Najpierw pojawiają się bardzo nieśmiało. Mały zielony listek przy chodniku. Pierwsze kwiaty na targu. Słońce, które nagle świeci trochę mocniej niż wczoraj. I wtedy czuję, że coś wraca. Nie tylko w przyrodzie. We mnie też.

Po zimie wraca we mnie zieleń nadziei. Taka spokojna myśl, że jeszcze wiele rzeczy może się wydarzyć.

Wraca też żółć radości z małych rzeczy. Spacer bez pośpiechu. Okno otwarte na świeże powietrze. Śmiech, który pojawia się zupełnie niespodziewanie.

Czasem wraca także róż marzeń. Takich drobnych, trochę nieśmiałych, które jeszcze nie są planem, ale już pojawiają się w głowie.

I nawet jeśli nie wszystko od razu staje się jasne i kolorowe, to czuję jedno. Zima nie zabiera wszystkiego. Ona czasem tylko przykrywa kolory na chwilę. A potem przychodzi moment, kiedy powoli zaczynają wracać. Najpierw jeden. Potem drugi. Aż nagle okazuje się, że świat znów jest pełen barw. I może właśnie dlatego tak lubię ten czas między zimą a wiosną. Bo przypomina mi, że nawet jeśli w życiu pojawia się trochę szarości, kolory zawsze gdzieś czekają, żeby wrócić.

Wdzięczność marcowa – trzy drobiazgi

Marzec jest miesiącem przejścia. Jeszcze trochę zimy w powietrzu, jeszcze poranki, które potrafią być chłodne i nieśmiałe. Ale jednocześnie pojawia się coś nowego. Trochę więcej światła w oknie. Trochę więcej zieleni przy chodniku. Trochę więcej nadziei, której zimą czasem brakuje.

Lubię w takich momentach zatrzymać się na chwilę i pomyśleć o drobiazgach, za które mogę być wdzięczna. Nie wielkich rzeczach. Nie przełomowych wydarzeniach. Tylko małych fragmentach codzienności. W tym roku w marcu szczególnie widzę trzy.

Pierwszy to światło. To moment, kiedy rano nie trzeba już zapalać lampy tak wcześnie. Słońce wchodzi do pokoju i przypomina, że dni będą coraz dłuższe.

Drugi to spokój zwykłego dnia. Czasem nic nadzwyczajnego się nie wydarza. Jest kawa, kilka rozmów, spacer, może książka wieczorem. Kiedyś myślałam, że takie dni są „zwykłe”. Dziś widzę, że to właśnie one są najcenniejsze.

Trzeci drobiazg to nadzieja, która pojawia się nie wiadomo skąd. Nie jest głośna. Nie przychodzi z wielkimi deklaracjami. Raczej z cichą myślą: może będzie dobrze. I czasem to naprawdę wystarczy.

Marzec uczy mnie jednego. Nie wszystko musi być spektakularne, żeby było dobre. Czasem trzy małe drobiazgi potrafią rozjaśnić cały dzień. A kiedy zaczynam je zauważać, nagle okazuje się, że wdzięczności jest znacznie więcej.

Gdyby moje emocje miały kolory…

Czasem myślę o emocjach jak o kolorach. Nie zawsze potrafię je od razu nazwać. Ale gdybym miała je zobaczyć na palecie farb, pewnie byłoby ich całkiem sporo.


Są dni, kiedy czuję w sobie jasny, spokojny błękit. To taki stan, w którym wszystko jest na swoim miejscu. Nie dzieje się nic spektakularnego, ale jest oddech, jest przestrzeń i myśl: jest dobrze.

Czasem pojawia się też ciepła żółć. To momenty radości z małych rzeczy. Światło wpadające przez okno. Dobra rozmowa. Śmiech, który przychodzi zupełnie niespodziewanie.

Ale w mojej palecie są też inne kolory.

Szarości zmęczenia, kiedy wszystko idzie trochę wolniej. Dni, w których człowiek potrzebuje więcej ciszy niż rozmów.

Bywają też ciemniejsze odcienie niepokoju. Takie, które pojawiają się wieczorem, gdy myśli zaczynają błądzić w różnych kierunkach.

