Słoik dobrych chwil, czyli prezent, którego nie da się kupić

Mam słabość do prezentów, po których od razu widać, że ktoś nie złapał pierwszej rzeczy z półki pięć minut przed spotkaniem. Nie muszą być drogie ani perfekcyjnie zapakowane, właściwie im jestem starsza, tym bardziej wzruszają mnie drobiazgi, przy których ktoś musiał na chwilę usiąść, pomyśleć właśnie o mnie i poświęcić trochę swojego czasu. Dlatego dzisiaj mam pomysł z kategorii tych niebezpiecznie prostych, po których człowiek zaczyna rozglądać się po domu i dochodzi do wniosku, że właściwie wszystko ma pod ręką. Będziemy robić słoik dobrych chwil.

Potrzebny jest zwykły szklany słoik. Może być kupiony, ale równie dobrze może dostać drugie życie ten po ogórkach, dżemie czy czymkolwiek innym, pod warunkiem że dobrze go umyjemy i pozbędziemy się zapachu poprzedniego lokatora. Romantyczne wspomnienie zapisane na karteczce traci nieco uroku, kiedy po otwarciu pachnie kiszonym ogórkiem.

Do tego przydadzą się kawałki papieru, coś do pisania i odrobina tego, co akurat mamy w domu. Sznurek, tasiemka, koronka, kawałek materiału na przykrycie wieczka, mała zawieszka albo zwyczajna etykietka. Nie trzeba kupować specjalnego zestawu do wykonania słoika dobrych chwil, bo cała jego uroda polega właśnie na tym, że powstaje z prostych rzeczy. Ja oczywiście w takim momencie natychmiast przypominam sobie o wszystkich pudełkach z przydasiami, których istnienia regularnie bronię argumentem, że „to się jeszcze kiedyś przyda”. No i proszę bardzo. Przydało się.

Najważniejsze czeka jednak w środku.

Na niewielkich karteczkach zapisujemy to, co chcemy podarować drugiej osobie. Mogą to być wspólne wspomnienia, zdania, które poprawią jej humor, rzeczy, za które ją lubimy, zabawne sytuacje, o których pamiętamy tylko we dwie, albo małe życzenia na gorszy dzień. Nie muszą brzmieć jak cytaty z poradnika o szczęściu. Wręcz przeciwnie, im bardziej będą nasze, tym lepiej. „Pamiętam, jak zgubiłyśmy samochód na parkingu i przez pół godziny szukałyśmy go trzy alejki dalej” może znaczyć znacznie więcej niż najpiękniejsza sentencja znaleziona w internecie.

Karteczki można zrobić w jednym kolorze albo wykorzystać kilka odcieni papieru. Można je złożyć na pół, zwinąć w małe ruloniki albo zostawić zupełnie proste. Jeśli ktoś ma piękne pismo, może zaszaleć, a jeśli jego litery przypominają zapis sejsmografu podczas trzęsienia ziemi, drukarka przychodzi z pomocą i nikogo nie ocenia. Najważniejsza jest treść, nie konkurs kaligrafii.

Kiedy karteczki są gotowe, wkładamy je do słoika, ozdabiamy go po swojemu i właściwie prezent jest skończony. Można dołączyć krótką informację, żeby sięgać po jedną karteczkę wtedy, kiedy dzień jest kiepski, kiedy brakuje pewności siebie albo zwyczajnie wtedy, gdy ma się ochotę przypomnieć sobie coś dobrego. Jeśli robimy taki słoik dla kogoś bardzo bliskiego, warto przygotować więcej karteczek, bo właśnie ich czytanie będzie najważniejszą częścią prezentu.

Podoba mi się również wersja dla samej siebie. Stawiam pusty słoik w widocznym miejscu i przez kolejne miesiące wrzucam do niego zapisane dobre chwile. Nie muszą być wielkie. Udany dzień, miłe spotkanie, coś zabawnego, co się wydarzyło, komplement, który usłyszałam, miejsce, które odwiedziłam, albo zwykłe popołudnie, podczas którego było mi po prostu dobrze. Pod koniec roku można wszystkie karteczki wysypać na stół i zobaczyć, ile rzeczy zdążyło nam umknąć z pamięci.

I chyba właśnie ta wersja podoba mi się najbardziej, bo mamy przedziwny talent do pamiętania tego, co poszło nie tak. Jedno niemiłe zdanie potrafimy przechowywać w głowie przez trzy lata w jakości HD, natomiast pięć dobrych rzeczy z tego samego dnia ulatuje gdzieś po drodze. Słoik może trochę wyrównać te proporcje.

Można też zrobić go wspólnie w domu i przez cały rok wrzucać do niego rodzinne historie. Podejrzewam, że po kilku miesiącach obok wzruszających chwil znalazłyby się u mnie również zapiski o zaginionych skarpetkach, dziwnych zakupach i innych wydarzeniach, które w chwili wystąpienia wcale nie wydają się materiałem na wspomnienia, a później śmieszą najbardziej.

Lubię takie DIY. Nie wymaga specjalnych zdolności, drogich materiałów ani wolnego weekendu, podczas którego stół przez dwa dni wygląda jak zaplecze pracowni artystycznej. Wystarczy słoik, papier i trochę czasu. Można zrobić coś dla przyjaciółki, mamy, siostry, kogoś bliskiego albo dla siebie, a przy okazji podarować coś, czego naprawdę nie znajdziemy na sklepowej półce.

Kawałek wspólnej historii.

I chyba właśnie dlatego taki zwyczajny słoik może być wart więcej niż niejeden bardzo elegancki prezent.

Komentarze