Codziennik Zadanej #50

Dzisiaj Frida zrobiła mi prezent. Oczywiście nie osobiście, chociaż przy liczbie jej książek, które trafiają do mojego domu, mogłaby już zacząć rozważać wysyłanie mi kartek na urodziny. Prezent nazywa się „Ukochana żona” i od chwili, kiedy wiedziałam, że książka na mnie czeka, mój wewnętrzny spokój przestał istnieć.

Normalnie mam swoją małą tradycję. Piątek, powrót z pracy, mój MPark i obowiązkowy obchód miejsc, w których oczywiście niczego nie potrzebuję, ale zawsze warto sprawdzić, czy przypadkiem coś nie potrzebuje mnie. Tym razem jednak tradycja przegrała z Fridą McFadden. Książka była już w Empiku, ja o tym wiedziałam i naprawdę miałabym czekać do jutra? Są granice rozsądku.

Po pracy ruszyłam więc do MParku dzień wcześniej. Bez Pepco, bez Dealza, bez spokojnego piątkowego dreptania między półkami. Kierunek był jeden: Empik. Misja: odebrać Fridę. Tempo takie, jakby istniało realne zagrożenie, że ktoś wyda moją książkę obcej osobie i będę musiała wszcząć akcję poszukiwawczą.

Odebrałam. Mam. Jest moja.

I to była największa radość dzisiejszego dnia. Nie jakaś wielka życiowa rewolucja, nie wydarzenie, które zmieni bieg historii. Po prostu nowa książka w torbie i ta dziecięca wręcz przyjemność, kiedy człowiek co jakiś czas zagląda do środka, choć doskonale wie, że ona tam jest. Jakby mogła w międzyczasie uciec.

Poza tym dzień był podejrzanie normalny. W pracy dobrze. W domu dobrze. Nikt niczego spektakularnie nie zniszczył, żaden fikus nie zemdlał, autobus mi nie uciekł, nie wracałam trzy kilometry w ulewie i nawet życie nie przygotowało mi żadnej większej katastrofy do opisania. A przecież właśnie takie dni też są potrzebne. Może nawet bardziej, niż nam się wydaje.

Bo chyba zbyt często czekamy na te wielkie powody do radości, podczas gdy życie składa się głównie z małych. Z dobrej kawy, spokojnego dnia w pracy, powrotu do własnego domu, wieczoru, na który nie trzeba mieć żadnego planu, i książki, po którą człowiek jedzie dzień wcześniej, bo zwyczajnie nie potrafi czekać.

Dzisiaj moja radość ma okładkę i pachnie nową książką.

A teraz pozostaje najtrudniejsza decyzja tego dnia: zacząć czytać od razu czy przez chwilę jeszcze nacieszyć się samym faktem, że ją mam.

Znając mnie, ta „chwila” potrwa mniej więcej do zrobienia kawy.

"Pomoc domowa. Z ukrycia" - Freida McFadden o tym, że czasem najbardziej niebezpieczne jest to, co dzieje się tuż obok

No i przyszła pora na moją ukochaną Freidę. Mogę czytać inne thrillery, zachwycać się nowymi autorami, znajdować kolejne nazwiska, które lądują na mojej liście „koniecznie przeczytać”, ale kiedy biorę do ręki McFadden, mam zupełnie inne nastawienie. To trochę jak spotkanie ze starą znajomą, której absolutnie nie należy ufać. Wiem, że będzie mnie okłamywać, podrzucać fałszywe tropy i robić wszystko, żebym uwierzyła w swoją genialną teorię. A ja za każdym razem grzecznie w to wchodzę. I jeszcze jestem z siebie zadowolona, kiedy po stu stronach myślę: dobra, Freida, tym razem już wiem. Nie wiem.

„Pomoc domowa. Z ukrycia” to trzecia część historii Millie Calloway. Tym razem spotykamy ją w zupełnie innym momencie życia. Millie ma Enza, dzieci i wreszcie własny dom. Po latach sprzątania cudzych posiadłości sama przekracza próg miejsca, które ma być jej bezpieczną przystanią. Brzmi niemal sielankowo, prawda? Tylko że u Freidy McFadden spokojna podmiejska ulica i ładne domy powinny natychmiast zapalić człowiekowi wszystkie lampki ostrzegawcze.

Zaczyna się od sąsiadów. Pani Lowell zaprasza Millie i Enza na kolację, jej pomoc domowa zachowuje się co najmniej dziwnie, ktoś najwyraźniej interesuje się nowymi mieszkańcami trochę bardziej, niż powinien, a Enzo zaczyna wychodzić z domu późnymi wieczorami. Do tego dochodzą ostrzeżenia sąsiadki z naprzeciwka. Niby nic, co od razu kazałoby pakować walizki, ale drobne rzeczy zaczynają się układać w bardzo nieprzyjemne poczucie, że coś tutaj zdecydowanie nie gra.

I właśnie ta zmiana najbardziej mnie zainteresowała. W pierwszych dwóch częściach Millie wchodziła do cudzych domów i odkrywała to, co ich właściciele próbowali ukryć. Teraz role trochę się odwracają. To ona ma dom, rodzinę i życie, którego chce bronić. A niebezpieczeństwo nie czeka już za drzwiami miejsca, w którym podjęła pracę. Zamieszkało po sąsiedzku. Albo jeszcze bliżej.

Nie będę zdradzać więcej, bo przy Freidzie naprawdę nie ma większego sensu opowiadać fabuły. Cała przyjemność polega przecież na podejrzewaniu wszystkich po kolei. Ja oczywiście miałam swoje typy. Potem je zmieniłam. Później wróciłam do pierwszej wersji. Następnie uznałam, że przecież to byłoby zbyt oczywiste. Krótko mówiąc, przeprowadziłam śledztwo na poziomie najwyższej klasy specjalisty i jak zwykle Freida zrobiła ze mną, co chciała.

Muszę jednak przyznać, że „Z ukrycia” jest trochę inne niż dwie poprzednie części. Początek rozwija się spokojniej, jest w nim więcej codzienności Millie i życia rodzinnego. Nie jestem zresztą jedyna, która to zauważyła — w opiniach czytelników powtarza się spostrzeżenie, że pierwsza część książki jest bardziej obyczajowa, a napięcie wyraźnie rośnie później. Dla części osób właśnie dlatego jest to najsłabszy tom serii, inni doceniają zmianę i finał.

Mnie ten spokojniejszy początek nie przeszkadzał. Może dlatego, że Millie już znam i chciałam zobaczyć, co z nią dalej. Po dwóch poprzednich książkach nie jest dla mnie anonimową bohaterką wrzuconą w kolejną zagadkę. Chciałam zobaczyć ją jako żonę, matkę, właścicielkę własnego domu. I chyba właśnie dzięki temu późniejsze wydarzenia działają mocniej. Bo tym razem zagrożone jest nie tylko jej życie. Jest coś, co Millie ma do stracenia.

Została mi też po tej książce myśl o sąsiadach. O tym, jak niewiele właściwie wiemy o ludziach mieszkających kilka metrów od nas. Mówimy sobie „dzień dobry”, widzimy, jak wynoszą śmieci, koszą trawnik, odbierają dzieci, wnoszą zakupy. Czasami wiemy, jaki mają samochód i kiedy wyjeżdżają na wakacje. I na tej podstawie układamy sobie w głowie całe ich życie. Spokojni. Sympatyczni. Dziwni. Idealne małżeństwo. Porządna rodzina. Tymczasem drzwi się zamykają i tak naprawdę nie mamy pojęcia, co dzieje się po drugiej stronie.

Freida właśnie na tym potrafi budować swoje historie najlepiej. Nie potrzebuje opuszczonego zamczyska ani mordercy czającego się w lesie. Wystarczy piękny dom, spokojna ulica, uprzejma sąsiadka i człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego właściwie ta kobieta tak dziwnie patrzy.

Polskie wydanie ukazało się 26 lutego 2025 roku nakładem Czwartej Strony, w tłumaczeniu Elżbiety Pawlik. To trzeci tom cyklu o Millie Calloway. Katalogi podają różną paginację wydania — Empik i Lubimyczytać 400 stron, natomiast katalog biblioteczny 447 stron — zgodne są natomiast ISBN 9788368370058 i miękka oprawa.

Czy jest to moja ulubiona część „Pomocy domowej”? Chyba nadal największy sentyment mam do pierwszej, bo właśnie tam zaczęła się moja przygoda z Millie. Ale „Z ukrycia” przeczytałam dokładnie tak, jak czytam Freidę: jeszcze rozdział, jeszcze kilka stron, jeszcze tylko sprawdzę, czy mam rację...

Nie miałam. I właśnie za to ją uwielbiam.

Moja ukochana Freida McFadden po raz kolejny przypomniała mi, dlaczego kupuję jej książki właściwie w ciemno. Nie oczekuję od niej wielkiej literatury ani zdań, które będę przepisywać do zeszytu. Chcę, żeby mnie wciągnęła, namieszała mi w głowie, pozwoliła przez chwilę poczuć się bardzo mądrą, a potem pokazała, że znowu dałam się nabrać.

