Mały prezent bez okazji
Mam w domu pudełko, które pewnie dla większości ludzi wyglądałoby jak zbiór przypadkowych rzeczy. Leżą w nim wstążki, kawałki papieru, suszone kwiaty, sznurki, drewniane zawieszki i kilka drobiazgów kupionych z bardzo rozsądnym argumentem: „Na pewno kiedyś się przydadzą”. I wiecie co? Naprawdę się przydają. Czuję wtedy ogromną satysfakcję, bo w końcu mogę powiedzieć sama do siebie: „Widzisz? Miałam rację.”
Bardzo lubię robić małe prezenty bez żadnej okazji. Nie dlatego, że są komuś potrzebne. Najczęściej nie są. Po prostu lubię ten moment, kiedy ktoś bierze do ręki niewielką paczuszkę i przez chwilę wygląda na szczerze zaskoczonego.
Nie trzeba wydawać fortuny, żeby sprawić komuś radość. Czasem wystarczy mały słoiczek z pachnącą herbatą, własnoręcznie zrobiona zakładka do książki albo woreczek z lawendą, który później wyląduje w szufladzie z pościelą. Kiedyś zrobiłam komuś prostą kartkę z kilkoma ciepłymi słowami i usłyszałam: „Schowam ją. Będzie na gorszy dzień.” Chyba nie da się dostać piękniejszego podziękowania.
Najbardziej lubię sam moment przygotowań. Rozkładam wszystko na stole i nagle robi się taki twórczy bałagan, który zna chyba każdy, kto choć raz próbował coś zrobić własnymi rękami. Nożyczki znikają dokładnie wtedy, kiedy są najbardziej potrzebne, klej tajemniczo przykleja się do palców zamiast do papieru, a sznurek potrafi zaplątać się w sposób, którego nie powstydziłby się najlepszy magik. Mimo to siedzę, kombinuję, przekładam, przycinam i nawet nie zauważam, kiedy mija godzina.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że taki prezent jest trochę jak list. Mówi drugiej osobie: „Pomyślałam o Tobie.” I chyba właśnie te cztery słowa mają największą wartość. Nie cena, nie rozmiar paczki i nie to, czy wszystko wyszło idealnie. Zresztą u mnie rzadko wychodzi idealnie. Zawsze znajdzie się kokardka zawiązana trochę krzywo albo listek przyklejony odrobinę za wysoko. Dawniej próbowałam to poprawiać. Dziś zostawiam. Mam wrażenie, że właśnie dzięki takim drobiazgom widać, że zrobił to człowiek, a nie maszyna.
Lubię też obserwować, jak zmieniają się twarze ludzi, kiedy dostają coś bez powodu. Na urodziny każdy spodziewa się prezentu. Na święta również. Ale kiedy wręczasz komuś niewielki drobiazg we wtorek, bo akurat o nim pomyślałaś, reakcja jest zupełnie inna. Najpierw zdziwienie. Potem uśmiech. A na końcu zawsze pada to samo pytanie: „Ale za co?” Za nic. A może właśnie za to, że jesteś.
Mam wrażenie, że trochę odzwyczailiśmy się od takich gestów. Wszystko musi mieć okazję, datę w kalendarzu albo konkretny powód. A przecież życzliwość nie potrzebuje zaproszenia. Może pojawić się w zwykły poniedziałek, zapakowana w papier przewiązany sznurkiem, z gałązką lawendy albo własnoręcznie napisaną karteczką. I chyba dlatego moje pudełko z przydasiami jeszcze długo nie będzie puste.
Bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie mi do głowy, że ktoś właśnie zasługuje na mały prezent bez okazji.
A Wy lubicie dawać takie drobiazgi bez żadnego święta? A może kiedyś ktoś zaskoczył Was czymś niewielkim, co pamiętacie do dziś?

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)