Codziennik Zadumanej #12

Są takie dni, o których trudno powiedzieć cokolwiek spektakularnego.

Nikt nie zadzwonił z wiadomością zmieniającą życie, nie wydarzyło się nic, co nadawałoby się na pierwszą stronę gazety, a dzień upłynął dokładnie tak, jak wiele sobót przed nim. Trochę sprzątania, trochę porządków w kolejnym kącie mieszkania, trochę pracy nad blogiem i social mediami. Takie zwyczajne sprawy, które same się nie zrobią, choć czasem bardzo liczę, że jednak kiedyś zaczną.

Kiedy wszystko miałam już z głowy, spojrzałam na zegarek i pomyślałam, że... dziś zrobię sobie wieczór.

Nie dlatego, że jest jakaś wyjątkowa okazja. Właśnie dlatego, że nie ma żadnej.

Zapaliłam świece, włączyłam wszystkie moje lampki - tak, tak, u mnie lapki są cały rok - czytaj nie oceniaj :D, zrobiłam z salonu miejsce, z którego aż nie chce się wychodzić, i wykupiłam film Pomoc domowa. Książkę przeczytałam już jakiś czas temu i od początku wiedziałam, że filmu nie obejrzę wcześniej. Mam tak od zawsze. Najpierw książka, później ekran.

Jeśli zrobię odwrotnie, to później czytam już tylko po to, żeby sprawdzić, co scenarzysta pominął. A ja chcę najpierw poznać historię oczami autora, dopiero potem zobaczyć, jak wyobraził ją sobie ktoś inny.

To trochę jak z poznawaniem ludzi.

Najpierw wolę wyrobić sobie własne zdanie, a dopiero później słuchać opinii innych.

Siedzę więc wśród ciepłego światła świec i lampek, za chwilę nacisnę "play" i już wiem, że to będzie dobry wieczór.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że szczęście wcale nie przychodzi z fajerwerkami. Częściej siada po cichu obok nas na kanapie. Pachnie świecą, mruga lampkami i cierpliwie czeka, aż wreszcie przestaniemy myśleć, że zwyczajny dzień jest mniej ważny od tych wyjątkowych.

A może właśnie z takich zwyczajnych wieczorów składa się najlepsza część życia.

Komentarze