I dokładnie to dostałam.

Codzienni Zadumanej #49

Pierwszy dzień jesieni postanowił chyba udowodnić, że naprawdę wie, kiedy ma wejść na scenę, bo od poniedziałku codziennie w drodze z pracy łapie mnie ulewa. Codziennie. Jakby ktoś tam na górze miał podgląd na mój autobus i włączał deszcz dokładnie wtedy, kiedy wysiadam. Zaczynam już traktować parasol jak część garderoby, a nie dodatek, chociaż po kilku dniach człowiek przestaje się nawet dziwić, że rano wychodzi przyzwoicie, a wraca wyglądając jak uczestnik programu survivalowego dla nauczycieli.

Na szczęście jesień ma u mnie ogromny kredyt zaufania. Może padać, może wiać, może robić się ciemno wcześniej, a ja i tak zaczynam rozkwitać. Włączam światełka, wyciągam koc, robię sobie przytulny kąt i nagle wszystko jest dokładnie tak, jak powinno. Jesieniara pełną gębą, z pełnym wyposażeniem i bez najmniejszego poczucia winy.

Ale jest jeszcze druga odsłona mojej osobowości, która dzisiaj dała o sobie znać wcześniej niż zwykle.

Adwenciara.

Na prezent urodzinowy dostałam kartę podarunkową i zamiast zachować się rozsądnie, spokojnie i sezonowo odpowiedzialnie, kupiłam sobie kalendarz adwentowy. We wrześniu. Sama jeszcze nie wiem, czy to przygotowanie, przezorność, czy już lekkie oderwanie od rzeczywistości, ale jedno jest pewne, jeszcze nigdy nie byłam gotowa na Adwent tak wcześnie.

I chyba nawet nie zamierzam się z tego tłumaczyć.

Adwent uwielbiam chyba jeszcze bardziej niż jesień. Te wszystkie zapachy korzenne, pomarańcze, cynamon, pieczenie pierników, dekorowanie domu, światełka, ciepło, które robi się w mieszkaniu, kiedy za oknem jest ciemno i zimno. Do tego przesłodzone świąteczne filmy, w których wiadomo po pięciu minutach, kto z kim będzie, kto wróci do rodzinnego miasteczka i kto odkryje, że kariera w wielkim mieście jednak nie daje tyle szczęścia co piekarnia babci przy rynku. I książki, często mało ambitne, czasem przewidywalne do bólu, ale w Adwencie kompletnie mnie to nie obchodzi. Wtedy nie potrzebuję literackiego Nobla. Potrzebuję śniegu na okładce, kubka czegoś gorącego i historii, która kończy się dobrze.

Na razie jednak nie będę wyciągać bombek ani piec pierników. Bez przesady. Jesień dopiero weszła, więc niech ma swoje pięć minut. Dzisiaj robię sobie nastrój po jesiennemu, zawijam się w koc, siadam w moim czytelniczym kąciku i biorę książkę do ręki. Niech pada, niech szumi, niech świat robi swoje. Ja już na dziś nigdzie nie idę.

I chyba właśnie to lubię najbardziej w tych porach roku, które dla wielu są szare i smutne. One uczą mnie, że można sobie zrobić ciepło także wtedy, kiedy na zewnątrz jest chłodno. Można stworzyć własny rytuał, własny nastrój, własne małe przyjemności i nie czekać, aż dzień sam stanie się wyjątkowy.

Czasem wystarczy koc, książka, światło lampki i świadomość, że kalendarz adwentowy już czeka.

Tak na wszelki wypadek.

Bardzo, bardzo wcześnie.

Codziennik Zadumanej #48

Dzisiaj mam urodziny. Wiekiem chwalić się nie będę, bo są rzeczy, które najlepiej pozostawić między człowiekiem, dowodem osobistym i urzędem skarbowym. Powiem tylko, że metryka ma swoje zdanie, ja mam swoje i na razie nie widzę powodu, żebyśmy musiały się w tej kwestii dogadywać.

Postanowiłam za to, że chcę ten dzień po prostu fajnie przeżyć. Bez wielkich fajerwerków, bez obowiązkowego zachwytu od rana do wieczora i bez robienia z urodzin wydarzenia na miarę otwarcia igrzysk olimpijskich. Normalnie poszłam do pracy, normalnie wróciłam i, ponieważ najwyraźniej nawet w dniu urodzin nie dostaje się immunitetu na życie codzienne, ogarnęłam jeszcze kilka domowych spraw.

Ba, żeby nie było za lekko, napisałam dwa plany i dwa programy. Cztery dokumenty w urodziny. Gdyby ktoś chciał kiedyś napisać książkę pod tytułem „Szalone życie kobiety po...”, to właśnie dostarczyłam mu materiału na pierwszy rozdział. Inni skaczą ze spadochronem, ja tworzę programy terapeutyczne. Każdy ma swoją adrenalinę.

Ale w pewnym momencie powiedziałam: wystarczy. Reszta może poczekać do jutra. Świat się nie zawali, dokumenty nie uciekną, pranie nie zgłosi mojego zaniedbania odpowiednim służbom, a ja mam urodziny tylko raz w roku.

Zapaliłam światełka, zrobiłam sobie mój jesienny klimat, włączyłam jazz i nalałam do kieliszka bezalkoholowego. I nagle zrobiło się dokładnie tak, jak lubię. Cicho, ciepło, spokojnie. Bez pośpiechu. Bez konieczności bycia gdzieś za pięć minut. Tylko ja i wieczór, który tym razem naprawdę postanowiłam sobie zostawić.

Oczywiście pełna powaga urodzinowych rozmyślań wytrzymała tylko do pierwszej partyjki Snake Escape. Bo trudno kontemplować przemijanie, kiedy człowiek właśnie próbuje wyprowadzić węża, który uparcie pcha się tam, gdzie absolutnie nie powinien. W sumie im dłużej gram, tym bardziej dochodzę do wniosku, że ktoś stworzył tę grę na podstawie dorosłego życia. Niby widzisz wyjście, niby wszystko sobie zaplanowałaś, a potem jeden niewłaściwy ruch i cały misterny plan bierze w łeb.

A jednak dzisiaj trochę tych życiowych rozkmin jest. Urodziny mają tę dziwną właściwość, że człowiek mimowolnie ogląda się za siebie. Patrzy na to, co było, co się udało, co kompletnie nie wyszło, co bolało, z czego dziś potrafi się już śmiać. I chyba z każdym kolejnym rokiem coraz mniej interesuje mnie liczba, a coraz bardziej to, jak mi się ze sobą żyje.

I dzisiaj żyje mi się całkiem dobrze.

Nie potrzebuję wielkiej imprezy, żeby poczuć, że to mój dzień. Wystarczą światełka, jazz, kieliszek czegoś dobrego, kilka wirtualnych węży do uratowania i książka czekająca na zakończenie wieczoru. Może właśnie na tym polega przywilej kolejnych urodzin — coraz lepiej wiadomo, co naprawdę sprawia przyjemność, a coraz mniej człowiekowi zależy na tym, jak według innych powinno wyglądać świętowanie.

Więc dziś nie liczę lat. Liczę rzeczy, za które jestem wdzięczna. Ludzi, których mam obok. Chwile, które chcę pamiętać. To, czego się nauczyłam, i to, czego jeszcze kompletnie nie ogarniam.

A jutro wrócę do zwyczajnego życia.

Dzisiaj mam urodziny. I dzisiaj wieczór jest mój.

Taca, której nie planowałam kupować

Mam w domu kilka rzeczy, które żyją sobie spokojnie tylko dlatego, że kiedy próbuję je wyrzucić, natychmiast uruchamia mi się wewnętrzny głos: „zostaw, jeszcze się przyda”. Czasem oczywiście się nie przydają. Leżą, przekładam je z kąta w kąt, a potem znajduję po roku i znowu dochodzę do wniosku, że szkoda wyrzucić. Tym razem jednak moje chomikowanie dostało całkiem sensowne usprawiedliwienie, bo stara drewniana deska wreszcie doczekała się swojego wielkiego dnia.

Nie wyglądała szczególnie obiecująco. Kawałek drewna, trochę przetarć, kilka śladów użytkowania i właściwie tyle. Mogła równie dobrze zakończyć karierę gdzieś na dnie szafy, ale zobaczyłam w niej tacę. I od tego momentu sprawa była już właściwie przesądzona.

Najpierw dokładnie ją oczyściłam i delikatnie przeszlifowałam, żeby pozbyć się najbardziej nierównych miejsc. Nie zależało mi na idealnie gładkiej powierzchni, bo właśnie te drobne ślady sprawiają, że drewno wygląda naturalnie. Można zostawić je w takim stanie, zabezpieczyć olejem albo woskiem, można też lekko przyciemnić bejcą. Ja wybrałam spokojne, ciepłe wykończenie, bo chciałam, żeby taca pasowała do salonu i nie wyglądała, jakby właśnie uciekła z wystawy sklepu z dekoracjami rustykalnymi.

