"Gen zabójcy" - Agnieszka Peszek o tym, czy zło można dostać w spadku
Piąty tom. Sama nie wiem, kiedy to się stało. Dopiero zaczynałam „Przez pomyłkę”, później była „Dziewczyna z wnęki”, „Iluzja doskonałości” i „Zabawa w zabijanie”, a teraz zamknęłam „Gen zabójcy”. I chyba mogę już oficjalnie powiedzieć, że z Dorotą Czerwińską spędziłam całkiem sporo czasu. Zresztą Agnieszka Peszek sama podpowiada, że choć każda z tych historii kryminalnych jest zamknięta, wątek Doroty i jej bliskich najlepiej poznawać właśnie po kolei.
Tym razem już sam tytuł daje do myślenia. Czy można odziedziczyć skłonność do zła? Po mamie oczy, po tacie nos, po babci charakter, a po kimś jeszcze coś znacznie gorszego? Oczywiście życie i ludzka psychika nie są aż tak proste, żeby odpowiedzieć jednym „tak” albo „nie”, i właśnie dlatego ten pomysł tak mi się spodobał. Bo za kryminalną zagadką kryje się pytanie dużo ciekawsze: co właściwie sprawia, że człowiek przekracza granicę, której większość z nas nigdy nie przekroczy?
Dorota Czerwińska pracuje już w Warszawie i dostaje nowego partnera, Marka Kamińskiego. Razem trafiają na serię bardzo dziwnych zabójstw. Dziwnych przede wszystkim dlatego, że sprawca wcale nie szuka ciemnej uliczki ani pustego domu. Ludzie giną podczas spektaklu teatralnego, eventu w centrum handlowym, relacji na YouTube czy nielegalnych wyścigów motocyklowych. Wokół są świadkowie, a mimo to ktoś zabija i pozostaje nieuchwytny.
I więcej o samej fabule nie napiszę. Przy kryminałach mam coraz większe przekonanie, że im mniej człowiek wie przed rozpoczęciem lektury, tym lepiej. Zwłaszcza kiedy autor zaczyna rozrzucać kilka pozornie niepasujących do siebie elementów i pozwala czytelnikowi kombinować. A tutaj wątków jest sporo i przez pewien czas można się zastanawiać, co właściwie ma wspólnego jedno z drugim.
Mnie jednak najbardziej zainteresowało to, co siedzi pod warstwą kryminalną. Lubimy przecież proste wyjaśnienia. On taki jest, bo miał takiego ojca. Ona zachowuje się w ten sposób, bo pochodzi z takiej rodziny. Czasem nawet sami tłumaczymy siebie podobnie: „u nas wszyscy tacy są”. Geny niewątpliwie mają znaczenie, wychowanie również, doświadczenia także. Ale pomiędzy tym wszystkim nadal pozostaje człowiek i jego decyzje. I chyba właśnie to pytanie chodziło za mną podczas czytania: ile w nas jest tego, co dostaliśmy, a ile tego, kim zdecydowaliśmy się zostać?
Peszek nie zapomina przy tym o prywatnym życiu Doroty. I tutaj bardzo się cieszę, że nie zaczęłam serii od piątego tomu. Kryminalnie można byłoby to zrobić, bo zagadka stanowi osobną całość, ale Dorota nie jest już dla mnie po prostu policjantką prowadzącą kolejne śledztwo. Znam jej wcześniejsze wybory, relacje i życiowe zamieszanie, a teraz obserwuję ją również w roli matki i partnerki. Ta warstwa obyczajowa jest w „Genie zabójcy” mocno obecna i nie każdemu czytelnikowi przypadła do gustu, ale przy czytaniu całej serii ma dla mnie sens.
Sama książka ma ponad 400 stron, a mimo to czyta się ją szybko. Rozdziały prowadzą przez kolejne wątki, układanka stopniowo zaczyna się składać, a im bliżej końca, tym trudniej ją odłożyć. Opinie o tej części są zresztą dość różne. Jedni chwalą pomysł, wielowątkowość i psychologiczne pytanie stojące za całą historią, inni narzekają na zbyt dużą liczbę wątków czy rozbudowaną część obyczajową. Na Lubimy czytać książka ma obecnie ocenę 7,0/10 przy 445 ocenach. Papierowe wydanie liczy 402 strony i jest piątym tomem cyklu.
Ja należę do tych pierwszych. „Gen zabójcy” podobał mi się, a przede wszystkim dobrze zamknął moje pięciotomowe spotkanie z Dorotą Czerwińską. Lubię kryminały, które poza odpowiedzią na pytanie „kto zabił?” zostawiają jeszcze coś do przemyślenia. Tutaj zostało mi właśnie to nieszczęsne dziedziczenie. Bo bardzo łatwo powiedzieć, że ktoś miał zło „we krwi”. Znacznie trudniej przyjąć, że człowiek jest mieszaniną tego, co dostał, tego, czego doświadczył, i tego, co sam z tym wszystkim zrobił.
Czy warto przeczytać? Moim zdaniem tak, ale jeśli macie ochotę poznać Dorotę Czerwińską, zaczęłabym od „Przez pomyłkę”. Nie dlatego, że bez wcześniejszych części nie zrozumiecie zagadki. Zrozumiecie. Tylko trochę szkoda wchodzić na ostatni odcinek drogi, kiedy można przejść ją od początku.
A ja po pięciu tomach mogę już powiedzieć jedno: określenie „moja polska Freida McFadden” Agnieszka Peszek nadal u mnie zachowuje. I coś mi mówi, że na tych pięciu książkach naszej znajomości nie skończę.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)