Codziennik Zadumanej #11

Obudziłam się dziś z przyjemnym uczuciem, że w mieszkaniu wreszcie da się oddychać. Po ostatnich dniach, kiedy człowiek topił się już od samego myślenia o wyjściu spod prysznica, taki poranek to prawdziwy luksus. Otworzyłam okno i przez chwilę po prostu stałam, ciesząc się chłodem. Chyba dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo brakowało mi normalnego powietrza.

Plan na dzień miałam ambitny. Chciałam usiąść z kalendarzem, rozpisać kolejne tygodnie, uporządkować pomysły na blog i w końcu zrobić podsumowania, które od kilku dni cierpliwie czekały na swoją kolej. Wszystko pięknie, tylko że w moim domu plany zawsze muszą jeszcze przejść akceptację pewnego rudego kierownika.

Hektor najwyraźniej uznał, że planowanie jest mocno przereklamowane i z pełnym przekonaniem ułożył się dokładnie na moim dzienniku. Nie obok. Nie na fotelu. Nie na parapecie. Na dzienniku. Patrzył na mnie z miną, która mówiła: „No i co mi zrobisz?”. A ja, jak każda rozsądna właścicielka kota, pogodziłam się z porażką.

Skoro planowanie zostało skutecznie zablokowane, postanowiłam zrobić coś, co od dawna chodziło mi po głowie. Wakacyjną czystkę. Kiedyś to była moja mała tradycja. W ferie i w wakacje otwierałam szafy, szafki i pudełka, a potem bez sentymentów rozstawałam się z rzeczami, które tylko zajmowały miejsce.

Przez ostatnie dwa lata odpuściłam. Nie dlatego, że przestałam lubić porządki. Po prostu miałam ich aż nadto. Wakacje upływały mi pod znakiem kartonów, taśmy klejącej i przeprowadzek, więc naprawdę nie miałam ochoty pakować czegokolwiek jeszcze.

Dzisiaj poczułam, że wracam do swojej starej tradycji.

Dwa worki ubrań.

Dwa kartony różnych drobiazgów.

Najciekawsze jest to, że ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że coś tracę. Wręcz przeciwnie. Z każdym kolejnym odłożonym swetrem czy pudełkiem robiło mi się jakoś lżej. Chyba dlatego, że od pewnego czasu coraz częściej myślę, iż dom nie powinien być magazynem rzeczy „na wszelki wypadek”. Ma być miejscem, w którym dobrze się żyje.

I wiecie co?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że porządki nie dotyczą tylko rzeczy. Czasem warto zrobić je także w swoim życiu. Odłożyć na bok to, co od dawna już nam nie służy, przestać nosić w sobie sprawy, do których i tak nie wrócimy, zrobić miejsce na coś nowego. Bo dopóki kurczowo trzymamy się wszystkiego, trudno zauważyć, ile przestrzeni moglibyśmy jeszcze mieć.

A planowanie?

Nie uciekło.

Poczekało grzecznie pod Hektorem. Jak wszystko, co naprawdę ważne.

"Filantrop" - Paweł Pollak o tym, że dobro potrafi mieć drugie dno

Zdarza Wam się czasem spojrzeć na kogoś i od razu pomyśleć: „To na pewno dobry człowiek”? Mnie tak. Wystarczy serdeczny uśmiech, życzliwe słowo albo czyjaś gotowość do pomocy i już gdzieś w głowie buduję sobie obraz tej osoby. A przecież życie nie raz pokazało, że pierwsze wrażenie potrafi być bardzo złudne. Dlatego „Filantrop” Pawła Pollaka tak dobrze wpisał się w moje ostatnie wieczory. Nie dlatego, że to najbardziej spektakularny kryminał, jaki słuchałam. Wręcz przeciwnie. To historia spokojniejsza, oparta bardziej na odkrywaniu kolejnych warstw niż na nieustannych zwrotach akcji. I chyba właśnie za to ją polubiłam.

Podczas słuchania co chwilę wracała do mnie jedna myśl. Jak niewiele wiemy o drugim człowieku.

Widzimy to, co pokazuje światu. Czasem przez lata. A później jedno wydarzenie sprawia, że cały ten obraz zaczyna się rozsypywać jak domek z kart.

Pollak bardzo lubi takie historie. Nie próbuje szokować za wszelką cenę. Pozwala śledztwu płynąć swoim rytmem, a czytelnikowi daje czas, żeby sam próbował poukładać sobie wszystko w głowie. I właśnie to w tej części podobało mi się najbardziej. Nie czułam się prowadzona za rękę. Mogłam sama zastanawiać się, komu zaufać i czy moje pierwsze przypuszczenia w ogóle mają sens.

No i Filip Kosior... Coraz częściej mam wrażenie, że jego głos idealnie pasuje do serii Śledczy z Zakątka. Jest spokojny, naturalny i nie próbuje być ważniejszy od historii. Dzięki temu słucha się po prostu z przyjemnością.

Czy warto przesłuchać? Moim zdaniem tak. Jeśli lubicie krótsze kryminały, które nie pędzą na złamanie karku, ale konsekwentnie budują napięcie, „Filantrop” będzie bardzo dobrym wyborem. To kolejna udana część serii o Julianie Borczyku. Nie zostawiła mnie z efektownym finałem, który zapamiętam na lata. Zostawiła mnie z czymś cenniejszym – z refleksją, że najbardziej mylą nas nie tylko pozory zła. Czasem równie mocno potrafią zmylić pozory dobra. I właśnie dlatego ta historia została ze mną na dłużej.

Codziennik Zadumanej #10

Minionej nocy obudziła mnie burza. I to nie taka, która tylko postraszy gdzieś w oddali. Nie, ta postanowiła urządzić sobie koncert dokładnie nad moim blokiem.
O pierwszej trzydzieści zamiast liczyć owce, biegałam po balkonie w piżamie, ratując poduszki przed deszczem. W jednej ręce poducha, w drugiej doniczka, kątem oka kontrola, czy wiatr nie postanowił zabrać czegoś na pamiątkę. Co prawda daleko by nie odleciał, bo zatrzymałaby go kocia siatka, ale jakoś nie miałam ochoty sprawdzać tej teorii w praktyce.
Kiedy już wszystko znalazło bezpieczne schronienie, mogłam wrócić do łóżka z poczuciem dobrze spełnionej nocnej misji.


Dzisiaj od rana zapowiadano kolejną burzę. Czekałam na nią niemal z utęsknieniem. Nigdy nie przypuszczałam, że będę wypatrywać ciemnych chmur z taką nadzieją, ale po kilku dniach upałów człowiek zaczyna kibicować nawet piorunom.

Niestety.
Burza najwyraźniej zmieniła plany i zostawiła mnie z temperaturą, przy której nawet oddychanie wydaje się sportem wyczynowym.
Dom zamienił się w jaskinię zbójców. Sisi i koty rozłożyły się po najchłodniejszych kątach mieszkania i wyglądały tak, jakby ktoś wyssał z nich całą energię. Patrzyłam na to zwierzęce omdlenie i miałam wrażenie, że gdyby istniały mistrzostwa świata w nierobieniu niczego, moje futrzaki wróciłyby ze złotymi medalami.