Najważniejsze były uchwyty. Dwa proste meblowe, bez ornamentów i udawania antyku. Przykręciłam je po bokach i nagle zwykła deska przestała być zwykłą deską. W takich momentach zawsze trochę mnie bawi, jak niewiele trzeba, żeby człowiek zaczął patrzeć na rzecz zupełnie inaczej. Jeszcze chwilę wcześniej materiał do wyrzucenia, a za moment taca, którą można spokojnie postawić na ławie.

Jesienią aż się prosi, żeby ułożyć na niej kilka świec, szyszki, małą gałązkę albo lampiony ze słoików. Można też zostawić ją prawie pustą, bo sama w sobie wygląda dobrze. I właśnie tę wersję lubię najbardziej. Nie wszystko musi być przykryte dekoracjami do ostatniego centymetra. Czasem trzy świece i jedna szyszka robią więcej niż pół działu sezonowego ze sklepu.

Taka taca może później zmieniać się razem z porami roku. Jesienią dostaje świece i naturalne dodatki, zimą może pojawić się na niej gałązka świerku, wiosną mały wazon, latem miseczka z muszlami albo po prostu kubek z kawą. Niczego nie przyklejam na stałe, więc kiedy dekoracja mi się znudzi, zmieniam ją w kilka minut.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że właściwie niczego nie musiałam kupować poza uchwytami. Stara deska dostała nowe zadanie, ja dostałam nową tacę, a moje przekonanie, że „jeszcze się przyda”, po raz kolejny zostało niebezpiecznie wzmocnione. Teraz chyba powinnam przestać zaglądać do szafy, bo jeszcze znajdę tam materiał na następny projekt.

Codziennik Zadumanej #47

Dzisiaj dla odmiany nie musiałam zrywać się o świcie i urządzać wyścigu z autobusem. Do pracy jechałam dopiero na 9.50, więc poranek zapowiadał się niemal luksusowo. Oczywiście „luksusowo” w moim wydaniu nie oznacza leżenia do dziesiątej pod kołdrą i zastanawiania się, czy najpierw wypić kawę, czy może jednak jeszcze poleżeć. Po prostu miałam trochę więcej czasu, żeby funkcjonować jak człowiek, a nie jak uczestniczka zawodów pod tytułem „wyjdź z domu, zanim zorientujesz się, że znowu jest za późno”.

W szkole zaczęłam od terapii, a potem przejęła mnie moja 2c i już razem dotarliśmy do 16.20. Długi dzień, ale bez większych katastrof, więc właściwie mogłabym uznać, że poniedziałek zachował się całkiem przyzwoicie. Najwyraźniej uznał jednak, że nie może tak po prostu pozwolić mi spokojnie wrócić do domu, bo w drodze powrotnej złapała mnie ulewa.

Tym razem jednak byłam przygotowana.

Po ostatnim spacerze do pracy w deszczu, kiedy buty zamieniły mi się w prywatne akwaria, wyciągnęłam najwyraźniej jakieś wnioski. Człowiek jednak się rozwija. Jeszcze chwila i zacznę sprawdzać godzinę autobusu nie tylko rano, ale również pięć minut przed jego odjazdem. Nie chcę przesadzać z tym rozwojem osobistym, więc na razie cieszę się z tego, że deszcz mnie nie pokonał.

Dotarłam do domu i już od progu poczułam, że dzieje się coś podejrzanego.

Cisza.

Przy czterech zwierzętach cisza nigdy nie jest zwyczajną ciszą. Cisza oznacza albo katastrofę, albo sen, albo przygotowania do katastrofy. Weszłam więc gotowa na wszystko, zwłaszcza że mam już doświadczenie z fikusem znalezionym w stanie omdlenia.

A tam pomór.

Towarzystwo porozkładane, żadnego zainteresowania moim powrotem, żadnych roszczeń, pretensji ani zgłaszania zaniedbań w obsłudze. Nawet o saszety nikt się nie dopominał. I właśnie wtedy naprawdę zaczęłam się niepokoić. Hektor, który nie domaga się jedzenia, jest mniej więcej takim samym zjawiskiem jak śnieg w lipcu. Człowiek niby patrzy, ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że chyba należy powiadomić odpowiednie służby.

Po chwili doszłam jednak do wniosku, że najwyraźniej wszyscy mamy dzisiaj podobny stosunek do życia. Oni leżą. Ja marzę, żeby się położyć. Oni nie mają zamiaru wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Ja również. Pierwszy raz od dawna osiągnęliśmy w tym domu pełną zgodność poglądów.

I właściwie mogłabym teraz jeszcze coś zrobić. Zawsze przecież coś jest. Można poprawić, przygotować, posprzątać, odpisać, zaplanować albo zacząć jedną z tych rzeczy, które miały być zrobione „jak znajdę chwilę”. Tylko że dzisiaj tej chwili nie zamierzam szukać.

Jestem zmęczona. Po prostu.

Więc biorę przykład z najbardziej doświadczonych specjalistów od odpoczynku, jakich znam. Skoro cztery zwierzaki jednogłośnie uznały, że dzisiejszy wieczór należy przespać, nie będę podważała decyzji ekspertów.

Czasami najlepszym zakończeniem całkiem zwyczajnego dnia nie jest książka, film, ambitny plan na wieczór ani odhaczenie jeszcze jednego punktu z listy. Czasami najlepsze, co można dla siebie zrobić, to zauważyć moment, w którym organizm mówi: wystarczy.

Dzisiaj wyjątkowo zamierzam go posłuchać.

A jeśli nawet Hektor odpuścił saszetę, to naprawdę nie widzę żadnego powodu, żebym to właśnie ja miała dziś wykazywać się większą ambicją.

Codziennik Zadumanej #46

Ostatni Codziennik pojawił się w czwartek, ale tym razem nie dlatego, że zapomniałam, porzuciłam internet albo postanowiłam prowadzić tajemnicze życie poza zasięgiem. Po prostu piątek i sobota przeleciały mi pod hasłem wielkiej operacji „Goście”. A każdy, kto kiedykolwiek zapraszał ludzi do domu, doskonale wie, że słowo „wpadną” jest jednym z największych kłamstw języka polskiego. Nikt po prostu nie „wpada”. Zanim goście wpadną, gospodyni robi zakupy, sprząta, gotuje, poprawia to, co już posprzątała, dokupuje coś, czego oczywiście zabrakło, a następnie patrzy na stół i dochodzi do wniosku, że jedzenia jest stanowczo za mało, więc przygotowuje jeszcze trzy rzeczy.

Wczoraj było takie moje małe przedurodzinowe spotkanie. Bez wielkiej pompy, za to z ludźmi, z którymi po prostu dobrze jest usiąść, pogadać, pośmiać się i na kilka godzin zapomnieć o wszystkim, co czeka do zrobienia. I właśnie takie spotkania lubię najbardziej. Nikt nie patrzy na zegarek, rozmowa przeskakuje z tematu na temat, jedzenie znika ze stołu zdecydowanie wolniej, niż człowiek zakładał podczas gotowania, a potem nagle okazuje się, że zrobiło się późno.

Dzisiaj rano pozostałości po wczorajszej imprezie spojrzały mi prosto w oczy.

Najpierw sprzątanie, a potem wielka akcja ratowania żywności. Najwyraźniej przed przyjściem gości zakładałam, że odwiedzi mnie nie kilka osób, tylko pułk wojska wracający z miesięcznych manewrów. Zaczęło się więc przekładanie, pakowanie i zamrażanie. Trochę tu, trochę tam, pudełko do pudełka, aż zamrażarka zaczęła przypominać schron przeciwatomowy przygotowany na półroczne odcięcie od cywilizacji. Gdyby jutro zamknięto wszystkie sklepy, spokojnie dam sobie radę. Gdyby zamknięto je na dwa tygodnie, prawdopodobnie również. Mam tylko nadzieję, że za miesiąc będę jeszcze wiedziała, co właściwie znajduje się w tych wszystkich pudełkach, bo znam siebie i niewykluczone, że któregoś dnia wyjmę coś przekonana, że będzie obiad, a po rozmrożeniu okaże się deser.

Ale niedziela niedzielą, a poniedziałek już stał za drzwiami i znacząco chrząkał. Jutro trzy godziny terapii i cztery lekcje, więc trzeba było jeszcze przygotować zajęcia. Materiały, pomysły, wszystko, co potrzebne, żeby rano nie patrzeć na dzieci z nadzieją, że może tym razem to one przygotowały coś dla mnie. Niestety ten system edukacji nadal nie został wprowadzony.

I kiedy już wydawało mi się, że całkiem nieźle ogarniam rzeczywistość, po południu poczułam, że coś zaczyna mnie brać. Takie znajome „coś”, które najpierw delikatnie puka do drzwi, a człowiek natychmiast wie, że absolutnie nie ma ochoty wpuszczać go do środka. Wdrożyłam więc działania obronne: Vicks z cytryną i sokiem malinowym, ciepło i drzemka.

I tutaj nastąpiło wydarzenie historyczne.

Drzemka.

