Codziennik Zadumanej: Dwoje ludzi na fotografii i filiżanka, która pamięta więcej niż ja

Dzisiaj w moim salonie zrobiło się trochę bardziej rodzinnie. Na ławie stanęło ślubne zdjęcie moich dziadków, Marianny i Bernarda, a obok niego filiżanka z ich ślubnego serwisu. Zapaliłam świeczkę, spojrzałam na tę dwójkę młodych ludzi i pomyślałam sobie, że gdyby wiedzieli, iż po tylu latach będą bohaterami mojego internetowego codziennika, pewnie popatrzyliby na mnie z lekkim niedowierzaniem. Chociaż dziadek być może zapytałby najpierw, co to właściwie jest ten blog i czy naprawdę trzeba opowiadać całemu światu o rodzinie.

Zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy życie dopiero zaczynało wracać do normalności po II wojnie światowej. Dziadek wrócił z niewoli, a później razem z babcią stanęli na ślubnym kobiercu. Patrzę na ich młode twarze i zastanawiam się, ile nadziei musieli mieć w sobie, żeby po tym wszystkim, co przyniosła wojna, planować wspólne życie. Nie wiem, o czym wtedy marzyli, ale wiem, że później przyszło im zmierzyć się z niejednym trudnym doświadczeniem. A jednak stworzyli dom, który po latach stał się również moim domem.

To właśnie oni wychowali mnie w Toruniu. Nie będę tutaj malowała dzieciństwa w pastelowych kolorach, bo życie nie zawsze przypomina obrazek z rodzinnego albumu. Bywało trudno, czasami bardzo trudno. Ale dzisiaj, kiedy patrzę na swoje życie z perspektywy dorosłej kobiety, wiem jedno: bardzo wiele im zawdzięczam. I wcale nie chodzi o pieniądze, majątek czy rzeczy, które można zapisać komuś w testamencie. Dostałam od nich coś, co okazało się znacznie trwalsze. Wychowanie, zasady, poczucie odpowiedzialności i przekonanie, że człowiek powinien mieć w życiu jakiś kręgosłup. Najlepiej własny, bo pożyczony może się okazać zawodny.

Dzisiaj, po ponad trzydziestu latach pracy, z własnym bagażem doświadczeń, sukcesów, błędów i rozmaitych życiowych zakrętów, coraz lepiej rozumiem wartość tego, co mi przekazali. Nie zawsze człowiek docenia takie rzeczy od razu. Kiedy jest młody, zasady potrafią wydawać się wyjątkowo niewygodnym wynalazkiem dorosłych. Dopiero później odkrywa, że właśnie dzięki nim łatwiej podejmować decyzje, odróżniać rzeczy ważne od błahych i nie zgubić siebie, kiedy świat zaczyna ciągnąć w różne strony.

A ta filiżanka? To dopiero jest skarb! Przepiękna porcelana z Chodzieży, część ślubnego serwisu babci i dziadka. Po śmierci babci zabrałam ją sobie na pamiątkę. Dziadek odszedł wcześniej, babcia później, a filiżanka została. I proszę, ile można mieć radości z jednego niewielkiego przedmiotu! Nie potrzebuje specjalnej gabloty ani muzealnej tabliczki. Wystarczy, że stoi obok ich fotografii, a ja wiem, do kogo należała. Zresztą przy mojej domowej ekipie zwierzęcej porcelana tej klasy zdecydowanie zasługuje na szczególną ochronę. Hektorowi trudno byłoby przecież wytłumaczyć, że rodzinne pamiątki mają większą wartość niż jego chwilowa ochota na sprawdzenie, co stoi na stole.

Dzisiaj obchodzimy uroczystość Wszystkich Świętych. Lubię myśleć o tym dniu przede wszystkim jako o święcie nadziei. W Kościele wspominamy wszystkich świętych, również tych, których imion nie znamy, i przypominamy sobie, że nasze życie ma perspektywę znacznie dalszą niż to, co widzimy tutaj. To również dobry moment, żeby z wdzięcznością pomyśleć o bliskich, którzy już odeszli. Bez obowiązkowego smutku, bez przekonania, że pamięć musi zawsze oznaczać łzy. Przecież można wspominać kogoś z uśmiechem, pomodlić się za niego i cieszyć się, że był częścią naszego życia.

I właśnie tak dzisiaj myślę o Mariannie i Bernardzie. Nie zastanawiam się nad tym, co mogło być inaczej. Wolę pomyśleć, ile dobrego pozostało po nich we mnie. Bo przecież człowiek zostawia po sobie znacznie więcej niż fotografie, dokumenty i przedmioty. Zostawia sposób patrzenia na świat, pewne przyzwyczajenia, zasady, które kiedyś wpajał dzieciom, a które po latach okazują się zaskakująco przydatne. Czasami nawet słyszymy w głowie czyjeś dawne słowa i odkrywamy, że właśnie sami zaczęliśmy mówić dokładnie to samo. I wtedy pozostaje tylko uśmiechnąć się do siebie, bo najwyraźniej rodzinne wychowanie ma wyjątkowo długi termin ważności.

Gdyby nie babcia Marianna i dziadek Bernard, naprawdę nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie. Nie mam zamiaru udawać, że wszystko było łatwe i piękne, ale mam ogromną wdzięczność za to, że byli, że mnie wychowali i dali mi fundament, na którym mogłam później budować własną dorosłość. Dzisiaj potrafię to docenić chyba jeszcze bardziej niż kiedyś.

