Świeca, która pachnie jesiennym wieczorem
Jesienią mam wyjątkową słabość do świec. Wystarczy, że wieczorem robi się trochę chłodniej, za oknem szybciej zapada ciemność, a ja już mam ochotę zapalić coś, co pachnie ciepło, spokojnie i trochę tak, jakby właśnie ktoś piekł ciasto, nawet jeśli w kuchni absolutnie nic się nie dzieje. Tym razem zamiast kolejnej świecy ze sklepu postanowiłam zrobić własną, w małym słoiczku, z wosku sojowego i zapachu, który dla mnie najbardziej kojarzy się z jesienią.
Do takiej świecy potrzebny jest wosk sojowy przeznaczony do świec, knot dopasowany do średnicy naczynia, niewielki szklany słoiczek oraz olejek zapachowy przeznaczony właśnie do produkcji świec. To ważne, bo nie każdy olejek nadaje się do podgrzewania w wosku. Ja wybrałabym wanilię z pomarańczą albo samą pomarańczę z odrobiną cynamonowej nuty. Zapach ma być przyjemny, a nie taki, po którym po dziesięciu minutach człowiek zaczyna podejrzewać, że mieszka we wnętrzu piernika.
Najpierw przygotowuję słoiczek i mocuję knot na środku dna. Wosk rozpuszczam zgodnie z zaleceniami producenta, ponieważ różne rodzaje wosku sojowego mogą mieć inne temperatury topnienia i dodawania kompozycji zapachowej [pewne]. Nie warto tutaj improwizować z temperaturą ani ilością zapachu. Najbezpieczniej trzymać się proporcji podanych przez producenta konkretnego wosku i olejku [pewne]. Kiedy wosk jest już gotowy, dodaję zapach, dokładnie mieszam i powoli przelewam wszystko do słoiczka, pilnując, żeby knot pozostał na środku.
Potem zaczyna się najtrudniejszy etap całego projektu, czyli nicnierobienie. Świeca musi spokojnie zastygnąć i nabrać odpowiedniej konsystencji, więc nie ma sensu co pięć minut sprawdzać, czy może jednak już jest gotowa. Przyznaję, że właśnie ta część domowego DIY zawsze wychodzi mi najgorzej, bo skoro coś zrobiłam, to chciałabym natychmiast zobaczyć efekt, najlepiej jeszcze tego samego kwadransa.
Kiedy świeca całkowicie stwardnieje, przycinam knot i dekoruję słoiczek. Nie potrzeba wiele. Kawałek naturalnego sznurka i suszony plaster pomarańczy przywiązany przy górnej części słoika wystarczą, żeby całość wyglądała jesiennie, ale nadal spokojnie. Taki plaster traktuję wyłącznie jako dekorację na zewnątrz. Suszonych pomarańczy, lasek cynamonu, ziaren kawy czy innych łatwopalnych dodatków nie wkładam do wosku w pobliżu knota [pewne]. Ładnie wyglądają na zdjęciach, ale przy palącej się świecy bezpieczeństwo zdecydowanie wygrywa z dekoracją.
Gotową świecę stawiam wieczorem na ławie, zapalam i właściwie niczego więcej nie potrzebuję. Ciepłe światło, zapach wanilii i pomarańczy, koc oraz spokojny wieczór robią swoje. A jeśli zrobię od razu dwie albo trzy małe świece, jedna może zostać u mnie, a pozostałe trafiają do kogoś w prezencie. Wystarczy przewiązać słoiczek sznurkiem i właściwie opakowanie mamy załatwione.
Takie prezenty lubię najbardziej. Nie są idealne jak ze sklepowej półki i właśnie dlatego mają swój urok. Ktoś poświęcił chwilę, wybrał zapach, zrobił świecę i pomyślał o konkretnej osobie. A przy okazji można sobie zostawić jedną dla siebie, bo przecież trzeba sprawdzić, czy prezent wyszedł dobrze. Tego elementu kontroli jakości zdecydowanie nie zamierzam pomijać.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)