Moja stara przeciwniczka, której poprzednia próba skończyła się piłeczką Sisi, piszczącym Bubu, kocimi zapasami na desce do prasowania, głodnym Hektorem i kawą, tym razem najwyraźniej postanowiła ze mną współpracować. Zasnęłam, obudziłam się i rzeczywiście poczułam się lepiej. Bez interwencji służb, bez przewróconych mebli i bez konieczności karmienia kogokolwiek w połowie procesu. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale być może zaczynam zdobywać tę legendarną umiejętność regeneracyjnej drzemki. Jeszcze kilka takich sukcesów i zacznę udzielać porad.

A teraz przede mną deszczowy wieczór. Za oknem mokro, szaro i ponuro, czyli dokładnie tak, jak lubi moja jesieniarska dusza. Wszystko na jutro przygotowane, jedzenie zabezpieczone na wypadek klęski żywiołowej, mieszkanie odzyskało kształt sprzed wizyty gości, a ja mogę już zwolnić. I chyba właśnie takie niedziele lubię – nawet jeśli połowę dnia spędzam na ogarnianiu tego, co było, a drugą na przygotowywaniu tego, co będzie.

Bo życie bardzo często dzieje się właśnie pomiędzy jednym obowiązkiem a drugim. W rozmowie przy stole, w śmiechu, w pudełku jedzenia odłożonym na później, w krótkiej drzemce i w chwili, kiedy wieczorem można wreszcie usiąść i posłuchać deszczu.

A jutro ruszam znowu. Trzy terapie, cztery lekcje i ja. Na szczęście zamrażarka zabezpiecza tyły.

"Gen zabójcy" - Agnieszka Peszek o tym, czy zło można dostać w spadku

Piąty tom. Sama nie wiem, kiedy to się stało. Dopiero zaczynałam „Przez pomyłkę”, później była „Dziewczyna z wnęki”, „Iluzja doskonałości” i „Zabawa w zabijanie”, a teraz zamknęłam „Gen zabójcy”. I chyba mogę już oficjalnie powiedzieć, że z Dorotą Czerwińską spędziłam całkiem sporo czasu. Zresztą Agnieszka Peszek sama podpowiada, że choć każda z tych historii kryminalnych jest zamknięta, wątek Doroty i jej bliskich najlepiej poznawać właśnie po kolei.

Tym razem już sam tytuł daje do myślenia. Czy można odziedziczyć skłonność do zła? Po mamie oczy, po tacie nos, po babci charakter, a po kimś jeszcze coś znacznie gorszego? Oczywiście życie i ludzka psychika nie są aż tak proste, żeby odpowiedzieć jednym „tak” albo „nie”, i właśnie dlatego ten pomysł tak mi się spodobał. Bo za kryminalną zagadką kryje się pytanie dużo ciekawsze: co właściwie sprawia, że człowiek przekracza granicę, której większość z nas nigdy nie przekroczy?

Dorota Czerwińska pracuje już w Warszawie i dostaje nowego partnera, Marka Kamińskiego. Razem trafiają na serię bardzo dziwnych zabójstw. Dziwnych przede wszystkim dlatego, że sprawca wcale nie szuka ciemnej uliczki ani pustego domu. Ludzie giną podczas spektaklu teatralnego, eventu w centrum handlowym, relacji na YouTube czy nielegalnych wyścigów motocyklowych. Wokół są świadkowie, a mimo to ktoś zabija i pozostaje nieuchwytny.

I więcej o samej fabule nie napiszę. Przy kryminałach mam coraz większe przekonanie, że im mniej człowiek wie przed rozpoczęciem lektury, tym lepiej. Zwłaszcza kiedy autor zaczyna rozrzucać kilka pozornie niepasujących do siebie elementów i pozwala czytelnikowi kombinować. A tutaj wątków jest sporo i przez pewien czas można się zastanawiać, co właściwie ma wspólnego jedno z drugim.

Mnie jednak najbardziej zainteresowało to, co siedzi pod warstwą kryminalną. Lubimy przecież proste wyjaśnienia. On taki jest, bo miał takiego ojca. Ona zachowuje się w ten sposób, bo pochodzi z takiej rodziny. Czasem nawet sami tłumaczymy siebie podobnie: „u nas wszyscy tacy są”. Geny niewątpliwie mają znaczenie, wychowanie również, doświadczenia także. Ale pomiędzy tym wszystkim nadal pozostaje człowiek i jego decyzje. I chyba właśnie to pytanie chodziło za mną podczas czytania: ile w nas jest tego, co dostaliśmy, a ile tego, kim zdecydowaliśmy się zostać?

Peszek nie zapomina przy tym o prywatnym życiu Doroty. I tutaj bardzo się cieszę, że nie zaczęłam serii od piątego tomu. Kryminalnie można byłoby to zrobić, bo zagadka stanowi osobną całość, ale Dorota nie jest już dla mnie po prostu policjantką prowadzącą kolejne śledztwo. Znam jej wcześniejsze wybory, relacje i życiowe zamieszanie, a teraz obserwuję ją również w roli matki i partnerki. Ta warstwa obyczajowa jest w „Genie zabójcy” mocno obecna i nie każdemu czytelnikowi przypadła do gustu, ale przy czytaniu całej serii ma dla mnie sens.

Sama książka ma ponad 400 stron, a mimo to czyta się ją szybko. Rozdziały prowadzą przez kolejne wątki, układanka stopniowo zaczyna się składać, a im bliżej końca, tym trudniej ją odłożyć. Opinie o tej części są zresztą dość różne. Jedni chwalą pomysł, wielowątkowość i psychologiczne pytanie stojące za całą historią, inni narzekają na zbyt dużą liczbę wątków czy rozbudowaną część obyczajową. Na Lubimy czytać książka ma obecnie ocenę 7,0/10 przy 445 ocenach. Papierowe wydanie liczy 402 strony i jest piątym tomem cyklu.

Ja należę do tych pierwszych. „Gen zabójcy” podobał mi się, a przede wszystkim dobrze zamknął moje pięciotomowe spotkanie z Dorotą Czerwińską. Lubię kryminały, które poza odpowiedzią na pytanie „kto zabił?” zostawiają jeszcze coś do przemyślenia. Tutaj zostało mi właśnie to nieszczęsne dziedziczenie. Bo bardzo łatwo powiedzieć, że ktoś miał zło „we krwi”. Znacznie trudniej przyjąć, że człowiek jest mieszaniną tego, co dostał, tego, czego doświadczył, i tego, co sam z tym wszystkim zrobił.

Czy warto przeczytać? Moim zdaniem tak, ale jeśli macie ochotę poznać Dorotę Czerwińską, zaczęłabym od „Przez pomyłkę”. Nie dlatego, że bez wcześniejszych części nie zrozumiecie zagadki. Zrozumiecie. Tylko trochę szkoda wchodzić na ostatni odcinek drogi, kiedy można przejść ją od początku.

A ja po pięciu tomach mogę już powiedzieć jedno: określenie „moja polska Freida McFadden” Agnieszka Peszek nadal u mnie zachowuje. I coś mi mówi, że na tych pięciu książkach naszej znajomości nie skończę.

Jesień w słoiku, ale bez jesiennego kiczu

Jesień ma tę zadziwiającą umiejętność, że w sklepach pojawia się dużo wcześniej niż za oknem. Człowiek jeszcze chodzi w letnich butach, a między półkami już czekają dynie w każdej możliwej wersji, liście, żołędzie, napisy o jesieni i cała armia dekoracji gotowych przekonać nas, że bez nich wrzesień właściwie się nie liczy. Ja jesień lubię bardzo, ale niekoniecznie potrzebuję, żeby mój salon wyglądał jak magazyn sklepu z dekoracjami sezonowymi. Dlatego tym razem postanowiłam zaprosić ją do domu trochę spokojniej i zrobić proste lampiony ze zwykłych słoików.

Najlepiej sprawdzają się trzy słoiki różnej wysokości, bo ustawione obok siebie wyglądają ciekawiej niż trzy identyczne. Mogą być po kawie, przetworach czy sosie, byle miały prosty kształt i dawały się dokładnie umyć. Po zdjęciu etykiet i odtłuszczeniu szkła pomalowałam je matową farbą w ciepłym, spokojnym odcieniu. Beż, złamana biel, karmel, przygaszona oliwka czy lekko rdzawy kolor wystarczą, żeby zrobiło się jesiennie, ale bez wrażenia, że właśnie obchodzimy święto pomarańczowej dyni.

Farby nie trzeba nakładać idealnie. Lekko nierówna powierzchnia wygląda nawet lepiej, zwłaszcza kiedy wieczorem w środku pojawi się światło. Jeśli chcemy zostawić trochę przezroczystego szkła, można pomalować tylko dolną część słoika albo delikatnie przetrzeć farbę po wyschnięciu. Tutaj naprawdę nie trzeba walczyć o perfekcję, a to zawsze dobra wiadomość dla mnie, bo moja cierpliwość do projektów wymagających linijki, poziomicy i chirurgicznej precyzji kończy się bardzo szybko.

