Codziennik Zadumanej #57
Wczoraj dostałam piękny prezent z okazji Dnia Nauczyciela. Kwiaty, herbatki i bardzo miły gest, który sprawił mi ogromną przyjemność. Bo chociaż człowiek od lat pracuje w szkole i wydawałoby się, że widział już wszystko, takie chwile wciąż potrafią wzruszyć. Szczególnie kiedy ma się świadomość, że za tym drobiazgiem kryje się czyjaś pamięć, życzliwość i zwyczajne ludzkie „dziękuję”. A przecież w tej pracy nie zawsze jest czas, żeby usiąść, wypić ciepłą kawę i zastanowić się nad sensem własnego istnienia. Czasami sukcesem jest wypicie tej kawy, zanim zamieni się w napój chłodzący.
Kocham swoją pracę. Naprawdę. Po tylu latach nadal czuję się w szkole jak ryba w wodzie, chociaż bywają dni, kiedy ta woda przypomina raczej wzburzony ocean, a ja próbuję utrzymać się na powierzchni z dokumentami w jednej ręce i pudełkiem chusteczek w drugiej. Oficjalnie jestem nauczycielką i terapeutką pedagogiczną, ale gdyby ktoś miał uczciwie wypisać wszystkie moje stanowiska, zabrakłoby miejsca na wizytówce. Bywam sędzią, kiedy trzeba rozstrzygnąć, kto pierwszy powiedział „głupek”, a kto tylko odpowiedział, bo został sprowokowany. Policjantem, kiedy prowadzę śledztwo w sprawie zaginionej gumki, która po dwudziestu minutach przesłuchań odnajduje się w piórniku właściciela. Pielęgniarką, gdy plasterek okazuje się jedynym skutecznym lekarstwem na dramatyczne zadrapanie, którego nawet przez lupę trudno się dopatrzyć.
Do tego dochodzi funkcja ochroniarza, bo trzeba czasem zapobiec konfliktowi, zanim dwaj młodzi dżentelmeni postanowią rozwiązać go metodami średniowiecznymi. Jestem negocjatorem pokojowym, detektywem, mediatorem, psychologiem pierwszego kontaktu, specjalistą od zapinania zamków, odkręcania bidonów i rozplątywania sznurówek. Zdarza mi się pełnić obowiązki meteorologa, kiedy trzeba ocenić, czy na dwór wystarczy bluza, czy jednak kurtka, oraz rzecznika prasowego, kiedy po powrocie z przerwy należy ustalić jedną, w miarę spójną wersję wydarzeń. A bywa to trudniejsze niż przygotowanie całej dokumentacji terapeutycznej, bo świadków jest piętnastu i każdy widział zupełnie co innego.
Najbardziej lubię jednak te momenty, kiedy mogę po prostu uczyć. Kiedy dziecko, które jeszcze niedawno mówiło „nie umiem”, nagle podnosi głowę znad zeszytu i z niedowierzaniem stwierdza, że jednak potrafi. Kiedy podczas terapii coś wreszcie zaskakuje, kiedy widzę postępy, których nie da się zmierzyć oceną ani wpisać w żadną rubrykę. Czasem jest to pięknie przeczytane zdanie, czasem samodzielnie rozwiązane zadanie, a czasem zwyczajna odwaga, żeby spróbować jeszcze raz. I właśnie dla takich chwil warto znosić cały ten szkolny rozgardiasz, stosy dokumentów, hałas na przerwach i niekończące się poszukiwania przedmiotów, które najwyraźniej posiadają zdolność samodzielnego przemieszczania się.
Oczywiście nie oznacza to, że każdego ranka biegnę do pracy, podskakując z radości i nucąc hymn ku czci edukacji. Bez przesady. Miewam dni, kiedy najchętniej schowałabym się w szkolnym schowku i wyszła dopiero po ostatnim dzwonku. Bywają sytuacje, w których cierpliwość przechodzi poważną próbę wytrzymałości, a dokumentacja rozrasta się szybciej niż mój fikus przed swoim pamiętnym omdleniem. Zdarza mi się wrócić do domu z głową pełną dziecięcych opowieści, problemów, pomysłów i pytań, na które nawet encyklopedia nie zna odpowiedzi. Ale następnego dnia znów idę do szkoły i zwykle wystarczy kilka minut, żebym przypomniała sobie, dlaczego wybrałam właśnie ten zawód.
Bo nauczycielstwo to dla mnie coś więcej niż realizowanie podstawy programowej i odhaczanie kolejnych tematów. To codzienne spotkania z małymi ludźmi, którzy potrafią człowieka rozbroić jednym zdaniem, doprowadzić do granic cierpliwości, a chwilę później sprawić, że śmieje się do łez. To praca, w której nigdy nie wiadomo, co przyniesie następna godzina, nawet jeśli plan lekcji został przygotowany z największą starannością. I chyba właśnie ta nieprzewidywalność sprawia, że po tylu latach wciąż mi się chce.
Patrzę dzisiaj na otrzymane kwiaty i herbatki i myślę sobie, że największym szczęściem zawodowym wcale nie jest praca, w której wszystko przebiega spokojnie, zgodnie z planem i bez najmniejszych komplikacji. Znacznie ważniejsze jest znaleźć takie miejsce, w którym człowiek czuje się potrzebny, może być sobą i ma poczucie, że to, co robi, naprawdę ma znaczenie. Nawet jeśli po drodze musi odnaleźć trzy zaginione ołówki, pogodzić dwóch zwaśnionych kolegów i wyjaśnić, dlaczego klej nie nadaje się do smarowania ławki.
A na zakończenie tej zawodowej refleksji dochodzę do jeszcze jednego wniosku. Skoro nauczyciel w ciągu jednego dnia potrafi być przedstawicielem tylu różnych profesji, to właściwie powinnam dostawać kilka pensji. Przynajmniej za nadgodziny w wydziale kryminalnym, bo liczba prowadzonych przeze mnie śledztw zdecydowanie przekracza normy przewidziane dla jednego funkcjonariusza.
Tymczasem zaparzę sobie jedną z podarowanych herbatek i wzniosę nią toast za wszystkich nauczycieli, którzy mimo codziennego szaleństwa nadal lubią swoją pracę. Za cierpliwość, poczucie humoru i tę niezwykłą umiejętność dostrzegania wielkich sukcesów w małych rzeczach.
I oby jutro wszystkie gumki, ołówki i temperówki pozostały na swoich miejscach. Chociaż nie oszukujmy się, na taki cud nawet wieloletni staż pedagogiczny nie przygotowuje.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)