Codziennik Zadumanej #38

Wczoraj Codziennika nie było. Nie dlatego, że zabrakło mi tematów, weny albo wydarzeń godnych odnotowania. Zabrakło mi przytomności. Dopadła mnie taka śpiączka, że właściwie przespałam cały dzień i gdyby ktoś zapytał, co robiłam w sobotę, mogłabym odpowiedzieć krótko: spałam. Potem trochę spałam, a następnie, dla odmiany, poszłam spać. Oczywiście nie był to sen ciągły, bo mieszkam z kotami, a jaśnie wielmożni nie przewidują w regulaminie domu czegoś takiego jak niedyspozycja personelu. Saszeta sama się przecież nie otworzy, miseczka nie napełni, a człowiek, który leży bez ruchu przez podejrzanie długi czas, wymaga regularnego sprawdzania, czy przypadkiem nie zapomniał, po co został przyjęty do pracy.

Nie mam pojęcia, co mnie tak wyłączyło. Organizm najwyraźniej bez konsultacji ze mną zarządził całodniowy remont generalny i odciął zasilanie. Tym razem nawet nie próbowałam z nim negocjować, bo po ostatnich doświadczeniach z drzemką regeneracyjną wiem już, że planowanie snu w moim domu jest zajęciem dla ludzi o wyjątkowo bujnej wyobraźni. Najwyraźniej piętnaście minut odpoczynku nie jest dla mnie. Ja robię to z rozmachem – skoro regeneracja, to cały dzień. I chyba rzeczywiście tego potrzebowałam, bo dzisiaj obudziłam się jak nowonarodzona. Energia wróciła, głowa działa, świat wygląda zdecydowanie lepiej i nawet koty mogą sobie pozwolić na pozostanie na stanowiskach. Redukcji etatów w obsłudze nie będzie. 

A skoro już o zmianach w moim organizmie mowa, to od 1 stycznia jest mnie mniej o 15 kilogramów. Piszę „jest mniej”, bo ten proces jeszcze się nie skończył, ale sama liczba robi już na mnie wrażenie. Nie było w tym żadnej cudownej diety od poniedziałku, życia o liściu sałaty ani bohaterskiego patrzenia, jak inni jedzą coś dobrego. Po prostu od miesięcy bardziej zwracam uwagę na to, co jem, mocno ograniczyłam cukier i znalazłam sobie kilka rzeczy, dzięki którym nie mam poczucia, że za karę do końca życia pozostaje mi chrupać ogórka, kiedy reszta świata je ciastka.

I tutaj na scenę wchodzą one – ciasteczka z Dealza – bezcukrowe ciastka Gullón. Mała rzecz, a przez ostatnie miesiące naprawdę ratowała moje popołudnia. Kawa około czternastej czy piętnastej bez czegoś dobrego obok jest dla mnie trochę jak film bez zakończenia – teoretycznie można, tylko po co się tak męczyć. Dlatego właśnie te ciastka regularnie lądowały obok mojej filiżanki i pozwalały mi zachować poczucie, że zmiana sposobu jedzenia nie oznacza pożegnania ze wszystkimi przyjemnościami. Jeżeli ktoś również zwraca uwagę na cukier, warto na nie zerknąć. Z jednym drobnym zastrzeżeniem: fakt, że coś pasuje do naszego sposobu odżywiania, nie powoduje magicznie, że całe opakowanie staje się jedną porcją. Niestety. Sprawdzałam wzrokiem etykietę i nie znalazłam takiego przepisu. 

Te piętnaście kilogramów nauczyło mnie zresztą czegoś ważniejszego niż czytanie składów i szukanie zamienników. Coraz mniej wierzę w wielkie rewolucje, a coraz bardziej w małe rzeczy, które da się robić zwyczajnie, dzień po dniu. Trochę lepszy wybór przy zakupach, spacer, ciasteczko zamiast całej paczki, kawa bez wyrzutów sumienia, a czasami – jak wczoraj – pozwolenie sobie na przespanie niemal całego dnia, kiedy organizm wywiesza kartkę „nieczynne do odwołania”.

Bo dbanie o siebie chyba właśnie na tym polega – nie na robieniu wszystkiego idealnie, tylko na coraz lepszym rozpoznawaniu, czego naprawdę nam potrzeba. Wczoraj potrzebowałam snu. Dzisiaj potrzebuję kawy i dobrego ciastka.

A koty, jak zwykle, potrzebują obsługi. W tej kwestii od 1 stycznia nie odnotowano żadnego postępu.

Komentarze