Codziennik Zadumanej #26

Dzisiaj za oknem wszystko wyglądało tak, jakby sierpień nagle przypomniał sobie, że za chwilę oddaje zmianę. Co chwilę padało, niebo było ciężkie, szare, momentami aż teatralne, a świat zrobił się jakiś przygaszony, jakby ktoś pokręcił suwakiem od nasycenia. Nawet moje samopoczucie postanowiło dopasować się do pogody i od rana było takie… bez fajerwerków. Ani źle, ani dobrze, po prostu trochę buro, trochę pstrokato i zdecydowanie bez efektu wow.

Podejrzewam, że swój udział ma w tym jutrzejsza rada pedagogiczna, bo choć naprawdę lubię swoją pracę i po tylu latach szkoła nadal potrafi mnie cieszyć, to koniec wakacji zawsze uruchamia we mnie ten dziwny stan zawieszenia. Z jednej strony człowiek już myśli o klasie, dzieciach, planach i wszystkim, co za chwilę ruszy z kopyta, a z drugiej jeszcze bardzo mocno trzyma się resztek wakacyjnego rytmu. I chyba właśnie dlatego napięcie potrafi pojawić się zupełnie bez pytania, chociaż rozum tłumaczy, że przecież nie ma czego się bać.

Uznałam więc, że skoro psychika dziś marudzi, trzeba ją przekupić. Padło na sushi i była to decyzja zdecydowanie bardziej skuteczna niż wszystkie mądre rady świata. Zjadłam z takim apetytem, jakbym miała przed sobą nie kolację, tylko ostatni posiłek przed zimą, a chwilę później siedziałam nasycona po czubek głowy i czułam się jak dobrze odżywiony bąk, który już nigdzie nie zamierza lecieć. Najwyraźniej pocieszenie też ma swoją wagę i ja dziś poznałam ją bardzo dokładnie.

Teraz przede mną plan o wiele bardziej ambitny niż cokolwiek zawodowego: długa kąpiel, ciepła piżama, świeczka, książka i Inka w moim czytelniczym kąciku. Po takim dniu nie potrzebuję wielkich atrakcji, tylko odrobiny ciszy i poczucia, że już niczego nie muszę przyspieszać. Jutro zacznie się szkolny rozruch, pojawią się spotkania, rozmowy, plany i cała ta dobrze znana machina, która zawsze pod koniec sierpnia zaczyna powoli nabierać tempa.

Patrząc dziś na to ciężkie niebo, pomyślałam, że chyba właśnie takie dni najlepiej pokazują, że nie trzeba przez cały czas być pełnym energii i zachwytu nad życiem. Czasem wystarczy zwyczajnie przejść przez dzień, trochę się ponapięciać, trochę pośmiać z samej siebie, zjeść za dużo sushi i wieczorem zrobić sobie dobrze po swojemu. Jutro pewnie znów wszystko wskoczy na swoje miejsce, a jeśli nie, to przynajmniej wiem już, że świeczka, książka i Inka mają całkiem niezłe właściwości terapeutyczne.

Na razie jednak nie wybiegam myślami za daleko. Dziś kończę dzień po cichu, w ciepłej piżamie i z przekonaniem, że nowy rozdział może spokojnie poczekać do rana.

Komentarze