A ja?
Ja postanowiłam pójść pod prąd.
Zamiast narzekać na temperaturę, wzięłam się za porządki. Takie porządne. Odsunęłam kanapę i... odkryłam małe archeologiczne stanowisko.
Odnalazł się nożyk do warzyw, który od dawna figurował na liście zaginionych w akcji. Były też baterie, kilka długopisów, opaska do włosów, dwa patyczki do zębów i klamerka. Jeszcze chwila, a pewnie wykopałabym tam jakieś zabytki z epoki kamienia łupanego.
Sprzątałam i pociłam się. Pociłam się i sprzątałam. W pewnym momencie przestałam być pewna, czy myję podłogę, czy to ona myje się moim potem.

Ale wiecie co?
Lubię takie odkrycia.
Bo pod kanapą zawsze znajduje się coś, czego człowiek od dawna szukał albo o czym zupełnie zapomniał.

I chyba z życiem jest podobnie.
Czasem trzeba odsunąć coś ciężkiego, zajrzeć tam, gdzie od dawna się nie zaglądało, i nagle okazuje się, że to, czego szukaliśmy, cały czas było całkiem blisko.
No dobrze... może nie zawsze jest to głęboka życiowa prawda.
Czasem jest to po prostu zaginiony nożyk do warzyw.
I to też potrafi człowieka całkiem szczerze ucieszyć.

Codziennik Zadumanej #9

Zrobiło się tutaj trochę ciszej.

Nie dlatego, że zabrakło mi tematów. Po prostu przyjechała do mnie osoba, na którą zawsze czekam z uśmiechem. Ta sama, dla której obowiązkowo robię sałatkę jarzynową. I wiecie co? Nie miałam najmniejszych wyrzutów sumienia, że przez kilka dni nie napisałam ani jednego "Codziennika".

Nie wszystko trzeba dokumentować.

Niektóre chwile najlepiej po prostu przeżyć.

Dziś rano odjechała. Zamknęły się drzwi, pomachałam na pożegnanie i nagle w mieszkaniu zrobiło się jakoś... szerzej. Ciszej. Jak to zwykle bywa po dobrych spotkaniach.

Pogoda chyba postanowiła dołożyć od siebie trochę dramatyzmu.

Jest taki upał, że nawet balkon wygląda, jakby prosił: "Dajcie mi dziś spokój."

Sisi przemieszcza się z jednego chłodnego miejsca na drugie z miną cierpiętnika. Koty rozlały się po podłodze jak naleśniki i od kilku godzin udają martwe. Co jakiś czas sprawdzam, czy oddychają, ale one najwyraźniej uznały, że na jakikolwiek wysiłek wrócą we wrześniu.

Ja też nie błyszczę energią.

Największą aktywnością dnia było otwarcie lodówki, popatrzenie do środka i stwierdzenie, że właściwie to nie jestem głodna.

Muszę przyznać, że upały mają jedną zaletę.

Sprzyjają diecie.

Problem w tym, że sprzyjają również lenistwu, a z tym już trochę trudniej negocjować.

I tak sobie siedzę, popijam wodę, omijam słońce szerokim łukiem i myślę, że życie jest naprawdę dziwne.

Kilka dni temu śmialiśmy się przy stole, jedliśmy sałatkę i rozmawialiśmy do późna. Dzisiaj jedynym, który prowadzi dłuższą rozmowę, jest wentylator.

Ale wiecie co?

Lubię tę myśl, że są ludzie, po których wyjeździe zostaje nie smutek, tylko ciepło.

Takie spokojne przekonanie, że było dobrze. Że znowu się spotkamy. Że są relacje, których nie trzeba pielęgnować codziennymi wiadomościami, bo one po prostu... są.

A tymczasem pozostaje mi jedno bardzo odpowiedzialne zadanie.

Przetrwać do wieczora.

Najlepiej bez stopienia się razem z kotami w jedną wielką kałużę.

Jeśli jutro temperatura odpuści, wszyscy zgodnie uznamy to za cud. A jeśli nie... cóż, będziemy dalej pełnić zaszczytną funkcję domowych naleśników.

Kiedy ktoś się uśmiechnął bez powodu

Kilka dni temu stałam w kolejce w sklepie. Nic niezwykłego. Przede mną pani z koszykiem pełnym warzyw, za mną ktoś nerwowo przestępował z nogi na nogę, bo chyba bardzo się spieszył. Kasjerka skanowała kolejne produkty w tempie, którego zawsze trochę jej zazdroszczę, bo ja do dziś potrafię szukać masła w lodówce, mając je przed samym nosem. To miał być jeden z tych zwykłych dni, o których wieczorem nawet się nie pamięta.

Kiedy zapłaciłam za zakupy, spojrzałam na kasjerkę i odruchowo się uśmiechnęłam. Tak po prostu. Bez powodu. Ona odpowiedziała tym samym i powiedziała: „Miłego dnia”. Zwykłe dwa słowa. Nic wielkiego. A jednak wyszłam ze sklepu z dużo lepszym humorem, niż do niego weszłam.

Pomyślałam wtedy, że to zabawne, jak niewiele czasem potrzeba, żeby komuś zrobiło się lżej. Nie prezent, nie wielkie gesty, nie godzinna rozmowa. Wystarczy uśmiech, który nic nie kosztuje, a jednak potrafi zmienić nastrój człowieka na resztę dnia.

Lubię obserwować ludzi. Pewnie dlatego tak często wracam z zakupów nie tylko z serkiem wiejskim i kabanosami, ale też z kilkoma nowymi przemyśleniami. Widzę mamę, która z ogromną cierpliwością tłumaczy dziecku, dlaczego dziś nie kupią kolejnej zabawki. Starszego pana, który pomaga komuś zapakować zakupy do torby. Dziewczynę, która przepuszcza inną osobę w kolejce, choć sama też się spieszy. Takie sceny trwają kilka sekund, a mimo to zostają w pamięci znacznie dłużej niż niejedna głośna wiadomość przeczytana w internecie.

Mam wrażenie, że trochę odzwyczailiśmy się od zwyczajnej życzliwości. Takiej bez wielkich słów i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Jakbyśmy uwierzyli, że żeby poprawić komuś dzień, trzeba zrobić coś spektakularnego. A przecież najczęściej wystarcza drobiazg. Przytrzymane drzwi. Kilka ciepłych słów. Uśmiech.

Wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Taki uśmiech bardzo często wraca. Uśmiechasz się do jednej osoby, ona za chwilę zrobi to samo wobec kogoś innego i nagle okazuje się, że jedno małe dobro zaczyna wędrować dalej. Nigdy nie dowiemy się, dokąd dotrze, ale chyba nie trzeba tego wiedzieć, żeby miało sens.

Śmieję się czasem, że mój dzień potrafią uratować naprawdę dziwne rzeczy. Kawa, miejsce siedzące w autobusie albo to, że w końcu znalazłam telefon tam, gdzie sama go odłożyłam. Do tej listy dopisuję jeszcze uśmiechy od nieznajomych. One też działają zaskakująco dobrze.

Może dlatego coraz częściej sama staram się je rozdawać. Nie zawsze mam idealny humor. Nie codziennie budzę się z energią do podbijania świata. Ale wiem jedno. Nigdy nie zaszkodziłam nikomu tym, że się uśmiechnęłam.

I chyba właśnie takich chwil potrzebujemy dziś najbardziej. Nie tych, o których mówi cały świat, ale tych małych, cichych i zwyczajnych, które przypominają nam, że po drugiej stronie zawsze jest drugi człowiek.

Może więc następnym razem, kiedy spotkamy się z kimś przypadkiem w sklepie, na spacerze albo w windzie, warto na moment podnieść wzrok znad telefonu.