Na górze słoika wystarczy kilka razy owinąć cienki sznurek jutowy albo prostą tasiemkę. Bez wielkich kokard, sztucznych liści i obowiązkowej dyni doczepionej do wszystkiego, co tylko stoi nieruchomo. Chciałam, żeby lampiony były na tyle neutralne, żeby za miesiąc nadal mi się podobały, a nie zaczęły wołać z półki, że sezon dekoracyjny zdecydowanie wymknął się spod kontroli.

Do środka wkładam małe świeczki LED. Przy słoikach to wygodne rozwiązanie, szczególnie kiedy lampiony stoją wśród innych dekoracji albo wieczorem zostawiam je zapalone na dłużej. Ciepłe światło odbijające się od matowej powierzchni daje naprawdę przyjemny efekt, a trzy lampiony ustawione razem na drewnianej tacy wyglądają jak jedna przemyślana dekoracja, choć tak naprawdę powstały ze słoików, które jeszcze kilka dni wcześniej czekały na wyrzucenie.

Na tacy można zostawić je zupełnie same i właśnie taka wersja podoba mi się najbardziej. Jeśli jednak chcę trochę mocniej zaznaczyć porę roku, dokładam jedną małą szyszkę, kilka żołędzi albo krótką gałązkę znalezioną podczas spaceru. Jedną, a nie pół lasu. Jesień naprawdę sobie poradzi bez naszej pomocy i nie trzeba od razu przenosić całego parku na stolik w salonie.

Lubię takie domowe DIY, bo kosztują niewiele, można je zrobić w jeden wieczór i nie wymagają później osobnego pudła do przechowywania sezonowych dekoracji. Kiedy jesień minie, zdejmuję sznurek, przemalowuję słoik albo wykorzystuję go do czegoś zupełnie innego. A na razie wieczorem zapalam moje trzy małe lampiony i mam dokładnie tyle jesieni w domu, ile lubię. Ani jednej dyni więcej.

Codziennik Zadumanej #45

Dzisiaj odwaliłam numer sezonu. I nawet nie mogę powiedzieć, że zawinił budzik, autobus, pogoda czy niesprzyjający układ planet, bo wszystko wiedziałam. Do pracy na 7.10, terapia. Autobus o 6.28. Sprawdzone, zapamiętane, sytuacja pod kontrolą. O piątej rano deszcz walił w szyby sypialni tak, że najrozsądniejszym pomysłem wydawało się nakrycie kołdrą po czubek głowy i ogłoszenie dnia wolnego z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. Niestety szkoła nie przewiduje takiego rozwiązania, więc wstałam i rozpoczęłam poranek. I gdzieś pomiędzy piątą a szóstą dwadzieścia sześć mój mózg postanowił wyjść bez uprzedzenia. Nie wiem dokąd. Nie wiem po co. Wiem tylko, że w pewnym momencie spojrzałam na zegarek.

6.26.
Autobus 6.28.
I wtedy przypomniał mi się sen. Śniło mi się tej nocy, że muszę zadzwonić do szkoły i powiedzieć, że nie zdążę na pierwszą lekcję. No przecież! Mój mózg dostał informację z wyprzedzeniem. Miał ostrzeżenie, znał scenariusz, przeprowadził nawet nocną próbę generalną, tylko zamiast po przebudzeniu powiedzieć mi: „Kobieto, pilnuj autobusu o 6.28”, postanowił urządzić mi mgłę mózgową. Prorok we własnym domu, tylko komunikacja między działami zdecydowanie leży.


Przez chwilę patrzyłam na te cyfry, jakby przy odpowiednio intensywnym wpatrywaniu miały się zmienić na 6.16. Nie zmieniły się. Następne minuty wyglądały więc jak konkurencja olimpijska dla nauczycieli. Torba w rękę, wypad z mieszkania, buty ubierane w windzie i jeszcze ta absurdalna nadzieja, że może jednak zdążę.

Nie zdążyłam.

Wypadłam z klatki dokładnie w odpowiednim momencie, żeby pomachać mojemu autobusikowi na pożegnanie. Odjechał sobie spokojnie, a ja zostałam w ulewie z miną człowieka, który jeszcze dwie minuty wcześniej miał całkiem sensowny plan na życie.

Następny autobus za pół godziny. Do szkoły około dwudziestu minut jazdy. Matematyka na poziomie szkoły podstawowej nie pozostawiała złudzeń – terapia o 7.10 odbyłaby się najwyżej beze mnie.

Ruszyłam więc pieszo.
Trzy kilometry.
W ulewie.
O poranku.
Do pracy.
Bez śniadania i, co znacznie poważniejsze, bez mleka do kawy.

Nie szłam. Ja pędziłam. Deszcz lał, włosy miały własną koncepcję fryzury, buty stopniowo traciły właściwości obuwia i przechodziły w kategorię małych prywatnych akwariów, a ja przemierzałam kolejne ulice z jedną myślą: mam zdążyć. Gdyby ktoś mnie rano zobaczył, mógłby pomyśleć, że trenuję do jakiegoś miejskiego survivalu. Tymczasem ja po prostu próbowałam dotrzeć na własne zajęcia po tym, jak mózg urządził mi pięćdziesiąt minut niekontrolowanej przerwy technicznej.

Zdążyłam. I to jest chyba najważniejsze. W jakim stanie dotarłam, pozostawmy już bez szczegółowej analizy.

Potem dzień ruszył swoim rytmem, a kiedy wreszcie wróciłam do domu, nie marzyłam o żadnym wyszukanym obiedzie. Nie potrzebowałam restauracyjnych cudów, pięknego talerza ani dania z siedemnastu składników. Naszła mnie taka ochota na zwyczajne gotowane ziemniaki rozgniecione z masłem i solą, że nie było żadnej dyskusji. Gorące, miękkie, maślane, porządnie posolone. I niech sobie cały kulinarny świat wymyśla pianki, emulsje i redukcje. Po trzech kilometrach w ulewie ziemniak z masłem osiąga rangę dania degustacyjnego.

Mogłabym właściwie na tym zakończyć dzień, ale przecież jestem nauczycielką, więc gdzieś w tle czai się jeszcze papierologia. Na chwilę obecną mam osiemnaścioro uczniów na terapii, a dla każdego trzeba przygotować indywidualny program terapeutyczny. Osiemnaście osób, osiemnaście różnych potrzeb, osiemnaście programów. Dokumenty patrzą na mnie. Ja patrzę na dokumenty. Na razie jesteśmy na etapie wzajemnego rozpoznania przeciwnika.

Dzisiaj jednak nie wygrają.

Po porannym sprincie, całym dniu pracy, deszczu, autobusie, który bezczelnie nie poczekał na kobietę zakładającą buty w windzie, i ziemniaczanej uczcie zarządzam odpoczynek po mojemu. Reszta świata może przez chwilę funkcjonować beze mnie. Programy nie uciekną. Znam życie – jutro będą dokładnie tam, gdzie je zostawiłam, prawdopodobnie nawet się rozmnożą.

I może dobrze, że nie każdy dzień da się poukładać od początku do końca. Czasem coś przegapimy, gdzieś się spóźnimy, pobiegniemy trzy kilometry w deszczu i będziemy źli na siebie za własne roztargnienie. A potem docieramy tam, gdzie mieliśmy dotrzeć, robimy swoje, wracamy do domu i odkrywamy, że do pełni szczęścia wystarczą gorące ziemniaki z masłem.

Patrząc wieczorem na zdjęcie zalanych deszczem szyb, dochodzę do wniosku, że ostrzeżenia dostałam właściwie dwa. Najpierw sen o spóźnieniu, potem ulewa za oknem. Wszechświat naprawdę zrobił, co mógł. To ja najwyraźniej nie czytam komunikatów przed rozpoczęciem dnia.

Jutro więc nie będę już pisała godziny autobusu na dłoni. Po prostu po przebudzeniu najpierw sprawdzę, co mi się śniło. Wygląda na to, że mam własny system wczesnego ostrzegania. Szkoda tylko, że instrukcja obsługi gdzieś zaginęła.

Codziennik Zadumanej #44

Wróciłam dzisiaj z pracy i już przy drzwiach poczułam, że coś jest nie tak. Czekała na mnie cała czwórka. Sisi i trzy koty. Razem. Zgodnie. W jednym miejscu. Kto zna moje towarzystwo, ten wie, że taki komitet powitalny nie zbiera się bez powodu. Normalnie każdy ma własne sprawy, własne miejsce i własny pomysł na życie, a człowiek wracający z pracy jest interesujący głównie dlatego, że posiada ręce zdolne do otwierania saszetek. Tymczasem oni stali jak delegacja mieszkańców oczekująca na przybycie administracji. Od razu nabrałam podejrzeń. Popatrzyłam na nich, oni popatrzyli na mnie i przez moment miałam wrażenie, że zaraz ktoś wystąpi krok do przodu i powie: „Dobrze, że jesteś. Tylko spokojnie”.

Weszłam do salonu.
I zrozumiałam.
Fikus zemdlał.


