Codziennik Zadumanej #14

Lubię planować.

Kalendarze, listy, rozpisane pomysły – to moje naturalne środowisko. A jednak od czasu do czasu życie przypomina mi, że najpiękniejsze dni rzadko pytają o zgodę i jeszcze rzadziej zaglądają do terminarza.

Tak było dzisiaj. Padło jedno niewinne: „A może pojedziemy do Niepokalanowa?”.

Kilka minut później byłyśmy już w drodze.

Uwielbiam takie decyzje. Bez wielkich przygotowań, analizowania prognozy pogody i zastanawiania się, czy to na pewno dobry dzień. Po prostu jedziesz.

Niepokalanów ma w sobie coś, czego trudno szukać gdzie indziej. Człowiek zwalnia niemal od pierwszych kroków. Modlitwa przychodzi jakoś łatwiej, rozmowy stają się spokojniejsze, a nawet cisza przestaje być niezręczna. Spacerowaliśmy bez pośpiechu, zaglądaliśmy w dobrze znane miejsca, wspominaliśmy i śmialiśmy się z historii, które z roku na rok stają się coraz zabawniejsze. Chyba wszystkie wspomnienia mają tę niezwykłą właściwość, że z czasem wygładzają ostre kanty.

Najbardziej lubię jednak to, że z niektórymi ludźmi nie trzeba nieustannie szukać tematów do rozmowy. Można rozmawiać godzinami, można też przez chwilę nic nie mówić i nadal czuć się tak samo dobrze. To chyba jedna z najpiękniejszych definicji przyjaźni, jakie znam.

Wracałam do domu z poczuciem, że wydarzyło się coś ważnego, chociaż z boku mogłoby się wydawać, że przecież "tylko" pojechaliśmy do Niepokalanowa.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że szczęście bardzo rzadko robi wielkie wejście.

Najczęściej zaczyna się od krótkiego: „To jedziemy?”, a potem siada obok w samochodzie, towarzyszy podczas spaceru, uśmiecha się w środku rozmowy i wraca z nami do domu. Trzeba tylko mieć odwagę odpowiedzieć: „Jedziemy.”

Komentarze