Codziennik Zadumanej #37
Ktoś mądry powiedział mi dzisiaj, że umiejętność ucinania sobie krótkiej, regeneracyjnej drzemki można wypracować. Ponieważ od kilku dni około czternastej mój organizm zaczyna bardzo wyraźnie sugerować, że dalsza współpraca będzie możliwa dopiero po spełnieniu określonych warunków, pomyślałam, że może rzeczywiście warto się nauczyć. Dziesięć, piętnaście minut, człowiek zamyka oczy, wyłącza głowę, po chwili wstaje świeży, wypoczęty i gotowy do dalszego życia. Brzmi pięknie. Usiadłam więc wygodnie na kanapie, zamknęłam oczy i rozpoczęłam trening.
Minęło może kilkanaście sekund, kiedy Sisi uznała, że skoro siedzę bezczynnie, to najwyraźniej czekam na propozycję wspólnej zabawy. Piłeczka wylądowała na moim brzuchu. Nie zareagowałam, więc została zabrana i precyzyjnie przełożona na dłoń. Nadal nic. Wobec tak skandalicznego braku współpracy Sisi spróbowała jeszcze z nogą, potem ponownie z brzuchem, poprawiała położenie piłeczki, zdejmowała ją i układała w kolejnym miejscu, najwyraźniej szukając tego jednego magicznego punktu na moim ciele, który uruchamia człowieka. W końcu, nie otwierając nawet oczu, złapałam piłkę i rzuciłam w stronę suszarki z praniem. Nie trafiłam. Za drugim razem się udało.
Nastała cisza.
Na jakieś trzy sekundy.
Potem usłyszałam charakterystyczne dreptanie małych sisinych szkitek po panelach. Sisi rozpoczęła okrążanie suszarki, próbując ustalić, w jaki sposób odzyskać piłeczkę, którą jej wyjątkowo perfidnie unieszkodliwiłam. Leżałam z zamkniętymi oczami i słuchałam: tup, tup, tup… chwila ciszy… tup, tup, tup… kolejne okrążenie. W końcu pomyślałam, że może problemem jest pozycja siedząca. W poradnikach człowiek zapewne „układa się wygodnie”, więc postanowiłam pójść krok dalej i po prostu się położyć.
I zadziałało. Sisi się uspokoiła.
Wtedy zaczął Bubu.
Bubu nie widzi, więc kiedy obudził się na desce do prasowania, na której spał razem z Hektorem, i postanowił zejść, poinformował mnie o swoim problemie piszczeniem. Mogłam oczywiście udawać, że śpię, ale trudno osiągnąć stan głębokiej regeneracji, kiedy z okolic deski do prasowania dochodzi rozpaczliwe „miau”, a człowiek wie, że siedzi tam niewidomy kot zastanawiający się, gdzie właściwie kończy się świat. Wstałam, zdjęłam Bubu, wróciłam na kanapę, poprawiłam się, zamknęłam oczy i uznałam, że teraz już naprawdę zaczynam.
Bubu najwyraźniej uznał podobnie, bo chwilę później wskoczył prosto na mnie i rozpoczął ugniatanie mojego brzucha. Skoro nie udało się zasnąć, dostałam przynajmniej masaż. Przez chwilę pracował bardzo sumiennie, po czym bez słowa zakończył zabieg i ulotnił się do sypialni. Zostałam sama. Cisza. Oczy zamknięte. Ciało rozluźnione. Byłam coraz bliżej sukcesu.
I wtedy na deskę do prasowania wskoczył Riko.
Na desce nadal spał Hektor.
Hektor po przebudzeniu zdecydowanie nie należy do tych, którzy przeciągają się, uśmiechają do świata i z wdzięcznością witają kolejny dzień. Obudzony przez Riko przeszedł błyskawicznie od snu do furii i rozpoczęły się kocie zapasy. Deska zaczęła się niebezpiecznie kołysać, koty kotłowały się na niej w najlepsze, a ja po raz kolejny zerwałam się z kanapy, tym razem żeby ratować deskę, żelazko i wszystko, co znajdowało się w zasięgu walczących zawodników.
