Codziennik Zadumanej #39
Trzy dni ciszy w Codzienniku. Nie porzuciłam pisania, nie wyjechałam na bezludną wyspę i nawet nie zaszyłam się z książką pod kocem, chociaż ta ostatnia wersja brzmi zdecydowanie najlepiej. Po prostu szkoła mnie wchłonęła, przeżuła i po trzech dniach łaskawie wypluła. Osiem godzin w pracy okazało się przy tym najmniejszym problemem, bo szkoła bardzo sprytnie nauczyła się wychodzić ze mną do domu. Dokumenty przed pracą, dokumenty po pracy, dokumenty wieczorem, dokumenty do nocy, a potem pobudka o 4.45 i kolejna runda. Doszłam do etapu, w którym gdyby ktoś niespodziewanie zapytał mnie o imię i nazwisko, najbezpieczniej byłoby wyjąć dowód osobisty. Nie dlatego, że mam coś do ukrycia. Chciałabym po prostu udzielić odpowiedzi zgodnej ze stanem faktycznym.
Moje ukochane hasło „nie samą pracą człowiek żyje” na te trzy dni zostało oficjalnie wycofane z użytkowania z przyczyn niezależnych ode mnie. Jechałam na szóstym biegu, chociaż chwilami miałam wrażenie, że silnik już dawno świeci wszystkimi możliwymi kontrolkami, a ja nadal próbuję wyprzedzać. Dzisiaj wreszcie mogłam zredukować do trójki i nagle odkryłam, że poza szkołą istnieje jeszcze świat. Są ludzie, mieszkanie, zwierzęta, kawa, książki, balkon i podobno nawet czas wolny. Tego ostatniego jeszcze osobiście nie widziałam, ale wierzę, że istnieje.
Od poniedziałku ruszam z terapią, więc ostatnie dni upłynęły również pod znakiem wielkiej operacji logistycznej pod kryptonimem „ZKK”. Wysłałam rodzicom mnóstwo wiadomości z zaproszeniami na zajęcia i naiwnie mogłabym pomyśleć, że najtrudniejszą część mam za sobą. Nic bardziej mylnego. W odpowiedzi rozpoczął się koncert życzeń. Ten dzień nie, bo angielski. Ta godzina nie, bo angielski. Inna godzina byłaby świetna, tylko że właśnie wtedy ja mam lekcje albo inne zajęcia. I naprawdę rozumiem rodziców, bo każdy układa życie swojego dziecka najlepiej, jak potrafi, ale moja doba nadal ma dwadzieścia cztery godziny, tydzień siedem dni, a ja występuję w jednym egzemplarzu. Nie trzymam też w szufladzie zapasowego planu lekcji z trzydziestoma wolnymi okienkami, które mogę wyciągnąć na specjalne życzenie. Gdybym miała możliwość dopasowania wszystkim idealnych terminów, zrobiłabym to bez zastanowienia. Problem w tym, że czasami jedyny możliwy termin jest po prostu jedynym możliwym terminem, nawet jeśli prywatny angielski patrzy na niego z wyraźną dezaprobatą.
Na szczęście domownicy przez te trzy dni konsekwentnie pilnowali, żebym nie zapomniała o życiu poza szkołą. Hektor wszedł ostatnio w fazę żywieniową, którą trudno nazwać apetytem. On je jak opętany. Mam wrażenie, że jego dzień składa się z jedzenia, planowania następnego jedzenia oraz sprawdzania, czy przypadkiem podczas jego krótkiej nieobecności w kuchni nie pojawiło się jakieś nowe jedzenie. Do tego regularnie wychodzi na balkon, po czym po chwili wraca, żeby niedługo później znowu wyjść. Drzwi balkonowe stały się więc moim prywatnym urządzeniem rehabilitacyjnym. Wstaję, otwieram, siadam. Hektor wraca. Wstaję, otwieram, siadam. Hektor zmienia zdanie. Wstaję ponownie. Na brak ruchu naprawdę nie mogę narzekać, gnatki prostuję regularnie i bez wykupywania karnetu na siłownię. Podejrzewam nawet, że Hektor uważa to za swoją osobistą troskę o moją kondycję.
Przynajmniej skończyły się nocne szaleństwa i całe towarzystwo pozwala mi ostatnio spać, co przy pobudkach o 4.45 uznaję za przejaw ogromnej łaskawości. Widocznie zwierzęta doszły do wniosku, że człowieka nie należy całkowicie wykończyć, bo ktoś przecież musi otwierać saszetki i drzwi balkonowe.
Dom natomiast przez trzy dni radził sobie beze mnie tak, jak można się było spodziewać – nie radził sobie wcale. Pranie nie wykazało najmniejszej inicjatywy, kurze nie zdecydowały się na samodzielną ewakuację, rzeczy nie poodkładały się na swoje miejsca, a cała reszta obowiązków cierpliwie czekała, aż sobie o niej przypomnę. Przypomniałam sobie. Niestety. W sobotę pozostaje mi więc wjechać w mieszkanie spychaczem i sprawdzić, czy pod warstwą tego wszystkiego nadal znajduje się mój salon.
Dzisiaj jednak nie zamierzam nadrabiać całego życia w jeden wieczór. Trójka na skrzyni biegów jest wystarczająca. Po tych kilku dniach zrozumiałam zresztą, że moje „nie samą pracą człowiek żyje” wcale nie odeszło do lamusa. Przeciwnie – właśnie takie tygodnie najlepiej pokazują, po co mi ono jest. Czasami naprawdę nie da się zachować równowagi, odłożyć dokumentów o rozsądnej godzinie i pięknie podzielić doby pomiędzy obowiązki, odpoczynek i przyjemności. Życie nie zawsze współpracuje z naszymi mądrymi zasadami.
Ważne chyba tylko, żeby po tych kilku dniach na szóstym biegu umieć w końcu zdjąć nogę z gazu i nie uznać szaleńczego tempa za nową normę. Dokumenty zawsze znajdą następne dokumenty, kurz spokojnie poczeka do soboty, a Hektor bez najmniejszych wątpliwości przypomni mi, kiedy nadejdzie pora kolacji.
I tylko dowód osobisty będę jeszcze przez jakiś czas trzymała pod ręką. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś zapytał, jak się nazywam.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)