Codziennik Zadumanej #43

Dzisiaj rano ktoś najwyraźniej wylał za oknem kilka cystern mleka. Spojrzałam przez szybę i przez chwilę zastanawiałam się, czy świat jeszcze tam jest. Bloki zniknęły, drzewa rozpłynęły się gdzieś po drodze, dalszy plan został oficjalnie odwołany. Mgła była taka, że człowiek patrzył przez okno i właściwie mógł sobie sam zdecydować, co znajduje się kilkaset metrów dalej. Warszawa? Góry? Morze? Niczego nie dało się wykluczyć.

Wrześniowe poranki coraz wyraźniej pokazują, że lato powoli pakuje walizki. Jeszcze niedawno o tej porze słońce zaglądało mi do mieszkania bez pytania, a dzisiaj świat postanowił zacząć dzień w wersji „proszę poczekać, obraz zostanie za chwilę załadowany”. Lubię jednak takie poranki. Jest w nich coś spokojnego, trochę tajemniczego i bardzo jesiennego. Nawet zwykłe wyjście z domu wygląda wtedy jak początek jakiejś historii. Człowiek wchodzi w mleko i ma nadzieję, że po drugiej stronie znajdzie przystanek autobusowy, a nie Narnię.

Po ostatnich dniach, kiedy szkoła potrafiła mnie wchłonąć razem z butami, dzisiejszy dzień okazał się zaskakująco łaskawy. Wszystko układało się tak, jak powinno, bez większych pożarów, bez konieczności bycia jednocześnie w trzech miejscach i bez sytuacji, w których człowiek zaczyna podejrzewać, że gdzieś w podstawie programowej zapisano obowiązek posiadania dodatkowych dwóch rąk. Zwyczajny, dobry dzień. I chyba właśnie takie zaczynam doceniać najbardziej.

Bo przez długi czas wydawało mi się, że udany dzień musi mieć coś szczególnego do zaoferowania. Jakieś wydarzenie, sukces, spotkanie, wyjście, coś, co można wieczorem wskazać palcem i powiedzieć: o, właśnie dlatego było fajnie. A przecież ogromna część naszego życia składa się z dni, podczas których po prostu wstajemy, idziemy do pracy, robimy swoje, wracamy do domu i nic spektakularnego się nie wydarza. I całe szczęście.

Dzisiaj nie potrzebowałam fajerwerków. Wystarczyło, że rano świat zniknął we mgle, a potem powoli się z niej wyłonił. Trochę jak życie, kiedy się nad tym zastanowić. Nie zawsze widzimy daleko. Czasami mamy przed sobą tylko kilka metrów i kompletnie nie wiemy, co będzie dalej. A jednak idziemy, robimy następny krok, potem kolejny i po jakimś czasie okazuje się, że droga cały czas tam była. To tylko my nie mogliśmy jej jeszcze zobaczyć.

Może więc nie zawsze trzeba wiedzieć, co jest za mgłą. Wystarczy wiedzieć, gdzie postawić następny krok.

Chociaż przy tej dzisiejszej dobrze było również wiedzieć, gdzie jest przystanek.

Komentarze