Taca, której nie planowałam kupować

Mam w domu kilka rzeczy, które żyją sobie spokojnie tylko dlatego, że kiedy próbuję je wyrzucić, natychmiast uruchamia mi się wewnętrzny głos: „zostaw, jeszcze się przyda”. Czasem oczywiście się nie przydają. Leżą, przekładam je z kąta w kąt, a potem znajduję po roku i znowu dochodzę do wniosku, że szkoda wyrzucić. Tym razem jednak moje chomikowanie dostało całkiem sensowne usprawiedliwienie, bo stara drewniana deska wreszcie doczekała się swojego wielkiego dnia.

Nie wyglądała szczególnie obiecująco. Kawałek drewna, trochę przetarć, kilka śladów użytkowania i właściwie tyle. Mogła równie dobrze zakończyć karierę gdzieś na dnie szafy, ale zobaczyłam w niej tacę. I od tego momentu sprawa była już właściwie przesądzona.

Najpierw dokładnie ją oczyściłam i delikatnie przeszlifowałam, żeby pozbyć się najbardziej nierównych miejsc. Nie zależało mi na idealnie gładkiej powierzchni, bo właśnie te drobne ślady sprawiają, że drewno wygląda naturalnie. Można zostawić je w takim stanie, zabezpieczyć olejem albo woskiem, można też lekko przyciemnić bejcą. Ja wybrałam spokojne, ciepłe wykończenie, bo chciałam, żeby taca pasowała do salonu i nie wyglądała, jakby właśnie uciekła z wystawy sklepu z dekoracjami rustykalnymi.

Najważniejsze były uchwyty. Dwa proste meblowe, bez ornamentów i udawania antyku. Przykręciłam je po bokach i nagle zwykła deska przestała być zwykłą deską. W takich momentach zawsze trochę mnie bawi, jak niewiele trzeba, żeby człowiek zaczął patrzeć na rzecz zupełnie inaczej. Jeszcze chwilę wcześniej materiał do wyrzucenia, a za moment taca, którą można spokojnie postawić na ławie.

Jesienią aż się prosi, żeby ułożyć na niej kilka świec, szyszki, małą gałązkę albo lampiony ze słoików. Można też zostawić ją prawie pustą, bo sama w sobie wygląda dobrze. I właśnie tę wersję lubię najbardziej. Nie wszystko musi być przykryte dekoracjami do ostatniego centymetra. Czasem trzy świece i jedna szyszka robią więcej niż pół działu sezonowego ze sklepu.

Taka taca może później zmieniać się razem z porami roku. Jesienią dostaje świece i naturalne dodatki, zimą może pojawić się na niej gałązka świerku, wiosną mały wazon, latem miseczka z muszlami albo po prostu kubek z kawą. Niczego nie przyklejam na stałe, więc kiedy dekoracja mi się znudzi, zmieniam ją w kilka minut.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że właściwie niczego nie musiałam kupować poza uchwytami. Stara deska dostała nowe zadanie, ja dostałam nową tacę, a moje przekonanie, że „jeszcze się przyda”, po raz kolejny zostało niebezpiecznie wzmocnione. Teraz chyba powinnam przestać zaglądać do szafy, bo jeszcze znajdę tam materiał na następny projekt.

Komentarze