Codziennik Zadumanej #30

Dzisiejszy dzień zaczął się w szkole i od razu na wysokich obrotach, bo czekało mnie szkolenie z integracji bilateralnej, które – ku mojej wielkiej radości – okazało się jednym z tych, po których człowiek nie wychodzi jedynie z zaświadczeniem do kolekcji, ale również z głową pełną pomysłów. Świetne ćwiczenia, mnóstwo rzeczy do wykorzystania podczas terapii, na WF-ie czy nawet w czasie krótkich przerw śródlekcyjnych, więc mój nauczycielski chomik natychmiast zaczął wszystko gromadzić, segregować i zastanawiać się, gdzie to zastosuje. Najwyraźniej trzydzieści lat w zawodzie nadal nie wyleczyło mnie z przypadłości pod tytułem „o, to jest świetne, muszę spróbować”, choć podobno na pewnym etapie człowiek powinien już tylko spokojnie odcinać kupony od doświadczenia. Ja najwyraźniej instrukcji nie przeczytałam.

Przy okazji szkolnego pobytu dostałam też małą porcję życiowej refleksji, bo niezmiennie fascynują mnie osoby, które same bardzo rozsądnie oszczędzają energię, za to niezwykle troszczą się o tych, którzy zużywają jej trochę więcej. 😁 Kiedy więc usłyszałam, że może już wystarczy tych innowacji i projektów, przez moment poczułam się niemal winna, że znowu coś wymyślam, organizuję i próbuję robić inaczej. Na szczęście poczucie winy trwało mniej więcej tyle, ile trwa u mnie postanowienie, że kupię tylko jedną książkę. Każdy ma przecież własny sposób na bycie nauczycielem. Jedni lubią projekty, innowacje, nowe pomysły i sprawdzanie, co jeszcze można zrobić z dzieciakami, inni wolą spokojniejszą wersję tego zawodu, a jeszcze inni najwyraźniej rozwijają kompetencje w zakresie komentowania cudzej aktywności. I właściwie dobrze, że jesteśmy różni, chociaż tej ostatniej specjalizacji raczej nie wpiszę sobie do planu rozwoju. 😉

Po szkoleniu, zamiast wykazać się resztką rozsądku i wrócić prosto do domu, zrobiłam coś naprawdę zaskakującego – pojechałam do Warszawy. Tak, ja. Do Warszawy. Ostatnio zaczynam tam bywać z częstotliwością, która może budzić podejrzenia, że potajemnie próbuję zostać warszawianką. 😁 Miałam jedno miejsce do sprawdzenia, więc skoro już dotarłam, trochę pospacerowałam, popatrzyłam na miasto i nawet przez chwilę wydawało mi się, że mam jeszcze całkiem sporo energii. Było to bardzo optymistyczne założenie, które mój organizm zweryfikował natychmiast po powrocie do domu.

Teraz nie jestem zmęczona. Zmęczenie to byłoby zdecydowanie zbyt eleganckie określenie mojego obecnego stanu. Jestem skonana, moja bateria pokazuje jakieś minus siedem procent, a ciało najwyraźniej przeszło w tryb awaryjny i odmawia dalszych negocjacji. Dlatego dzisiaj nie będzie ambitnego wieczoru, nadrabiania czegokolwiek, czytania do późna ani udowadniania światu, że o osiemnastej porządni ludzie jeszcze funkcjonują. Kit z tym, że dopiero osiemnasta. Łóżko jest gotowe, ja również, a jeśli ktoś uważa, że to za wcześnie, może sobie w tym czasie zrobić jakąś innowację albo projekt. Ja wyjątkowo nie będę. 😁

I chyba właśnie z takim wnioskiem kończę ten intensywny dzień: nadal chcę być człowiekiem, któremu się chce. Chcę próbować nowych rzeczy, uczyć się, wymyślać, czasem przesadzać z liczbą pomysłów i wracać ze szkolenia z głową pełną „a może jeszcze to…”. Cudze komentarze mogą sobie spokojnie istnieć obok, bo nie wszystko, co ktoś mówi o naszych działaniach, musi od razu stawać się naszą prawdą. A jeśli kiedyś naprawdę uznam, że tych projektów i innowacji jest za dużo, chciałabym dojść do tego wniosku sama. Najlepiej po bardzo długim namyśle. I zdecydowanie nie dzisiaj, bo dzisiaj o osiemnastej kończę działalność edukacyjną, społeczną, kulturalną oraz miejską i udaję się na zasłużony spoczynek. Dobranoc. 😁

Komentarze