Nigdy nie wiadomo, komu właśnie taki zwykły uśmiech uratuje dzień.

A Wam zdarzyło się kiedyś, że zupełnie obca osoba jednym drobnym gestem poprawiła humor na cały dzień?

Mały prezent bez okazji

Mam w domu pudełko, które pewnie dla większości ludzi wyglądałoby jak zbiór przypadkowych rzeczy. Leżą w nim wstążki, kawałki papieru, suszone kwiaty, sznurki, drewniane zawieszki i kilka drobiazgów kupionych z bardzo rozsądnym argumentem: „Na pewno kiedyś się przydadzą”. I wiecie co? Naprawdę się przydają. Czuję wtedy ogromną satysfakcję, bo w końcu mogę powiedzieć sama do siebie: „Widzisz? Miałam rację.”

Bardzo lubię robić małe prezenty bez żadnej okazji. Nie dlatego, że są komuś potrzebne. Najczęściej nie są. Po prostu lubię ten moment, kiedy ktoś bierze do ręki niewielką paczuszkę i przez chwilę wygląda na szczerze zaskoczonego.

Nie trzeba wydawać fortuny, żeby sprawić komuś radość. Czasem wystarczy mały słoiczek z pachnącą herbatą, własnoręcznie zrobiona zakładka do książki albo woreczek z lawendą, który później wyląduje w szufladzie z pościelą. Kiedyś zrobiłam komuś prostą kartkę z kilkoma ciepłymi słowami i usłyszałam: „Schowam ją. Będzie na gorszy dzień.” Chyba nie da się dostać piękniejszego podziękowania.

Najbardziej lubię sam moment przygotowań. Rozkładam wszystko na stole i nagle robi się taki twórczy bałagan, który zna chyba każdy, kto choć raz próbował coś zrobić własnymi rękami. Nożyczki znikają dokładnie wtedy, kiedy są najbardziej potrzebne, klej tajemniczo przykleja się do palców zamiast do papieru, a sznurek potrafi zaplątać się w sposób, którego nie powstydziłby się najlepszy magik. Mimo to siedzę, kombinuję, przekładam, przycinam i nawet nie zauważam, kiedy mija godzina.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że taki prezent jest trochę jak list. Mówi drugiej osobie: „Pomyślałam o Tobie.” I chyba właśnie te cztery słowa mają największą wartość. Nie cena, nie rozmiar paczki i nie to, czy wszystko wyszło idealnie. Zresztą u mnie rzadko wychodzi idealnie. Zawsze znajdzie się kokardka zawiązana trochę krzywo albo listek przyklejony odrobinę za wysoko. Dawniej próbowałam to poprawiać. Dziś zostawiam. Mam wrażenie, że właśnie dzięki takim drobiazgom widać, że zrobił to człowiek, a nie maszyna.

Lubię też obserwować, jak zmieniają się twarze ludzi, kiedy dostają coś bez powodu. Na urodziny każdy spodziewa się prezentu. Na święta również. Ale kiedy wręczasz komuś niewielki drobiazg we wtorek, bo akurat o nim pomyślałaś, reakcja jest zupełnie inna. Najpierw zdziwienie. Potem uśmiech. A na końcu zawsze pada to samo pytanie: „Ale za co?” Za nic. A może właśnie za to, że jesteś.

Mam wrażenie, że trochę odzwyczailiśmy się od takich gestów. Wszystko musi mieć okazję, datę w kalendarzu albo konkretny powód. A przecież życzliwość nie potrzebuje zaproszenia. Może pojawić się w zwykły poniedziałek, zapakowana w papier przewiązany sznurkiem, z gałązką lawendy albo własnoręcznie napisaną karteczką. I chyba dlatego moje pudełko z przydasiami jeszcze długo nie będzie puste.

Bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie mi do głowy, że ktoś właśnie zasługuje na mały prezent bez okazji.

A Wy lubicie dawać takie drobiazgi bez żadnego święta? A może kiedyś ktoś zaskoczył Was czymś niewielkim, co pamiętacie do dziś?

"Powódź" - Paweł Pollak o tym, że żywioły potrafią obnażyć ludzką naturę

Dzisiaj od rana chodziło mi po głowie, jak bardzo lubię zwyczajne dni. Kubek kawy, chwila ciszy, otwarte okno i świadomość, że nic pilnego nie czeka za rogiem. Paradoksalnie to właśnie w takie spokojne chwile najczęściej sięgam po kryminały. Bo chyba najbardziej fascynuje mnie to, że autorzy potrafią pokazać, jak cienka jest granica między codziennością a momentem, który zmienia wszystko. I właśnie z taką myślą skończyłam słuchać „Powodzi” Pawła Pollaka.

To już kolejna część serii o komisarzu Julianie Borczyku i coraz bardziej podoba mi się to, że autor nie próbuje za wszelką cenę zaskakiwać spektakularnymi zwrotami akcji. W centrum nadal jest śledztwo, ale równie ważna staje się atmosfera i ludzie, którzy muszą odnaleźć się w trudnej sytuacji. Tym razem tłem wydarzeń jest zagrożenie powodziowe we Wrocławiu, a znalezienie ciała w kanale uruchamia kolejne dochodzenie.

Podczas słuchania kilka razy pomyślałam, że kiedy pojawia się zagrożenie, bardzo szybko okazuje się, kim naprawdę jesteśmy. Jedni pomagają bez zastanowienia, inni myślą tylko o sobie. To dotyczy nie tylko wielkich katastrof. W codziennym życiu też przecież bywają nasze małe "powodzie", które pokazują, ile w nas spokoju, odwagi i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Bardzo lubię to, że Pollak pisze oszczędnie. Nie rozwleka historii, nie dokłada niepotrzebnych wątków. Audiobook trwa niewiele ponad dwie godziny, a mimo to ma odpowiednie tempo i nie sprawia wrażenia urwanego.

No i oczywiście Filip Kosior. Coraz częściej łapię się na tym, że kiedy widzę jego nazwisko jako lektora, wiem, że czeka mnie kilka przyjemnych godzin. Czyta spokojnie, naturalnie, bez teatralnych popisów. Dzięki temu historia pozostaje najważniejsza.

Czy warto przesłuchać? Moim zdaniem tak, zwłaszcza jeśli lubicie krótsze kryminały, które nie próbują być sensacją roku, tylko opowiadają dobrą historię. Powódź nie jest najbardziej spektakularną częścią serii o Julianie Borczyku, ale ma klimat, dobrze utrzymuje napięcie i zostawia z refleksją, że największe zagrożenia nie zawsze przychodzą z zewnątrz. Czasem ujawniają po prostu to, co od dawna było ukryte w ludziach.

Codziennik Zadumanej #8

Dziś zrobiłam sałatkę jarzynową.

Taką zwyczajną.

Z ziemniakami, marchewką, pietruszką, groszkiem, ogórkiem kiszonym i majonezem. Tę samą, która w moim dzieciństwie była obowiązkową uczestniczką wszystkich rodzinnych uroczystości. Nie pamiętam świąt, imienin, urodzin ani żadnego większego spotkania, na którym nie stałaby dumnie pośrodku stołu.

Miała swoje stałe miejsce. Prawie status członka rodziny.

Dzisiaj trochę zeszła ze sceny. Zastąpiły ją sałatki z kurczakiem, mango, granatem, mozzarellą, awokado, prażonymi pestkami, orzechami i jeszcze czymś, czego nazwy za chwilę i tak zapomnę.