Nie przechylił się delikatnie. Nie oparł dyskretnie o ścianę. Nie dał żadnego ostrzeżenia, że coś mu słabo. Ten wielki chłop po prostu runął razem z donicą na środek salonu i urządził mi w kąciku czytelniczym prywatną rekonstrukcję katastrofy ekologicznej. Donica leżała na boku, fikus rozciągnięty na podłodze, ziemia rozsypana wszędzie, kamienie rozsiane po panelach, a mój ślicznie przygotowany jesienny kącik, którym jeszcze niedawno tak się zachwycałam, wyglądał jak miejsce zabezpieczone do oględzin.
I wtedy jeszcze raz spojrzałam na komitet powitalny.

Cztery niewinne oblicza.
Oczywiście nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Nikt nie znajdował się w pobliżu. Zapewne fikus sam podjął decyzję, że ma dość stania przy oknie. Po kilku latach spokojnego życia spojrzał na fotel, dynie, jesienne dekoracje i pomyślał: „A co tam, poleżę”.

W domu z trzema kotami i psem prowadzenie dochodzenia nie ma zresztą większego sensu. Podejrzani nie zeznają, monitoring nie istnieje, a ślady łap na miejscu zdarzenia można uznać za dowód mniej więcej tak samo wartościowy jak stwierdzenie, że w mieszkaniu przebywały zwierzęta. Każde z nich ma też żelazne alibi: było w domu. Gdzie dokładnie? Nie pamięta.

Stałam więc po pracy pośrodku salonu, patrzyłam na tę glebę, kamienie i fikusa wielkości niewielkiego drzewa i próbowałam sobie przypomnieć, czy rano wychodziłam z mieszkania, czy może przypadkiem z centrum ogrodniczego po przejściu huraganu. Szczególnie że jeszcze kilka dni temu z dumą obudziłam swoją jesieniarską duszę, udekorowałam kącik czytelniczy i uznałam, że na resztę mieszkania przyjdzie czas.
No i przyszło.
Tylko nie do końca o taki rodzaj dekoracji podłogi mi chodziło.

Najbardziej rozczuliła mnie jednak ta czwórka przy drzwiach. Mogli przecież spokojnie rozejść się po kątach i udawać, że nic się nie wydarzyło. Oni najwyraźniej uznali jednak, że skala problemu wymaga osobistego powitania właścicielki lokalu. Być może chcieli mi przekazać, że podczas mojej nieobecności doszło do nieszczęśliwego wypadku. Być może oczekiwali szybkiej interwencji. A być może sprawca chciał wmieszać się w tłum i liczył, że przy czterech podejrzanych materiał dowodowy okaże się niewystarczający.
Nie zamierzam wskazywać winnego. Nie mam dowodów.
Mam natomiast fikusa na podłodze.

I tak sobie pomyślałam, że życie ma wyjątkowe poczucie humoru. Człowiek może rano wyjść z domu przekonany, że mniej więcej wie, jak będzie wyglądał jego dzień. Pójdzie do pracy, zrobi swoje, wróci, może wypije kawę, chwilę odpocznie. Tymczasem wraca, a jego drzewo leży nieprzytomne na środku salonu.

Może właśnie dlatego coraz mniej przywiązuję się do planów idealnych. W życiu naprawdę niewiele rzeczy stoi tak pewnie, jak nam się wydaje. Czasem wystarczy chwila, żeby wszystko się przewróciło, rozsypało i wymagało poskładania od nowa. Najczęściej jednak zbiera się ziemię, podnosi donicę, stawia fikusa z powrotem i życie toczy się dalej.

A jeżeli przy drzwiach powita mnie kiedyś zgodnie cała czwórka, od dzisiaj nie zdejmuję nawet butów.
Najpierw idę sprawdzić, co zemdlało.

"Zabawa w zabijanie" - Agnieszka Peszek o tym, jak wysoką cenę można zapłacić za popularność

No i stało się. Po „Przez pomyłkę”, „Dziewczynie z wnęki” i „Iluzji doskonałości” dotarłam do czwartego spotkania z Dorotą Czerwińską. Chyba już nawet nie ma sensu udawać, że robię sobie przerwę od Agnieszki Peszek, bo kiedy kończę jedną część, natychmiast jestem ciekawa następnej. Tym razem jednak już sam pomysł na historię sprawił, że pomyślałam: o, to może być naprawdę dobre. I było. „Zabawa w zabijanie” to czwarty tom serii, choć sama autorka zaznacza, że kryminalna historia jest zamknięta i można ją czytać niezależnie. Ja jednak zdecydowanie wolę po kolei, bo dzięki temu znam już Dorotę, jej życie i wszystko to, co dzieje się poza kolejnymi śledztwami.

Tym razem Peszek bierze na warsztat coś bardzo współczesnego: pragnienie popularności. Piątka młodych ludzi dostaje zaproszenie do udziału w niezwykłym programie. Jest szansa na rozpoznawalność, spełnienie marzeń i nagrodę, więc dlaczego nie spróbować? Problem w tym, że uczestnicy zostają wywiezieni w odludne miejsce, a kolejne zadania coraz mniej przypominają niewinną telewizyjną zabawę. I tutaj się zatrzymam, bo naprawdę szkoda odbierać sobie przyjemność odkrywania, dokąd autorka z tym pomysłem pójdzie.

Czytając, pomyślałam sobie, że kiedyś człowiek marzył o dobrej pracy, własnym mieszkaniu albo dalekiej podróży. Dzisiaj do listy marzeń doszło jeszcze jedno: być znanym. Nieważne czasem nawet z czego, byle nazwisko albo twarz zaczęły krążyć po sieci, przybywało obserwujących, a licznik polubień ruszył w górę. Oczywiście nie ma nic złego w prowadzeniu profilu, pokazywaniu swojej pasji czy budowaniu wokół niej społeczności. Sama przecież publikuję w internecie. Problem zaczyna się chyba dopiero wtedy, gdy cudza uwaga staje się tak potrzebna, że dla kolejnego zasięgu jesteśmy gotowi przesuwać własne granice.

I właśnie dlatego „Zabawa w zabijanie” spodobała mi się bardziej, niż początkowo przypuszczałam. Kryminał kryminałem, ale Peszek zadaje przy okazji całkiem niewygodne pytanie: ile jesteśmy gotowi zrobić, jeśli po drugiej stronie czeka popularność? Trochę się ośmieszyć? Dać sobą manipulować? Zrobić coś, czego normalnie nigdy byśmy nie zrobili? A jeśli ktoś będzie tę granicę przesuwał powoli, krok po kroku? Jeszcze jedno zadanie, jeszcze jeden kompromis, przecież zaszliśmy już tak daleko…

W tym tomie jest też coś z programów typu reality show, tylko przepuszczonych przez bardzo mroczny filtr. Uczestnicy są obserwowani, poddawani presji, mają reagować, rywalizować i dostarczać emocji. Tyle że tutaj zabawa przestaje być zabawą. I chyba właśnie ta część historii działa najlepiej, bo wcale nie wydaje się całkowicie oderwana od rzeczywistości. W opiniach czytelników często pojawia się właśnie pochwała oryginalnego pomysłu i aktualnego tematu mediów społecznościowych; zwracana jest też uwaga na pokazany w książce hejt i jego możliwe konsekwencje.

Dorota natomiast przenosi się zawodowo do Warszawy, a razem z nową pracą dostaje również sporą porcję zmian w życiu prywatnym. Jest macierzyństwo, są uczucia i mężczyźni, którzy najwyraźniej nie zamierzają ułatwiać jej życia. Przyznam, że po czterech tomach te prywatne wątki już mnie obchodzą, dlatego cieszę się, że czytam serię po kolei. Można zacząć tutaj, ale wtedy traci się tę znajomość z bohaterką, która powstaje gdzieś pomiędzy kolejnymi zbrodniami.

A sama zagadka? Peszek znowu robi swoje. Dużo się dzieje, historia ma tempo i szybko pojawia się potrzeba przeczytania jeszcze jednego rozdziału. Potem oczywiście następnego, bo przecież po takim zakończeniu nie można odłożyć książki. Na Lubimyczytać „Zabawa w zabijanie” ma obecnie 6,9/10 przy 477 ocenach, a w recenzjach powtarza się zarówno pochwała pomysłu, jak i uwaga, którą pamiętam już z wcześniejszych części: rozwiązanie przychodzi dość gwałtownie i niektórzy czytelnicy chętnie dostaliby kilka stron więcej na finał.

Mnie również można byłoby jeszcze chwilę potrzymać przy zakończeniu, ale tym razem zdecydowanie więcej zostało mi po drodze niż na samym końcu. Bo „Zabawa w zabijanie” jest trochę o nas. O świecie, w którym patrzymy, kto nas obserwuje, kto polubił, kto skomentował i ilu ludzi zobaczyło to, co wrzuciliśmy do internetu. Łatwo się z tego śmiać, dopóki nie zauważymy, jak bardzo te małe cyferki potrafią wpływać na samopoczucie całkiem dorosłych i rozsądnych ludzi.

Czy warto przeczytać?

