"Zamknięte drzwi" - Freida McFadden o tym, czy można uciec od tego, co mamy we krwi
Z Freidą McFadden mam już taki układ, choć ona oczywiście nic o nim nie wie. Ja otwieram książkę, zaczynam czytać, po kilkudziesięciu stronach jestem przekonana, że wiem, co się wydarzyło, a ona cierpliwie czeka, aż poczuję się wystarczająco pewnie. Potem robi swoje. Przy „Zamkniętych drzwiach” było dokładnie tak samo. I wiecie co? Wcale nie mam do niej pretensji. Wręcz przeciwnie. Właśnie za to ją uwielbiam.
Tym razem McFadden zaczyna naprawdę mocno. Jedenastoletnia Nora nie ma pojęcia, że kiedy odrabia lekcje w swoim pokoju, jej ojciec w piwnicy morduje kobiety. Prawda wychodzi na jaw dopiero wraz z pojawieniem się policji. Dwadzieścia sześć lat później Nora żyje już pod innym nazwiskiem, jest cenioną chirurg i zrobiła wszystko, żeby odciąć się od człowieka, którego była córką. Tyle że pewnego dnia zostaje zamordowana jedna z jej pacjentek. W sposób bardzo przypominający zbrodnie jej ojca.
I tutaj właściwie mogłabym przestać opowiadać o fabule, bo „Zamknięte drzwi” są jedną z tych książek, którym nadmiar informacji przed czytaniem zwyczajnie szkodzi. Freida znowu podrzuca tropy, odwraca uwagę i sprawia, że podejrzani zaczynają wyrastać niemal za każdym rogiem. Historia prowadzona jest również poprzez powroty do dzieciństwa Nory, więc stopniowo poznajemy nie tylko to, co wydarzyło się kiedyś, ale przede wszystkim to, co zrobiło z nią dorastanie w takim domu. To zresztą właśnie psychologiczny aspekt historii, tempo i trudne do przewidzenia rozwiązanie często pojawiają się w opiniach czytelników. Książka ma obecnie 7,3/10 przy ponad 4400 ocenach na Lubimyczytać.
Ale wiecie, co mnie tym razem zainteresowało najbardziej? Pytanie, czy człowiek może naprawdę odciąć się od własnego pochodzenia.
Nora zmieniła nazwisko, zbudowała sobie nowe życie, zdobyła zawód, w którym zamiast odbierać życie, je ratuje. Mogłoby się wydawać, że zrobiła wszystko, co możliwe, żeby udowodnić przede wszystkim sobie, że nie jest swoim ojcem. A jednak przeszłość cały czas idzie kilka kroków za nią. Nie dlatego, że Nora zrobiła coś złego, lecz dlatego, że jest jego córką. I pomyślałam sobie podczas czytania, jak potwornie niesprawiedliwe potrafi być obciążenie człowieka cudzą winą.
Bo przecież nie wybieramy rodziców. Nie wybieramy domu, w którym dorastamy, ani tego, co wydarzyło się w nim, kiedy byliśmy dziećmi. Możemy natomiast zdecydować, kim będziemy później. Tylko czy sami zawsze w to wierzymy? I czy inni pozwolą nam zapomnieć, skąd przyszliśmy?
Freida bardzo sprytnie wykorzystuje ten niepokój. Nora jest narratorką, ale jednocześnie trudno całkowicie jej zaufać. Im więcej dowiadywałam się o jej przeszłości, tym częściej zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem czegoś przede mną nie ukrywa. I tu właśnie zaczęła się moja ulubiona zabawa: „Dobra, Freida, tym razem już wiem”.
Nie wiedziałam.
Oczywiście, że nie wiedziałam.
A najgorsze jest to, że byłam z siebie naprawdę zadowolona.
„Zamknięte drzwi” mają 344 strony, ale zdecydowanie nie są książką, którą czyta się przez tydzień, odkładając grzecznie po jednym rozdziale. Krótkie rozdziały, dwa plany czasowe i kolejne drobne odkrycia robią swoje. Czytelnicy również bardzo często piszą o tym, że książkę trudno odłożyć, choć część z nich uważa finał za trochę naciągany. Mnie to nie przeszkodziło. Ja od Freidy chcę przede wszystkim tego momentu, kiedy wszystko, co sobie pracowicie poukładałam, nagle rozsypuje się po podłodze.
I dostałam go.
Czy warto przeczytać?No cóż… świetna. Nie będę nawet udawała powściągliwości. To dokładnie taka Freida McFadden, jaką lubię: szybko, niepokojąco, z tajemnicą, bohaterką, której nie jestem pewna, i zakończeniem, przy którym muszę przyznać autorce, że znowu wygrała.
Ale poza thrillerową zabawą została mi po tej książce jeszcze jedna myśl. Nie jesteśmy odpowiedzialni za to, od kogo pochodzimy. Jesteśmy odpowiedzialni za to, kim sami postanowimy zostać. I chyba właśnie dlatego historia Nory podobała mi się tak bardzo.
A Freida? Nadal bezpiecznie siedzi na pierwszym miejscu mojej listy. Chociaż po tylu jej książkach naprawdę powinnam już wiedzieć, że kiedy podczas czytania myślę: „mam cię”, to najprawdopodobniej właśnie ona ma mnie.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)