Codziennik Zadumanej #10
Minionej nocy obudziła mnie burza. I to nie taka, która tylko postraszy gdzieś w oddali. Nie, ta postanowiła urządzić sobie koncert dokładnie nad moim blokiem.
O pierwszej trzydzieści zamiast liczyć owce, biegałam po balkonie w piżamie, ratując poduszki przed deszczem. W jednej ręce poducha, w drugiej doniczka, kątem oka kontrola, czy wiatr nie postanowił zabrać czegoś na pamiątkę. Co prawda daleko by nie odleciał, bo zatrzymałaby go kocia siatka, ale jakoś nie miałam ochoty sprawdzać tej teorii w praktyce.
Kiedy już wszystko znalazło bezpieczne schronienie, mogłam wrócić do łóżka z poczuciem dobrze spełnionej nocnej misji.
Dzisiaj od rana zapowiadano kolejną burzę. Czekałam na nią niemal z utęsknieniem. Nigdy nie przypuszczałam, że będę wypatrywać ciemnych chmur z taką nadzieją, ale po kilku dniach upałów człowiek zaczyna kibicować nawet piorunom.
Niestety.
Burza najwyraźniej zmieniła plany i zostawiła mnie z temperaturą, przy której nawet oddychanie wydaje się sportem wyczynowym.
Dom zamienił się w jaskinię zbójców. Sisi i koty rozłożyły się po najchłodniejszych kątach mieszkania i wyglądały tak, jakby ktoś wyssał z nich całą energię. Patrzyłam na to zwierzęce omdlenie i miałam wrażenie, że gdyby istniały mistrzostwa świata w nierobieniu niczego, moje futrzaki wróciłyby ze złotymi medalami.
A ja?
Ja postanowiłam pójść pod prąd.
Zamiast narzekać na temperaturę, wzięłam się za porządki. Takie porządne. Odsunęłam kanapę i... odkryłam małe archeologiczne stanowisko.
Odnalazł się nożyk do warzyw, który od dawna figurował na liście zaginionych w akcji. Były też baterie, kilka długopisów, opaska do włosów, dwa patyczki do zębów i klamerka. Jeszcze chwila, a pewnie wykopałabym tam jakieś zabytki z epoki kamienia łupanego.
Sprzątałam i pociłam się. Pociłam się i sprzątałam. W pewnym momencie przestałam być pewna, czy myję podłogę, czy to ona myje się moim potem.
Ale wiecie co?
Lubię takie odkrycia.
Bo pod kanapą zawsze znajduje się coś, czego człowiek od dawna szukał albo o czym zupełnie zapomniał.
I chyba z życiem jest podobnie.
Czasem trzeba odsunąć coś ciężkiego, zajrzeć tam, gdzie od dawna się nie zaglądało, i nagle okazuje się, że to, czego szukaliśmy, cały czas było całkiem blisko.
No dobrze... może nie zawsze jest to głęboka życiowa prawda.
Czasem jest to po prostu zaginiony nożyk do warzyw.
I to też potrafi człowieka całkiem szczerze ucieszyć.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)