Kiedy ktoś się uśmiechnął bez powodu

Kilka dni temu stałam w kolejce w sklepie. Nic niezwykłego. Przede mną pani z koszykiem pełnym warzyw, za mną ktoś nerwowo przestępował z nogi na nogę, bo chyba bardzo się spieszył. Kasjerka skanowała kolejne produkty w tempie, którego zawsze trochę jej zazdroszczę, bo ja do dziś potrafię szukać masła w lodówce, mając je przed samym nosem. To miał być jeden z tych zwykłych dni, o których wieczorem nawet się nie pamięta.

Kiedy zapłaciłam za zakupy, spojrzałam na kasjerkę i odruchowo się uśmiechnęłam. Tak po prostu. Bez powodu. Ona odpowiedziała tym samym i powiedziała: „Miłego dnia”. Zwykłe dwa słowa. Nic wielkiego. A jednak wyszłam ze sklepu z dużo lepszym humorem, niż do niego weszłam.

Pomyślałam wtedy, że to zabawne, jak niewiele czasem potrzeba, żeby komuś zrobiło się lżej. Nie prezent, nie wielkie gesty, nie godzinna rozmowa. Wystarczy uśmiech, który nic nie kosztuje, a jednak potrafi zmienić nastrój człowieka na resztę dnia.

Lubię obserwować ludzi. Pewnie dlatego tak często wracam z zakupów nie tylko z serkiem wiejskim i kabanosami, ale też z kilkoma nowymi przemyśleniami. Widzę mamę, która z ogromną cierpliwością tłumaczy dziecku, dlaczego dziś nie kupią kolejnej zabawki. Starszego pana, który pomaga komuś zapakować zakupy do torby. Dziewczynę, która przepuszcza inną osobę w kolejce, choć sama też się spieszy. Takie sceny trwają kilka sekund, a mimo to zostają w pamięci znacznie dłużej niż niejedna głośna wiadomość przeczytana w internecie.

Mam wrażenie, że trochę odzwyczailiśmy się od zwyczajnej życzliwości. Takiej bez wielkich słów i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Jakbyśmy uwierzyli, że żeby poprawić komuś dzień, trzeba zrobić coś spektakularnego. A przecież najczęściej wystarcza drobiazg. Przytrzymane drzwi. Kilka ciepłych słów. Uśmiech.

Wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Taki uśmiech bardzo często wraca. Uśmiechasz się do jednej osoby, ona za chwilę zrobi to samo wobec kogoś innego i nagle okazuje się, że jedno małe dobro zaczyna wędrować dalej. Nigdy nie dowiemy się, dokąd dotrze, ale chyba nie trzeba tego wiedzieć, żeby miało sens.

Śmieję się czasem, że mój dzień potrafią uratować naprawdę dziwne rzeczy. Kawa, miejsce siedzące w autobusie albo to, że w końcu znalazłam telefon tam, gdzie sama go odłożyłam. Do tej listy dopisuję jeszcze uśmiechy od nieznajomych. One też działają zaskakująco dobrze.

Może dlatego coraz częściej sama staram się je rozdawać. Nie zawsze mam idealny humor. Nie codziennie budzę się z energią do podbijania świata. Ale wiem jedno. Nigdy nie zaszkodziłam nikomu tym, że się uśmiechnęłam.

I chyba właśnie takich chwil potrzebujemy dziś najbardziej. Nie tych, o których mówi cały świat, ale tych małych, cichych i zwyczajnych, które przypominają nam, że po drugiej stronie zawsze jest drugi człowiek.

Może więc następnym razem, kiedy spotkamy się z kimś przypadkiem w sklepie, na spacerze albo w windzie, warto na moment podnieść wzrok znad telefonu.

Nigdy nie wiadomo, komu właśnie taki zwykły uśmiech uratuje dzień.

A Wam zdarzyło się kiedyś, że zupełnie obca osoba jednym drobnym gestem poprawiła humor na cały dzień?

Komentarze