Riko ostatecznie uznał, że życie jest zbyt krótkie na konflikty i udał się na balkon. Hektor został. Problem polega na tym, że Hektor po drzemce jest zawsze głodny, a informowanie mnie o tym opanował do perfekcji. Nie miauczy bez sensu, nie chodzi za mną i nie liczy na domyślność. Hektor stosuje komunikację skuteczną: staje na stole i zaczyna zrzucać z niego przedmioty. Jeden po drugim. Tego dnia leżało tam kilka rzeczy zdecydowanie zbyt cennych, żeby pozwolić mu rozwinąć negocjacje, więc wstałam już naprawdę wściekła i poszłam do kuchni wyłożyć paniczowi saszetę.
A skoro już stałam w kuchni…
wstawiłam wodę na kawę.
Tak zakończyła się moja pierwsza próba wypracowania regeneracyjnej drzemki. Nie wiem dokładnie, ile trwała, ale w jej trakcie rzucałam piłką, obserwowałam psa okrążającego suszarkę, zdejmowałam niewidomego kota z deski do prasowania, zostałam wymasowana, rozdzielałam kocią bójkę, ratowałam wyposażenie domu, karmiłam Hektora i zrobiłam sobie kawę. Regeneracja pełną parą. 😁
Ktoś mądry miał więc rację — drzemkę prawdopodobnie można wypracować. Tylko podejrzewam, że ten ktoś nie mieszkał z Sisi, Bubu, Riko i Hektorem. Ja po dzisiejszym treningu dochodzę do wniosku, że niektórych rzeczy wcale nie trzeba w życiu opanować. Czasem lepiej zaakceptować własne warunki lokalowe, zrobić sobie kawę i odpocząć na jawie.
Przynajmniej wtedy człowiek widzi, z której strony nadciąga kot.
A skoro już dokładnie wiecie, kto odpowiada za spektakularną porażkę mojego pierwszego treningu drzemki regeneracyjnej, wypadałoby jeszcze pokazać wszystkich winowajców. I tu pojawił się kolejny problem, bo zrobienie wspólnego zdjęcia Sisi, Hektora, Riko i Bubu jest mniej więcej tak realne jak moja dzisiejsza piętnastominutowa drzemka. 😁 Każde z nich osobno potrafi wyglądać niewinnie jak aniołek, ale zgromadzenie całej czwórki w jednym miejscu, przekonanie ich, żeby przez kilka sekund pozostali tam, gdzie ich posadziłam, i jeszcze spojrzeli w stronę aparatu zdecydowanie przekracza moje możliwości organizacyjne. Dlatego dzisiejsze zdjęcie jest wygenerowane na podstawie ich prawdziwych fotografii i zdjęcia mojego salonu. Oni naprawdę tak wyglądają, salon naprawdę jest mój, tylko to zgodne posiedzenie całej czwórki nigdy się nie wydarzyło. Technologia zrobiła więc dla mnie to, czego natura zrobić nie zamierzała – zebrała wszystkich podejrzanych w jednym miejscu. 😁
Patrzę teraz na tę czwórkę i najbardziej bawi mnie to, że na zdjęciu wyglądają jak wyjątkowo zgodna, spokojna rodzina, która całe popołudnie spędza na cichym kontemplowaniu życia. Ja natomiast znam prawdę. Kilka minut wcześniej jeden domagał się piłeczki, drugi potrzebował pomocy przy zejściu z deski, trzeci wszczął awanturę, a czwarty rozpoczął zrzucanie przedmiotów ze stołu. I chyba właśnie dlatego nie zamierzam już dzisiaj walczyć ani o drzemkę, ani o ciszę idealną. W moim domu odpoczynek najwyraźniej nie polega na tym, że nic się nie dzieje. Polega na tym, że człowiek z czasem uczy się odpoczywać pośród tego całego zamieszania.
Chociaż po dzisiejszym eksperymencie nadal uważam, że kawa ma zdecydowanie lepsze warunki do rozwoju niż moja drzemka regeneracyjna. 😁
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)