Codziennik Zadumanej #47
Dzisiaj dla odmiany nie musiałam zrywać się o świcie i urządzać wyścigu z autobusem. Do pracy jechałam dopiero na 9.50, więc poranek zapowiadał się niemal luksusowo. Oczywiście „luksusowo” w moim wydaniu nie oznacza leżenia do dziesiątej pod kołdrą i zastanawiania się, czy najpierw wypić kawę, czy może jednak jeszcze poleżeć. Po prostu miałam trochę więcej czasu, żeby funkcjonować jak człowiek, a nie jak uczestniczka zawodów pod tytułem „wyjdź z domu, zanim zorientujesz się, że znowu jest za późno”.
W szkole zaczęłam od terapii, a potem przejęła mnie moja 2c i już razem dotarliśmy do 16.20. Długi dzień, ale bez większych katastrof, więc właściwie mogłabym uznać, że poniedziałek zachował się całkiem przyzwoicie. Najwyraźniej uznał jednak, że nie może tak po prostu pozwolić mi spokojnie wrócić do domu, bo w drodze powrotnej złapała mnie ulewa.
Tym razem jednak byłam przygotowana.
Po ostatnim spacerze do pracy w deszczu, kiedy buty zamieniły mi się w prywatne akwaria, wyciągnęłam najwyraźniej jakieś wnioski. Człowiek jednak się rozwija. Jeszcze chwila i zacznę sprawdzać godzinę autobusu nie tylko rano, ale również pięć minut przed jego odjazdem. Nie chcę przesadzać z tym rozwojem osobistym, więc na razie cieszę się z tego, że deszcz mnie nie pokonał.
Dotarłam do domu i już od progu poczułam, że dzieje się coś podejrzanego.
Cisza.
Przy czterech zwierzętach cisza nigdy nie jest zwyczajną ciszą. Cisza oznacza albo katastrofę, albo sen, albo przygotowania do katastrofy. Weszłam więc gotowa na wszystko, zwłaszcza że mam już doświadczenie z fikusem znalezionym w stanie omdlenia.
A tam pomór.
Towarzystwo porozkładane, żadnego zainteresowania moim powrotem, żadnych roszczeń, pretensji ani zgłaszania zaniedbań w obsłudze. Nawet o saszety nikt się nie dopominał. I właśnie wtedy naprawdę zaczęłam się niepokoić. Hektor, który nie domaga się jedzenia, jest mniej więcej takim samym zjawiskiem jak śnieg w lipcu. Człowiek niby patrzy, ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że chyba należy powiadomić odpowiednie służby.
Po chwili doszłam jednak do wniosku, że najwyraźniej wszyscy mamy dzisiaj podobny stosunek do życia. Oni leżą. Ja marzę, żeby się położyć. Oni nie mają zamiaru wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Ja również. Pierwszy raz od dawna osiągnęliśmy w tym domu pełną zgodność poglądów.
I właściwie mogłabym teraz jeszcze coś zrobić. Zawsze przecież coś jest. Można poprawić, przygotować, posprzątać, odpisać, zaplanować albo zacząć jedną z tych rzeczy, które miały być zrobione „jak znajdę chwilę”. Tylko że dzisiaj tej chwili nie zamierzam szukać.
Jestem zmęczona. Po prostu.
Więc biorę przykład z najbardziej doświadczonych specjalistów od odpoczynku, jakich znam. Skoro cztery zwierzaki jednogłośnie uznały, że dzisiejszy wieczór należy przespać, nie będę podważała decyzji ekspertów.
Czasami najlepszym zakończeniem całkiem zwyczajnego dnia nie jest książka, film, ambitny plan na wieczór ani odhaczenie jeszcze jednego punktu z listy. Czasami najlepsze, co można dla siebie zrobić, to zauważyć moment, w którym organizm mówi: wystarczy.
Dzisiaj wyjątkowo zamierzam go posłuchać.
A jeśli nawet Hektor odpuścił saszetę, to naprawdę nie widzę żadnego powodu, żebym to właśnie ja miała dziś wykazywać się większą ambicją.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)