Tak. I mam wrażenie, że spośród dotychczasowych części ta ma jeden z ciekawszych pomysłów wyjściowych. Jest kryminalna zabawa, jest Dorota, jest napięcie, ale przede wszystkim jest temat, który spokojnie można zabrać ze sobą po zamknięciu książki.

Bo popularność sama w sobie nie jest niczym złym. Gorzej, kiedy przestajemy pytać, dlaczego właściwie tak bardzo jej potrzebujemy i ile jesteśmy gotowi za nią zapłacić.

A ja? Oczywiście już wiem, co będzie dalej. „Gen zabójcy” jest piątym tomem serii. I naprawdę nie będę Was oszukiwać, że po czterech częściach nagle odzyskam silną wolę. 

Codziennik Zadumanej #43

Dzisiaj rano ktoś najwyraźniej wylał za oknem kilka cystern mleka. Spojrzałam przez szybę i przez chwilę zastanawiałam się, czy świat jeszcze tam jest. Bloki zniknęły, drzewa rozpłynęły się gdzieś po drodze, dalszy plan został oficjalnie odwołany. Mgła była taka, że człowiek patrzył przez okno i właściwie mógł sobie sam zdecydować, co znajduje się kilkaset metrów dalej. Warszawa? Góry? Morze? Niczego nie dało się wykluczyć.

Wrześniowe poranki coraz wyraźniej pokazują, że lato powoli pakuje walizki. Jeszcze niedawno o tej porze słońce zaglądało mi do mieszkania bez pytania, a dzisiaj świat postanowił zacząć dzień w wersji „proszę poczekać, obraz zostanie za chwilę załadowany”. Lubię jednak takie poranki. Jest w nich coś spokojnego, trochę tajemniczego i bardzo jesiennego. Nawet zwykłe wyjście z domu wygląda wtedy jak początek jakiejś historii. Człowiek wchodzi w mleko i ma nadzieję, że po drugiej stronie znajdzie przystanek autobusowy, a nie Narnię.

Po ostatnich dniach, kiedy szkoła potrafiła mnie wchłonąć razem z butami, dzisiejszy dzień okazał się zaskakująco łaskawy. Wszystko układało się tak, jak powinno, bez większych pożarów, bez konieczności bycia jednocześnie w trzech miejscach i bez sytuacji, w których człowiek zaczyna podejrzewać, że gdzieś w podstawie programowej zapisano obowiązek posiadania dodatkowych dwóch rąk. Zwyczajny, dobry dzień. I chyba właśnie takie zaczynam doceniać najbardziej.

Bo przez długi czas wydawało mi się, że udany dzień musi mieć coś szczególnego do zaoferowania. Jakieś wydarzenie, sukces, spotkanie, wyjście, coś, co można wieczorem wskazać palcem i powiedzieć: o, właśnie dlatego było fajnie. A przecież ogromna część naszego życia składa się z dni, podczas których po prostu wstajemy, idziemy do pracy, robimy swoje, wracamy do domu i nic spektakularnego się nie wydarza. I całe szczęście.

Dzisiaj nie potrzebowałam fajerwerków. Wystarczyło, że rano świat zniknął we mgle, a potem powoli się z niej wyłonił. Trochę jak życie, kiedy się nad tym zastanowić. Nie zawsze widzimy daleko. Czasami mamy przed sobą tylko kilka metrów i kompletnie nie wiemy, co będzie dalej. A jednak idziemy, robimy następny krok, potem kolejny i po jakimś czasie okazuje się, że droga cały czas tam była. To tylko my nie mogliśmy jej jeszcze zobaczyć.

Może więc nie zawsze trzeba wiedzieć, co jest za mgłą. Wystarczy wiedzieć, gdzie postawić następny krok.

Chociaż przy tej dzisiejszej dobrze było również wiedzieć, gdzie jest przystanek.

Domowy zapach jesieni

Jesień ma jedną bardzo wygodną cechę - można ją wpuścić do domu, zanim jeszcze pogoda oficjalnie zdecyduje, że przyszła. Nie potrzeba do tego kolejnej dyni, nowej świecy o zapachu „jesienny wieczór pod kocem” ani wyprawy do sklepu po dekoracje, które za dwa miesiące będę próbowała gdzieś upchnąć. Wystarczy zajrzeć do kuchennej szafki, bo cynamon, goździki, pomarańcza i kawa potrafią zrobić dla domowej atmosfery więcej niż niejeden dział z sezonowymi ozdobami.

Najprostsza wersja to pachnący słoik albo niewielka miseczka z suchą mieszanką. Wkładam do niej suszone plastry pomarańczy, dwie lub trzy laski cynamonu, kilka goździków, gwiazdki anyżu i odrobinę ziaren kawy. Z kawą warto zachować umiar, bo ma mocny aromat i bardzo szybko potrafi przejąć dowodzenie nad całą kompozycją. Jeśli lubimy bardziej cytrusowy zapach, można dodać więcej pomarańczy, a jeżeli wolimy korzenny, zwiększyć ilość cynamonu i goździków.

Plastry pomarańczy można oczywiście kupić gotowe, ale można też ususzyć je samodzielnie. Kroję pomarańczę na cienkie plasterki, osuszam papierowym ręcznikiem i suszę w piekarniku w niskiej temperaturze, mniej więcej 70–90 stopni, przez kilka godzin, co jakiś czas je obracając. Drzwiczki można lekko uchylić, żeby wilgoć miała gdzie uciekać. Trzeba tylko pilnować, żeby owoce rzeczywiście dobrze wyschły, ponieważ wilgotne plastry zamknięte później w słoiku mogą spleśnieć, a tego rodzaju jesiennego aromatu zdecydowanie nie planujemy.

Gotową mieszankę trzymam w otwartym słoiku albo naczyniu i od czasu do czasu lekko poruszam składnikami. Zapach jest delikatny i naturalny, nie rozchodzi się po całym mieszkaniu jak perfumeria po eksplozji, ale właśnie to mi się w nim podoba. Kiedy zaczyna słabnąć, można pokruszyć kawałek cynamonu, dorzucić kilka świeżych goździków albo wymienić część pomarańczy. Jeśli mieszanka ma czekać na później, najlepiej przechowywać ją w suchym, szczelnie zamkniętym pojemniku.

Jest też wersja dla tych dni, kiedy chcę, żeby jesień pachniała naprawdę konkretnie. Garnek zapachowy robi się jeszcze prościej. Do niewielkiego garnka wlewam wodę, dodaję kilka plasterków pomarańczy, laskę cynamonu, parę goździków i jedną lub dwie gwiazdki anyżu, a potem podgrzewam wszystko na bardzo małym ogniu. Woda nie musi mocno wrzeć, wystarczy spokojne podgrzewanie, podczas którego aromat zaczyna rozchodzić się po mieszkaniu. Można wykorzystać również skórkę z jabłka, kawałek wanilii albo kilka ziaren kawy, ale tutaj również obowiązuje moja zasada: wszystkiego po trochu, bo nie przygotowujemy przyprawy do grzanego wina dla całego osiedla.

Przy tej wersji jest tylko jedna bardzo ważna sprawa - garnka nie zostawiamy bez nadzoru. Woda podczas podgrzewania odparowuje, więc trzeba regularnie ją uzupełniać, a po zakończeniu wyłączyć kuchenkę. Taka mieszanka służy wyłącznie do nadawania zapachu pomieszczeniu, a nie do picia, nawet jeśli po kilkunastu minutach zaczyna pachnieć podejrzanie apetycznie.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że mogę ten zapach zmieniać razem z porą roku i własnym nastrojem. Dziś bardziej pomarańcza i cynamon, za tydzień może jabłko z goździkami, a kiedy przyjdą chłodniejsze wieczory, pewnie dołączy więcej kawy i wanilii. Niczego nie muszę przyklejać, malować ani przechowywać do następnego sezonu. Kilka składników z kuchni wystarczy, żeby dom zaczął pachnieć tak, jak dla mnie powinna pachnieć jesień - ciepło, trochę korzennie i zdecydowanie tak, że człowiek od razu zaczyna się zastanawiać, czy do tego wszystkiego nie przydałoby się jeszcze jakieś ciasto.

Codziennik Zadumanej #42

Wczorajsza niedziela minęła mi tak szybko, że właściwie nie jestem pewna, czy naprawdę była, czy tylko mignęła gdzieś pomiędzy sobotą a poniedziałkowym budzikiem. Niby cały dzień wolny, niby żadnego biegania do pracy, a wieczorem zostałam z poczuciem, że ktoś mi tę niedzielę po cichu zabrał i nawet nie zostawił pokwitowania. Oczywiście dzień rozpoczęłam zgodnie z obowiązującym w moim domu regulaminem. Piąta rano. Nie wiem już, po co ludzie kupują budziki, skoro można mieć zwierzęta. One działają bez baterii, nie mają funkcji drzemki i są absolutnie odporne na reklamację. Skoro już zostałam skutecznie poinformowana, że noc dobiegła końca, pozostało rozpocząć dzień.

