Codziennik Zadumanej #13

Mieszkam tak blisko Warszawy, że teoretycznie mogłabym być tam co tydzień.

W praktyce bywam... zdecydowanie rzadziej. Chyba działa tu ta sama zasada, co z pięknymi miejscami w okolicy. Skoro są na wyciągnięcie ręki, to zawsze można pojechać jutro. Albo za tydzień. Albo kiedyś.

Tym razem nie było wymówek.

Dzień zaczęliśmy najlepiej, jak tylko można – od Mszy Świętej u Dominikanów na Starym Mieście. Lubię takie początki. Człowiek na chwilę zwalnia, wycisza głowę, a dopiero później rusza przed siebie.

Potem był obiad w Kompanii Piwnej, długie rozmowy i spacer po ogrodach na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej. Kilka metrów nad ulicami, a ma się wrażenie, jakby wielkie miasto nagle zostało gdzieś daleko. Zieleń, kwiaty, mostki i widok na Wisłę sprawiają, że łatwo zapomnieć, iż pod stopami toczy się zwyczajne miejskie życie.


Później złapaliśmy mrożoną kawę na wynos i usiedliśmy nad Wisłą. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.

O siedemnastej zero jeden z głośników popłynął polonez Wojciecha Kilara, a po Wiśle zaczęły sunąć łodzie i stateczki. Nie płynęły byle jak. Tańczyły. W rytm muzyki wykonywały układ, który przez kilka minut zamienił rzekę w salę balową pod gołym niebem. Stałam z kubkiem kawy w ręku i patrzyłam jak zahipnotyzowana. Czasem człowiek trafia na coś, o czym wcześniej nie miał pojęcia, a później zastanawia się, jak to możliwe, że nigdy wcześniej tego nie widział.




Do domu wróciłam dokładnie taka, jaka wraca każdy szanujący się introwertyk po całym dniu spędzonym wśród ludzi.

Szczęśliwa.

I potwornie zmęczona.

To zabawne, bo kiedyś myślałam, że zmęczenie zawsze oznacza coś złego. Dzisiaj wiem, że są dni, po których człowiek marzy tylko o ciszy i własnym fotelu, ale jednocześnie nie zamieniłby ani jednej przeżytej chwili.

Chyba najbardziej cieszy mnie jednak coś innego.

Że odkryłam Warszawę na nowo.

Nie dlatego, że nagle pojawiły się w niej nowe miejsca. One były tam od dawna. Zmieniło się tylko moje tempo. Zatrzymałam się, rozejrzałam i dałam sobie czas, żeby naprawdę je zobaczyć.

I pomyślałam, że z życiem jest dokładnie tak samo.

To, co mamy najbliżej, najłatwiej odkładamy na później, bo przecież "zdążymy". A potem wystarczy jeden dzień, dobre towarzystwo i kubek kawy wypity nad Wisłą, żeby przypomnieć sobie, ile pięknych rzeczy czekało tuż obok nas przez cały czas.

Komentarze