Kiedyś myślałam, że te kolory trzeba ukrywać. Że najlepiej wyglądać w jednym - jasnym, pogodnym. Dziś widzę to inaczej. Życie nie jest jednym kolorem. Jest raczej obrazem, który powstaje z wielu barw. I może właśnie dlatego jest prawdziwe. Bo obok błękitu spokoju pojawia się czasem cień. Obok żółci radości - chwila zamyślenia. I to wszystko razem tworzy naszą historię.

Gdyby moje emocje naprawdę miały kolory, pewnie nie zawsze byłyby idealnie dobrane.  Ale byłyby moje. A to chyba najważniejsze.

Zmęczenie sezonowe – jak o siebie dbam

Są takie momenty w roku, kiedy czuję, że energia gdzieś mi się rozprasza. Niby wszystko jest w porządku, nic szczególnego się nie wydarzyło… a jednak ciało i głowa mówią: zwolnij. Najczęściej przychodzi to pod koniec zimy. Dni są już dłuższe, świat powoli budzi się do życia, a ja czuję się trochę jak telefon z 12% baterii. I kiedyś bardzo mnie to irytowało. Bo przecież powinnam mieć więcej energii. Powinnam działać, planować, nadrabiać. Powinnam być gotowa na wiosnę. A potem zrozumiałam jedną rzecz: zmęczenie sezonowe to nie jest porażka. To sygnał. Sygnał, że organizm potrzebuje trochę więcej troski. Dlatego zamiast walczyć z tym stanem, zaczęłam robić kilka prostych rzeczy.

Po pierwsze – więcej światła i powietrza. Krótki spacer, nawet jeśli nie mam na niego wielkiej ochoty. Kilka minut przy otwartym oknie. Czasem to naprawdę zmienia więcej, niż się spodziewam.

Po drugie – mniej presji. Nie wszystko musi być zrobione idealnie. Nie każdy dzień musi być produktywny. Są dni, kiedy największym osiągnięciem jest spokojna kawa i to, że nie poganiam siebie w myślach.

Po trzecie – małe przyjemności. Ciepły koc. Dobra książka. Ulubiona muzyka w tle. Nie dlatego, że uciekam od życia. Dlatego, że życie potrzebuje też momentów łagodności.

I jeszcze jedno: więcej wyrozumiałości dla siebie. Bo czasem naprawdę nie trzeba się naprawiać. Wystarczy odpocząć. A kiedy ciało i głowa dostaną trochę spokoju, energia wraca sama. Nie spektakularnie. Nie od razu. Ale wystarczająco.

Czarne owce — Natasza Socha o kobietach, które przestają przepraszać za to, że są sobą

Ta książka nie przyszła do mnie po to, żeby mnie zabawić. Przyszła po to, żeby na chwilę posadzić mnie w ciszy i zapytać, ile razy człowiek zgadza się na coś nie dlatego, że chce, tylko dlatego, że tak będzie łatwiej dla innych. Czarne owce czytałam właśnie z takim uczuciem. Nie jak zwykłą obyczajówkę, którą się połyka i odkłada. Bardziej jak rozmowę. Czasem niewygodną, czasem cichą, ale potrzebną.

Najmocniejsze jest dla mnie to, że autorka nie robi z tych kobiet pomników. Nie pokazuje ich jak bohaterek z plakatu, tylko jak osoby z krwi i kości. Takie, które się boją, wahają, płacą za swoje decyzje, a mimo to próbują żyć po swojemu. I chyba właśnie dlatego ta książka działa. Bo nie opowiada o wielkich hasłach. Opowiada o codziennym koszcie bycia sobą. Ten motyw „czarnej owcy” Natasza Socha buduje właśnie wokół kobiet, które nie mieszczą się w oczekiwaniach bliskich i otoczenia.

Czytając, myślałam o tym, jak łatwo ocenia się cudze wybory, kiedy samemu nie musi się za nie płacić. Jak szybko przykleja się ludziom etykiety: dziwna, trudna, niewdzięczna, egoistka. A przecież czasem za takim buntem nie stoi pycha. Tylko rozpaczliwa potrzeba, żeby wreszcie nie zdradzać samej siebie.

