Codziennik Zadumanej #46

Ostatni Codziennik pojawił się w czwartek, ale tym razem nie dlatego, że zapomniałam, porzuciłam internet albo postanowiłam prowadzić tajemnicze życie poza zasięgiem. Po prostu piątek i sobota przeleciały mi pod hasłem wielkiej operacji „Goście”. A każdy, kto kiedykolwiek zapraszał ludzi do domu, doskonale wie, że słowo „wpadną” jest jednym z największych kłamstw języka polskiego. Nikt po prostu nie „wpada”. Zanim goście wpadną, gospodyni robi zakupy, sprząta, gotuje, poprawia to, co już posprzątała, dokupuje coś, czego oczywiście zabrakło, a następnie patrzy na stół i dochodzi do wniosku, że jedzenia jest stanowczo za mało, więc przygotowuje jeszcze trzy rzeczy.

Wczoraj było takie moje małe przedurodzinowe spotkanie. Bez wielkiej pompy, za to z ludźmi, z którymi po prostu dobrze jest usiąść, pogadać, pośmiać się i na kilka godzin zapomnieć o wszystkim, co czeka do zrobienia. I właśnie takie spotkania lubię najbardziej. Nikt nie patrzy na zegarek, rozmowa przeskakuje z tematu na temat, jedzenie znika ze stołu zdecydowanie wolniej, niż człowiek zakładał podczas gotowania, a potem nagle okazuje się, że zrobiło się późno.

Dzisiaj rano pozostałości po wczorajszej imprezie spojrzały mi prosto w oczy.

Najpierw sprzątanie, a potem wielka akcja ratowania żywności. Najwyraźniej przed przyjściem gości zakładałam, że odwiedzi mnie nie kilka osób, tylko pułk wojska wracający z miesięcznych manewrów. Zaczęło się więc przekładanie, pakowanie i zamrażanie. Trochę tu, trochę tam, pudełko do pudełka, aż zamrażarka zaczęła przypominać schron przeciwatomowy przygotowany na półroczne odcięcie od cywilizacji. Gdyby jutro zamknięto wszystkie sklepy, spokojnie dam sobie radę. Gdyby zamknięto je na dwa tygodnie, prawdopodobnie również. Mam tylko nadzieję, że za miesiąc będę jeszcze wiedziała, co właściwie znajduje się w tych wszystkich pudełkach, bo znam siebie i niewykluczone, że któregoś dnia wyjmę coś przekonana, że będzie obiad, a po rozmrożeniu okaże się deser.

Ale niedziela niedzielą, a poniedziałek już stał za drzwiami i znacząco chrząkał. Jutro trzy godziny terapii i cztery lekcje, więc trzeba było jeszcze przygotować zajęcia. Materiały, pomysły, wszystko, co potrzebne, żeby rano nie patrzeć na dzieci z nadzieją, że może tym razem to one przygotowały coś dla mnie. Niestety ten system edukacji nadal nie został wprowadzony.

I kiedy już wydawało mi się, że całkiem nieźle ogarniam rzeczywistość, po południu poczułam, że coś zaczyna mnie brać. Takie znajome „coś”, które najpierw delikatnie puka do drzwi, a człowiek natychmiast wie, że absolutnie nie ma ochoty wpuszczać go do środka. Wdrożyłam więc działania obronne: Vicks z cytryną i sokiem malinowym, ciepło i drzemka.

I tutaj nastąpiło wydarzenie historyczne.

Drzemka.

Moja stara przeciwniczka, której poprzednia próba skończyła się piłeczką Sisi, piszczącym Bubu, kocimi zapasami na desce do prasowania, głodnym Hektorem i kawą, tym razem najwyraźniej postanowiła ze mną współpracować. Zasnęłam, obudziłam się i rzeczywiście poczułam się lepiej. Bez interwencji służb, bez przewróconych mebli i bez konieczności karmienia kogokolwiek w połowie procesu. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale być może zaczynam zdobywać tę legendarną umiejętność regeneracyjnej drzemki. Jeszcze kilka takich sukcesów i zacznę udzielać porad.

A teraz przede mną deszczowy wieczór. Za oknem mokro, szaro i ponuro, czyli dokładnie tak, jak lubi moja jesieniarska dusza. Wszystko na jutro przygotowane, jedzenie zabezpieczone na wypadek klęski żywiołowej, mieszkanie odzyskało kształt sprzed wizyty gości, a ja mogę już zwolnić. I chyba właśnie takie niedziele lubię – nawet jeśli połowę dnia spędzam na ogarnianiu tego, co było, a drugą na przygotowywaniu tego, co będzie.

Bo życie bardzo często dzieje się właśnie pomiędzy jednym obowiązkiem a drugim. W rozmowie przy stole, w śmiechu, w pudełku jedzenia odłożonym na później, w krótkiej drzemce i w chwili, kiedy wieczorem można wreszcie usiąść i posłuchać deszczu.

A jutro ruszam znowu. Trzy terapie, cztery lekcje i ja. Na szczęście zamrażarka zabezpiecza tyły.

Komentarze