Nie mam nic przeciwko nim.

Ale jest coś niezwykle pocieszającego w tym, że są smaki, które przez kilkadziesiąt lat w ogóle się nie zmieniły.

Tę sałatkę zrobiłam jednak z bardzo konkretnego powodu.

Jutro przyjedzie do mnie ktoś bardzo mi bliski.

Nie zdradzę, kto. Niech ta osoba zostanie tajemnicą.

Powiem tylko tyle, że za każdym razem, kiedy ma do mnie przyjechać, sałatka jarzynowa pojawia się niemal automatycznie. To już chyba nasza mała tradycja.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze?

Nie biegam dziś po mieszkaniu z odkurzaczem w jednej ręce i ścierką w drugiej. Oczywiście trochę ogarnę. Lubię, kiedy jest przyjemnie.

Ale nie zamierzam urządzać maratonu pod hasłem: "Gość jedzie, trzeba udowodnić, że mieszkam w muzeum."

Są ludzie, przy których człowiek odruchowo prostuje poduszki.

I są tacy, przy których może usiąść z kubkiem herbaty w ręku, nawet jeśli na suszarce jeszcze schnie pranie.

To ogromny komfort.

Bo prawdziwe spotkania chyba nigdy nie zaczynają się od idealnie wypolerowanego stołu.

Zaczynają się od poczucia, że można być sobą.

Już się cieszę na jutro.

Na długie rozmowy, śmiech, który pewnie będzie słychać dwa piętra niżej, i na tę sałatkę, która po raz kolejny okaże się czymś znacznie więcej niż tylko sałatką.

Bo niektóre przepisy mają jeden tajny składnik.

Wspomnienia.

I mam nadzieję, że tej jednej rzeczy nigdy nie uda się zastąpić żadnym mango, granatem ani serem z bardzo wymowną włoską nazwą. 😄

Małe domowe zwycięstwa, o których nikt nie robi postów

Mam teorię, że istnieją dwa rodzaje ludzi. Ci, którzy potrafią od razu po powrocie do domu rozpakować zakupy, i ci, którzy najpierw stawiają torby w kuchni z myślą: „Tylko na chwilę”. Potem ta „chwila” trwa do wieczora, a pomidory zdążą już chyba zaprzyjaźnić się z podłogą. Domyślacie się pewnie, do której grupy należę. 😄 Ostatnio złapałam się na tym, że przez cały dzień biegałam od jednej rzeczy do drugiej. Odpisać na maila. Zadzwonić. Wrzucić pranie. Włączyć zmywarkę. Przypomnieć sobie, po co właściwie weszłam do kuchni. Klasyka. Wieczorem usiadłam na kanapie i pomyślałam, że właściwie... niczego dziś nie zrobiłam. Po czym mój wzrok padł na pusty kosz na śmieci.

Rachunki były opłacone. Półka, która od tygodnia mnie irytowała, nagle wyglądała jak człowiek. Na wiadomość, na którą odkładałam odpowiedź od trzech dni, w końcu odpisałam. Pranie nie obraziło się i grzecznie wisiało już na suszarce. I nagle dotarło do mnie, że ja naprawdę coś zrobiłam. Tylko żadna z tych rzeczy nie nadaje się na spektakularny wpis w mediach społecznościowych.

Bo przecież nikt nie wrzuca zdjęcia z podpisem: „Kochani! Udało się! Wyniosłam śmieci!”. Chociaż... kto wie? Może byłby to początek nowego trendu. 😄

Mam wrażenie, że żyjemy w świecie wielkich osiągnięć. Wszędzie ktoś zdobywa szczyty, kończy maratony, remontuje dom albo właśnie otwiera własną firmę. A tymczasem większość naszego życia składa się z dużo mniej widowiskowych zwycięstw. Znalazłam pokrywkę od pojemnika za pierwszym razem. Przypomniałam sobie o praniu, zanim zaczęło pachnieć... podejrzanie. Nie musiałam szukać telefonu, bo leżał dokładnie tam, gdzie go odłożyłam. To akurat wydarza się rzadko, więc chyba zasługuje na osobne święto.

I wiecie co? Coraz bardziej lubię takie małe sukcesy. Bo one oznaczają, że życie, choć trochę chaotyczne, jednak toczy się do przodu.

Nie zawsze potrzebujemy przełomów. Czasem wystarczy ten moment, kiedy zamykasz szufladę, która od tygodnia czekała na uporządkowanie, i czujesz satysfakcję zupełnie nieproporcjonalną do wykonanej pracy. Albo kiedy wieczorem przechodzisz przez mieszkanie i nic nie woła do Ciebie: „Zrób mnie natychmiast!”. To jest ten rodzaj spokoju, którego nie da się kupić.

Śmieję się czasem, że dorosłość jest dziwnym miejscem. Jako dzieci marzyliśmy o wielkich przygodach, a dziś potrafimy szczerze ucieszyć się z tego, że lodówka jest pełna, rachunki opłacone, a w zmywarce zostało jeszcze jedno wolne miejsce na kubek. I chyba nie ma w tym nic złego. Bo szczęście naprawdę rzadko przychodzi z fajerwerkami. Znacznie częściej siedzi cicho na uporządkowanej półce, w pustym koszu na śmieci i w tej jednej wiadomości, którą w końcu przestaliśmy odkładać na później.

A jeśli do tego wieczorem można jeszcze usiąść z herbatą i pomyśleć: „Dobra, na dziś wystarczy”... to moim zdaniem jest to całkiem solidne zwycięstwo.

A jakie było Wasze małe domowe zwycięstwo dzisiaj? Jestem pewna, że każdy z nas ma przynajmniej jedno.

Codziennik Zadumanej #7

Dziś odkryłam, że zakupy też mogą być przygodą. Nie byłam w Rzymie. Nie byłam w Paryżu. Nawet do galerii nie jechałam z wielkim planem. Ot, zwykłe zakupy. Pepco, Empik i Rossmann. I wiecie co?

Szkoda, że nie ma jeszcze sklepu na literę U. Bo wtedy byłoby... PERU. 😄

W Empiku czekała na mnie nowa książka mojej ukochanej Freidy McFadden. To był ten zakup, po który szłam z pełnym przekonaniem. Taki, który jeszcze zanim wróci do domu, już ma zarezerwowane miejsce na stoliku.

Ale największe zaskoczenie czekało na mnie w Pepco.

Jesień. W lipcu.

Dynie, ciepłe kolory, jesienne dekoracje... Wszystko wyglądało tak, jakby kalendarz postanowił przeskoczyć kilka stron.

I teraz mam mały problem.

Bo jestem jesieniarą z krwi i kości.

Dla mnie wrzesień pachnie nowymi zeszytami, swetrem zarzuconym na ramiona, herbatą, książkami i wieczorami, które przychodzą trochę za szybko. Jesień zawsze była moją porą roku.

Ale... Czy naprawdę już?

Z jednej strony pomyślałam: "Ludzie, mamy jeszcze lato!"

Z drugiej... no cóż... dyniowa deska sama wskoczyła do koszyka. A zaraz za nią ceramiczna dynia. Przecież nie mogłam ich tam zostawić. Byłyby smutne. 😄

Wróciłam do domu z książką, kilkoma drobiazgami i myślą, że chyba jestem gdzieś pomiędzy.

Jeszcze chcę nacieszyć się latem.

Ale już zerkam w stronę jesieni.

I chyba właśnie dlatego tak ją lubię.

