Codziennik Zadumanej #40
Dzisiaj dzień zaczął się od spektaklu. I to takiego, na który nie trzeba było kupować biletu, rezerwować miejsca ani nawet wychodzić z domu. Wystarczyło wstać odpowiednio wcześnie i spojrzeć przez okno. Niebo urządziło sobie przedstawienie w różu, czerwieni i pomarańczu, drzewa jeszcze tkwiły w półmroku, bloki wyglądały jak czarne dekoracje, a ja przez chwilę stałam i patrzyłam, zamiast jak zwykle od rana zastanawiać się, co mam zrobić, gdzie mam być i czego przypadkiem nie zapomnieć. Przy pobudkach przed świtem człowiekowi należy się chyba jakaś rekompensata i dzisiaj natura uznała, że wypłaci mi ją właśnie w takiej formie.
Potem poszłam do pracy i, ku mojemu lekkiemu zdziwieniu, wszystko po prostu się układało. Bez gaszenia pożarów, bez niespodziewanych katastrof, bez sytuacji wymagających natychmiastowego rozmnożenia się na trzy osoby. Po ostatnich dniach, kiedy szkoła mnie wchłonęła, przeżuła i wypluła, podchodziłam do tego spokoju z pewną nieufnością. Człowiek po kilku dniach jazdy na szóstym biegu zaczyna podejrzewać, że jeśli przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje, to znaczy, że coś właśnie zbiera siły. Nic jednak nie wyskoczyło zza rogu. Piątek najwyraźniej postanowił być dla mnie łaskawy.
A skoro piątek, to wróciłam również do tradycji, którą zapoczątkowałam w zeszłym roku. Po pracy wysiadam przy moim małym centrum handlowym i robię rundkę: Pepco, Dealz, Hebe. Nie dlatego, że czegoś szczególnie potrzebuję. Potrzeba jest w tej historii pojęciem zdecydowanie drugorzędnym. To bardziej taki mój piątkowy rytuał przejścia ze świata szkoły do normalnego życia. Wchodzę do Pepco tylko zobaczyć, co jest, w Dealzie oczywiście również tylko patrzę, a w Hebe już całkiem przypadkiem przypominam sobie, że przecież coś mogłoby mi się przydać. Bardzo lubię tę niewinną formę samooszukiwania się. „Tylko zajrzę” jest zresztą jednym z tych zdań, które brzmią rozsądnie wyłącznie przed wejściem do sklepu.
Wróciłam do domu, odpisałam jeszcze na librusową pocztę, bo najwyraźniej pełne opuszczenie szkoły wymaga ode mnie przejścia dodatkowej procedury wylogowania, i nagle… nic.
Naprawdę nic.
Nikt niczego ode mnie nie chce, nie mam dzisiaj stosu dokumentów do przygotowania, żadnego kryzysu do rozwiązania, żadnego „na już”, które powinno być zrobione najlepiej wczoraj. Dom stoi, zwierzęta funkcjonują, świat się kręci, a ja siedzę i trochę nie wiem, co zrobić z tym luksusem. Jeszcze kilka dni temu brakowało mi godzin w dobie, dzisiaj dostałam kawałek zwyczajnego, spokojnego wieczoru i niemal odruchowo zaczęłam rozglądać się za czymś, czym mogłabym go sobie zapełnić.
I właśnie wtedy pomyślałam o tym porannym niebie. Ono też niczego ode mnie nie chciało. Nie wymagało odpowiedzi, podpisu, terminu, przygotowania ani odhaczenia. Po prostu było. Piękne przez kilka minut, a potem zniknęło, robiąc miejsce zwyczajnemu dniu.
Może więc nie każdy dzień musi dostarczać materiału na wielką opowieść. Czasami największym wydarzeniem jest to, że wszystko idzie dobrze, po pracy można spokojnie obejść Pepco, Dealz i Hebe, odpisać na kilka wiadomości, a potem usiąść we własnym domu i stwierdzić, że właściwie nic się nie dzieje.
Po ostatnich dniach dochodzę do wniosku, że „nic się nie dzieje” jest mocno niedocenianą atrakcją.
I zamierzam dzisiaj korzystać z niej do zamknięcia.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)