Codziennik Zadumanej #36
Od poniedziałku obserwuję u siebie zjawisko na tyle niepokojące, że chyba powinnam zacząć prowadzić dokumentację. Jestem gotowa do wyjścia na autobus pół godziny przed czasem. PÓŁ GODZINY. Ja, która jeszcze niedawno potrafiłam jednocześnie szukać kluczy, dopijać kawę, sprawdzać zawartość torby i zastanawiać się, czy zdążę, podczas gdy zegarek bezlitośnie informował, że odpowiedź brzmi „raczej nie”. Nie wiem, co wydarzyło się podczas tych wakacji, ale od kilku dni siedzę ubrana, spakowana i patrzę na godzinę odjazdu z miną człowieka, który właśnie odkrył w sobie zupełnie nową osobowość. Na razie jej nie płoszę, bo całkiem mi się podoba, chociaż znając życie, któregoś ranka stara ja wróci bez zapowiedzi i dla równowagi będę zakładała buty w windzie.
Szkolny dzień minął spokojnie, a największa sensacja ostatnich dni znalazła szczęśliwy finał – zaginione książki się odnalazły. Wszystkie. Możemy więc oficjalnie zamknąć śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia podręczników na trasie stolik–szafka i uznać, że szkolny Trójkąt Bermudzki chwilowo zaprzestał działalności. Od dzisiaj mam też w klasie nauczycielkę współorganizującą i po pierwszym dniu jestem bardzo zadowolona. Dobrze mieć obok drugą osobę, która widzi, słyszy i może zareagować, zanim ja zdążę wyhodować sobie dodatkową parę oczu, o której nauczyciele marzą mniej więcej od września do czerwca.
Największym wyzwaniem tego tygodnia okazuje się jednak nie szkoła, tylko moje popołudniowe zjazdy energetyczne. Pierwszy punktualnie około czternastej, drugi koło szesnastej i wtedy mój organizm bardzo wyraźnie sugeruje, że działalność na dziś należałoby zakończyć. Z nieukrywaną zazdrością patrzę na ludzi, którzy potrafią położyć się na dziesięć minut, zamknąć oczy, zasnąć, obudzić się odświeżeni i dalej funkcjonować. Dla mnie dziesięciominutowa drzemka jest zjawiskiem równie abstrakcyjnym jak składanie prześcieradła z gumką w idealny prostokąt. Albo nie zasnę wcale i przez dziesięć minut będę intensywnie myślała o tym, że powinnam zasnąć, albo gdybym już jakimś cudem zasnęła, istnieje spore prawdopodobieństwo, że obudzę się trzy godziny później, nie wiedząc, jaki mamy dzień, rok i czy nadal pracuję w tej samej szkole. Regeneracja musi więc odbywać się innymi metodami.
Na szczęście dzisiaj wróciłam wcześnie, nawet bardzo wcześnie, i zamiast rzucić się na kanapę, wykorzystałam piękną pogodę na długi spacer z Sisi. Ona jak zwykle miała własny harmonogram i żadnych zjazdów energetycznych, bo przecież świat pełen krzaków, trawy i zapachów nie pozwala marnować czasu na kryzysy o czternastej. Potem przygotowałam się do jutrzejszych lekcji, ogarnęłam sociale i w pewnym momencie zorientowałam się, że właściwie mogę już przestać być produktywna. Wszystko, co naprawdę trzeba było zrobić, zostało zrobione, więc dalsze wynajdywanie sobie zajęć byłoby zwyczajnym proszeniem się o kłopoty.
Teraz ogłaszam oficjalne zamknięcie interesu. Dobry film, shake proteinowy, później książka i ani jednego „jeszcze tylko szybko”. Znam to „szybko” i wiem, że potrafi pożreć cały wieczór, a przecież ostatnio coraz bardziej zależy mi na tym, żeby po pracy naprawdę z niej wracać, nie tylko fizycznie przekraczać próg mieszkania. Może zresztą ta moja tajemnicza gotowość pół godziny przed autobusem wcale nie jest przypadkiem. Może po latach biegania zaczynam wreszcie odkrywać, że nie wszystko trzeba robić na ostatnią chwilę, nie każdą wolną przestrzeń wypełniać obowiązkami i nie każdy dzień kończyć dopiero wtedy, kiedy człowiek pada.
Jeżeli tak wygląda dojrzewanie do spokojniejszego życia, to jestem za. Tylko nie przywiązuję się jeszcze zbyt mocno do tej nowej, zorganizowanej siebie. Dajmy jej przetrwać chociaż do piątku.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)