Ona nigdy nie wpada z hukiem.

Najpierw pojawia się gdzieś na sklepowej półce.

Potem w jednej książce przeczytanej pod kocem.

Później w kubku gorącej herbaty.

A zanim człowiek się obejrzy, siedzi przy oknie, patrzy na kolorowe liście i myśli: "No dobrze... czekałam na ciebie."

Codziennik Zadumanej #6

Dziś wydarzyło się coś podejrzanego.

Obudziłam się późno.

Naprawdę późno. Jak na mnie wręcz skandalicznie. Przez chwilę miałam nawet ochotę wpaść w ten dobrze znany tryb: „No pięknie, pół dnia zmarnowane...”.

Ale wiecie co?

To wcale nie była prawda.

Bo choć dzień zaczął się później niż zwykle, udało mi się zrobić naprawdę sporo. Odhaczyłam wszystko, co było do zrobienia, odpisałam, napisałam, ogarnęłam. I nagle dotarło do mnie, że chyba tylko my, dorośli, potrafimy mieć wyrzuty sumienia o godzinę pobudki.

A potem...

Potem pozwoliłam sobie zwolnić.

Bez negocjacji z samą sobą.

Poszłam na długi spacer. Taki, na którym nie liczy się kroków, tylko myśli, które po drodze same się układają. Później urządziłam sobie małe, domowe SPA. Nic spektakularnego. Kilka prostych chwil, które przypominają, że o siebie też wypada zadbać.

Na koniec zabrałam książkę i rozsiadłam się na balkonie.

Uwielbiam ten moment dnia, kiedy świat jakby cichnie. Ludzie wracają do domów, słońce robi się bardziej miękkie, a książka nagle wciąga dwa razy bardziej niż rano. Od czasu do czasu podnosiłam wzrok znad kartek i myślałam, że przecież nigdzie mi się dziś nie spieszy.

I chyba właśnie takich dni najbardziej potrzebuję.

Nie tych, które można opowiedzieć w dziesięciu emocjonujących historiach.

Tylko tych zwyczajnych.

Takich, po których człowiek nie jest bardziej zmęczony niż rano.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że odpoczynek nie jest nagrodą za ciężką pracę.

Jest jej częścią.

Bo jeśli ciągle tylko biegniemy, to w końcu zapominamy, dokąd właściwie chcieliśmy dojść.

A jutro?

Jutro znowu pewnie wstanę skoro świt. Tak już mam.

Ale dziś... dziś bardzo dobrze było sobie przypomnieć, że świat naprawdę się nie zawali, jeśli człowiek raz na jakiś czas po prostu usiądzie na balkonie z książką i pozwoli wieczorowi płynąć swoim tempem. 

Lubię ludzi, przy których nie muszę się spinać

Kilka dni temu miałam wpaść do kogoś dosłownie na chwilę. Wiecie, taka zwykła kawa. Nic wielkiego. I złapałam się na czymś, co pewnie zna większość z nas. Stałam przed szafą i zastanawiałam się, co założyć. Potem pomyślałam, czy włosy dobrze wyglądają, czy może jednak powinnam poprawić makijaż, a może jeszcze kupić coś słodkiego, żeby nie iść z pustymi rękami. Pięć minut później wybuchnęłam śmiechem. Przecież jechałam do osoby, która widziała mnie już w rozciągniętym swetrze, z włosami związanymi byle jak i z miną człowieka, który od rana walczy z ekspresem do kawy. I wiecie co? Nigdy nie miałam wrażenia, że jestem tam oceniana. To jest ogromny luksus.

Coraz bardziej lubię ludzi, przy których nie muszę się zastanawiać nad każdym słowem. Takich, przy których cisza nie jest niezręczna, tylko zwyczajna. Mogę powiedzieć, że mam gorszy dzień i nie usłyszę od razu listy gotowych rozwiązań. Mogę się śmiać z własnych wpadek, a oni śmieją się razem ze mną, a nie ze mnie.

Z wiekiem chyba coraz mniej imponują mi znajomości, które dobrze wyglądają z zewnątrz. Znacznie bardziej cenię te, po których wracam do domu spokojniejsza niż przed spotkaniem.

Wiecie, po czym poznaję takich ludzi?

Po tym, że nie robię w głowie próbnej rozmowy przed spotkaniem. Nie zastanawiam się, czy wypada o czymś powiedzieć. Nie analizuję później przez pół wieczoru, czy przypadkiem nie powiedziałam czegoś głupiego. Po prostu jestem. A to wcale nie zdarza się tak często.

Czasami wystarczy godzina spędzona z odpowiednią osobą, żeby cały dzień zrobił się lżejszy. Nie dlatego, że wydarzyło się coś niezwykłego. Po prostu przez chwilę nie trzeba było nikogo udawać.

Lubię też ludzi, którzy nie obrażają się o ciszę. Takich, z którymi można siedzieć przy herbacie i przez kilka minut patrzeć przez okno. Bez nerwowego szukania kolejnego tematu. Bez poczucia, że trzeba czymś wypełnić każdą sekundę. To zabawne, ale czasem właśnie wtedy prowadzi się najlepsze rozmowy. Albo... nie prowadzi się ich wcale i też jest dobrze.

Ostatnio pomyślałam, że bezpieczna obecność jest trochę jak ulubiony fotel. Nie zwracasz na niego większej uwagi, dopóki go nie zabraknie. Po prostu siadasz i jest Ci wygodnie. Nie myślisz o tym, jak wyglądasz, czy dobrze siedzisz i czy przypadkiem nie zajmujesz za dużo miejsca. Po prostu odpoczywasz. Chyba z ludźmi jest podobnie.

Najpiękniejsze relacje to nie te, przy których świecimy najmocniej. To te, przy których wreszcie możemy zgasić wszystkie reflektory.

Nie musimy być zabawniejsi, mądrzejsi ani bardziej interesujący. Nie musimy mieć idealnie posprzątanego mieszkania, najlepszego humoru ani gotowej odpowiedzi na każde pytanie. Możemy przyjść z potarganymi myślami, z kubkiem herbaty w dłoni i powiedzieć: „Dzisiaj jakoś nie mam energii”.

I usłyszeć tylko: „To dobrze, że jesteś.”

Coraz bardziej wierzę, że właśnie takich ludzi warto trzymać blisko. Nie dlatego, że rozwiązują nasze problemy. Tylko dlatego, że przy nich życie przestaje być egzaminem.

A to, w dzisiejszych czasach, jest naprawdę bezcenne.

Jest w Twoim życiu ktoś, przy kim możesz być po prostu sobą, bez udawania i bez spinania się?

Codziennik Zadumanej #5

Wiecie, są takie dni, które wyglądają tak, jakby ktoś reżyserował je według scenariusza: „Czasem słońce, czasem deszcz”. I nie mam tu na myśli tylko pogody.

Od rana zdążyłam już przeżyć mały zawał. Zmywarka oznajmiła mi swoim zachowaniem, że chyba postanowiła zakończyć wspólne życie. Stałam przed nią, patrzyłam z niedowierzaniem i już w głowie liczyłam, ile kosztuje nowa. Na szczęście po chwili łaskawie stwierdziła, że jednak będzie żyć. Chociaż... nie jestem przekonana, czy to nie był dopiero początek jej agonii. Na razie zawarłyśmy rozejm.

