Codziennik Zadumanej #24
Rok po przeprowadzce można chyba oficjalnie uznać za moment, w którym człowiek powinien przestać mówić, że „jeszcze ma kilka rzeczy do zabrania”. U mnie ten etap właśnie się zakończył, bo dzisiaj przywiozłam ostatnią część swojego dobytku i tym samym zamknęłam przeprowadzkę, która najwyraźniej postanowiła trwać dłużej niż niejeden remont. Oczywiście nie mogło się skończyć na szybkim zabraniu swoich rzeczy, bo skoro już człowiek znalazł się w garażu, to garaż spojrzał na niego znacząco i było wiadomo, że lekko nie będzie. Czego tam nie było! Przedmioty potrzebne, niepotrzebne, prawdopodobnie potrzebne, być może potrzebne, a przede wszystkim te należące do niezwykle licznej kategorii „zostaw, bo kiedyś się przyda”. Moja przyjaciółka jest bowiem wyznawczynią teorii, że każda rzecz ma przed sobą drugie życie, trzeba tylko cierpliwie poczekać jakieś trzydzieści siedem lat, aż nadejdzie jej moment. Gdybym pozwoliła jej działać samodzielnie, porządki polegałyby zapewne na bardzo starannym przełożeniu wszystkiego z lewego kąta do prawego, po czym obie mogłybyśmy z dumą stwierdzić, że garaż został gruntownie zreorganizowany.
Musiałam więc wystąpić w roli bezwzględnej komisji do spraw rzeczy, które „jeszcze są dobre”, i przyznaję, że chwilami czułam się jak urzędnik wydający decyzję administracyjną bez prawa do odwołania. Śmieci wędrowały do śmieci, rzeczy, które mogły komuś naprawdę posłużyć, znalazły nowych właścicieli, a argument „ale może kiedyś…” tracił ważność mniej więcej w połowie zdania. Wyniosłyśmy tego tyle, że pod koniec zaczęłam podejrzewać, iż garaż w nocy produkuje przedmioty, bo trudno uwierzyć, że wszystko to wcześniej mieściło się w jednym pomieszczeniu. Najfajniejsze było jednak patrzenie, jak rzeczy zupełnie nam niepotrzebne cieszą kogoś, kto rzeczywiście ich chce. Zamiast przez kolejne lata pilnować pudeł, reklamówek i różnych „przydasiów”, można po prostu pozwolić im pójść dalej i nagle robi się luźniej nie tylko na półkach.
Wróciłam do domu zmęczona jak po solidnym treningu, tylko zamiast hantli miałam kartony, worki i niezliczoną liczbę kursów tam i z powrotem, ale z tym bardzo przyjemnym poczuciem, że kawał dobrej roboty został za nami. Nie wszystko, bo garaż zachował sobie jeszcze mały rewanż na poniedziałek, jednak dzisiaj ogłaszam zawieszenie broni. Domowe spa, coś dobrego do picia, Netflix i absolutny zakaz podejmowania decyzji dotyczących jakichkolwiek przedmiotów.
I chyba najbardziej podoba mi się w tym dniu coś więcej niż wysprzątany garaż. Po roku zabrałam stamtąd ostatnie swoje rzeczy, jakbym domknęła jeszcze jedne drzwi za tym, co było, i ostatecznie przeniosła się do życia, które jest teraz. Czasem człowiek długo przechowuje różne rzeczy „na wszelki wypadek”, nie tylko w garażu. A potem przychodzi taki dzień, kiedy okazuje się, że całkiem dobrze żyje się bez nich, za to z dużo większą ilością miejsca. Tylko przyjaciółce na razie tego nie mówię, bo w poniedziałek muszę zostać wpuszczona do garażu.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)