Dzisiaj odwaliłam numer sezonu. I nawet nie mogę powiedzieć, że zawinił budzik, autobus, pogoda czy niesprzyjający układ planet, bo wszystko wiedziałam. Do pracy na 7.10, terapia. Autobus o 6.28. Sprawdzone, zapamiętane, sytuacja pod kontrolą. O piątej rano deszcz walił w szyby sypialni tak, że najrozsądniejszym pomysłem wydawało się nakrycie kołdrą po czubek głowy i ogłoszenie dnia wolnego z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. Niestety szkoła nie przewiduje takiego rozwiązania, więc wstałam i rozpoczęłam poranek. I gdzieś pomiędzy piątą a szóstą dwadzieścia sześć mój mózg postanowił wyjść bez uprzedzenia. Nie wiem dokąd. Nie wiem po co. Wiem tylko, że w pewnym momencie spojrzałam na zegarek.
6.26.
Autobus 6.28.
I wtedy przypomniał mi się sen. Śniło mi się tej nocy, że muszę zadzwonić do szkoły i powiedzieć, że nie zdążę na pierwszą lekcję. No przecież! Mój mózg dostał informację z wyprzedzeniem. Miał ostrzeżenie, znał scenariusz, przeprowadził nawet nocną próbę generalną, tylko zamiast po przebudzeniu powiedzieć mi: „Kobieto, pilnuj autobusu o 6.28”, postanowił urządzić mi mgłę mózgową. Prorok we własnym domu, tylko komunikacja między działami zdecydowanie leży.
Przez chwilę patrzyłam na te cyfry, jakby przy odpowiednio intensywnym wpatrywaniu miały się zmienić na 6.16. Nie zmieniły się. Następne minuty wyglądały więc jak konkurencja olimpijska dla nauczycieli. Torba w rękę, wypad z mieszkania, buty ubierane w windzie i jeszcze ta absurdalna nadzieja, że może jednak zdążę.
Nie zdążyłam.
Wypadłam z klatki dokładnie w odpowiednim momencie, żeby pomachać mojemu autobusikowi na pożegnanie. Odjechał sobie spokojnie, a ja zostałam w ulewie z miną człowieka, który jeszcze dwie minuty wcześniej miał całkiem sensowny plan na życie.
Następny autobus za pół godziny. Do szkoły około dwudziestu minut jazdy. Matematyka na poziomie szkoły podstawowej nie pozostawiała złudzeń – terapia o 7.10 odbyłaby się najwyżej beze mnie.
Ruszyłam więc pieszo.
Trzy kilometry.
W ulewie.
O poranku.
Do pracy.
Bez śniadania i, co znacznie poważniejsze, bez mleka do kawy.
Nie szłam. Ja pędziłam. Deszcz lał, włosy miały własną koncepcję fryzury, buty stopniowo traciły właściwości obuwia i przechodziły w kategorię małych prywatnych akwariów, a ja przemierzałam kolejne ulice z jedną myślą: mam zdążyć. Gdyby ktoś mnie rano zobaczył, mógłby pomyśleć, że trenuję do jakiegoś miejskiego survivalu. Tymczasem ja po prostu próbowałam dotrzeć na własne zajęcia po tym, jak mózg urządził mi pięćdziesiąt minut niekontrolowanej przerwy technicznej.
Zdążyłam. I to jest chyba najważniejsze. W jakim stanie dotarłam, pozostawmy już bez szczegółowej analizy.
Potem dzień ruszył swoim rytmem, a kiedy wreszcie wróciłam do domu, nie marzyłam o żadnym wyszukanym obiedzie. Nie potrzebowałam restauracyjnych cudów, pięknego talerza ani dania z siedemnastu składników. Naszła mnie taka ochota na zwyczajne gotowane ziemniaki rozgniecione z masłem i solą, że nie było żadnej dyskusji. Gorące, miękkie, maślane, porządnie posolone. I niech sobie cały kulinarny świat wymyśla pianki, emulsje i redukcje. Po trzech kilometrach w ulewie ziemniak z masłem osiąga rangę dania degustacyjnego.
Mogłabym właściwie na tym zakończyć dzień, ale przecież jestem nauczycielką, więc gdzieś w tle czai się jeszcze papierologia. Na chwilę obecną mam osiemnaścioro uczniów na terapii, a dla każdego trzeba przygotować indywidualny program terapeutyczny. Osiemnaście osób, osiemnaście różnych potrzeb, osiemnaście programów. Dokumenty patrzą na mnie. Ja patrzę na dokumenty. Na razie jesteśmy na etapie wzajemnego rozpoznania przeciwnika.
Dzisiaj jednak nie wygrają.
Po porannym sprincie, całym dniu pracy, deszczu, autobusie, który bezczelnie nie poczekał na kobietę zakładającą buty w windzie, i ziemniaczanej uczcie zarządzam odpoczynek po mojemu. Reszta świata może przez chwilę funkcjonować beze mnie. Programy nie uciekną. Znam życie – jutro będą dokładnie tam, gdzie je zostawiłam, prawdopodobnie nawet się rozmnożą.
I może dobrze, że nie każdy dzień da się poukładać od początku do końca. Czasem coś przegapimy, gdzieś się spóźnimy, pobiegniemy trzy kilometry w deszczu i będziemy źli na siebie za własne roztargnienie. A potem docieramy tam, gdzie mieliśmy dotrzeć, robimy swoje, wracamy do domu i odkrywamy, że do pełni szczęścia wystarczą gorące ziemniaki z masłem.
Patrząc wieczorem na zdjęcie zalanych deszczem szyb, dochodzę do wniosku, że ostrzeżenia dostałam właściwie dwa. Najpierw sen o spóźnieniu, potem ulewa za oknem. Wszechświat naprawdę zrobił, co mógł. To ja najwyraźniej nie czytam komunikatów przed rozpoczęciem dnia.
Jutro więc nie będę już pisała godziny autobusu na dłoni. Po prostu po przebudzeniu najpierw sprawdzę, co mi się śniło. Wygląda na to, że mam własny system wczesnego ostrzegania. Szkoda tylko, że instrukcja obsługi gdzieś zaginęła.
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)