W Czarnych owcach poruszyło mnie też to, że ta opowieść nie zamyka się w jednym czasie. Socha pokazuje różne epoki i różne kobiety, ale w gruncie rzeczy pytanie pozostaje podobne: ile wolności wolno kobiecie, zanim ktoś uzna, że poszła za daleko?

Lubię takie książki, po których nie mam ochoty od razu powiedzieć: „świetna” albo „smutna”. Bardziej: „prawdziwa”. Bo ta prawda nie jest tu wygodna. Ona trochę uwiera. Przypomina, że wierność sobie brzmi pięknie, dopóki nie trzeba za nią zapłacić samotnością, niezrozumieniem albo cudzym rozczarowaniem.

I chyba dlatego ten tytuł zostaje w głowie. Nie przez fabułę. Przez myśl. Że może każda z nas choć raz była czyjąś czarną owcą. Albo bała się nią zostać. A przecież czasem właśnie wtedy człowiek jest najbliżej siebie.

Dzień Kobiet bez presji perfekcji

Jest coś, czego długo nie rozumiałam. My, kobiety, potrafimy być niesamowicie czułe dla innych. Pocieszyć. Wysłuchać. Powiedzieć: „nie przejmuj się, jesteś wystarczająca”. A potem patrzymy w lustro… i nagle ten sam język gdzieś znika. Bo włosy nie takie. Bo brzuch mógłby być mniejszy. Bo życie mogło potoczyć się trochę inaczej. Bo ktoś robi coś lepiej.


Przez lata myślałam, że trzeba być trochę bardziej idealną. Trochę bardziej ogarniętą. Trochę bardziej poukładaną. A potem przyszła dorosłość i powiedziała mi coś bardzo ważnego: idealne kobiety nie istnieją. Za to istnieją prawdziwe.

Takie, które czasem się spóźniają. Takie, które mają dzień, kiedy jedyną ambicją jest kawa i spokój. Takie, które nie wiedzą wszystkiego i wcale nie muszą.

Dziś coraz częściej myślę, że bycie kobietą to nie jest projekt do poprawy. To historia. Z doświadczeniami. Z błędami. Z siłą, która pojawia się dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Czasem cichą. Czasem upartą. I może właśnie o to chodzi w Dniu Kobiet. Nie o perfekcję. Nie o bycie „naj”. Tylko o to, żeby powiedzieć sobie: jestem w porządku taka, jaka jestem. Z całym swoim życiem. Z drogą, którą przeszłam. Z marzeniami, które dopiero się budzą.

A jeśli dziś ktoś wręczy Ci kwiaty - przyjmij je z uśmiechem. Ale pamiętaj też o czymś ważnym. Najważniejszy bukiet to ten, który dajesz sobie sama: z czułości, szacunku i odrobiny poczucia humoru do własnego życia. Bo kobiety, które potrafią się do siebie uśmiechnąć, są naprawdę najpiękniejsze.

To, co zostawiam tej zimie

Zima zawsze coś ze sobą zabiera. Czasem śnieg. Czasem ciszę długich wieczorów. A czasem coś znacznie ważniejszego - rzeczy, które już nie chcą iść z nami dalej. Ostatnio coraz częściej myślę o tym, co chciałabym zostawić zimie. Nie w sensie wielkich decyzji. Raczej drobnych ciężarów, które nosiłam trochę za długo.

Chciałabym zostawić zimie nadmiar myślenia. Te wszystkie scenariusze w głowie, które nigdy się nie wydarzyły, a potrafiły zmęczyć jak prawdziwe życie.

Chciałabym zostawić zimie potrzebę tłumaczenia się ze wszystkiego. Z wyborów. Z ciszy. Z tego, że czasem wybieram siebie.

Chciałabym zostawić zimie też kilka rozczarowań. Nie po to, żeby o nich zapomnieć. Ale po to, żeby nie nosić ich już codziennie przy sobie.

Zima była dobrym czasem na zatrzymanie. Na przemyślenia. Na spojrzenie na siebie trochę uczciwiej.

