Codziennik Zadumanej #25

Dzisiaj wieczorem zrobiłam coś, czego jeszcze kilka tygodni temu nie brałam nawet pod uwagę – zamknęłam okno, bo zrobiło mi się chłodno. W sierpniu. Oczywiście nie zrobiłam tego od razu, bo człowiek ma swoją godność i jakieś zasady, a poza tym jeszcze niedawno moje mieszkanie funkcjonowało w trybie jaskini zbójców. Rolety opuszczone, okna otwierane i zamykane według strategii godnej centrum zarządzania kryzysowego, zwierzęta rozłożone po podłodze w stanie wskazującym na całkowitą rezygnację z życia, a ja marząca o jednym porządnym podmuchu chłodnego powietrza. No i proszę, podmuch przyszedł, a ja zamiast rzucić mu się z wdzięcznością w ramiona, po kilku minutach wstałam i zamknęłam mu okno przed nosem.

Najpierw jednak próbowałam negocjować z własnym organizmem. Poprawiłam się na kanapie, podwinęłam nogi i przez chwilę bardzo konsekwentnie utrzymywałam, że wcale nie jest mi zimno, tylko tak jakoś… świeżo. Zamknięcie okna wydawało mi się bowiem czymś znacznie poważniejszym niż zwykłe przekręcenie klamki. To już prawie deklaracja, że lato zaczyna pakować walizki, a ja przecież żadnej zgody na jego wyprowadzkę jeszcze nie podpisywałam. Niestety moje stopy nie wykazały podobnego przywiązania do zasad i po kilku minutach poinformowały mnie dość stanowczo, że albo zamknę okno, albo one przechodzą na tryb listopadowy.

Stanęłam więc przy oknie i na chwilę zostałam. Za nim nic szczególnego – moje zwyczajne osiedle, ktoś szedł z psem, trzasnęły drzwi samochodu, na którymś balkonie jeszcze trwała rozmowa, w oknach powoli zapalały się światła. Wszystko wyglądało znajomo, a jednak wieczór był już trochę inny. Ciemność przyszła wcześniej, powietrze straciło ten charakterystyczny zapach rozgrzanego dnia i po raz pierwszy od dawna do mieszkania nie wpadało coś przypominającego oddech suszarki nastawionej na najwyższą moc. Nawet spacery z Sisi zrobiły się przyjemniejsze, bo można wyjść z domu bez wcześniejszego sprawdzania, czy asfalt przypadkiem nie planuje nas usmażyć.

Lubię końcówkę sierpnia właśnie za te drobne sygnały, chociaż zawsze jest w nich odrobina żalu. Nic jeszcze naprawdę się nie kończy, lato nadal tu jest, sandały stoją w gotowości, balkon absolutnie nie zamierza przechodzić w stan jesienny, a prognoza pogody może za dwa dni bardzo skutecznie wybić mi z głowy wszystkie dzisiejsze rozważania. Wystarczy jeden porządny upał i znów będę siedziała przy opuszczonych roletach, złorzecząc słońcu i marząc o listopadzie. Znam siebie i wiem, że moja miłość do chłodu jest wielka, szczera oraz uzależniona od bardzo konkretnego przedziału temperatur.

Jesień zresztą nigdy nie przychodzi do mnie z fanfarami. Najpierw któregoś wieczoru zamykam okno, potem przy wyjściu zaczynam zerkać na coś z długim rękawem, lampę zapalam odrobinę wcześniej, herbata przestaje być wyłącznie napojem, a koc, który przez całe lato pełnił na kanapie funkcję reprezentacyjną, zostaje przywrócony do czynnej służby. I właśnie takie chwile coraz bardziej lubię zapisywać w Codzienniku, bo gdybym tego nie zrobiła, dzisiejsza historia skończyłaby się na zwyczajnym „zrobiło mi się chłodno”. Jutro pewnie nawet bym o niej nie pamiętała, a przecież życie w ogromnej części składa się właśnie z takich małych, pozornie nieistotnych momentów. Dopiero kiedy się im przyjrzymy, okazuje się, że po cichutku pokazują nam, jak wszystko się zmienia, przesuwa i robi miejsce następnemu.

Okno więc zamknęłam, osiedle zostało trochę przyciszone szybą, a ja wróciłam na kanapę z mocnym postanowieniem, że koca nie wyciągnę. Bez przesady. Mamy sierpień, lato trwa i jakieś granice trzeba mieć.

Wytrzymałam może pięć minut.

Teraz siedzę pod kocem i pragnę stanowczo zaznaczyć, że nie ma to absolutnie nic wspólnego z nadchodzącą jesienią.

Po prostu zrobiło mi się chłodno. 😁

Komentarze