Codzienni Zadumanej #49

Pierwszy dzień jesieni postanowił chyba udowodnić, że naprawdę wie, kiedy ma wejść na scenę, bo od poniedziałku codziennie w drodze z pracy łapie mnie ulewa. Codziennie. Jakby ktoś tam na górze miał podgląd na mój autobus i włączał deszcz dokładnie wtedy, kiedy wysiadam. Zaczynam już traktować parasol jak część garderoby, a nie dodatek, chociaż po kilku dniach człowiek przestaje się nawet dziwić, że rano wychodzi przyzwoicie, a wraca wyglądając jak uczestnik programu survivalowego dla nauczycieli.

Na szczęście jesień ma u mnie ogromny kredyt zaufania. Może padać, może wiać, może robić się ciemno wcześniej, a ja i tak zaczynam rozkwitać. Włączam światełka, wyciągam koc, robię sobie przytulny kąt i nagle wszystko jest dokładnie tak, jak powinno. Jesieniara pełną gębą, z pełnym wyposażeniem i bez najmniejszego poczucia winy.

Ale jest jeszcze druga odsłona mojej osobowości, która dzisiaj dała o sobie znać wcześniej niż zwykle.

Adwenciara.

Na prezent urodzinowy dostałam kartę podarunkową i zamiast zachować się rozsądnie, spokojnie i sezonowo odpowiedzialnie, kupiłam sobie kalendarz adwentowy. We wrześniu. Sama jeszcze nie wiem, czy to przygotowanie, przezorność, czy już lekkie oderwanie od rzeczywistości, ale jedno jest pewne, jeszcze nigdy nie byłam gotowa na Adwent tak wcześnie.

I chyba nawet nie zamierzam się z tego tłumaczyć.

Adwent uwielbiam chyba jeszcze bardziej niż jesień. Te wszystkie zapachy korzenne, pomarańcze, cynamon, pieczenie pierników, dekorowanie domu, światełka, ciepło, które robi się w mieszkaniu, kiedy za oknem jest ciemno i zimno. Do tego przesłodzone świąteczne filmy, w których wiadomo po pięciu minutach, kto z kim będzie, kto wróci do rodzinnego miasteczka i kto odkryje, że kariera w wielkim mieście jednak nie daje tyle szczęścia co piekarnia babci przy rynku. I książki, często mało ambitne, czasem przewidywalne do bólu, ale w Adwencie kompletnie mnie to nie obchodzi. Wtedy nie potrzebuję literackiego Nobla. Potrzebuję śniegu na okładce, kubka czegoś gorącego i historii, która kończy się dobrze.

Na razie jednak nie będę wyciągać bombek ani piec pierników. Bez przesady. Jesień dopiero weszła, więc niech ma swoje pięć minut. Dzisiaj robię sobie nastrój po jesiennemu, zawijam się w koc, siadam w moim czytelniczym kąciku i biorę książkę do ręki. Niech pada, niech szumi, niech świat robi swoje. Ja już na dziś nigdzie nie idę.

I chyba właśnie to lubię najbardziej w tych porach roku, które dla wielu są szare i smutne. One uczą mnie, że można sobie zrobić ciepło także wtedy, kiedy na zewnątrz jest chłodno. Można stworzyć własny rytuał, własny nastrój, własne małe przyjemności i nie czekać, aż dzień sam stanie się wyjątkowy.

Czasem wystarczy koc, książka, światło lampki i świadomość, że kalendarz adwentowy już czeka.

Tak na wszelki wypadek.

Bardzo, bardzo wcześnie.

Komentarze