Potem pogoda zaczęła bawić się ze mną w chowanego. Słońce. Deszcz. Słońce. Deszcz. Gdybym nie wiedziała, że jestem w Polsce, pomyślałabym, że mieszkam gdzieś na planie bollywoodzkiego filmu.

A kiedy wydawało mi się, że nic więcej mnie dziś nie zaskoczy, spojrzałam na balkon.

Tam swoje dzieło sztuki pozostawił Hektor.

Rudy gangster.

Kwiaty, które jeszcze niedawno pięknie rosły, zostały potraktowane z taką fantazją, jakby przeszło przez nie tornado... tylko bardziej futrzaste. Zebrałam to, co ocalało, i zamiast się złościć, wstawiłam do małego wazonika. Patrzę na nie teraz i dochodzę do wniosku, że nawet po spotkaniu z kotem wyglądają całkiem uroczo.

Może z nami jest podobnie.

Nie każdy dzień układa się idealnie. Czasem coś się zawiesi. Czasem coś się połamie. Czasem ktoś – na przykład kot – skutecznie pokrzyżuje nasze plany. Ale jeśli uda się na koniec dnia znaleźć kilka ocalałych kwiatów, kubek dobrej herbaty i powód do uśmiechu, to chyba znaczy, że ten dzień wcale nie był stracony.

I właśnie za to lubię pisać pozytywny pamiętnik.

Nie dlatego, że wszystkie dni są piękne.

Tylko dlatego, że nawet w tych najbardziej pokręconych można znaleźć coś, co warto zapamiętać.

A Hektor? Cóż... śpi teraz tak spokojnie, jakby od rana ratował świat, a nie urządzał zamach na balkonowe kwiaty.

I spróbujcie mi powiedzieć, że koty nie mają poczucia humoru. 😄

Codziennik Zadumanej #4

Jest dopiero południe, a ja mam wrażenie, jakby ten dzień trwał już dwa razy dłużej niż zwykle. I wcale nie narzekam.

Pobudka o piątej. Nie dlatego, że musiałam. Po prostu obudził mnie ten rodzaj ciszy, który latem zdarza się tylko bardzo wcześnie rano. Wzięłam Sisi i poszłyśmy na długi spacer. Powietrze było jeszcze przyjemne, ptaki urządzały swój poranny koncert, a ja po raz kolejny pomyślałam, że człowiek naprawdę niewiele potrzebuje, żeby dobrze zacząć dzień.

Potem kawa. Taka spokojna, bez pośpiechu. Kilka stron książki, uzupełnienie wpisów na blogach i nagle zorientowałam się, że zrobiłam tyle rzeczy, a przecież nawet nie spojrzałam na zegarek.

Teraz siedzę z moim pozytywnym pamiętnikiem. Lubię te chwile. Wracam do drobiazgów, które łatwo przegapić, kiedy dzień pędzi. Zapisuję, za co jestem wdzięczna, co mnie ucieszyło, co wywołało uśmiech. I wiecie co? Czasem największym wydarzeniem dnia jest to, że kawa była naprawdę dobra, spacer był dłuższy niż zwykle, a kot... no dobrze, kot akurat niczego nie zniszczył. To też można uznać za mały cud.

Za oknem w słońcu już 33 stopnie, więc plan na dalszą część dnia jest prosty: nie udawać bohatera. Nie biegać z odkurzaczem po mieszkaniu, nie wymyślać sobie dwudziestu nowych obowiązków i nie mieć wyrzutów sumienia, że niedziela wygląda jak... niedziela.

Coraz bardziej lubię takie dni. Bez fajerwerków. Bez listy zadań odhaczanej w szalonym tempie. Za to z poczuciem, że życie składa się właśnie z takich spokojnych poranków, spacerów, książek, kubków kawy i kilku zdań zapisanych w pamiętniku.

I chyba właśnie tego chcę sobie życzyć jak najczęściej.

"Mów własnym głosem" - Regina Brett o tym, że najtrudniej jest powiedzieć: „to jestem ja”

Nie wiem, czy też tak macie, ale przez większą część życia bardziej martwiłam się tym, żeby nikogo nie zawieść, niż tym, czy sama jestem szczęśliwa. Nie chciałam sprawiać przykrości. Wolałam ustąpić. Przemilczeć. Zgodzić się, choć w środku czułam, że myślę zupełnie inaczej. I chyba właśnie dlatego książka „Mów własnym głosem” Reginy Brett trafiła do mnie w dobrym momencie. To nie jest poradnik, który obiecuje, że po przeczytaniu pięćdziesięciu lekcji nagle staniesz się pewną siebie osobą. Regina Brett nie daje gotowych recept. Raczej siada obok czytelnika i spokojnie pokazuje, że własny głos odnajduje się małymi krokami.

Czytając tę książkę, kilka razy odkładałam ją na bok. Nie dlatego, że mnie nudziła. Wręcz przeciwnie. Po prostu miałam potrzebę zatrzymać się i pomyśleć o sobie. O tym, ile razy powiedziałam „tak”, kiedy chciałam powiedzieć „nie”. Ile razy tłumaczyłam swoje decyzje tylko dlatego, że bałam się, co pomyślą inni. Ile razy próbowałam dopasować się do czyichś oczekiwań, zamiast zapytać siebie, czego naprawdę chcę.

Najbardziej lubię książki, które nie krzyczą. Nie próbują mnie przekonać, że od jutra mam być zupełnie innym człowiekiem. Zamiast tego delikatnie przypominają, że mam prawo być sobą. Regina Brett pisze właśnie w taki sposób. Bez wywyższania się. Bez oceniania. Bardziej jak dobra znajoma, która dzieli się własnym doświadczeniem i mówi: „Wiesz... ja też przez to przechodziłam.” I chyba dlatego tak dobrze się ją czyta.

Po zamknięciu tej książki nie miałam ochoty zmieniać całego swojego życia. Ale miałam ochotę częściej słuchać siebie. Bo własny głos nie zawsze oznacza mówienie najgłośniej. Czasem oznacza po prostu odwagę, żeby powiedzieć spokojnie: „To jest ważne dla mnie.” I mam wrażenie, że właśnie od takich zdań zaczynają się największe zmiany.

Pięć minut na ławce

Wyszłam tylko na krótki spacer. Taki bez celu. Bez liczenia kroków, bez planowania trasy i bez przekonania, że koniecznie muszę wrócić z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. Po prostu zamknęłam drzwi i poszłam przed siebie. Po kilku minutach zobaczyłam pustą ławkę. Pewnie mijałam ją już dziesiątki razy, ale tego dnia wyglądała jakoś wyjątkowo zachęcająco. Usiadłam z myślą, że dam sobie pięć minut. Dosłownie pięć. Przecież w domu czekało jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. I wtedy wydarzyło się... właściwie nic.

Starszy pan powoli prowadził psa, który co kilka kroków zatrzymywał się, jakby koniecznie musiał obwąchać każdy listek. Dwójka dzieci ścigała gołębie z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależały losy świata. Ktoś przejechał rowerem. Z pobliskiego balkonu dobiegał zapach obiadu. Drzewa delikatnie poruszały się na wietrze, a ja pierwszy raz od dłuższego czasu nie sprawdzałam, która jest godzina.

Zaczęłam się zastanawiać, kiedy ostatnio naprawdę siedziałam. Nie przy komputerze. Nie z telefonem w ręku. Nie czekając na kogoś. Tak po prostu. Mam wrażenie, że dzisiaj nawet odpoczynek próbujemy robić produktywnie. Spacer? Dobrze, ale niech będzie przynajmniej osiem tysięcy kroków. Ławka? Jasne, ale najlepiej od razu odpowiedzieć na wiadomości. Kawa? Świetnie, tylko przy okazji można jeszcze obejrzeć kilka rolek. A może nie zawsze trzeba robić coś „przy okazji”?

