Codziennik Zadumanej #52
Wczoraj po ośmiu godzinach pracy wróciłam do domu i mój organizm nie pozostawił mi większego pola do negocjacji. Żadnego „jeszcze tylko to zrobię”, żadnego krzątania się, nadrabiania zaległości ani ambitnych planów na wieczór. Poszłam spać. Najwyraźniej wszystkie moje systemy zgodnie uznały, że skoro właścicielka nie potrafi sama podjąć rozsądnej decyzji, trzeba ją po prostu wyłączyć.
Rano obudziłam się bez głosu. Kompletnie.
Przez chwilę nawet pomyślałam, że może ma to swoje zalety. Człowiek nie może gadać, więc oszczędza energię, nie wdaje się w dyskusje i generalnie emanuje spokojem. Problem w tym, że jestem nauczycielką, a nauczyciel bez głosu jest trochę jak fryzjer bez nożyczek. Niby można przyjść do pracy, tylko nie bardzo wiadomo, co dalej.
Po jakimś czasie udało mi się trochę rozgadać, choć „głos” jest w tym przypadku określeniem mocno na wyrost. Brzmiałam jak nastolatek w samym środku mutacji, który jeszcze nie wie, czy za chwilę przemówi basem, piskiem, czy w ogóle zamilknie. Dzieciaki oczywiście miały ubaw. Ja mówiłam, one czekały, jaki dźwięk wydobędzie się ze mnie tym razem. Edukacja przez zaskoczenie. Tego chyba jeszcze w podstawie programowej nie ma.
Po pracy postanowiłam potraktować sprawę poważnie i wykupiłam pół apteki. W pewnym momencie patrząc na zawartość torby, zaczęłam podejrzewać, że pani farmaceutka mogła odnieść wrażenie, że zaopatruję niewielki oddział pulmonologiczny, a nie jedną kobietę z katarem, chrypką i gardłem, które najwyraźniej wypowiedziało umowę o współpracy.
A potem zrobiłam coś, czego potrzebowałam chyba bardziej niż kolejnego preparatu z apteki. Poszłam z Sisi na długi spacer.
Słońce świeciło tak pięknie, że szkoda było wracać od razu do domu. Jesień pokazała dziś tę swoją wersję, za którą ją uwielbiam – światło miękkie, ciepłe, trawa jeszcze zielona, a pomiędzy nią pierwsze liście przypominające, że lato naprawdę już się spakowało. Zatrzymałam się nawet przy jednym z nich i zrobiłam zdjęcie. Jeden zwyczajny jesienny liść na trawniku, a jednak właśnie takie drobiazgi najlepiej przypominają mi, żeby czasem przestać pędzić i zwyczajnie popatrzeć.
Oczywiście po powrocie rzeczywistość szybko uznała, że wystarczy tego romantyzmu.
Czekało na mnie siedem kart pomocy uczniom.
Siedem.
Przy pierwszej człowiek jest jeszcze profesjonalistą. Przy trzeciej zaczyna podejrzewać, że pewne zdania już kiedyś pisał. Przy piątej traci poczucie czasu, a przy siódmej słowo „dokumentacja” zaczyna brzmieć jak osobista groźba. Ale zrobiłam. Wszystkie siedem. Mogę więc oficjalnie ogłosić, że dzisiejszego dnia pokonałam nie tylko infekcję, ale również papierologię, choć obie przeciwniczki walczyły wyjątkowo nieczysto.
Na deser została jeszcze rada pedagogiczna. Na szczęście online. I naprawdę są takie dni, kiedy możliwość uczestniczenia w radzie bez konieczności ponownego wychodzenia z domu człowiek przyjmuje niemal jak osobisty dar od losu. Zwłaszcza kiedy mówi głosem czternastoletniego chłopca i ma w domu aptekę wystarczającą na małą epidemię.
Teraz jednak koniec bohaterstwa. Karty zrobione, rada zaliczona, Sisi wyspacerowana, jesienny liść sfotografowany. Idę się leczyć. Bez nadrabiania świata, bez „jeszcze tylko”, bez udowadniania, że dam radę.
Bo chyba nie zawsze trzeba zrobić wszystko. Czasem wystarczy zrobić tyle, ile naprawdę trzeba, znaleźć po drodze kawałek słońca, zauważyć jeden jesienny liść i wrócić do domu.
A jutro bardzo chętnie odzyskam własny głos. Dzieci miały już swoją rozrywkę. 😁

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)