Codziennik Zadanej #50

Dzisiaj Frida zrobiła mi prezent. Oczywiście nie osobiście, chociaż przy liczbie jej książek, które trafiają do mojego domu, mogłaby już zacząć rozważać wysyłanie mi kartek na urodziny. Prezent nazywa się „Ukochana żona” i od chwili, kiedy wiedziałam, że książka na mnie czeka, mój wewnętrzny spokój przestał istnieć.

Normalnie mam swoją małą tradycję. Piątek, powrót z pracy, mój MPark i obowiązkowy obchód miejsc, w których oczywiście niczego nie potrzebuję, ale zawsze warto sprawdzić, czy przypadkiem coś nie potrzebuje mnie. Tym razem jednak tradycja przegrała z Fridą McFadden. Książka była już w Empiku, ja o tym wiedziałam i naprawdę miałabym czekać do jutra? Są granice rozsądku.

Po pracy ruszyłam więc do MParku dzień wcześniej. Bez Pepco, bez Dealza, bez spokojnego piątkowego dreptania między półkami. Kierunek był jeden: Empik. Misja: odebrać Fridę. Tempo takie, jakby istniało realne zagrożenie, że ktoś wyda moją książkę obcej osobie i będę musiała wszcząć akcję poszukiwawczą.

Odebrałam. Mam. Jest moja.

I to była największa radość dzisiejszego dnia. Nie jakaś wielka życiowa rewolucja, nie wydarzenie, które zmieni bieg historii. Po prostu nowa książka w torbie i ta dziecięca wręcz przyjemność, kiedy człowiek co jakiś czas zagląda do środka, choć doskonale wie, że ona tam jest. Jakby mogła w międzyczasie uciec.

Poza tym dzień był podejrzanie normalny. W pracy dobrze. W domu dobrze. Nikt niczego spektakularnie nie zniszczył, żaden fikus nie zemdlał, autobus mi nie uciekł, nie wracałam trzy kilometry w ulewie i nawet życie nie przygotowało mi żadnej większej katastrofy do opisania. A przecież właśnie takie dni też są potrzebne. Może nawet bardziej, niż nam się wydaje.

Bo chyba zbyt często czekamy na te wielkie powody do radości, podczas gdy życie składa się głównie z małych. Z dobrej kawy, spokojnego dnia w pracy, powrotu do własnego domu, wieczoru, na który nie trzeba mieć żadnego planu, i książki, po którą człowiek jedzie dzień wcześniej, bo zwyczajnie nie potrafi czekać.

Dzisiaj moja radość ma okładkę i pachnie nową książką.

A teraz pozostaje najtrudniejsza decyzja tego dnia: zacząć czytać od razu czy przez chwilę jeszcze nacieszyć się samym faktem, że ją mam.

Znając mnie, ta „chwila” potrwa mniej więcej do zrobienia kawy.

Komentarze