Może czasem wystarczy usiąść i pozwolić światu toczyć się bez naszego udziału.

Śmieję się czasem sama z siebie, bo jestem mistrzynią wymyślania zajęć. Nawet kiedy mam wolną chwilę, mój mózg natychmiast podpowiada: „Skoro już siedzisz, to mogłabyś...”. Posprzątać. Odpisać. Zaplanować. Zamówić. Sprawdzić. Jakby bezczynność była czymś podejrzanym.

A przecież właśnie podczas tych kilku minut na ławce przyszło mi do głowy więcej dobrych myśli niż przez cały poranek spędzony na bieganiu od jednej sprawy do drugiej.

Może dlatego coraz bardziej lubię takie małe ucieczki. Nie trzeba wyjeżdżać w góry ani nad morze. Czasem wystarczy najzwyklejsza ławka w parku albo pod blokiem. Taka, obok której codziennie przechodzimy, nawet na nią nie patrząc.

Kiedy wróciłam do domu, nic się nie zmieniło. Naczynia nadal czekały w zlewie, pranie samo się nie rozwiesiło, a lista spraw do załatwienia wcale nie zrobiła się krótsza. Zmieniło się za to coś we mnie. Jakby ktoś na chwilę ściszył hałas, który od rana grał mi w głowie. I pomyślałam, że chyba za rzadko dajemy sobie te zwykłe pięć minut. Nie dlatego, żeby uciec od życia. Właśnie po to, żeby do niego spokojniej wrócić.

A kiedy ostatnio usiadłeś po prostu na ławce... nie po to, żeby na kogoś czekać, ale żeby przez chwilę pobyć ze sobą?

Twórczy wieczór zamiast scrollowania

Nie wiem, kiedy to się stało, ale wieczory zaczęły wyglądać podejrzanie podobnie. Siadam na kanapie z myślą, że tylko na chwilę sprawdzę, co nowego w internecie. Pięć minut zamienia się w dwadzieścia, potem w czterdzieści, a ja nagle orientuję się, że obejrzałam kilkanaście filmików, których następnego dnia i tak nie będę pamiętała. Za to doskonale pamiętam jedno uczucie. Głowa jest pełna, a jednocześnie jakaś... pusta. Najzabawniejsze jest to, że przecież sama mam milion pomysłów na rzeczy, które mogłabym zrobić. W szufladach czekają papiery, wstążki, wykrojniki, kleje, farby i cała armia przydasi, które kupowałam z przekonaniem, że „na pewno się przydadzą”. I wiecie co? One naprawdę się przydają. Tylko najpierw trzeba odłożyć telefon.

Nie ma znaczenia, czy robię kartkę, wycinam jakieś drobiazgi, układam kompozycję czy po raz setny zastanawiam się, czy ten kwiatuszek powinien być dwa centymetry bardziej w lewo. W takich chwilach dzieje się coś dziwnego. Ręce są zajęte, więc głowa wreszcie przestaje biegać we wszystkie strony. Nagle nie analizuję rozmowy sprzed tygodnia, nie układam w myślach odpowiedzi, której już nigdy nikomu nie wyślę, i nie tworzę czarnych scenariuszy na przyszłość. Skupiam się na tym, żeby klej nie wylądował tam, gdzie absolutnie nie powinien. Choć... bądźmy szczerzy. Czasem ląduje. I najczęściej nie na kartce. 

Lubię ten moment, kiedy na stole robi się twórczy bałagan. Nożyczki znikają dokładnie wtedy, kiedy są najbardziej potrzebne. Ołówek wyparowuje. Taśma klejąca prowadzi własne życie, a ja po kilku minutach odkrywam, że cały czas leży tuż obok mojej ręki. To chyba jakieś prawo każdego, kto lubi coś tworzyć.

Wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Że efekt końcowy wcale nie jest najważniejszy. Oczywiście, miło spojrzeć na gotową kartkę czy dekorację i pomyśleć: „To wyszło całkiem nieźle”. Ale prawdziwa wartość kryje się w tej godzinie czy dwóch, kiedy świat trochę zwalnia. Kiedy zamiast bez końca przesuwać palcem po ekranie, przesuwam kawałek koronki, przyklejam listek albo wybieram kolor wstążki.

Mam nawet swoją teorię. Tworzenie jest trochę jak spacer dla głowy. Nogi zostają w domu, ale myśli wychodzą na świeże powietrze. Wracają spokojniejsze, mniej zmęczone i jakoś łatwiej się z nimi dogadać.

Nie namawiam nikogo, żeby od jutra kupował maszynkę do scrapbookingu albo pół sklepu plastycznego. Naprawdę nie o to chodzi. Może to być szydełko, kolorowanka, układanie puzzli, haft, malowanie kamieni albo przesadzanie kwiatów. Cokolwiek sprawi, że ręce będą miały co robić, a głowa wreszcie dostanie chwilę wolnego.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że największym luksusem nie jest dziś nowy telefon ani kolejny serial do obejrzenia. Największym luksusem jest wieczór, po którym czuję się spokojniejsza niż wtedy, gdy się zaczynał.

Dlatego jeśli dziś wieczorem znowu złapiesz się na tym, że bezmyślnie przewijasz kolejne filmiki, spróbuj zrobić mały eksperyment. Odłóż telefon na pół godziny. Wyciągnij coś, co od dawna czekało na swoją kolej, i po prostu zacznij. Bez planu, bez presji, bez oczekiwania, że powstanie małe dzieło sztuki.

Jest spora szansa, że kiedy spojrzysz na zegarek, okaże się, że minęły dwie godziny. A Ty pierwszy raz od dawna pomyślisz: „Ale to był naprawdę dobry wieczór.”

Dzień bez wielkich planów, ale z jedną dobrą rzeczą

Są takie dni, o których wieczorem trudno byłoby coś spektakularnego opowiedzieć. Nikt nie zadzwonił z dobrą wiadomością, nie wydarzyło się nic, co nadawałoby się na zdjęcie z podpisem „najlepszy dzień ever”, lista spraw do zrobienia wcale nie zrobiła się krótsza, a pogoda też nie postanowiła współpracować. Gdyby ktoś zapytał mnie, co dziś robiłam, pewnie odpowiedziałabym: „W sumie... nic wyjątkowego”. I właśnie wtedy najczęściej okazuje się, że ten dzień wcale nie był taki zwyczajny.

Coraz częściej łapię się na tym, że wieczorem zamiast myśleć o wszystkim, czego nie udało mi się zrobić, próbuję przypomnieć sobie jedną dobrą rzecz. Tylko jedną. Nie musi być wielka. Wystarczy, że była prawdziwa.

Czasem jest to pierwsza kawa wypita jeszcze w ciszy, zanim świat na dobre się obudzi. Innym razem zapach deszczu wpadający przez uchylone okno albo wiadomość od kogoś, kto odezwał się bez żadnego powodu, tylko po to, żeby zapytać, co słychać. Bywa, że ratuje mnie śmiech z czegoś zupełnie głupiego. Zdarzało mi się śmiać sama z siebie, kiedy po raz trzeci szukałam okularów, mając je... na nosie. Nie pytajcie, ile razy to się już wydarzyło. Wolę tego nie liczyć. 

