"Pomoc domowa. Z ukrycia" - Freida McFadden o tym, że czasem najbardziej niebezpieczne jest to, co dzieje się tuż obok

No i przyszła pora na moją ukochaną Freidę. Mogę czytać inne thrillery, zachwycać się nowymi autorami, znajdować kolejne nazwiska, które lądują na mojej liście „koniecznie przeczytać”, ale kiedy biorę do ręki McFadden, mam zupełnie inne nastawienie. To trochę jak spotkanie ze starą znajomą, której absolutnie nie należy ufać. Wiem, że będzie mnie okłamywać, podrzucać fałszywe tropy i robić wszystko, żebym uwierzyła w swoją genialną teorię. A ja za każdym razem grzecznie w to wchodzę. I jeszcze jestem z siebie zadowolona, kiedy po stu stronach myślę: dobra, Freida, tym razem już wiem. Nie wiem.

„Pomoc domowa. Z ukrycia” to trzecia część historii Millie Calloway. Tym razem spotykamy ją w zupełnie innym momencie życia. Millie ma Enza, dzieci i wreszcie własny dom. Po latach sprzątania cudzych posiadłości sama przekracza próg miejsca, które ma być jej bezpieczną przystanią. Brzmi niemal sielankowo, prawda? Tylko że u Freidy McFadden spokojna podmiejska ulica i ładne domy powinny natychmiast zapalić człowiekowi wszystkie lampki ostrzegawcze.

Zaczyna się od sąsiadów. Pani Lowell zaprasza Millie i Enza na kolację, jej pomoc domowa zachowuje się co najmniej dziwnie, ktoś najwyraźniej interesuje się nowymi mieszkańcami trochę bardziej, niż powinien, a Enzo zaczyna wychodzić z domu późnymi wieczorami. Do tego dochodzą ostrzeżenia sąsiadki z naprzeciwka. Niby nic, co od razu kazałoby pakować walizki, ale drobne rzeczy zaczynają się układać w bardzo nieprzyjemne poczucie, że coś tutaj zdecydowanie nie gra.

I właśnie ta zmiana najbardziej mnie zainteresowała. W pierwszych dwóch częściach Millie wchodziła do cudzych domów i odkrywała to, co ich właściciele próbowali ukryć. Teraz role trochę się odwracają. To ona ma dom, rodzinę i życie, którego chce bronić. A niebezpieczeństwo nie czeka już za drzwiami miejsca, w którym podjęła pracę. Zamieszkało po sąsiedzku. Albo jeszcze bliżej.

Nie będę zdradzać więcej, bo przy Freidzie naprawdę nie ma większego sensu opowiadać fabuły. Cała przyjemność polega przecież na podejrzewaniu wszystkich po kolei. Ja oczywiście miałam swoje typy. Potem je zmieniłam. Później wróciłam do pierwszej wersji. Następnie uznałam, że przecież to byłoby zbyt oczywiste. Krótko mówiąc, przeprowadziłam śledztwo na poziomie najwyższej klasy specjalisty i jak zwykle Freida zrobiła ze mną, co chciała.

Muszę jednak przyznać, że „Z ukrycia” jest trochę inne niż dwie poprzednie części. Początek rozwija się spokojniej, jest w nim więcej codzienności Millie i życia rodzinnego. Nie jestem zresztą jedyna, która to zauważyła — w opiniach czytelników powtarza się spostrzeżenie, że pierwsza część książki jest bardziej obyczajowa, a napięcie wyraźnie rośnie później. Dla części osób właśnie dlatego jest to najsłabszy tom serii, inni doceniają zmianę i finał.

Mnie ten spokojniejszy początek nie przeszkadzał. Może dlatego, że Millie już znam i chciałam zobaczyć, co z nią dalej. Po dwóch poprzednich książkach nie jest dla mnie anonimową bohaterką wrzuconą w kolejną zagadkę. Chciałam zobaczyć ją jako żonę, matkę, właścicielkę własnego domu. I chyba właśnie dzięki temu późniejsze wydarzenia działają mocniej. Bo tym razem zagrożone jest nie tylko jej życie. Jest coś, co Millie ma do stracenia.

Została mi też po tej książce myśl o sąsiadach. O tym, jak niewiele właściwie wiemy o ludziach mieszkających kilka metrów od nas. Mówimy sobie „dzień dobry”, widzimy, jak wynoszą śmieci, koszą trawnik, odbierają dzieci, wnoszą zakupy. Czasami wiemy, jaki mają samochód i kiedy wyjeżdżają na wakacje. I na tej podstawie układamy sobie w głowie całe ich życie. Spokojni. Sympatyczni. Dziwni. Idealne małżeństwo. Porządna rodzina. Tymczasem drzwi się zamykają i tak naprawdę nie mamy pojęcia, co dzieje się po drugiej stronie.

Freida właśnie na tym potrafi budować swoje historie najlepiej. Nie potrzebuje opuszczonego zamczyska ani mordercy czającego się w lesie. Wystarczy piękny dom, spokojna ulica, uprzejma sąsiadka i człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego właściwie ta kobieta tak dziwnie patrzy.

Polskie wydanie ukazało się 26 lutego 2025 roku nakładem Czwartej Strony, w tłumaczeniu Elżbiety Pawlik. To trzeci tom cyklu o Millie Calloway. Katalogi podają różną paginację wydania — Empik i Lubimyczytać 400 stron, natomiast katalog biblioteczny 447 stron — zgodne są natomiast ISBN 9788368370058 i miękka oprawa.

Czy jest to moja ulubiona część „Pomocy domowej”? Chyba nadal największy sentyment mam do pierwszej, bo właśnie tam zaczęła się moja przygoda z Millie. Ale „Z ukrycia” przeczytałam dokładnie tak, jak czytam Freidę: jeszcze rozdział, jeszcze kilka stron, jeszcze tylko sprawdzę, czy mam rację...

Nie miałam. I właśnie za to ją uwielbiam.

Moja ukochana Freida McFadden po raz kolejny przypomniała mi, dlaczego kupuję jej książki właściwie w ciemno. Nie oczekuję od niej wielkiej literatury ani zdań, które będę przepisywać do zeszytu. Chcę, żeby mnie wciągnęła, namieszała mi w głowie, pozwoliła przez chwilę poczuć się bardzo mądrą, a potem pokazała, że znowu dałam się nabrać.

I dokładnie to dostałam.

Komentarze