Najprzyjemniejszy był spacer z Sisi. Wyszłyśmy, kiedy słońce dopiero zaczynało zaglądać na świat, było jeszcze cicho, powietrze miało ten charakterystyczny wrześniowy chłód, a wszystko wyglądało trochę inaczej niż za dnia. Sisi oczywiście nie interesowała się żadną magią wschodzącego słońca. Miała swoje sprawy, zapachy, trawki i niezwykle ważne punkty kontrolne, przy których należało zatrzymać się dokładnie wtedy, kiedy ja chciałam iść dalej. I dobrze. Przynajmniej jedna z nas od rana wiedziała, czym się zająć.

Bo ja miałam przed sobą niedzielę z czymś zaplanowanym na później.

I tutaj zaczyna się zjawisko, którego nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć. Jeśli mam o którejś godzinie spotkanie, wyjście albo cokolwiek, co wymaga ode mnie pojawienia się gdzieś po południu, mój mózg od rana przechodzi w tryb „OCZEKIWANIE”. Teoretycznie mam kilka godzin. Praktycznie nie mam ani jednej.

Mogłabym poczytać. Nie, bo przecież później wychodzę. Mogłabym coś zrobić w domu. Lepiej nie zaczynać, bo później wychodzę. Mogłabym obejrzeć film. Absolutnie nie, przecież później wychodzę. Mogłabym spokojnie usiąść i wypić kawę, ale nawet kawa ma wtedy atmosferę poczekalni na dworcu.

I tak człowiek od rana przygotowuje się psychicznie do wydarzenia, które nastąpi za kilka godzin, jakby o siedemnastej miał wystąpić na Stadionie Narodowym, a nie po prostu wyjść z domu.

Nie wiem, czy to rzeczywiście jeden z tych ADHD-owych mechanizmów, o których czasem się mówi, czy po prostu mój osobisty system operacyjny, ale efekt jest zawsze podobny. Niby nic nie robię, a jestem bardzo zajęta. Zajęta czekaniem. To niezwykle wyczerpująca czynność, zwłaszcza że kompletnie nie widać jej efektów.

Próbowałam oczywiście przygotować się do pracy, bo poniedziałek ma paskudny zwyczaj pojawiania się bez względu na to, czy człowiek jest na niego gotowy. Trochę zrobiłam, trochę poprzekładałam, trochę zaczęłam, trochę patrzyłam na zegarek. Niedziela tymczasem cierpliwie przesuwała się do przodu i chyba właśnie w ten sposób gdzieś mi zniknęła.

Wieczorem na szczęście wszystko już było za mną. Zniknęło oczekiwanie, ucichło wewnętrzne odliczanie i wreszcie mogłam zrobić coś, co przez cały dzień teoretycznie mogłam robić bez przeszkód – odpocząć. Tyle że dopiero wtedy mój mózg najwyraźniej dostał oficjalne zezwolenie na relaks.

I chyba właśnie to najbardziej rozbawiło mnie w tej niedzieli. Potrafię od piątej rano funkcjonować, wyjść z Sisi na spacer, przygotowywać się do pracy i mieć przed sobą mnóstwo wolnych godzin, a jedno popołudniowe wydarzenie potrafi mentalnie zarezerwować mi cały dzień. Bez pytania o zgodę i bez możliwości anulowania rezerwacji.

Następnym razem spróbuję nie oddawać mu niedzieli tak łatwo. Spróbuję coś zaplanować, poczytać, zrobić coś dla siebie i przestać sprawdzać godzinę co chwilę.

A przynajmniej taki mam plan.

Tylko najlepiej, żeby realizacja tego planu nie była zaplanowana na popołudnie.

Codziennik Zadumanej #41

Miałam plan. Była sobota, więc plan był prosty, piękny i – jak się okazało – kompletnie oderwany od rzeczywistości. Zamierzałam pospać. Tak zwyczajnie, bez budzika, bez myślenia o tym, która godzina, bez wstawania skoro świt. Najwyraźniej jednak zapomniałam, że w moim domu budzik nie stoi na szafce nocnej. Budzik ma cztery łapy, rude futro, nazywa się Hektor i jest zsynchronizowany wyłącznie z własnym żołądkiem.

O piątej rano Hektorowy budzik głodowy rozpoczął nadawanie. Próbowałam negocjować za pomocą metody „nie słyszę cię, bo śpię”, ale Hektor zna mnie zbyt długo i doskonale wie, że człowiek leżący nieruchomo nadal posiada sprawne ręce zdolne do otwierania saszetek. Nie było wyjścia. Wstałam, obsłużyłam jaśnie wielmożnego, wróciłam do sypialni i z ogromną przyjemnością wkulnęłam się z powrotem w ciepłe łóżko. Już prawie czułam, jak sobotni sen bierze mnie ponownie w objęcia, kiedy odezwał się telefon.

SMS.

Kawa.

I tutaj sytuacja zrobiła się bardziej skomplikowana, bo na kawę z przyjaciółką trudno się obrazić nawet o 5.16.

Od jakiegoś czasu mamy bowiem sobotni rytuał – pijemy poranną kawę przez telefon. Każda u siebie, każda ze swoim kubkiem, bez umawiania stolika, dojazdów, makijażu i całej logistyki potrzebnej czasem do spotkania dwóch dorosłych kobiet. Jeszcze kiedyś potrafiły minąć dwa czy trzy tygodnie, zanim któraś zadzwoniła. Nie dlatego, że nie chciałyśmy rozmawiać. Po prostu zawsze było coś. Praca, dom, obowiązki, „zadzwonię jutro”, a jutro jakimś cudem zamieniało się w następny tydzień. Teraz sobotnia kawa ma swoje stałe miejsce i bardzo pilnujemy, żeby życie nam go nie zabrało. Od dwóch tygodni dorobiłam się zresztą jeszcze jednej sobotniej kawy, więc dzisiaj pierwszą wypiłam o 5.16, a drugą o 7.30. W tym tempie za chwilę będę przyjmowała zapisy na kolejne godziny i otworzę telefoniczną kawiarnię czynną wyłącznie w sobotnie poranki.

I właściwie właśnie te dwie kawy przypomniały mi, że relacje też potrzebują swoich małych rytuałów. Wielkie spotkania można planować miesiącami, a potem ciągle coś wypada. Tymczasem zwykłe „robisz kawę?” potrafi sprawić, że jesteśmy w swoim życiu naprawdę, a nie tylko w kontaktach zapisanych w telefonie.

Po drugiej kawie mogłam oczywiście uznać, że skoro sobotnie spanie zostało oficjalnie odwołane, należy przynajmniej odpocząć. Mogłam. Tyle że najwyraźniej kofeina spotkała się gdzieś po drodze z moją potrzebą działania i wspólnie podjęły decyzję, o której mnie nie poinformowały. Umyłam okna, posprzątałam chatę, zrobiłam pranie i zanim zdążyłam się zorientować, sobota zaczęła wyglądać podejrzanie produktywnie.

A potem obudziła się ona.

Moja jesieniarska dusza.

Jeszcze nawet nie zamierzam urządzać całego mieszkania na jesień, bo wszystko ma swój czas, ale kącik czytelniczy najwyraźniej nie chciał czekać. Wyciągnęłam więc światełka w kształcie liści, pojawiły się dynie, pomarańczowy koc, jesienne drobiazgi i nagle mój zielony fotel przestał być po prostu miejscem do czytania. Zrobiło się ciepło, przytulnie i dokładnie tak, jak lubię, kiedy za oknem dzień zaczyna się kończyć trochę wcześniej. Patrzę teraz na ten mój kawałek salonu i już wiem, że przez najbliższe tygodnie będzie mnie tam wyjątkowo łatwo znaleźć. Wystarczy szukać kobiety z książką, która miała tylko na chwilę usiąść, a dwie godziny później nadal twierdzi, że przeczyta jeszcze jeden rozdział.

Na resztę domu przyjdzie czas. Nie zamierzam przecież od razu wypuszczać jesieni na wszystkie pomieszczenia, bo jeszcze się rozbestwi i za tydzień będę siedziała wśród trzydziestu dyń, pięciu koców i zastanawiała się, kiedy właściwie straciłam kontrolę nad sytuacją.

Patrzę jednak na dzisiejszy dzień i dochodzę do wniosku, że rozpoczął się dokładnie odwrotnie, niż planowałam. Miało być długie spanie, a dostałam pobudkę o piątej, dwie kawy, dwie dobre rozmowy, umyte okna, czysty dom, zrobione pranie i pierwszy kawałek jesieni w salonie. I chyba wcale źle na tej zamianie nie wyszłam.

Bo rytuały nie muszą być wielkie, żeby trzymały nasze życie w ryzach. Czasem wystarczy sobotnia kawa wypita razem, choć każda siedzi we własnym domu. Czasem kilka świecących liści wokół regału sprawia, że zwykły kąt staje się miejscem, do którego chce się wracać. A czasem nawet pobudka o piątej może rozpocząć naprawdę dobry dzień.

Chociaż tego ostatniego nie zamierzam mówić Hektorowi. Jeszcze uzna, że jego budzik głodowy jest usługą, za którą powinnam być mu wdzięczna.