Codziennik Zadumanej #59
Jesień w tym roku najwyraźniej postanowiła wynagrodzić mi wszystkie poranki, kiedy wychodziłam do pracy w deszczu, i popołudnia, kiedy wracałam z parasolem, mokrymi butami i fryzurą, której nawet najlepszy fryzjer nie odważyłby się podpisać własnym nazwiskiem. Od kilku dni rozpieszcza nas tak piękną pogodą, że aż trudno uwierzyć, że mamy drugą połowę października. Słońce świeci, drzewa wyglądają, jakby ktoś wydał fortunę na ich jesienną garderobę, a chodniki zasypane są liśćmi, które przy każdym kroku przyjemnie szeleszczą pod butami. Nawet ja, osoba zazwyczaj dość odporna na pokusy, mam ochotę rzucić wszystko i pójść przed siebie. Oczywiście po uprzednim sprawdzeniu, czy nie mam czegoś do przygotowania na jutro, bo nauczycielskie sumienie potrafi człowieka dogonić nawet w najpiękniejszych okolicznościach przyrody.
I właśnie za takie dni kocham jesień. Za to światło, które sprawia, że nawet zwyczajna alejka wygląda jak kadr z filmu, za zapach opadłych liści, za chłodniejsze powietrze i słońce, które jeszcze całkiem przyjemnie grzeje w twarz. Można iść powoli, przyglądać się drzewom, zatrzymać nad wodą i przez chwilę nie zastanawiać się, co trzeba kupić, komu odpisać, co wydrukować i ile dokumentów czeka na swoją kolej. Przyznaję, że z tym ostatnim bywa u mnie różnie. Mój mózg ma bowiem wyjątkowy talent do przypominania o obowiązkach dokładnie wtedy, kiedy postanawiam o nich nie myśleć. Najwyraźniej nie otrzymał jeszcze informacji, że podczas spaceru obowiązuje zakaz zebrań organizacyjnych.
Patrzę na te wszystkie odcienie złota, pomarańczu i czerwieni i dochodzę do wniosku, że natura ma jednak niezwykłe poczucie stylu. Nie potrzebuje dekoratora wnętrz, inspiracji z internetu ani kolejnego koszyka zakupowego. Wystarczy jej trochę słońca, chłodniejsze noce i kilka tygodni, żeby urządzić widowisko, którego nie da się podrobić. A ja, która potrafię pół godziny zastanawiać się, gdzie najlepiej postawić jesienną świeczkę, mogę tylko z pokorą przyznać, że konkurencja jest zdecydowanie poza moim zasięgiem.
Najzabawniejsze jest jednak to, że jeszcze niedawno tak bardzo cieszyłam się na jesień, a teraz już zaczynam zerkać w stronę Adwentu. Kalendarz adwentowy kupiony, świąteczne książki kuszą, a korzenne zapachy powoli ustawiają się w kolejce do mojej kuchni. Tylko że dzisiaj powiedziałam sobie stanowczo: żadnego przyspieszania. Pierniczki poczekają, świąteczne filmy nie uciekną, a choinka naprawdę nie musi rywalizować z październikowymi klonami. Zwłaszcza że te ostatnie właśnie prezentują kolekcję, której szkoda byłoby nie obejrzeć.
Coraz częściej łapię się na tym, że żyję trochę na zapas. Planuję kolejny tydzień, następny miesiąc, przygotowuję materiały, wymyślam nowe rzeczy, a przecież życie dzieje się właśnie teraz. W środę po południu, na alejce zasypanej liśćmi, w promieniach słońca odbijających się od wody. Nie trzeba czekać na weekend, urlop ani szczególną okazję, żeby przeżyć coś przyjemnego. Czasami wystarczy wyjść z domu i pozwolić sobie przez chwilę nigdzie się nie spieszyć.
Dlatego dzisiaj mam dla siebie małe postanowienie. Będę mniej wybiegała myślami do przodu, a częściej rozglądała się dookoła. Jesień nie będzie przecież czekała, aż skończę wszystkie swoje obowiązki, uporządkuję dokumenty i uznam, że wreszcie mam czas na przyjemności. Ona robi swoje, codziennie gubi trochę złota i ani przez moment nie przejmuje się tym, że za chwilę przyjdzie listopad.
I chyba właśnie tego mogłabym się od niej nauczyć. Cieszyć się tym, co jest, zamiast ciągle przygotowywać się na to, co dopiero będzie.
A gdyby ktoś mnie szukał, to informuję, że chwilowo jestem zajęta podziwianiem jesieni. Sprawy pilne proszę kierować do odpowiedniego działu. Najlepiej do Hektora. On i tak od lat uważa, że zarządza całym tym interesem.