Ale czuję, że nie wszystko musi iść ze mną dalej. Niektóre myśli mogą zostać w tych krótkich dniach. Niektóre smutki mogą rozpuścić się razem z ostatnim śniegiem. Bo kiedy przychodzi wiosna - nawet ta jeszcze niepewna - zawsze pojawia się pytanie: z czym chcę iść dalej?

A żeby zrobić miejsce na nowe rzeczy, czasem trzeba coś zostawić za sobą. Może właśnie dlatego tak lubię ten moment między zimą a wiosną. Nie dlatego, że wszystko się zmienia. Ale dlatego, że ja mogę wybrać, co ze sobą zabieram dalej.

Co się we mnie budzi? – nowe myśli, potrzeby, marzenia

Są takie momenty w roku, kiedy coś zaczyna się ruszać. Jeszcze nie widać zmian na pierwszy rzut oka, ale w środku pojawia się lekki ruch. Jakby coś się budziło po długim śnie. Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że pojawiają się we mnie nowe myśli. Nie są jeszcze planem. Nie są decyzją. Raczej delikatnym pytaniem: a może…?

Może coś zmienić. Może czegoś spróbować. Może odpuścić to, co już dawno przestało mnie cieszyć. Wraz z tymi myślami budzą się też potrzeby, których wcześniej nie umiałam nazwać. Potrzeba większego spokoju. Mniejszej presji. Więcej czasu dla rzeczy, które nie muszą być „produktywne”, żeby były ważne. Potrzeba bycia bliżej siebie. Słuchania tego cichego głosu, który często zagłusza codzienny pośpiech.

Czasem budzą się też marzenia. Nie te wielkie, spektakularne. Bardziej zwyczajne. O miejscu, w którym czuję się dobrze. O rozmowach, które zostawiają we mnie ciepło. O codzienności, która nie musi być idealna, żeby była dobra.

Z wiekiem widzę coraz wyraźniej, że takie budzenie się w środku jest ważne. Nie zawsze oznacza zmianę na zewnątrz. Czasem oznacza tylko większą uważność. Może właśnie teraz nie chodzi o to, żeby od razu coś zrobić. Może wystarczy zauważyć, co się we mnie pojawia. Nową myśl. Nową potrzebę. Nową nadzieję.

Bo wszystko, co naprawdę rośnie, zaczyna się od bardzo cichego początku. I może właśnie teraz jest ten moment, kiedy warto się zatrzymać i zapytać siebie: co we mnie zaczyna się budzić?

Testerka — Sylwia Kubik i Joanna Szarańska o tym, jak łatwo w związku włączyć tryb „śledztwo”

Ta książka zaczyna się bardzo życiowo: w małżeństwie Elizy i Wiktora pojawia się rutyna, a wraz z nią… podejrzenia. On coraz częściej zostaje po godzinach w pracy, coś się zmienia, a w głowie Elizy zaczyna rosnąć pytanie, którego nie da się już zagłuszyć: „czy ja przypadkiem nie jestem robiona w balona?”.

I wtedy wchodzi ona - testerka. Wynajęta po to, by „sprawdzić wierność męża”, jakby miłość dało się zmierzyć miarką, zważyć na kuchennej wadze i jeszcze porównać w tabelce.

Tyle że w Testerce to nie jest prosta historyjka o zdradzie i zemście. Z tego „testowania” zaczynają wychodzić rzeczy, które od dawna były schowane głęboko — tajemnice, sekrety, niedopowiedzenia i rodzinne supełki zaciśnięte tak mocno, że aż zaczyna brakować tchu.

I tu właśnie książka robi coś fajnego: podaje temat w lekkiej formie, z humorem, ale nie udaje, że sprawy sercowe są proste. Bo to, co na początku wygląda jak podejrzenie zdrady, szybko zamienia się w pytanie o zaufanie. I o to, co my robimy, kiedy czujemy się niepewnie: rozmawiamy… czy robimy dochodzenie?

W tej historii najbardziej podobała mi się sama idea „testerki” jako lustra. Bo czasem nie chodzi o to, czy ktoś zdradza. Czasem chodzi o to, że w związku coś już wcześniej zaczęło się kruszyć, tylko nikt nie chciał tego nazwać. A wtedy wystarczy iskra — i nagle człowiek zaczyna widzieć znaki wszędzie: w telefonie, w uśmiechu, w „wrócę później”.

