Codziennik Zadumanej #31

Sobota w polskim domu ma swoje prawa i najwyraźniej tylko Hektor nie został o nich poinformowany. Od rana trwało więc to, co w soboty trwać musi: pralka kręciła kolejne rundy, rzeczy wędrowały z miejsca na miejsce, odkurzacz przemierzał mieszkanie, zakupy same oczywiście zrobić się nie chciały, a gdzieś w tle czekało jeszcze prasowanie, które od lat konsekwentnie udowadnia mi, że potrafi się rozmnażać bez najmniejszej ingerencji człowieka. Wystarczy odwrócić wzrok, a sterta jest większa. Fenomen przyrodniczy, którego nauka wciąż chyba należycie nie zbadała.

W samym środku tego domowego zamieszania był jednak ktoś, kto zachował godny podziwu spokój. Hektor. Człowiek biega, sprząta, przekłada, wyciera, wynosi, przynosi i próbuje sobie przypomnieć, po co właściwie wszedł do kuchni, a ten leży zwinięty na swoim posłaniu, ukryty za liśćmi i śpi tak głęboko, jakby właśnie zakończył dwunastogodzinną zmianę w kopalni. Łapki elegancko złożone, brzuszek wystawiony, mina niewiniątka i absolutna pewność, że cały ten sobotni cyrk odbywa się bez jego udziału. Patrząc na niego, można wręcz odnieść wrażenie, że to ja mam jakieś dziwne hobby polegające na lataniu ze ścierką po mieszkaniu, podczas gdy normalni mieszkańcy tego domu odpoczywają.

Najbardziej rozczula mnie kocia umiejętność całkowitego ignorowania spraw, które ludzie uznali za pilne. Hektor nie wie, że pranie trzeba rozwiesić natychmiast, bo inaczej się wygniecie, a później trzeba będzie prasować to, czego można było nie prasować. Nie interesuje go, że skończyło się coś, co koniecznie trzeba kupić właśnie dzisiaj, ani że podłoga pięć minut po umyciu przestaje wyglądać jak podłoga pięć minut po umyciu. On ma swoje priorytety: zjeść, sprawdzić, czy przypadkiem nie można zjeść ponownie, znaleźć najlepsze miejsce do spania, a następnie odpocząć po trudach związanych z realizacją trzech poprzednich punktów. I zaczynam podejrzewać, że to właśnie koty, a nie wszystkie poradniki o równowadze życiowej, opanowały temat najlepiej.

Bo prawda jest taka, że ja lubię te moje zwyczajne soboty. Lubię moment, kiedy po całym tym krzątaniu mieszkanie jest ogarnięte, zakupy schowane, pralka wreszcie milczy, a człowiek może usiąść z przyjemnym poczuciem, że zrobił wszystko, co miał zrobić. Tylko może nie zawsze trzeba dochodzić do tego momentu na ostatnich procentach baterii. Świat naprawdę nie runie, jeśli jakaś koszulka poczeka na żelazko do jutra, kurz przeżyje kilka dodatkowych godzin w kącie, a ja zamiast szukać sobie kolejnego zajęcia po prostu usiądę.

Dzisiaj więc zamierzam trochę pouczyć się od Hektora. Nie pójdę wprawdzie spać na drapaku za fikusem, bo mogłoby się to skończyć koniecznością zakupu nowego drapaka, fikusa i prawdopodobnie kręgosłupa, ale oficjalnie uznaję sobotnie obowiązki za zakończone. Reszta może poczekać.

Hektor od rana wiedział, że może. 😁

Komentarze