"Zabiłaś mnie pierwsza" - John Marrs o tym, jak niewiele wiemy o ludziach mieszkających tuż obok
Lubię książki, które od pierwszych stron dają mi powód, żeby odłożyć wszystko inne i zostać z nimi trochę dłużej. Jeszcze bardziej lubię te, przy których szybko zaczynam kombinować, podejrzewać bohaterów i układać własną wersję wydarzeń. „Zabiłaś mnie pierwsza” Johna Marrsa zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Zaczęłam właściwie niewinnie, a po chwili już nikomu nie ufałam. Czyli wszystko było tak, jak powinno być w dobrym thrillerze.
Początek jest mocny. Podczas Nocy Ognisk związana i zakneblowana kobieta znajduje się wewnątrz stosu przygotowanego do podpalenia. Nie wiemy, kim jest, kto ją tam umieścił ani dlaczego ktoś tak bardzo chce jej śmierci. Autor zostawia nas z tym obrazem i cofa historię o jedenaście miesięcy. Dopiero wtedy poznajemy trzy kobiety, których życie będzie prowadziło nas z powrotem do tej pierwszej sceny.
Margot była kiedyś gwiazdą, Anna jest jej wieloletnią przyjaciółką, a Liv właśnie wprowadziła się wraz z rodziną do sąsiedztwa. Z pozoru nic szczególnego: domy stojące obok siebie, codzienne spotkania, rozmowy, przyjaźnie i zwyczajne życie. Szybko okazuje się jednak, że każda z tych kobiet ma coś, czego nie zamierza pokazywać innym. Sekrety zaczynają się nawarstwiać, relacje robią się coraz bardziej skomplikowane, a ja bardzo szybko przestałam się zastanawiać, która z nich mówi prawdę. Bardziej interesowało mnie już, która kłamie najlepiej.
Marrs prowadzi historię z różnych perspektyw i świetnie wykorzystuje fakt, że tę samą sytuację można zobaczyć zupełnie inaczej w zależności od tego, kto o niej opowiada. Kilka razy zdążyłam już wyrobić sobie opinię o jednej z bohaterek, żeby chwilę później dostać informacje, które kazały mi wszystko przemyśleć od początku. W takich thrillerach właśnie to lubię najbardziej. Autor nie musi co kilkanaście stron wyciągać królika z kapelusza. Wystarczy, że sprawi, iż zacznę wątpić w to, co jeszcze przed chwilą wydawało mi się oczywiste.
Przy tej książce została mi też w głowie myśl o tym, jak niewiele tak naprawdę wiemy o ludziach, których spotykamy niemal codziennie. Sąsiadów mijamy na klatce schodowej, w windzie, przed domem czy przy samochodzie. Mówimy „dzień dobry”, czasem chwilę porozmawiamy, znamy kilka szczegółów z ich życia i zaczyna nam się wydawać, że wiemy, jacy są. Tymczasem znamy przede wszystkim tę część, którą pozwalają nam zobaczyć. Za zamkniętymi drzwiami każdego domu istnieje osobny świat, a „Zabiłaś mnie pierwsza” bardzo dobrze wykorzystuje właśnie tę zwyczajną bliskość połączoną z całkowitą niewiedzą.
Bohaterki nie są tutaj grzecznie podzielone na dobre i złe. Każda ma swoje tajemnice, popełnia błędy i potrafi porządnie zirytować. Sympatia podczas czytania kilka razy zmieniała mi adres, podobnie jak podejrzenia. Oczywiście prowadziłam własne śledztwo i w pewnym momencie byłam nawet bardzo zadowolona ze swojej teorii. Już prawie mogłam Johnowi Marrsowi powiedzieć, że mnie nie nabierze. Na szczęście nie powiedziałam tego głośno, bo później musiałabym udawać, że nic takiego nie miało miejsca.
I właśnie za to lubię thrillery psychologiczne. Nie potrzebuję wyłącznie odpowiedzi na pytanie, kto zrobił coś strasznego. Chcę obserwować ludzi, ich relacje, małe kłamstwa, urazy i decyzje, które początkowo wydają się niewinne, a później zaczynają ciągnąć za sobą coraz poważniejsze konsekwencje. Tutaj właśnie relacje pomiędzy trzema kobietami są dla mnie ciekawsze niż sama kryminalna zagadka.
„Zabiłaś mnie pierwsza” nie jest książką, po której przez tydzień siedziałam i rozmyślałam nad sensem życia, ale też zupełnie tego od niej nie oczekiwałam. Miała mnie wciągnąć, pozwolić mi trochę pokombinować, kilka razy wyprowadzić w pole i sprawić, żebym zamiast kończyć czytanie po jednym rozdziale, zaglądała do następnego. I dokładnie to zrobiła. Jeśli lubicie thrillery o sekretach, toksycznych relacjach, pozorach i ludziach, których zdecydowanie lepiej nie oceniać po pierwszym wrażeniu, warto po nią sięgnąć.
A ja po tej lekturze nadal będę grzecznie mówiła sąsiadom „dzień dobry”. Tylko może już bez przesadnej ciekawości, co właściwie dzieje się za ich drzwiami. Czasami naprawdę bezpieczniej jest nie wiedzieć wszystkiego.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)