Mam wrażenie, że przez lata nauczyliśmy się oceniać dzień po jego efektach. Jeśli wszystko zostało odhaczone, był dobry. Jeśli czegoś nie zdążyliśmy, automatycznie ląduje w szufladce z napisem „średni”. A przecież życie wcale tak nie działa. Ono nie składa się z samych sukcesów, wielkich decyzji i przełomowych momentów. Większość naszego życia to właśnie te zwyczajne wtorki, środy i piątki, które z pozoru niczym się nie wyróżniają.

I może właśnie dlatego warto je trochę oswoić. Zamiast czekać na coś wielkiego, nauczyć się zauważać to, co już jest. Jedną dobrą rozmowę. Promień słońca, który niespodziewanie wyszedł zza chmur. Ulubiony kubek, z którego herbata jakoś zawsze smakuje lepiej. Kota, który akurat dziś postanowił być wyjątkowo miły. Albo ten moment, kiedy wieczorem wreszcie siadasz na kanapie i myślisz: „Dobrze... na dziś już wystarczy.”

Od jakiegoś czasu coraz bardziej lubię takie dni. Nie dlatego, że są idealne, ale dlatego, że niczego nie udają. Nie muszą imponować. Nie proszą o uwagę. Po prostu mijają spokojnie, zostawiając po sobie jedno ciepłe wspomnienie. I wiecie co? Czasem mam wrażenie, że to właśnie one budują nasze życie znacznie bardziej niż te wszystkie dni, które wydawały się wielkimi wydarzeniami.

Dlatego chyba zacznę prowadzić mały, bardzo prosty rytuał. Każdego wieczoru będę szukała jednej rzeczy, która uratowała mi dzień. Jednej chwili, jednego uśmiechu, jednego drobiazgu. Bo kiedy zbierze się ich trzydzieści, nagle okazuje się, że miesiąc wcale nie był taki zwyczajny.

A dziś?

Moją jedną dobrą rzeczą jest to, że mogłam usiąść i napisać te kilka zdań. Bo może po drugiej stronie ekranu właśnie ktoś przeczyta je przy kubku herbaty i pomyśli o swojej jednej dobrej rzeczy.

I chyba to jest całkiem piękne.

A gdybyś miał lub miała wskazać tylko jedną rzecz z dzisiejszego dnia, tę jedną, która sprawiła, że zrobiło Ci się choć odrobinę lżej... co by to było?

Nie wszystko, co straciłam, było dla mnie dobre

Jest takie uczucie, które pojawia się zaraz po tym, gdy coś się kończy. Przez chwilę człowiek chodzi po domu trochę wolniej niż zwykle, odruchowo wraca myślami do tego, co jeszcze wczoraj wydawało się oczywiste, i łapie się na tym, że wciąż próbuje poukładać sobie w głowie pytanie: „Dlaczego?”. Nieważne, czy chodzi o relację, pracę, jakieś miejsce czy plany, które rozsypały się szybciej, niż zdążyły się spełnić. Strata prawie zawsze najpierw boli. I chyba dlatego tak trudno uwierzyć, że kiedyś można spojrzeć na nią z wdzięcznością.

Kiedyś wydawało mi się, że jeśli coś tracę, to znaczy, że przegrałam. Długo nosiłam w sobie przekonanie, że trzeba walczyć do końca, ratować każdą znajomość, kurczowo trzymać się tego, co znane, nawet jeśli od dawna przestało cieszyć. Człowiek przyzwyczaja się przecież nie tylko do dobrych rzeczy. Przyzwyczaja się również do zmęczenia, do rozczarowań, do codzienności, która z każdym dniem zabiera po trochu spokój. Co ciekawe, często zauważamy to dopiero wtedy, kiedy tego wszystkiego już nie ma.

Ostatnio porządkowałam jedną z szafek i trafiłam na kubek, którego kiedyś używałam niemal codziennie. Pamiętałam, że bardzo go lubiłam, więc przez chwilę próbowałam sobie przypomnieć, dlaczego właściwie przestałam po niego sięgać. I nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Stał tam od miesięcy, może nawet od lat, a ja żyłam zupełnie normalnie, nawet nie zauważając jego braku. Pomyślałam wtedy, że z niektórymi sprawami w życiu jest dokładnie tak samo. Kiedy coś odchodzi, wydaje nam się, że już zawsze będziemy odczuwać pustkę. Tymczasem życie, zupełnie po cichu, urządza się na nowo.

Najbardziej zaskakuje mnie to, że wiele rzeczy, których kiedyś nie chciałam stracić, dzisiaj wspominam z ogromnym spokojem. Nie dlatego, że były nieważne. Były ważne i właśnie dlatego ich koniec tak bolał. Z perspektywy czasu widzę jednak, ile kosztowało mnie ich nieustanne podtrzymywanie. Ile energii pochłaniały relacje, w których ciągle trzeba było coś udowadniać. Ile sił odbierały miejsca, do których chodziłam bardziej z poczucia obowiązku niż z radości. Jak bardzo bałam się zamknąć pewne drzwi tylko dlatego, że nie wiedziałam, co znajduje się po drugiej stronie.

Dzisiaj myślę, że nie każda strata jest czymś, co nam życie odbiera. Czasem jest czymś, od czego nas uwalnia. Tylko trudno to dostrzec w chwili, kiedy wszystko jeszcze jest świeże. Wtedy widzimy jedynie to, czego już nie mamy. Dopiero po miesiącach, a czasem po latach, przychodzi taka zwyczajna chwila. Budzisz się rano, robisz kawę, wyglądasz przez okno i nagle orientujesz się, że od bardzo dawna nie wracałaś myślami do tego, co kiedyś wydawało się końcem świata. Nie dlatego, że zapomniałaś. Po prostu przestałaś za tym tęsknić.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że życie ma więcej mądrości niż my sami. My kurczowo trzymamy się tego, co znamy, ono czasem delikatnie rozluźnia nasz uścisk. W pierwszej chwili mamy do niego żal, buntujemy się i pytamy, dlaczego właśnie teraz. Dopiero później odkrywamy, że w miejscu, które wydawało się pustką, powoli zaczęło pojawiać się coś nowego. Spokój. Oddech. Lekkość. Może nawet odrobina odwagi, której wcześniej nie mieliśmy.

Nie umiem już powiedzieć, że cieszę się z każdej straty. Byłoby to nieprawdziwe. Są takie, które zostawiają ślad na całe życie i których nigdy nie przestaniemy opłakiwać. Ale są też takie, które dopiero po czasie pokazują swoje prawdziwe znaczenie. Dziś wiem, że nie wszystko, co odeszło z mojego życia, było dla mnie dobre. Niektóre rzeczy zabierały więcej, niż dawały, tylko ja zbyt długo nie chciałam tego zauważyć.

I chyba właśnie dlatego, kiedy dziś coś się kończy, zamiast od razu pytać: „Dlaczego mnie to spotkało?”, próbuję zostawić sobie odrobinę miejsca na inną myśl. Może jeszcze tego nie rozumiem. Może jeszcze boli. Ale może za jakiś czas spojrzę na tę chwilę i pomyślę, że nie była końcem. Była początkiem życia, w którym jest po prostu więcej miejsca na mnie.

A Ty? Czy zdarzyło Ci się kiedyś zrozumieć dopiero po latach, że coś, co wydawało się wielką stratą, tak naprawdę stało się cichym początkiem czegoś dobrego?