No i stało się. Wakacje oficjalnie zostały zamknięte, sandały mogą jeszcze wprawdzie protestować, kawa na balkonie nadal ma pełne prawo bytu, ale dzisiaj rozpoczęliśmy nowy rok szkolny i nie było już żadnego „jeszcze chwileczkę”. Uroczysta Msza Święta, rozpoczęcie, spotkania, znajome twarze, trochę organizacyjnego zamieszania i przede wszystkim moje dzieciaki, które jeszcze niedawno żegnałam jako pierwszaki, a dzisiaj wróciły już do mnie jako druga klasa. Większe, rozgadane, uśmiechnięte i najwyraźniej naprawdę stęsknione, bo usłyszałam nawet, że tęsknili i chcieli już przyjść do szkoły. Zamierzam zachować te słowa bardzo głęboko w pamięci, najlepiej w jakimś pancernym sejfie, żeby móc je sobie przypomnieć mniej więcej w listopadzie, kiedy na hasło „wyjmujemy zeszyty” ktoś zacznie patrzeć na mnie tak, jakbym właśnie zaproponowała trzygodzinny marsz przez pustynię.

Było dziś jednak dużo zwyczajnej radości. Dobrze było zobaczyć dzieci, porozmawiać z rodzicami, poczuć ich sympatię i tę atmosferę początku, kiedy wszyscy jeszcze mają świeże pokłady energii, nowe piórniki wyglądają jak nowe, gumki do mazania istnieją, kleje mają zakrętki, a kredki występują w pełnych kompletach. Przed nami cały rok, o którym dzisiaj właściwie nic jeszcze nie wiemy, i chyba właśnie to lubię w pierwszym września najbardziej. Można mieć plany, kalendarze, projekty, pomysły i pięknie poukładane dokumenty, ale prawdziwa historia tej klasy zacznie się dopiero jutro.
Po powrocie do domu rozsądny człowiek zapewne uczciłby rozpoczęcie roku odpoczynkiem. Na szczęście nikt nigdy nie oskarżał mnie o przesadny rozsądek w sprawach szkolnych, więc całe popołudnie spędzam na przygotowaniach do jutra. Układam, sprawdzam, drukuję, przekładam i dokładam kolejne rzeczy do zabrania, a sterta rośnie w tempie, które zaczyna budzić moje uzasadnione obawy, czy rano powinnam pojechać do szkoły autobusem, czy zamówić transport paletowy. Teoretycznie idę prowadzić lekcje w drugiej klasie, praktycznie wyglądam, jakbym planowała przeprowadzkę wraz z wyposażeniem niewielkiej placówki edukacyjnej. Jutro ruszę więc objuczona jak wielbłąd, z torbami, pomocami i całym tym nauczycielskim dobytkiem, który wieczorem wydaje się absolutnie niezbędny, a rano człowiek zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę potrzebował wszystkiego naraz.
Na początek czekają mnie dwa tygodnie samych lekcji, więc można powiedzieć, że szkoła łaskawie przewidziała dla mnie wersję rozgrzewkową. Dopiero później dojdzie terapia i wtedy mój kalendarz pokaże swoje prawdziwe oblicze, a ja zapewne zacznę rozwijać umiejętność przemieszczania się pomiędzy salami z prędkością dotąd niespotykaną u przedstawicieli mojego gatunku. Na razie jednak nie będę wybiegać za daleko. Dzisiaj wystarczy mi świadomość, że wróciłam do tego mojego szkolnego szaleństwa i – co chyba najlepiej świadczy o tym, że wybrałam sobie właściwy zawód – naprawdę się z tego cieszę.
Bo można narzekać na dokumenty, rady, szkolenia, tabelki, terminy i tysiąc rzeczy dziejących się wokół samego uczenia, ale potem przychodzi pierwszego września dziecko, patrzy na człowieka z uśmiechem i mówi, że tęskniło. I nagle wszystko wraca na właściwe miejsce. Przypomina się, po co właściwie robimy całą tę resztę.
A teraz wracam do pakowania, bo sterta nadal rośnie. Jutro rano będę wyglądała jak wielbłąd wyruszający na miesięczną wyprawę przez pustynię, z tą drobną różnicą, że moja karawana zmierza do drugiej klasy. I pomyśleć, że idę tam tylko na kilka godzin.
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)