Patrzę więc na ich ślubne zdjęcie, na tę elegancką filiżankę, na płomień świecy i uśmiecham się do swoich myśli. Dwoje młodych ludzi, którzy po wojnie zaczynali wspólne życie, pewnie nie przypuszczało, że ich wnuczka będzie kiedyś siedziała w swoim salonie, pisała o nich w internecie i przekazywała dalej to, czego ją nauczyli.

A jednak właśnie tak się stało.

I wiecie co? To jest chyba jedna z najpiękniejszych rzeczy w rodzinnej historii. Że ludzie odchodzą, mijają dziesięciolecia, świat zmienia się nie do poznania, a pewne wartości nadal żyją. W naszych decyzjach, zachowaniu, codziennych wyborach i w tym, jak traktujemy innych.

Dlatego dzisiaj nie będzie smutnego zakończenia. Będzie zwyczajne, serdeczne „dziękuję”. Za Toruń, za wychowanie, za zasady i za to, że mogę dzisiaj być tym, kim jestem.

A filiżankę po babci zamierzam nadal traktować z należnym szacunkiem. Chociaż podejrzewam, że babcia Marianna, widząc, jak ostrożnie się z nią obchodzę, mogłaby skwitować to po swojemu: „Dziecko, to przecież filiżanka, a nie relikwia!”.

No cóż, babciu. Dla mnie jednak trochę jedno i drugie.

Mydełko na chłodne dni

Jesienią zaczynam coraz częściej szukać rzeczy, które są małe, proste, przyjemne i naprawdę się przydają. Świeca się wypali, herbata zostanie wypita, syrop zniknie w kawie, a teraz przyszła kolej na coś do łazienki. Domowe mydełko z gotowej bazy glicerynowej okazało się dokładnie takim projektem, jaki lubię. Nie wymaga laboratorium, specjalistycznego sprzętu ani zamieniania kuchni w pracownię chemiczną, a po wszystkim zostają małe kostki, które można używać samemu albo ładnie zapakować i komuś podarować.

Najprościej zacząć od gotowej bazy glicerynowej przeznaczonej do wyrobu mydeł. Kroję ją na mniejsze kawałki i rozpuszczam powoli zgodnie z instrukcją producenta. Nie doprowadzam jej do gwałtownego gotowania, bo tutaj naprawdę nie ma potrzeby niczego przyspieszać. Kiedy baza jest płynna, zaczyna się najprzyjemniejsza część, czyli wybieranie dodatków.

Do jesiennej wersji najbardziej podobają mi się płatki nagietka i delikatny pomarańczowy zapach. Suszone płatki nagietka można dodać w niewielkiej ilości, bardziej dla wyglądu niż po to, żeby mydło zamieniło się w zielnik. Jeśli chcę dodać zapach, wybieram olejek lub kompozycję zapachową przeznaczoną do kosmetyków i używam jej zgodnie z zaleceniami producenta. Z olejkami eterycznymi też nie warto kierować się zasadą, że im więcej, tym lepiej. W kosmetykach więcej bardzo często oznacza po prostu za dużo.

Z cynamonem byłabym ostrożna. Pięknie pachnie jesienią, ale może podrażniać skórę, dlatego nie wsypywałabym do mydełka dużej ilości mielonego cynamonu. Zdecydowanie wolę zostawić go w kuchni, a jesienny charakter mydełka zrobić pomarańczą, wanilią albo samymi płatkami nagietka. Mydło ma przecież służyć dłoniom, a nie sprawdzać ich odporność.

Gotową masę przelewam do silikonowych foremek. Mogą to być zwykłe prostokąty, małe koła albo proste foremki, które już mam w domu. Potem zostawiam wszystko do całkowitego zastygnięcia. I znowu pojawia się mój najmniej ulubiony etap wszystkich domowych projektów, czyli cierpliwe czekanie i niewyjmowanie wszystkiego z foremki po pięciu minutach tylko dlatego, że bardzo chciałabym już zobaczyć efekt.

Kiedy mydełka są twarde, wyjmuję je z foremek i zostawiam do całkowitego wyschnięcia powierzchni. Najbardziej podobają mi się małe kostki z kilkoma widocznymi płatkami nagietka. Są proste, trochę niedoskonałe i właśnie dlatego wyglądają domowo.

Na prezent pakuję każdą kostkę osobno w papier kraftowy albo cienki pergamin, przewiązuję zwykłym sznurkiem i właściwie nic więcej nie jest potrzebne. Można dołożyć małą zawieszkę z informacją o zapachu i składnikach. Jeśli robię kilka kostek, układam je razem w niewielkim pudełku. Powstaje drobiazg, który wygląda ładnie, pachnie jesienią i przede wszystkim można go naprawdę wykorzystać.

Coraz bardziej lubię takie prezenty. Nie trzeba zastanawiać się, gdzie je postawić, do czego dopasować i czy przypadkiem nie będą przez następne lata mieszkały na dnie szuflady. Mydełko po prostu trafia do łazienki i znika podczas używania. A jeśli podczas robienia kilku sztuk jedna wyjdzie odrobinę krzywa albo nie tak idealna, jak planowałam, wiadomo, gdzie trafi. Kontrola jakości w moim domu nadal ma się bardzo dobrze.