Codziennik Zadumanej #42
Wczorajsza niedziela minęła mi tak szybko, że właściwie nie jestem pewna, czy naprawdę była, czy tylko mignęła gdzieś pomiędzy sobotą a poniedziałkowym budzikiem. Niby cały dzień wolny, niby żadnego biegania do pracy, a wieczorem zostałam z poczuciem, że ktoś mi tę niedzielę po cichu zabrał i nawet nie zostawił pokwitowania. Oczywiście dzień rozpoczęłam zgodnie z obowiązującym w moim domu regulaminem. Piąta rano. Nie wiem już, po co ludzie kupują budziki, skoro można mieć zwierzęta. One działają bez baterii, nie mają funkcji drzemki i są absolutnie odporne na reklamację. Skoro już zostałam skutecznie poinformowana, że noc dobiegła końca, pozostało rozpocząć dzień.
Najprzyjemniejszy był spacer z Sisi. Wyszłyśmy, kiedy słońce dopiero zaczynało zaglądać na świat, było jeszcze cicho, powietrze miało ten charakterystyczny wrześniowy chłód, a wszystko wyglądało trochę inaczej niż za dnia. Sisi oczywiście nie interesowała się żadną magią wschodzącego słońca. Miała swoje sprawy, zapachy, trawki i niezwykle ważne punkty kontrolne, przy których należało zatrzymać się dokładnie wtedy, kiedy ja chciałam iść dalej. I dobrze. Przynajmniej jedna z nas od rana wiedziała, czym się zająć.
Bo ja miałam przed sobą niedzielę z czymś zaplanowanym na później.
I tutaj zaczyna się zjawisko, którego nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć. Jeśli mam o którejś godzinie spotkanie, wyjście albo cokolwiek, co wymaga ode mnie pojawienia się gdzieś po południu, mój mózg od rana przechodzi w tryb „OCZEKIWANIE”. Teoretycznie mam kilka godzin. Praktycznie nie mam ani jednej.
Mogłabym poczytać. Nie, bo przecież później wychodzę. Mogłabym coś zrobić w domu. Lepiej nie zaczynać, bo później wychodzę. Mogłabym obejrzeć film. Absolutnie nie, przecież później wychodzę. Mogłabym spokojnie usiąść i wypić kawę, ale nawet kawa ma wtedy atmosferę poczekalni na dworcu.
I tak człowiek od rana przygotowuje się psychicznie do wydarzenia, które nastąpi za kilka godzin, jakby o siedemnastej miał wystąpić na Stadionie Narodowym, a nie po prostu wyjść z domu.
Nie wiem, czy to rzeczywiście jeden z tych ADHD-owych mechanizmów, o których czasem się mówi, czy po prostu mój osobisty system operacyjny, ale efekt jest zawsze podobny. Niby nic nie robię, a jestem bardzo zajęta. Zajęta czekaniem. To niezwykle wyczerpująca czynność, zwłaszcza że kompletnie nie widać jej efektów.
Próbowałam oczywiście przygotować się do pracy, bo poniedziałek ma paskudny zwyczaj pojawiania się bez względu na to, czy człowiek jest na niego gotowy. Trochę zrobiłam, trochę poprzekładałam, trochę zaczęłam, trochę patrzyłam na zegarek. Niedziela tymczasem cierpliwie przesuwała się do przodu i chyba właśnie w ten sposób gdzieś mi zniknęła.
Wieczorem na szczęście wszystko już było za mną. Zniknęło oczekiwanie, ucichło wewnętrzne odliczanie i wreszcie mogłam zrobić coś, co przez cały dzień teoretycznie mogłam robić bez przeszkód – odpocząć. Tyle że dopiero wtedy mój mózg najwyraźniej dostał oficjalne zezwolenie na relaks.
I chyba właśnie to najbardziej rozbawiło mnie w tej niedzieli. Potrafię od piątej rano funkcjonować, wyjść z Sisi na spacer, przygotowywać się do pracy i mieć przed sobą mnóstwo wolnych godzin, a jedno popołudniowe wydarzenie potrafi mentalnie zarezerwować mi cały dzień. Bez pytania o zgodę i bez możliwości anulowania rezerwacji.
Następnym razem spróbuję nie oddawać mu niedzieli tak łatwo. Spróbuję coś zaplanować, poczytać, zrobić coś dla siebie i przestać sprawdzać godzinę co chwilę.
A przynajmniej taki mam plan.
Tylko najlepiej, żeby realizacja tego planu nie była zaplanowana na popołudnie.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)