Codziennik Zadumanej #41

Miałam plan. Była sobota, więc plan był prosty, piękny i – jak się okazało – kompletnie oderwany od rzeczywistości. Zamierzałam pospać. Tak zwyczajnie, bez budzika, bez myślenia o tym, która godzina, bez wstawania skoro świt. Najwyraźniej jednak zapomniałam, że w moim domu budzik nie stoi na szafce nocnej. Budzik ma cztery łapy, rude futro, nazywa się Hektor i jest zsynchronizowany wyłącznie z własnym żołądkiem.

O piątej rano Hektorowy budzik głodowy rozpoczął nadawanie. Próbowałam negocjować za pomocą metody „nie słyszę cię, bo śpię”, ale Hektor zna mnie zbyt długo i doskonale wie, że człowiek leżący nieruchomo nadal posiada sprawne ręce zdolne do otwierania saszetek. Nie było wyjścia. Wstałam, obsłużyłam jaśnie wielmożnego, wróciłam do sypialni i z ogromną przyjemnością wkulnęłam się z powrotem w ciepłe łóżko. Już prawie czułam, jak sobotni sen bierze mnie ponownie w objęcia, kiedy odezwał się telefon.

SMS.

Kawa.

I tutaj sytuacja zrobiła się bardziej skomplikowana, bo na kawę z przyjaciółką trudno się obrazić nawet o 5.16.

Od jakiegoś czasu mamy bowiem sobotni rytuał – pijemy poranną kawę przez telefon. Każda u siebie, każda ze swoim kubkiem, bez umawiania stolika, dojazdów, makijażu i całej logistyki potrzebnej czasem do spotkania dwóch dorosłych kobiet. Jeszcze kiedyś potrafiły minąć dwa czy trzy tygodnie, zanim któraś zadzwoniła. Nie dlatego, że nie chciałyśmy rozmawiać. Po prostu zawsze było coś. Praca, dom, obowiązki, „zadzwonię jutro”, a jutro jakimś cudem zamieniało się w następny tydzień. Teraz sobotnia kawa ma swoje stałe miejsce i bardzo pilnujemy, żeby życie nam go nie zabrało. Od dwóch tygodni dorobiłam się zresztą jeszcze jednej sobotniej kawy, więc dzisiaj pierwszą wypiłam o 5.16, a drugą o 7.30. W tym tempie za chwilę będę przyjmowała zapisy na kolejne godziny i otworzę telefoniczną kawiarnię czynną wyłącznie w sobotnie poranki.

I właściwie właśnie te dwie kawy przypomniały mi, że relacje też potrzebują swoich małych rytuałów. Wielkie spotkania można planować miesiącami, a potem ciągle coś wypada. Tymczasem zwykłe „robisz kawę?” potrafi sprawić, że jesteśmy w swoim życiu naprawdę, a nie tylko w kontaktach zapisanych w telefonie.

Po drugiej kawie mogłam oczywiście uznać, że skoro sobotnie spanie zostało oficjalnie odwołane, należy przynajmniej odpocząć. Mogłam. Tyle że najwyraźniej kofeina spotkała się gdzieś po drodze z moją potrzebą działania i wspólnie podjęły decyzję, o której mnie nie poinformowały. Umyłam okna, posprzątałam chatę, zrobiłam pranie i zanim zdążyłam się zorientować, sobota zaczęła wyglądać podejrzanie produktywnie.

A potem obudziła się ona.

Moja jesieniarska dusza.

Jeszcze nawet nie zamierzam urządzać całego mieszkania na jesień, bo wszystko ma swój czas, ale kącik czytelniczy najwyraźniej nie chciał czekać. Wyciągnęłam więc światełka w kształcie liści, pojawiły się dynie, pomarańczowy koc, jesienne drobiazgi i nagle mój zielony fotel przestał być po prostu miejscem do czytania. Zrobiło się ciepło, przytulnie i dokładnie tak, jak lubię, kiedy za oknem dzień zaczyna się kończyć trochę wcześniej. Patrzę teraz na ten mój kawałek salonu i już wiem, że przez najbliższe tygodnie będzie mnie tam wyjątkowo łatwo znaleźć. Wystarczy szukać kobiety z książką, która miała tylko na chwilę usiąść, a dwie godziny później nadal twierdzi, że przeczyta jeszcze jeden rozdział.

Na resztę domu przyjdzie czas. Nie zamierzam przecież od razu wypuszczać jesieni na wszystkie pomieszczenia, bo jeszcze się rozbestwi i za tydzień będę siedziała wśród trzydziestu dyń, pięciu koców i zastanawiała się, kiedy właściwie straciłam kontrolę nad sytuacją.

Patrzę jednak na dzisiejszy dzień i dochodzę do wniosku, że rozpoczął się dokładnie odwrotnie, niż planowałam. Miało być długie spanie, a dostałam pobudkę o piątej, dwie kawy, dwie dobre rozmowy, umyte okna, czysty dom, zrobione pranie i pierwszy kawałek jesieni w salonie. I chyba wcale źle na tej zamianie nie wyszłam.

Bo rytuały nie muszą być wielkie, żeby trzymały nasze życie w ryzach. Czasem wystarczy sobotnia kawa wypita razem, choć każda siedzi we własnym domu. Czasem kilka świecących liści wokół regału sprawia, że zwykły kąt staje się miejscem, do którego chce się wracać. A czasem nawet pobudka o piątej może rozpocząć naprawdę dobry dzień.

Chociaż tego ostatniego nie zamierzam mówić Hektorowi. Jeszcze uzna, że jego budzik głodowy jest usługą, za którą powinnam być mu wdzięczna.

Komentarze