Kiedy pranie staje się filozofią życia
Nie wiem, kto wymyślił powiedzenie, że pranie samo się nie zrobi, ale mam podejrzenie, że nigdy nie mieszkał sam. Bo pranie owszem, samo się nie zrobi, za to doskonale potrafi się rozmnażać. Jestem przekonana, że zostawione na dwa dni w koszu zaczyna prowadzić własne tajne życie.
Najbardziej lubię ten moment, kiedy wrzucam do pralki ostatnią bluzkę i z satysfakcją myślę: „No, mam to z głowy”. Godzinę później okazuje się, że w łazience czeka jeszcze ręcznik, skarpetka schowana pod łóżkiem i ściereczka, która najwyraźniej uznała, że też chce się załapać na kąpiel.
Przez lata pranie było dla mnie po prostu kolejnym obowiązkiem. Trzeba posortować, nastawić, rozwiesić, zdjąć, złożyć i odłożyć na miejsce. Brzmi prosto, dopóki człowiek nie przypomni sobie o nim tuż przed snem albo nie odkryje, że zostawił mokre ubrania w pralce na tyle długo, że zaczynają pachnieć... powiedzmy, mało zachęcająco.
Ostatnio, rozwieszając kolejną porcję ubrań, złapałam się na dziwnej myśli. Życie chyba trochę przypomina takie pranie.
Są sprawy, które trzeba najpierw posegregować. Nie wszystko wrzuca się do jednego worka. Są emocje, które warto oddzielić od faktów, cudze słowa od własnych myśli, a to, na co mamy wpływ, od tego, czego i tak nie zmienimy.
Potem przychodzi moment, kiedy wszystko trochę wiruje. Czasem mocniej, niż byśmy chcieli. Wydaje się, że już za chwilę nic z tego nie będzie, a jednak po jakimś czasie wszystko powoli się uspokaja.
Najbardziej lubię jednak etap rozwieszania. Mokre ubrania nie nadają się jeszcze do szafy. Potrzebują czasu. Powietrza. Spokoju. Nikt przecież nie próbuje ich na siłę przyspieszyć suszarką do włosów tylko dlatego, że chciałby mieć je gotowe za pięć minut.
A my? Z nami bywa różnie.
Czasem chcemy, żeby smutek minął do jutra. Żeby rozczarowanie zniknęło po jednej dobrze przespanej nocy. Żeby po trudnej rozmowie wszystko od razu wróciło do normy. Tymczasem niektóre sprawy też trzeba po prostu... rozwiesić.
Dać im czas.
Nie zaglądać co chwilę, czy już wyschły.
Śmieję się, że jestem mistrzynią przyspieszania wszystkiego. Chciałabym mieć porządek od razu, odpowiedzi od razu i święty spokój najlepiej jeszcze przed obiadem. Życie jednak ma własne tempo i chyba nigdy nie pyta, czy akurat nam ono odpowiada.
Wiecie, co jest najlepsze? Po kilku godzinach wracam do suszarki i ubrania są gotowe. Nie dlatego, że nad nimi stałam i je poganiałam. Wyschły, bo dostały dokładnie tyle czasu, ile potrzebowały.
Może z nami jest podobnie.
Może nie każdą sprawę trzeba rozwiązać natychmiast. Może nie każda odpowiedź musi pojawić się tego samego dnia. Niektóre rzeczy dojrzewają w ciszy, kiedy przestajemy je szarpać i pozwalamy im po prostu być.
A jeśli przy okazji uda się odnaleźć drugą skarpetkę, która od tygodnia zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach... to już można mówić o prawdziwym życiowym sukcesie. 😄
A Wy? Też macie w domu skarpetki, które znikają w tajemniczych okolicznościach, czy tylko moja pralka prowadzi z nimi jakieś sekrety?
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)