Jesienny wianek bez dyni i pomarańczowego szaleństwa

Jesień bardzo lubię, ale kiedy tylko zaczyna się wrzesień, mam wrażenie, że wszystkie sklepy umawiają się między sobą i nagle każda półka zaczyna krzyczeć dyniami, pomarańczem, sztucznymi liśćmi i wszystkim, co tylko da się nazwać jesiennym. A ja czasem mam ochotę na jesień spokojniejszą. Taką bardziej z lasu niż z działu dekoracyjnego.

Dlatego tym razem zrobiłam wianek bez ani jednej dyni. Podstawą była prosta obręcz, drewniana albo metalowa, właściwie wszystko jedno. Najważniejsze, żeby była dość lekka i nie wymagała później pół ściany kołków, haków i specjalistycznych mocowań. Do tego kilka gałązek, trochę suszonych traw, liści, kilka gałązek eukaliptusa i parę rzeczy przyniesionych ze spaceru. W moim przypadku właśnie spacer jest najlepszym sklepem z dekoracjami, bo człowiek wychodzi z psem, a wraca z kieszeniami pełnymi patyków, liści i szyszek. Potem oczywiście trzeba udawać, że wszystko było dokładnie zaplanowane.

Zaczęłam od gałązek, które przymocowałam do obręczy cienkim drucikiem florystycznym. Nie układałam ich dookoła całego koła, bo chciałam, żeby część obręczy została widoczna. Taki asymetryczny wianek wygląda lżej i nie przypomina wielkiej jesiennej korony. Potem doszły trawy i liście, a na końcu kilka drobniejszych elementów. Tutaj bardzo łatwo wpaść w pułapkę pod tytułem „jeszcze tylko jedna gałązka”, a dziesięć minut później obręczy już nie widać, więc tym razem naprawdę się pilnowałam.

Najbardziej podoba mi się to, że taki wianek nie musi być idealny. Gałązki mogą wystawać, trawy mogą układać się trochę inaczej, a liście nie muszą mieć identycznego koloru. Właśnie dzięki temu wygląda naturalnie, jak coś zrobionego w domu, a nie wyjętego z seryjnego pudełka.

Można oczywiście dodać delikatną tasiemkę albo kawałek sznurka, ale ja wolę, kiedy dodatków jest niewiele. Jesień sama w sobie ma wystarczająco dużo kolorów i faktur, więc nie trzeba jej specjalnie poprawiać. Wianek może zawisnąć na drzwiach, nad komodą, przy regale albo w miejscu, które po prostu potrzebuje czegoś nowego.

I chyba właśnie takie dekoracje lubię najbardziej. Bez przesady, bez miliona elementów, bez obowiązkowego pomarańczu na każdym centymetrze. Kilka rzeczy znalezionych podczas spaceru, trochę czasu i nagle w domu robi się bardziej jesiennie, ale nadal po mojemu.

Komentarze