Jest też w tej książce sporo sytuacji, które bawią — takich lekko absurdalnych, jak to życie, kiedy człowiek próbuje zachować powagę, a rzeczywistość robi swoje. (Bo umówmy się: pomysł „wynajmę osobę, żeby sprawdziła mojego męża” sam w sobie ma w pakiecie potencjał komediowy).

A po zamknięciu książki zostaje mi w głowie jedna myśl: zaufanie to nie jest coś, co się testuje. To coś, co się buduje. Albo czego się nie naprawi, jeśli zamiast rozmowy wchodzi kontrola.

Testerka jest więc dla mnie nie tylko lekką obyczajówką „do herbaty”. To historia o tym, jak łatwo w relacji przestawić się z „my” na „ja kontra ty”. I jak trudno wrócić, gdy już się raz uruchomi wewnętrzny alarm.

Marzec w moim sercu – z czym wchodzę w ten miesiąc

Marzec nigdy nie jest jednoznaczny. Nie jest już zimą, ale jeszcze nie jest wiosną. Trochę się waha. Trochę sprawdza. Trochę obiecuje. I chyba właśnie z tym wchodzę w ten miesiąc - z mieszanką. Nie z listą celów. Nie z wielkim „od teraz”. Raczej z cichą gotowością.

Wchodzę z potrzebą świeżego powietrza. Takiego, które wpada do domu przez uchylone okno i mówi: „można inaczej”Z chęcią porządków - nie tylko w szafie, ale też w myślach. Z pytaniem: co już mi nie służy, a co jeszcze warto zostawić?

Marzec w moim sercu to delikatne rozmrażanie. Nie gwałtowne zmiany. Nie rewolucja. Raczej małe przesunięcia.

Więcej światła. Trochę mniej surowości wobec siebie. Trochę więcej odwagi, żeby zrobić coś po swojemu.

Wchodzę w ten miesiąc z wdzięcznością za to, że przetrwałam zimę - tę na zewnątrz i tę w środku. Z doświadczeniem, które mnie czegoś nauczyło. Z większą świadomością swoich granic.

Ale też z nadzieją. Nie wielką, głośną. Taką zwyczajną. Że coś zakwitnie. Może nie od razu. Może nie spektakularnie. Ale wystarczająco.

Marzec uczy mnie cierpliwości. Bo nawet jeśli słońce świeci mocniej, ziemia jeszcze nie jest gotowa na wszystko. I ja też nie muszę. Wystarczy, że będę. Uważna. Łagodna. Trochę odważniejsza niż wczoraj. A reszta przyjdzie swoim tempem. 

Marzec – kiedy coś w nas zaczyna się budzić

Marzec to miesiąc przejścia. Jeszcze chłodno, jeszcze niepewnie, jeszcze w kurtce i z rękami w kieszeniach… Ale już coś się zmienia. Świat powoli rozprostowuje plecy po zimie. A ja razem z nim. Nie zawsze widać to na pierwszy rzut oka. Czasem ta „wiosna w środku” jest ledwo wyczuwalna. Delikatna jak pierwsze pąki na drzewach. Ale jest. Dlatego marzec to piękny moment na journaling. Nie po to, żeby planować wielkie zmiany. Nie po to, żeby się rozliczać z postanowień. Ale po to, żeby zapytać siebie: Co się we mnie budzi? Co już chce wyjść na światło?

Pisanie w marcu ma w sobie coś z ogrodu. Nie wszystko od razu zakwitnie. Ale jeśli dasz sobie uwagę – coś zacznie rosnąć. Zostawiam Ci tematy na każdy dzień miesiąca. Weź te, które dziś są Ci najbliższe.

Tematy do journalingu na marzec

  1. Marzec w moim sercu – z czym wchodzę w ten miesiąc.

  2. Co się we mnie budzi? – nowe myśli, potrzeby, marzenia.

  3. Pierwsze oznaki wiosny – co zauważyłam ostatnio.

  4. Zmiana – czy mnie cieszy, czy niepokoi.

  5. Co chcę zostawić zimie?

  6. Mała nadzieja – gdzie ją dziś widzę.

  7. Moje tempo – czy pozwalam sobie na własne.

  8. Światło – co ostatnio mnie rozjaśniło.

