Codziennik Zadumanej # 28
Dzisiejszy dzień zaczął się od wyprawy do Warszawy i to nie takiej z kategorii „kawka, spacerek i zobaczymy, gdzie mnie nogi poniosą”, tylko z bardzo konkretną i ważną sprawą do załatwienia. Jechałam z nadzieją na jeden scenariusz, życie miało przygotowany trochę inny i ostatecznie wróciłam z poczuciem, że niby sprawa ruszyła, niby coś zostało załatwione, ale zdecydowanie nie tak, jak sobie to wcześniej poukładałam w głowie. Skoro już jednak znalazłam się w swoich starych kątach, pozwoliłam sobie trochę po nich pochodzić, pozaglądać w znajome miejsca i powspominać. Dziwna rzecz z tymi miejscami – budynki stoją tam, gdzie stały, ulice prowadzą dokładnie tam, gdzie prowadziły, człowiek rozpoznaje zakręt, chodnik czy witrynę, a jednocześnie ma wrażenie, że ogląda fragment życia kogoś, kim sam kiedyś był. Trochę sentymentalnie, trochę z uśmiechem, bez wielkich wzruszeń i filmowej muzyki w tle, bo jednak Warszawa nie zatrzymała ruchu tylko dlatego, że ja akurat postanowiłam powspominać.
Do domu wróciłam z bólem głowy, co w moim przypadku jest wydarzeniem na tyle rzadkim, że zasługuje na zapisanie w kronikach. Najwyraźniej głowa uznała, że skoro ważna sprawa nie poszła dokładnie po mojej myśli, trochę wspomnień się nazbierało, a przede mną jeszcze reszta dnia, to ona dla urozmaicenia również dorzuci coś od siebie. Zafundowałam jej więc chwilę ciszy i odpoczynku, po czym zrobiłam rzecz niezwykle rozsądną, czyli zamiast dalej odpoczywać, zabrałam się do pracy. Nauczycielski koniec sierpnia ma bowiem tę cudowną właściwość, że człowiek teoretycznie jeszcze nie rozpoczął roku szkolnego, a praktycznie już dawno w nim siedzi po uszy.
I tak rozpoczęłam wędrówkę przez dokumenty, ankietę, Librusa i wszystkie te drobiazgi, które mają niezwykłą zdolność rozmnażania się wtedy, kiedy na chwilę odwrócę wzrok. Potem przyszła pora na Multibook do klasy drugiej i tutaj zrobiło mi się już zdecydowanie milej, bo zza całej papierologii zaczęła wyglądać prawdziwa szkoła. Moje dzieciaki są już drugoklasistami i chyba jeszcze nie do końca przyjmuję do wiadomości, że te zeszłoroczne pierwszaki tak po prostu awansowały, podczas gdy ja nawet nie zdążyłam się z tym faktem należycie oswoić. Przeglądałam kolejne materiały, coś sprawdzałam, coś zapisywałam, otwierałam jedną rzecz, która prowadziła do następnej, a ta oczywiście przypominała mi o trzeciej i w którymś momencie spojrzałam na zegarek z autentycznym zdziwieniem. Wieczór. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, po prostu przyszedł, podczas gdy ja najwyraźniej zgubiłam gdzieś po drodze kilka godzin.
Teraz zostało mi jeszcze przygotowanie wszystkiego na rano, bo jutro kolejna Rada i szkolenie BHP, czyli wakacyjny samolot definitywnie rozpoczął procedurę lądowania. Jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, co przyniesie nowy rok szkolny, a dziś mam wrażenie, że on już stoi w przedpokoju, trzyma torbę w ręku i nawet nie zamierza czekać, aż go zaproszę.
I może właśnie dzisiejszy dzień przypomniał mi coś, o czym łatwo zapominam, kiedy bardzo zależy mi na konkretnym rozwiązaniu. Nie każda ważna sprawa kończy się tak, jak sobie zaplanowaliśmy, nie każda droga prowadzi dokładnie tam, dokąd chcieliśmy dojść, ale to jeszcze nie znaczy, że prowadzi źle. Czasem trzeba wrócić do domu trochę rozczarowanym, z bolącą głową i planem, który właśnie wymaga poprawek, żeby po kilku dniach czy miesiącach zobaczyć, że życie zwyczajnie wybrało inną trasę. Nie wiem jeszcze, dokąd prowadzi moja dzisiejsza. Na razie wiem tylko, że jutro prowadzi prosto na Radę Pedagogiczną i BHP, więc filozofię odkładam na bok i idę szykować rzeczy.
Bo o ile życie może sobie pozwolić na spontaniczną zmianę planów, o tyle ja rano naprawdę muszę wiedzieć, gdzie mam klucze.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)