  9. Zmęczenie sezonowe – jak o siebie dbam.

  10. Co rośnie po cichu? – projekt, relacja, decyzja.

  11. Wdzięczność marcowa – trzy drobiazgi.

  12. Moja odwaga – gdzie jej ostatnio użyłam.

  13. Niepewność – czego mnie uczy.

  14. Porządek – czego potrzebuję w domu i w głowie.

  15. Pół miesiąca – co już się zmieniło.

  16. Cierpliwość – czy umiem czekać na swój czas.

  17. Małe „tak” dla siebie – na co się dziś zgadzam.

  18. Małe „nie” – które przyniosło ulgę.

  19. Moje ciało w marcu – czego potrzebuje.

  20. Nowe początki – czy zawsze muszą być spektakularne?

  21. Radość bez powodu – kiedy ostatnio ją poczułam.

  22. Co mnie inspiruje tej wiosny?

  23. Zaufanie – do siebie, do życia, do Boga.

  24. Relacje – które chcę podlewać.

  25. Słowo na wiosnę – jedno, które mnie prowadzi.

  26. To, co odkładam – czy nadal jest ważne.

  27. Delikatność – czy potrafię ją mieć dla siebie.

  28. Marzec mnie uczy… – czego?

  29. Co chcę zobaczyć, gdy zakwitnie?

  30. Wiosna w środku mnie – jak wygląda.

  31. Intencja na kolejny miesiąc – spokojna, realna, moja.

Marzec nie wymaga rewolucji. On zaprasza do przebudzenia. Do małych kroków. Do uważności. Do spojrzenia na siebie łagodniej. Jeśli zapiszesz w tym miesiącu kilka szczerych zdań – to już jest początek. Bo zanim świat rozkwitnie na dobre, warto sprawdzić, co zaczyna kiełkować w nas. A to, co rośnie w ciszy, często okazuje się najtrwalsze. 

Czułość dla siebie – jak mogę ją dziś okazać

Czułość długo kojarzyła mi się z kimś innym. Z gestem w stronę drugiego człowieka. Z troską, którą daję, gdy ktoś obok mnie słabnie, martwi się albo potrzebuje wsparcia. Rzadko myślałam o niej w kontekście siebie. A przecież są dni, kiedy to ja potrzebuję delikatniejszego tonu. Własnego spojrzenia bez oceny. Słów, które nie poganiają.


Czułość dla siebie nie jest wielkim gestem. Nie wymaga świec, planu ani specjalnej okazji. Ona zaczyna się w sposobie, w jaki do siebie mówię. Dziś mogę okazać ją tak prosto. Nie skrytykuję się za zmęczenie. Zamiast „powinnam”, powiem „mogę”. Zamiast „znowu nie zdążyłaś”, powiem „zrobiłaś tyle, ile potrafiłaś”. Mogę zrobić przerwę bez tłumaczenia się. Nie odbierać wszystkiego od razu. Nie być dostępna dla świata przez cały dzień.

Mogę zjeść coś, na co mam ochotę, bez negocjacji z własnym sumieniem. Mogę położyć się wcześniej.
Mogę nie poprawiać czegoś tylko dlatego, że „tak wypada”.

Czułość to też granice. Powiedzenie „nie” bez wstydu. Wyjście z rozmowy, która mnie męczy.
Zostawienie tematu na jutro.

Coraz bardziej widzę, że czułość dla siebie to nie słabość. To dojrzałość. To świadomość, że jestem człowiekiem, nie projektem do nieustannej poprawy. Że nie muszę zasługiwać na odpoczynek. Że mogę być dla siebie tak dobra, jak potrafię być dla innych.

Może dziś czułość będzie miała małą formę. Jedno łagodniejsze zdanie. Jedną decyzję mniej surową. To wystarczy. Bo czasem największą zmianą nie jest to, co zrobię. Tylko to, jak się ze sobą obchodzę.